ilustracyjkawizjekk

Dramat

ADAM KACZANOWSKI

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Julia Woronowicz
Ilustracja w tekście: Ola Rubik

Matriarchat

Monodram na cztery postaci, czy coś

 

 

Występują:

ALICJA, lat 27

DOROTA, lat 22

AUTOR SCHOWANY PRZED PUBLICZNOŚCIĄ ZA PRZEWRÓCONYM BIURKIEM

KRYTYCZNA DUPA

oraz WSPOMNIENIE NIE WIADOMO SKĄD

 

Scena ma w sobie coś z planszy do gry w chińczyka

 

Autor schowany przed publicznością za przewróconym biurkiem:

Widzą tu państwo Białego Królika. Białego Królika, księgowego mafii Alicji z podziemia, albo, jak kto woli, Alicji z Krainy Czarów, w której nie ma żadnych czarów. Białego Królika widzimy w jego norze, kanciapie, za biurkiem, liczy zyski, liczy straty, to nie on tu łamie gnaty. Alicja wpada tu raz na czas jakiś. Ułóżmy prawidłowo dwie strony tego równania: jeśli ktoś nie jest z Alicją, jest z Dorotką, tą z Oz. Ta ma dopiero sporo brudu pod paznokciami. Zepsutym światkiem rządzą zepsute dziewczyny. Mężczyźni to brud pod ich paznokciami.

Wtem! Z ciemności wyłania się łapa, łapa łapie Królika za kark i zabiera go w ciemność.

 

POCZĄTEK

 

Wspomnienie nie wiadomo skąd:

Ciemniejsze od innych jezior, jezioro. Płynie nim łódka a w niej chłopiec i dziewczynka. Obdartusy, czy aby oni tej łódki nie ukradli? Mają wędkę, ale zapomnieli zwędzić wioseł! Chłopiec sika do wody, dziewczyna w niebieskiej sukience i białych podkolanówkach, kiedyś białych, kopie chłopca w tyłek. Ale śmiech! Plusk! Chłopiec wpada do wody. Plusk! Do łódki wskakuje węgorz. Dziewczynka przygwożdża węgorza swoim pantoflem. Ale śmiech, takiego śmiechu się nie zapomina, taki śmiech wymazuje cię z pamięci.

 

Alicja, układając przy stole pasjansa:

Kiedyś ludzie mieli telewizory a w nich telewizję, w niej programy. I wtedy mieli jeszcze mózgi, jakoś to funkcjonowało, oglądali seriale i jakoś sklejali do kupy te wszystkie odcinki, mieli wiadomości i ogarniali je jakoś, aż przyszedł youtube, przyszedł snap i mózgi się ludziskom wylały, rozlały na rzeczywistość jak zbyt rzadki pudding i zrobiło się bagno, ludzie rodzą w bólach pokemony, ludzie porywają króliki, co to jest, pytam? I kto ma mi odpowiedzieć? Zawołałam tych swoich chłopców, tam zawołałam, na nich wystarczy gwizdnąć, oni mają tyle pary w sobie, co parówka, Zwariowany Kapelusznik może mi przynieść pejcz w zębach, ale nie przyniesie mi odpowiedzi, Suseł może mi wygrzać miejsce pod kołderką, ale niczego mi nie odsłoni, a Pan Gąsienica? Gąsienica zapoda mi te swoje świętobliwe bajeczki z ćpunofajeczki, że zacytuję: nasz stwórca każdego obdarza kawałkiem swojej duszy, dla każdego nowo narodzonego ludzika musi wydrzeć ze swojej boskiej duszy kawałeczek, a że człowieniów na planetce coraz więcej, to i kawałeczki boskiej duszy coraz mniejsze, a i sam bóg duszy ma coraz mniej. I tak znaleźliśmy się w czarnej dziurze, spadamy i tylko nie wiemy, kiedy to spadanie się skończy uderzeniem o bruk. Taki dostaję wykład od Gąsienicy i co z tego? Stoją we trójkę, a ja pytam, kto śmiał porwać Białego Królika? On też z sensem mówić nie potrafił, ale przynajmniej liczenie mu dobrze wychodziło. Funty, jeny, dolary to były jego słodkie czary. Macie mi znaleźć mojego księgowego, a ja mam znaleźć na dywanie ścierwo tego paskudy, który śmiał go porwać! Porwałam na strzępy waleta, z wściekłości, bo przez niego pasjans mi nie wyszedł i pluję na króla kier, taka jestem wściekła. Przeczytałabym nowego Dickensa albo nowego Malcolma Lowry’ego albo nową Virginię Woolf albo, niech im będzie, Hemingwaya… Tymczasem moi chłopcy patrzę na te wasze zakazane mordy i nie widzę cienia nadziei, więc może prostsze zadanie – niech któryś skoczy do marketu i przyniesie mi wkładki higieniczne Lewis Caroll, raz, raz!

