AGNIESZKA_SMARZEWSKA

Proza

AGNIESZKA SMARZEWSKA

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Zofia Borysiewicz

Wszy

 

Zaczęło się od lekkiego swędzenia nad uchem. Wróciła do domu, a kiedy zamknęła drzwi, poczuła zwalające z nóg zmęczenie. Zsunęła baleriny i, szurając stopami po podłodze, ruszyła prosto do łóżka. Runęła na nie całym swoim osiemdziesięciokilogramowym ciałem. Leżała jakiś czas, aż znowu poczuła swędzenie. Tym razem nie sięgnęła, by się podrapać, sądząc, że za chwilę przejdzie. Ale nie przechodziło, przeciwnie – powoli rozchodziło się po głowie.

Coś ją tknęło. Bardzo powoli podniosła się na łokciach. Usiadła. Obejmowała teraz wzrokiem całe wynajmowane mieszkanie – nieduży pokój z aneksem kuchennym i łazienką. Odruchowo lustruje ściany, czy nie ma na nich żadnego robactwa. Znów swędzenie. Sięga po smartfon. Wpisuje w wyszukiwarkę: „swędzenie głowy”. A za chwilę: „wszawica”.

W przedszkolu ktoś coś napomknął ostatnio o wszawicy. Że jakieś dzieci w którejś grupie. Chyba nie jej zerówka. Bierze w dłonie końcówki swoich długich, prostych włosów. Na razie nic. W nocy przed snem ma wrażenie, jakby pod powierzchnią włosów ożywała nowa warstwa, mała, dzika dżungla. Coś pełza od ucha do ucha.

Rano nie ma już wątpliwości. Co teraz? Oczywiście nie pójdzie do pracy. Nie pójdzie też na spotkanie z Magdą. O weekendowym wyjeździe również nie ma mowy. Dobrze, czy trzy dni wystarczą?

Musi powiadomić przedszkole. Jeśli złapała je od któregoś dzieciaka, to znaczy, że na pewno trwa epidemia. Ale gdy w słuchawce odzywa się szefowa, głos grzęźnie w gardle. Mówi po prostu, że jest chora. Gorączka. Będzie mieć zwolnienie.

Taniec robactwa we włosach trwa w najlepsze. Co dalej? Chyba czas iść do apteki. Czy do lekarza? Do najbliższej apteki musi podjechać trzy przystanki autobusem. Powoli, niepewnie zakłada cienką, przeciwdeszczową kurtkę i wsuwa buty. Przez jakiś czas stoi z ręką na klamce. W autobusie czuje, że wszyscy patrzą. Zaraz naocznie przekonają się o jej przypadłości. Wszyscy. Siada na brzegu siedzenia. Wstydzi się, że zajmuje więcej niż jedno miejsce. Zakłada kaptur. Dlaczego nie pomyślała o czapce?

W aptece jest kolejka. Wrzesień, ludzie chorują. Pobiera numerek, jak na poczcie. Zaszywa się w najdalszym kącie. Na szczęście nie ma tu nikogo znajomego. Wszyscy zapatrzeni w swoje smartfony, albo biuletyny reklamowe. Po kwadransie przy okienku aptecznym mówi przytłumionym głosem:

— Wiem, że to nietypowe, ale… ale…

Farmaceutka, elegancka kobieta w średnim wieku, czeka cierpliwie.

— Chyba mam wszy. Pracuję w przedszkolu.

Zaciska usta. Farmaceutka poleca preparat X. „Należy nałożyć go na włosy i owinąć głowę folią. Albo czepkiem, tu, proszę, komplet jednorazowych czepków. I koniecznie zmienić i uprać pościel. I najlepiej od razu ostrzec w przedszkolu”, radzi farmaceutka, choć jej mina zdaje się mówić: „Niech się pani weźmie za siebie”.

Z głową wysmarowaną miksturą siada w czepku na łóżku. Sięga po smartfon – nieodebrane połączenia od Kingi i Magdy. Zanim oddzwoni, szuka w internecie, jak radzą sobie z wszami inni dorośli ludzie. Zajmuje jej to kilka godzin.

„Co jest, chora?” pyta Kinga. „Tak… A w zasadzie…”. „Co jest?!”. „Mam wszszszszszszszsz…” – brzydkie słowo od razu przechodzi w zawstydzający szum.

— O rany! Fu!

— Jasne, że fu, ale stało się, muszę siedzieć w domu i czekać. Nie wiesz, ile takie coś trwa? Do poniedziałku zdążę?

