Zachodni kanon (fragmenty)

W odniesieniu do większości tych dwudziestu sześciu postaci próbowałem bezpośrednio zmierzyć się z ich wybitnością: pytać, co czyni danego autora i dane dzieła kanonicznymi. Zwykle odpowiedź brzmiała: dziwność, typ oryginalności, którego nie sposób oswoić albo który tak nas oswaja, że przestajemy postrzegać go jako dziwny.  

że nie porozdzielani. Szliśmy (Marcin Mokry, „Świergot”)

W tym między innymi tkwi siła wierszy autora „Świergotu”, że w zestawianiu po kropkach klauzul lub początków zdań, w tworzeniu widmowych przerzutni, które w rzeczywistości nie są przerzutniami, kolejny wers jest bowiem końcem nowego zdania, nie ma nic z nowofalowego oporu przeciwko cenzurze ani tym bardziej z jakiegoś ezopowego wyzyskiwania „utrudnionych warunków rozmowy”, w czym lubował się „bruLion”. Ta „luka informacyjna” potrafi zachować pozory semantycznej koherencji przy równoczesnym sugerowaniu czytelnikowi, że owe zatracone fragmenty dyskursu przepadły bezpowrotnie w Historii.  

Głośna nieobecność. Dylan i Nobel

Jeśli jednak widzimy literaturę wszędzie tam, gdzie rozkwitają narracja i metafora, a więc także, a może zwłaszcza, w ustnych formach wypowiedzi, to radość z Nobla dla Boba Dylana oznacza przekonanie, że literatura na przełomie XX i XXI wieku bynajmniej nie umiera (…).  

re-Wizje (2): Śmierć w nowych dekoracjach (Piotr Jemioło, „Nektrotrip”)

Rzeczywiście, poetyka Jemioły wydaje się mocno autorska. Wpływy obcych tradycji nie przebijają się przez liryczną narrację. Intertekstualia nie przeszkadzają, wzmagają jedynie kontrkulturową tonację obserwacji rzeczywistości. Przytłacza jedynie ta powszechna „nekrotyczność”, ciągła obecność śmierci, z której projekt poetycki Piotra Jemioło raz czerpie, innym razem na niej traci.  

Poniekąd legenda (Jakub Pszoniak, „Chyba na pewno”)

Bohater Pszoniaka, flâneur idealny, snujący się po ulicach Gliwic-Bytomia-Katowic-Rybnika-Zabrza, przekraczający te miasta w stumilowych butach („jadę w poprzek miasta / po brzeg miasta jadę / jestem gdzieś / opodal nawiści”), wdepnął w przeszłość ze świadomością typowego Ślązaka. Niby trzeba się ruszyć, stawiać na mobilność, reaktywować futurystyczne utopie awangardy, ale jak?, za jaką cenę? W tym sensie „Chyba na pewno” – jako tom o pewnym impasie – byłby doskonałą lekturą tak dla naszej politycznej prawicy, jak i lewicy.  

re-Wizje (1): Zima już Panie, a wiersz wciąż na progu (Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, „Dwie główne rzeki”)

Z jednej strony oczekiwano dokręcenia motywów najważniejszych dla tej liryki – ech i powtórzeń – pracy nad ukonstytuowanym już idiomem. Z drugiej domagano się bardziej radykalnych zmian, przełamania impasu formy, być może wyjścia poza tożsamościowy schemat, Wólkę Krowicką, Lisie Jamy i „dzieje rodzin sąsiedzkich”. Od początku było wiadomo, że obu tych grup nie da się zadowolić tylko jedną książką.  

To nie jest mój syn (Ida Linde, „Mama mordercy”)

„Mamę mordercy” Idy Linde z łatwością można nazwać książką o bezwarunkowej miłości matki do dziecka, o poświęceniu, o mierzeniu się z traumą. Fabuła jest dość prosta – samotna i zamknięta w sobie kobieta wychowuje przybranego syna, chłopak dojrzewa i niepokojąco się zmienia, aż pewnego dnia znika, a zamiast niego w mieszkaniu pojawia się policja.  

Przed sztalugą

Czasami oglądam w internecie streamingi ze spotkań z poetami i pisarzami z okazji festiwali literackich albo gal wręczenia nagród literackich. Później wyobrażam sobie siebie na takim spotkaniu, wyobcowanego, siedzącego gdzieś na rogu, milczącego, nieśmiejącego unieść wzroku znad kufla z piwem, śmiertelnie przerażonego. Wykluczonego. Tak wygląda życie literackie. A literatura? Literatura to samotność. Wielka literatura to wielka samotność. Wielka samotność, która łączy ludzi. Literaturę tworzy się w samotności i obcuje się z nią w samotności.  

Wstyd burżuja

Bohater jest tradycjonalistą: głębokie gardło uważa za przereklamowany fetysz nielicznych, brzydzi go seks grupowy z obcymi ludźmi, eksperymenty czy praktyki pedofilskie, a gdy znajduje w jednej ze swoich kwater pełne wydanie de Sade'a i ogląda ryciny, stwierdza, że nie mógłby się odnaleźć w żadnej konfiguracji. Zgodnie z kodeksem mieszczańskim fetyszyzuje młodość i sprawność, okrutnie ocenia zaniedbaną Claire, do siebie też nie ma szczególnych sentymentów.   

Pozdrowienia z Sorge (rozmowa z Aleksandrą Zielińską)

Ta książka jest trochę o tym, w jaki sposób konstruuje się historie. Pisząc, przywoływałam w pamięci to, jakich opowieści słuchałam jako dziecko, jak przekazywała je moja mama, babcia, w końcu – jak te przekazy różniły się od siebie i nawzajem na siebie nakładały. To również wybrzmiewa w samej warstwie fabularnej powieści – czasem jedno wydarzenie jest różnie interpretowane w zależności od tego, kto je postrzega.