 

Wspomnienie nie wiadomo skąd:

Nieco jaśniejsze wspomnienie. Akademia, szkoła. Dziewczynka w niebieskiej sukience i białych (jeszcze białych!) podkolanówkach, dumnie recytuje:

Zmiażdżę cię, jeśli jesteś węgorzem,
Jeśli jesteś lisem, będziesz mieć jeszcze gorzej.
Złamię ci kark, jeśli jesteś panterą,
Jeśli jesteś dzikiem, znaczysz dla mnie zero.
Uduszę cię, jeśli z ciebie człowiek,
Jeśli jesteś panem bogiem, już jest po tobie.

Reszta dzieci w auli ryczy.

 

Komentarz krytycznej dupy, od dupy strony:

Zauważmy: autor wybrał dziecięce bohaterki z dwóch światów, przeciwstawiając je sobie. Konfrontuje ze sobą perfumowane, nadpsute Imperium Brytyjskie Alicji z imperialną, lecz śmierdzącą krowim łajnem i kowbojskim pierdem, prowincjonalną Ameryką Dorotki. Oxford kontra Kansas. Opium dla zdegenerowanej arystokracji i opium dla zbuntowanego ludu.

Mimo że bohaterki wywodzą się z dzieciństwa, samo dzieciństwo jest tu przywołane jedynie jako mroczne wspomnienie. Łódka bez wioseł to brak kontroli. Brutalny wiersz recytowany na apelu to atak na dorosłą hierarchię i edukację, wyraźna groźba dla starego świata.

 

Dorota, ujeżdżając mechanicznego byka rodeo:

Garson? Gringo? Boy? Stoi przede mną i robi pod siebie ze strachu, sfajdał się, co ja mam z takim zrobić, zatrudnić? No śmiech! Dałam mu słoik ogórków, żeby otworzył, to się popłakał i w nogi. Przyszła moja stara gwardia, Strach na Wróble, Strachliwy Lew i Mechaniczny Drwal, przyszła kolej, żeby ich ochrzanić! Matoły, wskakiwać na mojego byczka, aż dość będziecie mieć bujania, chcę wiedzieć, czy to któryś z was podrzucił mi te fanty na nocny stolik? Zegarek na łańcuszku ze stłuczoną szybką i białe rękawiczki Białego Królika, co to za pomysł, co to za znak? Milczycie jełopy? Skoro nie wy, to kto i po co? Gdzie ten Biały Królik, schowany, porwany, przetrzymywany? To szansa, by zyskać, czy stracić? Kto tu z kim w kulki gra? Odpowiedzieć mi w trymiga! A i po drodze, niech któryś skoczy na jednej nodze, do marketu po gumy, balonówki mi się skończyły, pamiętajcie, że żadnej innej, niż wiśniowa L. Frank Baum do ust nie wezmę! Trzy patałachy spadają z byka, Flip, Flap i Charlie Chaplin.

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Z tym Flipem i Flapem to sprawa ma się tak: w jednej z przedpotopowych ekranizacji Czarnoksiężnika z Oz odtwórcą roli Drwala był Oliver Hardy.

 

Autor schowany przed publicznością za przewróconym biurkiem:

Jesteśmy w sklepie, w szemranych delikatesach z radioaktywnym przemytem z Azji, ledwo ta buda stoi po tryliardzie wojen na promocje, Strach na Wróble wpada na Kapelusznika, napadają na siebie: „zabiję ciebie, twoją matkę i psa, który dymał twojego ojca w czoło!”, „zatłukę cię jak wesz, co pierdzi ze strachu na twej łepetynie, mendo!”. Rozbiegają się w popłochu, każdy w swoją stronę, do swojej pani, z Baumem w kieszeni i Carollem w garści. Strach leci na złamanie karku, Kapelusznik w panice traci głowę.

