Dla Dawida Frątczaka, z podziękowaniami

Zacznę od ósmych urodzin córki. Kupiliśmy jej z żoną Nintendo. Dziewczyny umieszczały na torcie świeczki – tak naprawdę to nie był tort, tylko kostka z galaretką, bo mała nie lubi tortów – a ja zabrałem się za instalację konsoli. Po jej uruchomieniu pojawił się ekran z wyborem języka. Chciałem przesunąć planszę w lewo, żeby zobaczyć, czy można wybrać język polski, i niechcący dotknąłem chińskiego, japońskiego lub koreańskiego. Trudno powiedzieć. Wszystkie napisy zamieniły się natychmiast w krzaczki, a ja za cholerę nie wiedziałem, jak się cofnąć. Wyłączenie i ponowne włączenie sprzętu nic nie dało. Nie miałem pojęcia, jak to odkręcić, nie wiedziałem, jak zrobić wstecz. To była pierwsza konsola córki. Ona i jej mama były zajęte, śmiały się, wygłupiały, w naszym mieszkaniu panował ten radosny rozgardiasz, zaraz mieliśmy przejść do dmuchania świeczek, a ja nie wiedziałem, co dalej zrobić ze swoim życiem. Po jakimś kwadransie pozorowania ruchów, które, wiedziałem to, nic nie przyniosą i przeglądania tutoriali na Youtubie, uratował nas telefon do Dawida. Zadziałał przycisk wstecz.

Następnego dnia rano wyjąłem ze skrzynki książkę, egzemplarz recenzencki – to były Kwiaty rozłączki z ha!artu. Nazwisko autorki zabawnie wymyślone, od razu człowiek wie, że ktoś gra w pseudonimy. Zacząłem czytać już w metrze. Ha!art to jedyne wydawnictwo, które wysyła mi recenzenckie, nie jestem recenzentem, wygłupiam się tylko na Facebooku, więc doceniam takie gesty.

Czytam i od razu chcę, żebyście też przeczytali:

Oznajmia:
I to mają być najpiękniejsze chwile naszego życia?
Sikam na stojąco do wody, śmieję się.
Morze jest niewinne, a ja je psuję.

Czytam i od razu chcę, żebyście też przeczytali.

Wyobrażam sobie przeciwnika tej książki. To będzie mój chłopiec do bicia. Powiedzmy, że gdy ja piszę ten tekst, on biega po moim mieszkaniu i co chwilę wykrzykuje: „szczerość dla naiwniaków”, „zwierzenia gorsze od pierdzenia”. Wstaję z krzesła tylko po to, by drzwiami uderzyć chłopaka wbiegającego do pokoju. Mówię mu: „czym według ciebie jest szczerość, jeśli nie konwencją, jak wszystkie inne?”. Następnie czytam mu na głos; szczególnie chciałbym, żeby skupił się na istnieniu nawiasu, zastanowił się nad nim:

Było mi głupio, kiedy powiedziałam
– miesiąc przed rozstaniem z moim mężem –
Że chyba się rozstaniemy.
Powiedziałam to do samej siebie w kuchni.
Raz cicho,
później głośniej.
(Nie, to nieprawda, nigdy nie robiłam prób).
W rzeczywistości zaczęłam tak:
Muszę ci coś powiedzieć.

Nigdy nie miałem wymyślonego przyjaciela, zawsze wolałem po prostu wymyślać samego siebie, ale z wymyślonym przeciwnikiem całkiem mi teraz dobrze. Myślę o tym, że gdybym już musiał dłużej z nim gadać, rzuciłbym: „czy nie uważasz, że jednym z ciekawszych zadań literatury jest walka z tym, co uważamy za literackie?”. Podałbym mu ten fragment:

A wiesz, że kaktusy rozkwitają w chwili zagrożenia?
Kiedy się je przesadza, to walczą i puszczają kwiaty.
Nie wiedziałam.
Jemu się wydaje, że to ciekawe i literackie.
Mnie to obrzydza.

