Niech zdechnie wszystko, tak sobie myślałem, albo niech zdechnie to wszystko, co mnie wkurwia, niech wypierdala w próżnię i niech się jebie z próżnią, i niech ta próżnia też się jebie, byle nie tu, koło mnie, tyle jest przecież wszędzie miejsca w tym kosmosie i po co jeszcze szukać miejsca, żeby się próżnia miała gdzie jebać, pomyślałem, bo tak mi się chciało myśleć od samego rana, zwykłe funkcje mózgowia, pomyślałem, i jeszcze pomyślałem, niech zdechnie ten mój głupi chłopak i mój były chłopak też niech zdechnie, i ten, co go miałem przed nim, i ten poprzedni też, niech się wszyscy jebią w jakiejś próżni, tak myślałem wypróżniając się i czytając jednocześnie Tygodnik Powszechny, donoszący ze swoją świętą cierpliwością, co też się stało na świecie trzy miesiące temu jakiemuś reżyserowi, prezydentowi (niech się jebią), a także kobietom w burkach i facetom w sutannach, a niech się jebią wszyscy w tych swoich burkach i sutannach, a także nago i w piżamach, niech się jebią na placach i na scenach, a także w domach, w lasach i na wzgórzach, i niech to tylko ominie ten kibel, w którym siedzę, tak sobie myślałem, mając pełną świadomość, że to tylko funkcje mózgowia, którym tak samo trzeba pofolgować, jak dupie, inaczej człowiek by chodził cały dzień zatruty takimi niewymyślanymi myślami, łeb by mu pękał, a niby to od czego?, od niczego, po prostu łeb musi się też wypróżnić, żeby już potem nie myśleć, dać sobie z tym pełny spokój należny człowiekowi. Pod prysznic poszedłem całkiem już wypróżniony i zmyłem z siebie całe to gówno, co jeszcze na mnie pozostało, można by nawet stwierdzić, że wyszedłem spod niego całkiem czysty i całkiem już bezmyślny, wyzbyty nienawiści świata i do świata i wszystkich tego reperkusji. W moim niewielkim pokoju panował jak zwykle nieporządek, ale jakoś go ogarnąłem i nawet ogarnąłem kwestię odzieży, w którą się ubiorę, tym razem miało to bowiem pewne znaczenie, wybierałem się bowiem na spotkanie ze znajomymi z prowincji, postanowiłem się zatem ubrać byle jak, ale jakoś, stawiając na interferencję brązów i czerni w temacie majtek, skarpet, spodni i marynarki, dorzucając do tego śnieżnobiały T-shirt prosto z wytwórni T-shirtów w Bangladeszu, pachniał świeżą bawełną i rękami szwaczek. Na śniadanie nie zjadłem nic poza szklaneczką wina Cervantes, które zawsze piję, kiedy chce mi się pić, została jeszcze w lodówce jakaś resztka, po czym wypiłem jeszcze herbatę, a robiąc ją, dałem Irinie, która zjadła, i zaraz położyła się z powrotem spać, więc już nie budziłem jej w celu ścielenia łóżka, niech sobie zostanie niezaścielone.

Wyszedłem z domu. Pogoda panowała marna, w sam raz na tę porę roku, nie zdziwiła mnie ani trochę. Szedłem, ślizgając się po błocie, niezbyt szczęśliwy, że idę na spotkanie ze znajomymi, a zarazem wmawiając sobie, że to jednak atrakcja, coś, w przeciwieństwie do niczego, co by mnie nie spotkało, gdybym na przykład wrócił teraz do domu i przestał odbierać telefon. W sumie takie spotkanie ma to do siebie, pomyślałem, że niczym mi ono nie grozi, albo też prawie niczym, biorąc pod uwagę fakt, że człowiekowi w każdej chwili coś grozi, choćby drobny deszczyk, który właśnie się zaczął, w związku z czym idąc do metra, zrezygnowałem z papierosa. Natomiast w centrum było już jakby „ładnie”, skręciłem więc sobie skręta, mając świadomość, że czasu mam aż nadto na dojście do gmachu, w którym znajdowała się restauracja. A jeśli przyszli przed czasem?, zaniepokoiłem się. Ale zaraz pocieszyła mnie myśl, że skoro są we dwójkę, to zajmą sobie stolik i nie będą się ze sobą nudzić, ja zaś, zająwszy stolik, sam nudziłbym się niewątpliwie. Szedłem więc całkiem wręcz powoli, delektując się papierosem, a i tak zostało mi go co najmniej pół, gdy byłem już na miejscu. Postanowiłem zatem dopalić go przed obiektem, wtedy zdarzyło się coś dziwnego, pojawił się mianowicie fotograf z teleobiektywem i o nic nie pytając, z bezpiecznej odległości, zaczął mi robić zdjęcia. Sam nie wiedziałem, jak się poczuć, paliłem po prostu papierosa, a on pstrykał, i przyszło mi na myśl, że może potem podejdzie i się przywita, poda wizytówkę, ale nie, znikł, nawet nie zauważyłem kiedy. Bo przyszło mi do głowy, jakie to miłe, że tych znajomych przynajmniej od razu rozpoznam, a potem rozmowa potoczy się sama, nie to, co z tymi ludźmi z Warszawy, których najpierw nie rozpoznaję, a potem nie wiem, o czym z nimi gadać. Zgasiłem więc papierosa, który już się skończył, i pokrzepiony tą myślą wszedłem do budynku.