Maca lekko głowę przez szeleszczący czepek.

— Nie wiem, a skąd to masz? – pyta koleżanka. – Bo u nas dzieciaki czyste. Musiałaś gdzieś z dworu. Od jakiegoś psa? Albo z dworca?

— One nie biorą się z brudu. Od zwierząt też się nie można zarazić, to występuje tylko u ludzi. Nie wiem. Na razie siedzę w domu. Tylko nikomu nie mów!

Magda: „No hej”. „Musimy odwołać spotkanie”. „Nie ma mowy! Specjalnie przyjeżdżam do Warszawy!”. „Mam grypę”. „Żadna wymówka”. „Okej. Mam wszszszszszszsz…”.

— Co?! Jak to możliwe w dwudziestym pierwszym wieku?! A ciągle pracujesz w tym przedszkolu? Pewnie od bachorów podłapałaś. Dlaczego nie znajdziesz sobie nic porządniejszego? Obrzydliwe. Długo to potrwa?

— Sama chciałabym wiedzieć. Na razie dwa dni.

— W takim razie spotkanie nie wchodzi w grę. Sorry, ale nie zarażę się tym gównem. A jak to w ogóle wygląda?

— Początkowo nic nie widać, tylko swędzi. Potem włosy przy skórze się sklejają, widzisz na nich przylepione takie małe białe jajeczka. A wszy są na początku małe, przezroczyste, a potem… brunatnieją…

— Dobra! Nie chcę tego słuchać, siedź tam.

Obie rozmowy wprawiają ją w przygnębienie. Ale żadna nie odbywa się naprawdę. Telefon leży na stole, nieodebrane połączenia i wiadomości bez odpowiedzi. Magdzie wystarczył jeden sms z wymówką. O przedszkolu lepiej nie myśleć.

Idzie do łazienki, zdejmuje czepek. Powinny już się udusić, ale wciąż tam są. Ma wrażenie, że jest ich coraz więcej. Rozprostowuje włosy długie niemal do pasa – zwisają smętnie posklejane. Czy powinna je ściąć? Ale jak? Może jeszcze u fryzjera? „Dzień dobry. Uwaga – mam wszy”. „Do widzenia”. Przeczesuje palcami przy skórze. Małe białe kropeczki tkwią tam nadal. Trzeba je usunąć. Jest, widzi wesz! Usiłuje ją dogonić palcami, ale robak jest szybszy, ucieka w gęstwinę włosów.

*

Przejeżdża palcem po zakurzonym blacie szafki nocnej. Od niechcenia. Warstwa kurzu jest gruba. To już drugi tydzień. Kładzie się.

Być może wypadałoby sprawdzić telefon. Nie mówiąc o mediach społecznościowych. Maca głowę. Bierze smartfon. Dwadzieścia połączeń nieodebranych, praca i jeden numer nieznany. Ostatnie połączenie cztery dni temu.

Na dworze robi się coraz zimniej. Zamyka okno. Podwórko blokowiska puste. Na placu zabaw pusto. Ciekawe, czy w przedszkolu jest już skreślona. Nigdy się nad tym nie zastanawiała. Co się dzieje, gdy pracownik bez słowa znika z dnia na dzień? Przecież nie idą z tym na policję. Wraca do smartfona. Może znowu zadzwonią? Można by spróbować odebrać.

Jak na komendę ekran bezgłośnie daje znać, że ktoś dzwoni. Dzwonek i wibracje wyłączyła dawno temu.

— Słucham?

—Dzwonimy w sprawie rekrutacji w firmie Y. Otrzymaliśmy pani CV. Czy nadal jest pani zainteresowana?

Pewnie, że jest zainteresowana. Ubiega się o posadę recepcjonistki. Lepiej płacą niż w przedszkolu. Czyli udało się. Szkoda, że od dwóch tygodni nie wolno jej wyjść z domu. Siedzi chwilę bez słowa, po czym odpowiada rekruterce, że zgadza się na rozmowę kwalifikacyjną jutro rano. Rozłącza się i maca głowę. Mikstura z apteki skończyła się po pierwszym tygodniu. Teraz używa innej, kupionej przez internet. Nie czuje swędzenia, ale od czasu do czasu nieprzyjemnie łaskotanie przypomina jej, że jeszcze nie jest sama. Czy to się kiedyś skończy? Zakupy robi teraz tylko przez internet. Kuriera przyjmuje w bluzie z kapturem. Odbiera siaty z wodą, sokiem, szynką, masłem i chlebem tostowym. Ma jeszcze kilka konserw rybnych i pasztetów.