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Z pozoru obaj ojcowie dziewczyn zostają podobnie przez nie poniżeni. Zauważmy jednak, że Baum poniżany jest oralnie a Caroll analnie. Dorotka przeżuwa swojego autora i robi go w balona, Alicja natomiast puszcza bąka w nos swego twórcy. Oczywiście obie te czynności są w konserwatywnym porządku niemile widziane.

 

Dorota, grając na fortepianie klasyczny utwór Beyonce:

Przyszedł kurier, pryszczaty głupek, ale innych teraz nie robią, paczuszka, nieduża, otwieram, w nim wróbel, przerażony, rozdygotany i moje gumy, wiśniowe Baumy, to już są jaja i bezczelność do kwadratu. Strach na wróble miał mi przynieść te bubble! Ktoś śmiał go porwać, ku własnej zgubbie?

 

Alicja, siedząc na bujanym fotelu i malując paznokcie u stóp:

Dzwonek do drzwi, za drzwiami doręczyciel, gładziutki laluś, jakich wiele, paczka, ani duża, ani mała, zerkam do środka, wewnątrz kapelusz, w kapeluszu moje wkładki Lewis Caroll, rozdarte pudełko, poplamione, uświnione, w soku wiśniowym, co za chamstwo, szczyt wszystkiego. Wysłałam na zakupy Kapelusznika, ktoś z niego zrobił zakładnika?

 

Dorota, uderzając kijem bejsbolowym w klawisze fortepianu:

Szantaż? Okup? Wyłudzenie? Chcę usłyszeć bezczelnego gnojka skamlenie!

 

Alicja, rozwalając bujany fotel kijem do golfa:

Pogróżki! Prowokacje! Straszenie! Ja nie wiem, co to strach i sumienie!

 

Dorota, trzymając się za oko, w które uderzył odskakujący klawisz:

Gdzie Lew, gdzie Drwal, moi żołnierze! Ma się obudzić w was wściekłe zwierzę!

 

Alicja, sycząc, bo uderzyła się kijem w duży palec u stopy:

Sssss…! Suseł i Gąsienica! Niech nadjeżdża mojej apokalipsy konnica!

 

Dorota, usadzając przed fortepianem Lwa i Drwala na jednym, wąskim krzesełku:

Jeśli ten śmierdziel chce pieniędzy, ma się zadławić dolarami, macie mu wepchnąć słoik monet w gardło i wyciągnąć je tyłkiem! Jeśli ten przygłup chce władzy, macie pozbawić go władzy w rękach i nogach i wdeptać go w ziemię. Jeśli zwieje do Amazonii, Amazonię jednym podmuchem doprowadzić macie do agonii. Jeśli ucieknie na Ocean Spokojny, cały Ocean Spokojny doprowadzić macie do wrzenia i wojny.

 

Alicja, nakazując Susłowi i Gąsienicy całować jej obolały palec i chuchać na niego:

Wyciągnijcie wszystkie noże i gnaty i katujcie przeciwnika na raty. Sięgnijcie po trucizny i bomby, otwórzcie przed porywaczem hekatomby. Jeśli chowa się w Palestynie, niech cała Palestyna zginie. Jeśli ma bazę w Pakistanie, niech Pakistan spadnie w płonące otchłanie.

 

Autor schowany przed publicznością za przewróconym biurkiem:

Suseł, Pan Gąsienica, Lew i Drwal wybiegają z prędkością światła wyłączanego w strachu przed rachunkiem za prąd.

 

Wspomnienie nie wiadomo skąd:

Ciemne jezioro, ciemne niebo nad nim, ciemne drzewa wokół. Widzimy pioruny, nie słyszymy grzmotów. Dziewczynka leży pośrodku łódki, sukienkę ma do cna przemoczoną. W prawej dłoni trzyma pszczołę, wydusza z niej żądło i przykłada je do swojego lewego nadgarstka. Wykonuje ruch, jakby kaligrafowała wyraz „Kocham”, szepcze „Kocham tatuaże”. Chłopca z nią nie ma, na pokładzie zostały tylko jego rzeczy: dziurawe skarpety, zabrudzone majtki, buty ze startymi podeszwami i rozdarta koszula.