Wracam jednak do samodzielnej lektury. Po chwili myślę o mężczyznach. To, że sam nim jestem, ale też niespecjalnie się z nimi identyfikuję, sprawia, że mam jako takie pojęcie o ich (i mojej) chujowości. Mężczyźni przeważnie są mniej lub bardziej szkodliwi. A jednak teraz, przez chwilę, prawie ich lubię, może nie tyle lubię, co potrafię spojrzeć z odrobiną sympatii na ich niektóre niedoskonałości, czytam (to o ojcu bohaterki):

Raz przyjechał uwalony farbą pod urząd miejski,
żebym sama nie odbierała dowodu osobistego
po zmianie nazwiska na panieńskie po rozwodzie.
Czekał przy aucie z białą linią farby na szyi,
a kiedy przyniosłam dowód, powiedział:
Znowu nasze.

Tego samego dnia, czekając na światło na przejściu dla pieszych, obserwuję policjantów. Jednemu z nich wiatr zwiewa czapeczkę, taką niepoważną bejsbolówkę, jakie teraz noszą na służbie. Policjant jest w swoich ruchach bardzo niezdarny = wyskakuje na pasy, by złapać zgubę, wraca, otrzepuje ją, próbuje się uśmiechnąć, ale głupio mu to wychodzi. Mówi do kolegi o wietrze: „złodziej, chciał mi ukraść czapkę”. Nawet nie rzuca przekleństwem. Nawet mnie trochę wzrusza. Proszę przeciwnika tej książki, żeby usiadł obok mnie, podaję mu chustkę, żeby sobie wytarł twarz, proponuję kawę albo kakao. Może powinniśmy jednak spróbować się dogadać. No tak, ale on jęczy: „gdzie w tej poezji poezja, za mało poezji, ubogie środki, co to w ogóle jest?, poezja czy proza, ni pies, ni wydra”.

Proszę przeciwnika tej książki, żeby usiadł obok mnie.

Serio, kurwa? Takie pytanie w tych czasach? Poezja czy proza? Dla mnie to może być nawet modlitwa do zasypiania, ostatnia papierowa książka telefoniczna, hymn Polski albo mapa Europy w skali 1:1.

Dobra, może przeciwnik tej książki nie jest aż takim nudnym krzyżówkowiczem, dumnym z tego, że zna wszystkie hasła na cztery litery w poziomie i w pionie. Może pyta po prostu: „ej, serio, kurwa, ty tu coś widzisz?”.

Chciałbym więc, żeby najpierw dostrzegł tu detale, które świadczą o ostrości i przenikliwości spojrzenia. Ten palec w bucie to nie są łapska na dupie i cyckach:

Włożył mi palec w buta, połaskotał:
Nie wiesz niczego o ładunkach wybuchowych,
grałaś najwyżej w sapera.
Jakby coś – śpię w hotelu na lewo od piekarni.
Pomyślałam:
Atrapa.

To zejście po schodach to nie jest grubo ciosana kłótnia:

Ona czeka na dole.
Mój mąż dostał ataku paniki i nie chce sprowadzić
córki na dół.
Ona patrzy na mnie z uśmiechem jak pierwsza
gwiazdka i mówi do dziecka:
Zatkaj uszy i wejdź do auta.

To rzeczy, których nie spodziewasz się akurat w takim momencie:

Zakładałam, że czeka mnie mycie ich ciał,
kiedy zaczną chorować.
Okazuje się, że być może nawet nie dowiem się
o ich śmierci.
Pierwszy raz pomyślałam o tym,
wracając z delegacji prosto do szpitala.
Moja teściowa powiedziała:
Zanim przyjechało pogotowie,
obcięłam włosy,
żeby nie było problemu z warkoczem, gdybym
została sparaliżowana po wylewie.
Poszłam na korytarz i rozpłakałam się.
Byłam w delegacji,
myślałam o innym.
Nie o jej włosach.