Znajomi siedzieli w przedsionku, jak jakieś dzieci. Przywitaliśmy się i poszliśmy wybierać stolik, wyglądali lepiej niż kiedykolwiek, ucieszyło mnie to. Podeszła też zaraz kelnerka, zmuszając nas do wyboru napojów, poczułem się nagle onieśmielony tą sytuacją, bo powiedzieli, że stawiają i żebym wybrał, na co mam ochotę. Oni wzięli sok i colę, więc zamówiłem też sok, żeby nie powodować zakłócenia sytuacji, od razu na siebie zły, bo wolałbym oczywiście karafkę wina. Tymczasem rozpętała się jednak rozmowa, odsuwając na plan jakby dalszy kwestię wyboru potraw i powodując kilkakrotne jeszcze najścia kelnerki.

Poleciłem im dorsza, sam go jednak nie wziąłem, bo wzięła go Lucy, a nie chciałem tego samego, zamówiłem więc danie dnia, zapominając, że w ofercie specjalnej są mule, w których mógłbym się przyjemnościowo pobabrać, tymczasem danie dnia okazało się okropne jak żarcie dla świń, dlatego zapewne kelnerka tak je sowicie polecała. Chodziło jednak przede wszystkim o to, żeby porozmawiać, rozmowę prowadziła Lucy i czułem się tym faktem miło rozluźniony, że sam nic nie muszę. Jako temat wykrystalizowała się Jola, z którą Lucy wciąż utrzymuje stosunki, w przeciwieństwie do mnie, choć kiedyś przyjaźniliśmy się najbardziej. Ale potem, któregoś dnia, wolałem siedzieć nad Wisłą z kolegami, zamiast iść na przedstawienie baletowe, na które ona z wielkim wysiłkiem zdobyła mi wejściówkę. Nie jeden raz człowiek okazuje się świnią z czystego lenistwa, bezwładności. Przypomniało mi się to moje bycie świnią, zrobiłem się smutny. Ale za to dowiedziałem się, że w nowym domu Joli, kupionym gdzieś na pustkowiu, zalęgły się robaki pod sufitem i teraz trzeba je tępić, co pociąga za sobą jakieś ogromne koszty. Przyszły mi na myśl pluskwy, które zaczęły wyłazić z tapczana Brzeżańskiej tuż przed atakiem padaczki Marka, i karaluchy, które chodziły mi po kołdrze w mieszkaniu Artura, rozmowa zeszła na robactwo, co jakoś współgrało z moim daniem dnia i nawet z dorszem Lucy, który okazał się niestety zbyt suchy, podczas gdy Paweł był bardzo zadowolony ze swojej zupy birmańskiej i swoich klusek. Oboje z Lucy zgodziliśmy się jednak co do tego, że zupa birmańska powinna być czerwona, a nie żółta.

Siedzieliśmy zatem dalej, jedząc, i przypominały nam się różne rzeczy, choćby ksiądz, który udzielał Lucy i Pawłowi ślubu, a potem na ich weselu rozdawał antysemickie gazetki, o czym oni bynajmniej nie wiedzieli i wręcz przyjaźnią się z tym księdzem do dziś. Albo że mieliśmy na roku kolegę imieniem Kazik, którego ja absolutnie nie pamiętam, choć jako jedyny nosił brodę. Co nas to wszystko obchodzi?, jesteśmy workami na jakieś nieważne, niepowiązane ze sobą rzeczy, pomyślałem. Co jeszcze moglibyśmy sobie opowiedzieć? Nigdy nie byliśmy ze sobą tak blisko, by móc opowiedzieć sobie coś więcej. Zresztą mówienie sobie czegoś więcej musiałoby oznaczać obnażanie jakiejś prawdy, prawda jest tak nieprzyzwoita, ilekroć się pojawia, my tu tymczasem siedzimy poubierani, gotowi do dalszej drogi. Kelnerka usiłowała wmusić nam jeszcze kawę, nikt z nas nie miał jednak ochoty na kawę, postanowiliśmy się zatem rozejść, oni do samochodu, ja – do metra, na dworze padał znowu ten włochaty deszczyk włażący pod ubranie i pod skórę, ułatwiający szybkie pożegnanie. Kiedy już prawie wchodziłem do tunelu metra, całkiem zadowolony ze spotkania i z jego zakończenia, zadzwoniła mama.

– Byłem na obiedzie ze znajomymi z prowincji – powiedziałem do telefonu.

– Nigdy nie mów „z prowincji”, sam jesteś z prowincji – powiedziała mama. I zapytała: – A co jadłeś?

Przypomniało mi się danie dnia, które zjadłem, i mule, których nie zjadłem, zrobiło mi się nagle szkoda wszystkiego, całego życia, które przeżyłem od czasu ślubu Lucy i Pawła, kiedy to widzieliśmy się przedostatni raz, mogło to być lepsze, ciekawsze życie, ale co miałbym niby zrobić, żeby takie było? Nie potrzebujemy tych pytań, pomyślałem, na szczęście byłem już w tunelu i szybko rozłączyłem rozmowę pod pretekstem wsiadania do kolejki. Zrobiło mi się niedobrze, podróż trwała w nieskończoność, gdy przyszedłem do domu, Irina ciągle spała.



Adam Wiedemann (ur. 1967) – poeta, prozaik, tłumacz, krytyk literacki i muzyczny, malarz i rysownik. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Laureat nagród: PTWK (1998), Fundacji Kościelskich (1999) i Nagrody Literackiej Gdynia (2008). Ostatnio wydał tom Metro na Żerań. Mieszka w Warszawie.