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Ważna różnica: zarówno Alicja w Krainie Czarów, jak i Dorotka w krainie Czarnoksiężnika Oz szły, przemieszczały się, ich przygody były drogą, w trakcie której poznawały innych bohaterów – w przypadku Doroty można wręcz mówić o kompletowaniu drużyny popleczników. Tutaj sytuację mamy odwrotną: Alicja i Dorota nie ruszają się z miejsca, wysyłają tylko w drogę swoich towarzyszy, tracąc ich. Ruch ten, w odwrotnym kierunku, może okazać się więc wymazywaniem historii a nie jej tworzeniem.

 

Dorota, siedząc okrakiem na zdemolowanym fortepianie i nucąc klasyczny kawałek Alice in Chains:

Jak tak będę siedzieć i siedzieć, to tylko mi tyłek urośnie.

 

Alicja, siedząc na pozłacanej muszli klozetowej i wyrywając sobie pęsetą włoski z łydki:

Przecież te dupy wołowe i tak niczego beze mnie nie załatwią.

 

Wspomnienie nie wiadomo skąd:

Trochę jaśniejsze wspomnienie. Szkolna aula, pośrodku niej wystawa prac plastycznych. Rysunki przedstawiają wspomnienia z wakacji. Widzimy, że czyjaś ręka domalowała do każdego z nich czerwonym mazakiem płomienie, krew i błyskawice. Delfiny we krwi. Kury na podwórku pijące krew z kałuży. Piorun trafia w karuzelę. Płonący las. Płonąca sarna. Płonąca łąka. Płonąca plaża.

Tylko jeden rysunek pozostał nietknięty. Wzgórze, na nim wiąz, pod wiązem grób, na nagrobku napis „Ojciec”. Na nagrobnej płycie leży ciemnoskóra, szmaciana lalka, obok niej dziecięca, czerwona łopatka. Plażowa piłka odbija się od nagrobnej płyty. Nad grobem latają kolorowe motyle.

 

Alicja, truchtając na bieżni treningowej:

Nie pamiętam, kiedy ostatnio o moje łydki ocierała się Dina, czyżby moją kotkę także porwała ta świnia?

 

Dorota, ujeżdżając mechanicznego byka rodeo:

Nie słyszę szczekania, gdzie mój kundel Toto? Jeśli porwali też pieska, wdepczę ich w najgorsze błoto.

 

Autor schowany przed publicznością za przewróconym biurkiem:

A jednak się dzieje! Alicja bieżnię wrzuca do basenu. Dorota zrzuca byka ze schodów. Dziewczyny wychodzą, Dorota znajduje pod nogami kudły wyrwane z lwiej grzywy, Alicja podnosi fajeczkę Pana Gąsienicy, fajeczka, jeszcze ciepła, się tli. Jest tylko jedna sensowna droga do przodu, dziewczyny spotykają się już po chwili.

 

Alicja, spoglądając na Dorotę z wyższością:

Co słychać, moja ty Dolly Parton? Udało ci się już trafić do zestawu Happy Meal?

 

Dorota, patrząc na Alicję z pogardą:

Zjadłabyś powiększony zestaw frytek, może by ci w końcu piersi urosły.

 

 

Alicja, zapalając cygaretkę:

Dobra, tak szczerze. Królik porwany, uprowadzili Kapelusznika. Wiesz coś na ten temat? Bo jak nie to cześć, żegnaj i gra muzyka.

 

Dorota, łykając garść witamin:

Mojego Stracha na Wróble porwali tak samo, idziemy ramię w ramię moja rozkapryszona damo?

 

Alicja, powstrzymując się przed podrapaniem po pośladku:

Do kosmetyczki bym z tobą nie poszła, ale utrzeć nosa wrogowi razem iść możemy. Przed nami widzę ciemny las. Cholernie dużo drzew. Inaczej bym to urządziła.

 

Dorota, drapiąc się po swędzącym pośladku:

Myślałam, że tam między drzewami biega dzik, teraz widzę, że to zwykła świnia. Co ona wyprawia? Leci na nas!