Popatrzmy też na bohaterkę, która ani się nie chce wybielić, ani ukrzyżować. Niesie to, co niesie, tak po prostu:

myślę cały czas o innym.
Szczególnie kiedy rozpiera mnie namiętność.
Wiem, że tylko do niego mogę ją kierować.
Chcę, żeby on mnie trzymał za biodra i poruszał nimi.
Nie wiem, dlaczego nie myślę o moim mężu,
kiedy jest inny.
I nie wiem, czemu mąż przypomina mi o innym.
Kiedy mnie przytula mocniej, to myślę
mocniej o innym niż o mężu.
Czuję wdzięczność wobec nich obydwu.
Chciałabym ich przeprosić i powiedzieć
każdemu coś innego.
Ale nie,
każdemu mówię mniej więcej to samo.

Przede wszystkim jednak odkrywam tu dla siebie trzy rzeczy. Chciałbym, żebyśmy mówili o nich, rozmawiając o Kwiatach rozłączki. Pytanie o przycisk wstecz oraz o biedarośliny przyszłości. Pytanie, czy wszystko trzeba przeżyć.

Wstecz. Kto z nas nie szukał chociaż raz tego przycisku? Tylko dokąd taki manewr miałby nas zaprowadzić? Wstecz, by wycofać się z komunikacji w niezrozumiałym języku – chińskim, japońskim czy koreańskim? Wstecz, by powiedzieć, że nie mam córki? Wstecz, by naszego małżeństwa nie było? Wstecz, mnie tu już nie ma? Pytanie o przycisk wstecz jest fundamentalne. Nie wierzę w istnienie człowieka, któremu ani razu palec nie zadrżał nad tym przyciskiem, który nie wymiotował z nerwów. Albo może i wierzę w jego istnienie, ale niezbyt mnie ono interesuje.

Nie da się niczego cofnąć. Wstecz to tylko manewr, po którym znowu musimy jechać do przodu. Co jest przed nami? Biedarośliny przyszłości:

Mówi, że biedarośliny
to rośliny przyszłości.
Mówi, że biedarośliny
to my.
Raz znalazła styropian pokryty mchem –
Myślał, że plastik to kamień i się z nim zrósł.
Szukam na plaży roślin jutra.

„Wstecz” to tylko manewr, po którym znowu musimy jechać do przodu.

Czy wszystko trzeba przeżyć? Moja matka często krytykowała inne kobiety, mówiąc: „przeżywa jak mrówka okres”. Uważam, że przeżywanie „przeżywania” nie jest konieczne. Można przeżywać bez pisania albo czytać bez przeżywania, jasne. Ale przecież od czasu do czasu coś przeżyć, przetrwać coś, przetrawić – nie zaszkodzi. Jak przeżyłem rozwód rodziców? Wydaje mi się, że dobrze. Miałem dziesięć lat, wróciliśmy z ojcem z wakacji, matka zostawiła nam tylko krótki list, a zabrała ze sobą jedynie zegar z kukułką i młynek do kawy. Potem tata płakał w taksówce, którą jechaliśmy do babci, mamy mamy, bo podejrzewał, że jego żona właśnie tam się przed nami ukrywa. Babcia przyjęła nas w kuchni, dalej nie wpuściła, zapewniła, że mamy u niej nie ma, dała mi banana na drogę . Nie uwierzyliśmy jej. Czy przeżywałem to jak mrówka okres? Chyba nie. Ale czasami lubię coś przeżyć intensywniej, dokładniej. Kwiaty rozłączki pozwalają mi na takie przeżycia. Odpowiadam więc na zadane pytanie: nie trzeba, ale w tym przypadku – warto.


Aleksandra Wstecz, Kwiaty Rozłączki
Wyd. Korporacja ha!art, 2020, ss. 88.



Adam Remis – pseudonim Adama Kaczanowskiego.