Wybiera numer dyrektorki przedszkola.

— Słucham?

— Dzień dobry, mówi Iza, od zerówki.

— Przepraszam, kto mówi? Kim pani jest?

Rozłącza się. Patrzy w łazienkowe lustro. Może trzeba ściąć włosy? Tak długo je zapuszczała. Jaka szkoda. Przeczesuje je i szuka białych kropeczek u nasady. Niestety, wciąż tam są.

Następnego dnia prasuje białą koszulę. Wkłada szarą spódnicę. Koszula się nie dopina. Wciąga brzuch, czuje, że mrowienie i łaskotanie na głowie się nasilają. Wkłada kurtkę, naciąga kaptur.

Przed wyjściem stoi kilka minut z ręką na klamce.

Przecież nie pojedzie.

Może poprosić o zmianę terminu? Jeśli dowiedzą się, co jej dolega, rozlegnie się wrzask na cały wieżowiec. Jeszcze kogoś zarazi. Dzwoni. Przeprasza. Źle się czuje, czy jest szansa na spotkanie innego dnia? Na przykład za tydzień? Tylko jutro? No dobrze.

Przebiera się z powrotem w domowe dresy. Wciera preparat. Dostrzega kilka wszy. Są już brunatne. Udaje jej się złapać kilka między długie paznokcie. Zamaszystym ruchem wrzuca je pod strumień wody z kranu. Nakłada przezroczysty czepek. Waży się. Wraca do pokoju i kładzie się. Przegląda media społecznościowe. Kilka zaproszeń od znajomych na imprezy… Smutno jej, poszłaby. Dawno się nie widzieli.

Pytają, co się z nią dzieje. Odpisuje, że złamała nogę.

Rano zdejmuje czepek i nadal nie widzi poprawy.

Wkłada koszulę, dopina ją na siłę. Wciąga szarą spódnicę. Kozaki. Kurtka, kaptur. Jedzie autobusem z duszą na ramieniu. Jest pierwszy raz na zewnątrz od dwóch tygodni. Spuszcza wzrok, ale za chwilę podnosi głowę i rozgląda się po autobusie. Coś dziwnie pustawo. Tylko kilka starszych osób przygląda się jej podejrzliwie. Kilkuletni chłopiec (dlaczego nie jest w przedszkolu?) zerka na nią i śmieje się bez skrępowania. Droga z przystanku do korporacji ciągnie się jak tysiące kilometrów. Jest słonecznie, rześko, złota jesień. Eleganccy, ładni ludzie. Ale tylko kilkoro, na ulicy mały ruch. W hallu musi zdjąć kurtkę i powiesić na wieszaku. Zaciska zęby. Podchodzi do kontuaru. Korytarz jest sterylnie czysty, biały, wykładzina i krzesełka w pastelowych kolorach. Recepcjonistka, chudziutka dziewczyna z włosami gładko zaczesanymi do tyłu (czy to jej miejsce miałaby zająć?) uśmiecha się i zaprasza, ale patrzy na nią o sekundę za długo i z wyraźnym smutkiem. Teraz trzeba chwilę zaczekać. Jest bardzo cicho i pusto.

Rekruterka ma opadające kąciki oczu i ust, wygląda na zdenerwowaną. Przygląda się jej głowie z uprzejmym zaniepokojeniem.

— Przepraszam, że pytam, ale czy dobrze się pani czuje? – pyta rekruterka, lekko przechylając głowę w prawo i szczerząc zęby. – Czy ma pani…

Po czole rekruterki, tuż pod linią włosów, pełznie obrzydliwa brunatna wesz. A więc to tak – myśli. Rozniosło się. Wszyscy są zawszeni.

— Czy ma pani problemy ze zdrowiem? – pyta rekruterka.

— Tak – odpowiada, kiwając łysą głową. — Tak, jestem po ciężkiej terapii.


Agnieszka Smarzewska – tłumaczka literatury krajów bałtyckich, autorka artykułów, copywriter. Przekłady opowiadań i wierszy publikowała w magazynach takich jak "Bluszcz", "Borussia", "Korespondencja z ojcem", "Znad Wilii".Współpracuje z magazynem internetowym "Przegląd Bałtycki". Mieszka w Warszawie.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

DOROTA DROŻYŃSKA

ŁUKASZ DROBNIK

JAKUB WIŚNIEWSKI