 

Alicja, wycierając pantofel chusteczką:

Jak każdy facet. Czekaj, poznaję te parszywe oczka. W dzieciństwie porzuciłam w lesie prosiaka – wyrósł z niego dorodny knur!

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Bingo!

 

Dorota, zastanawiając się, czy to już nie pora kolacji:

Jesteś pewna, że to świnia? Biegnie na dwóch nogach.

 

Alicja, myśląc o tym, co by zjadła na podwieczorek:

Obleśny świński ryj. Coś bełkocze, trudno wziąć za ludzką mowę to chrumkanie. Maniery jak prosię, pewnie żyje w chlewie. Na takich mam gaz pieprzowy, prosto w oczy.

 

Dorota, niczego w życiu nie żałując:

Pięknie go załatwiłaś. Leży i kwiczy. Trudno mi sobie wyobrazić, że coś takiego miało w ogóle matkę.

 

Alicja, zadowolona z siebie:

Poznałam jego matkę, była strzępkiem nerwów.

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Dobra, jeśli ktoś ma braki, tłumaczę, tak w skrócie: Alicja w Alicji spotkała Księżną, która trzymała w ramionach płaczące dziecko. Kucharka w kuchni przesadzała z pieprzem i cały dom kichał. Dzieciak płakał. Poirytowana Księżna oddała go Alicji, Alicja idąc do lasu, zauważyła w nim nie dziecko, lecz prosiaka, więc go w lesie porzuciła – z obrzydzeniem. Mieliśmy tu absolutne złamanie tabu, bo zarówno matka, jak i dziewczęca bohaterka zamiast instynktu macierzyńskiego, miały wobec dziecka odruch obronny, odrzuciły je. Teraz, po latach, wracamy do lasu, spotykamy świniaka, dokonuje się odwrotna przemiana postrzegania: dzik-knur-mężczyzna, na koniec znów sięgamy po pieprz, w obronnym odruchu. Męska świnia pozostaje męską świnią.

 

Dorota, żałując, że nie ma z czego posłuchać muzyki:

Las jakby się kończył.

 

Alicja, nucąc cicho pod nosem Erika Satie:

Same pnie. Ktoś wykarczował te drzewa. Przy okazji oderżnął ktoś komuś kończyny i głowę i porzucił taki oto kadłubek.

 

Dorota, zastanawiając się, co za kawałek nuci Alicja:

Moment, coś mi to przypomina! Ta klatka! Klatka piersiowa mojego Drwala, nie blaszana, lecz z ciała. Kiedyś, jeszcze zanim się spiknęliśmy, pokiereszowała go przeklęta-zaklęta siekiera. Obrała go z ciała do zera.

 

Alicja, uświadamiając sobie nagle, że nie potrafi przywołać w pamięci twarzy swoich rodziców:

Czy każdy osiłek musi być osłem? Podobno wśród bokserów zdarzają się intelektualiści, choć nie rozumiem, czemu ktoś taki sam nie walnie się w czoło. W niezłej kondycji ta klatka, przyznaję.

 

Dorota, jak przez mgłę przypominając sobie żylaste dłonie swojego wujka:

O, tam widzę odrąbane ręce, majaczy mi noga. Lewa, prawa, są obie. Można by go z tych puzzli złożyć na nowo do kupy, w ludzkim wcieleniu. Brakuje tylko głowy. Gdzieś musi być ten zakuty łeb, rozejrzałabyś się, złotko?

 

Alicja, zaczynając się nudzić:

Ciągle zapominam – Frankenstein to było to monstrum, czy jego twórca?

 

Dorota, coraz bardziej podekscytowana:

Mam wrażenie, że na pewnym poziomie to nie ma znaczenia. O, znalazłam łepetynę, mamy komplet.

 

Alicja, dochodząc do wniosku, że dawno nie zabalowała:

W blaszanej wersji lepiej się twój chłopak prezentuje. Tej gnijącej zdecydowanie brakuje błysku.

 

Dorota, przypominając sobie, że faceci nie potrafią tańczyć:

Patrz, wstaje biedaczysko, chociaż wygląda, jakby zaraz miał się znów rozlecieć.

