Twardosz

Proza

ADRIANNA PAŃCZAK

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Joanna Twardosz

Trzy w jednej

 

Spytała, czy może mi wbić długopis w udo. Czemu nie, zawsze lubiłam ekscesy, a długopis w udzie byłby nowością, tego jeszcze nie próbowałam. Ale teraz – ponagla mnie. Nie no, teraz to nie mogę, przecież są zajęcia. Może w poniedziałek, po uczelni. Najlepiej na Placu Wolności. Tam przecież ludzie zobaczą. I dobrze, niech zobaczą, to przecież sztuka. A jak zaczną się burzyć to powiem, że się zgodziłam, co w tym złego. Ludzie w łóżkach to dopiero sobie poczynają.

Więc idę. Czuję się jak ten poeta u Konwickiego, co się miał podpalić. W sumie to nawet jestem trochę jak on, bo to akt odwagi i desperacji. I wszyscy w mieście będą gadać. No to idę. Mijam górali przy Okrąglaku, patrzą z kpiną. Nie kupiłam u nich kapci, jestem studentką, więc bieda. Idę, idę. Zastanawiam się, czy ona już czeka. Pewnie tak. Stoi bestia w skrzydłach. A długopis? Mam nadzieję, że nie pióro. Atrament źle się spiera ze skóry. Jeszcze mama.

Matkodzieckocośtyznowuzrobiłamyzojcemżyłysobiewypruwamyatysięszlajasz. Dokładnie tak, na tchu z resztek płuc. Trochę jak litania, to nawyk z kościoła.

U Konwickiego była jeszcze Nadia, wnuczka Stalina chyba. Seks w ruinach, kto by nie chciał. I jeszcze bankiet. Ale co to za atrakcja, w Ikei też się mogę najeść. Idę, a tu mnie zatrzymuje banda kolesi. Pytają w narzeczu królowej Elżbiety, where is the pizza? Chłopcy, ja tu się spieszę, egzekucję mam, nie widać? Na koziołki to prosto, nie na szagę. Kurde, mogłam to przemyśleć. Okazja minęła, poszli.

Doszłam. Nie w ekstazie, w butach. Obcas wpija mi się w piętę, zdejmuję te koturny. Ziębi, ale moment to chyba dam radę. Jeszcze zaczął padać śnieg. Ale ja nie dreaming of christmas, już nie mam snów, koszmarów. Trzęsę się, bo kurtka bez futerka. Przyjdzie czy nie?

A mogłam zostać w domu. Klucze wpadły do studzienki, dość pechowo. Trudno, wejdę oknem. Nie no, nie wejdę, najpierw do szpitala. Może mnie na noszach wniosą. Tylko żeby jej nie karali, przecież się zgodziłam. O, idzie, jak zwykle z gracją. Płaszczyk w kolorze śniegu. Śnieżka, królewna. Pasuje do czerwieni jej ust. Drżę.

Ona drze się, że mam czekać. A co robię? Teraz nie pójdę, za długo czekałam. Żeby odsłonić udo, muszę podciągnąć spódniczkę. Na pomysł z pończochami wpadłam wczoraj. Dwanaście dziewięćdziesiąt, kochanie, ale nie płać stówą. Przechodnie już się ślinią. Odwracam się tyłem, żeby domyślili się, gdzie to mam, no gdzie. Ci z tyłu też się gapią.

Już blisko, bliziutko. Widzę jej uśmiech, jak u drapieżcy. Trochę rekin, pewnie naostrzyła siekacze. Uśmiecham się. Zamknę oczy, wtedy zmysł dotyku się wyostrzy.


Adrianna Pańczak (ur. 1996) – studentka poznańskiej polonistyki. Związana z wieloma miejscami, lecz najbardziej z miejscem na podpis. Lubi schematy, ale tylko te, które można burzyć.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

JAN KANTY ZIENKO

BARTOSZ POPADIAK

MICHAŁ PAWŁOWSKI