 

Alicja, myśląc o tym, że lubi tańczyć wyłącznie z dziewczynami:

Kroku nie ujdzie bez tej swojej zbroi. Bez tej błyszczącej karoserii. Nagi, jak go matka natura stworzyła, potrzebowałby niani na trzy etaty. Superbohater bez kostiumu nadaje się co najwyżej na ochroniarza-rencistę w supermarkecie.

 

Dorota, ziewając na samą myśl o Spider-Manie:

Posypał się. Szkoda na niego czasu. Zakładam, że gdyby Blaszany Drwal tędy przechodził, złożyłby tym szczątkom jakiś hołd, zakopał, spalił czy zalał rdzawymi łzami. Chłopcy musieli wybrać inną drogę.

 

Alicja, utwierdzając się w przekonaniu, że tylko takie idiotki jak Dorota mogą wierzyć w supermanów:

Zaczynam się obawiać, że zamiast wkroczyć na ścieżkę zemsty, wybrali drogę ucieczki.

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Ta partia tekstu potwierdza tylko naszą tezę o niemożliwości naprawy sytuacji poprzez powrót do punktu wyjścia. Ale skoro już Blaszanego Drwala mamy na tapecie... Mamy tu mężczyznę, który, tracąc kontrolę nad swoim prymitywnym narzędziem (siekiera), sam, aby przetrwać, musi przejść przemianę w bardziej skomplikowane narzędzie (robot). Znaczące. A i jeszcze jedno – dawno nie pojawiał się nam autor schowany za przewróconym biurkiem. Warto zapytać: czyje to biurko, czy należy ono do niego, czy do innego pisarza? Czy to on to biurko przewrócił?

 

Wspomnienie nie wiadomo skąd:

Ciemne jezioro, w łódce dziewczynka. Na dnie łódki suszą się mokre banknoty z Królową i znaczki pocztowe z jej popiersiem. Zaczyna kropić. Dziewczynka kładzie się na banknotach, osłaniając je przed deszczem.

 

Dorota, zastanawiając się, czy był sens wychodzić z domu:

A to ki diabeł? Widziałaś? Schowało się za pniakiem. Wystaje tylko ogon.

 

Alicja, nie mogąc się zdecydować, czy wolałaby się teraz napić wina czy whisky:

Hej, to Mieciu! Zbychu, chłopie, co porabiasz? Dorotko, przedstawiam ci Billa.

 

Dorota, przypominając sobie, że zawsze nudziło ją zwiedzanie zoo:

Jaszczurka. Coś mocno spięty okaz. Mogę do niego mówić Gieniu?

 

Alicja, wspominając, jak bardzo irytowały ją dowcipy klauna w cyrku:

Zenuś, wstawaj, mam dla ciebie misję. Pryśnij co sił w nogach, leć przed nami, będziesz naszym wysłannikiem w negocjacjach z porywaczami.

 

Dorota, myśląc o tym, że każdy facet w jej życiu okazywał się prędzej czy później stratą czasu:

Szybki skubaniec, w gorącej wodzie kąpany. Już pobiegł, nie czekając na dalsze instrukcje…

 

Alicja, nie mogąc uwierzyć, że jakakolwiek kobieta godzi się prać facetowi brudne gacie i skarpety:

Instrukcji by nie zrozumiał, ale to zuch na schwał. Zobacz, jaki tuman kurzu się za nim wznosi!

 

Dorota, uświadamiając sobie, że nie sprawdziła prognozy pogody przed wyjściem:

Coś za duży ten tuman. Trąba? Trąba powietrzna idzie w naszą stronę.

 

Alicja, fantazjując o oberwaniu chmury i staniu w strugach deszczu:

Co robimy? Schodzimy jej z drogi?

 

Dorota, chcąc, żeby to wszystko zmierzało już szybkim krokiem do puenty:

Moja droga, poczekajmy, co ona przyniesie lub gdzie nas przeniesie. Mam w tym nie najgorsze doświadczenia.

 

Alicja, czując odrobinę sympatii do Doroty:

Leci jaszczurka, ależ nią wiatr pomiata!

 

Dorota, dochodząc do wniosku, że Alicja nie jest aż taką suką, za jaką ją brała:

Hej, widzę resztę towarzystwa. Strach na wróble, Mechaniczny Drwal, Strachliwy Lew…

 

Alicja, zrezygnowana:

...Gąsienica, Kapelusznik, Suseł, Biały Królik, jak na łańcuchowej karuzeli!

 

Dorota, w bojowym nastroju:

Hej! Ty! Oddaj naszych ludzi, mów czego żądasz, negocjujemy!

 

Autor schowany przed publicznością za przewróconym biurkiem:

Trąba powietrzna rzuca dziewczynom pod nogi: wypatroszonego Królika, rozkwaszoną Gąsienicę, zdechłego Susła, skróconego o głowę Kapelusznika, rozszarpanego Lwa, zgniecionego Drwala i szczątki Stracha.

 

KONIEC

 

Wspomnienie nie wiadomo skąd:

Szkolna dyskoteka. Pod ścianą stoją i milczą chłopcy. Na parkiecie tańczą tylko dwie odważne dziewczyny, każda po swojemu, nie zwracając uwagi na nic i nikogo. Jedna ma starte do krwi kolana, drugiej krew poszła z nosa. Nie słychać muzyki, ale to im nie przeszkadza. Wreszcie rozpoczyna się piosenka:

Węgorzu, węgorzu, węgorzu
zdechniesz w jeziorze, zginiesz w morzu
Rudy lisku, panie rudy lisku,
lądujesz z pustką w pysku
Puszczam oczko do oka cyklonu
Jestem błyskawicą, matką zgonu
Żaden człowiek nie podniesie swoich powiek
a każdego pana boga potraktuję per noga.

Chłopcy pod ścianą ryczą. Jedna z dziewczyn żuje gumę, robi z niej balona. Druga dziewczyna wkłada w niego palec, rozbija go. Słyszymy refren:

Nie ma że boli, pani śmierć nikogo nie zadowoli,
nie ma drugiego życia, jesteście mięskiem do gnicia,
twoja matka natura ma cię za tępego gbura,
człowieczku, wszystkie twoje chęci
znikają bez pamięci.

 

Alicja:

Trąba odleciała, zrobiła co chciała. Trochę mnie to martwi, że leżą tak martwi.

 

Dorota:

Gęby rozdziawione, ale nic nam nie powiedzą. Obiadu już z nami nie zjedzą. Straciłam apetyt, chociaż marzyła mi się wystawna kolacja.

 

Krytyczny komentarz z dupy strony:

Możemy założyć, że tytułowy matriarchat nie dotyczył pozornej – jak się okazuje – władzy Alicji i Doroty, lecz władzy występujących w rodzaju żeńskim – Pani Śmierć i Matki Natury. To one rządzą, w odróżnieniu od absolutnie bezużytecznego Pana Boga. Rodzaju żeńskiego jest nawet trąba powietrzna. Sama historia, jak już wcześniej zauważyliśmy, wraca do punktu wyjścia, podkreślając, że nie ma żadnego prawdziwego wyjścia. Koniec jest powrotem do początku, ale pozbawionym już złudzeń. Trąba powietrzna przynosi trupy a nie początek przygody. A Imperium Brytyjskie i Ameryka tańczą na tym samym parkiecie, do tej samej piosenki. Możemy odczytać to jako polityczny komentarz – dawne imperia, które kształtowały układ świata, naiwnie sądzą, że mogą jeszcze z nadchodzącym „nowym” negocjować. Tymczasem nie będzie żadnych negocjacji, nadejdzie po prostu koniec. Krytyczny komentarz może więc być tylko od dupy strony, bo on również niczego nie wniesie.

 

Alicja:

Jakie to wszystko banalne i prostackie.

 

Dorota:

Czy ktoś widział mojego pieska Toto?


Adam Kaczanowski (ur. 1976) – raczej pisarz, trochę performer. Opublikował trzy powieści (ostatnio Topless, wyd. Krytyki Politycznej) oraz osiem książek poetyckich (ostatnio Co jest nie tak z tymi ludźmi?, WBPiCAK). Autor dramatu Kości pod pieczeń Baby Boom, napisanego wspólnie z Andrzejem Szpindlerem.

 

Więcej tekstów z numeru 1/2018:

A. J. RAU

KLEITIA VASO

MACIEJ PAPIERSKI