Słowem wstępu

W najnowszym numerze „Książek. Magazynu do Czytania” ukazał się wiersz Jacka Podsiadły, Słup ze słów. To polifoniczny tekst-montaż o specyficznej poetyce – będący zarówno hołdem dla zamordowanej w Kielcach poetki Bajli Gartner, jak i szeroką refleksją o stosunkach polsko-żydowskich: przemocy, (nie)pamięci, możliwości przełamania milczenia. 

Czy pojedynczy utwór poetycki może wywołać dzisiaj szeroką debatę – literacką, polityczną, historyczną – albo być ważnym głosem w dyskusjach toczących się od wielu już lat? Tak sugeruje redakcja „Gazety Wyborczej” (w notce dołączonej do wiersza), a także Joanna Tokarska-Bakir i Juliusz Kurkiewicz, którzy w artykule Co Polacy zrobili Żydom? Wyjątkowy wiersz Podsiadły. Ten jeden, którego Miłosz nie napisał pytają: „Ale co będzie dalej, co zrobi publiczność, która przeczyta wiersz zatytułowany Słup ze słów?” Tekst Podsiadły również nam wydaje się ważny i godny dyskusji, dlatego też w odpowiedzi rozpoczynamy dotyczący go wielogłos. Uczestniczą w nim Bożena Keff, Karolina Koprowska, Jacek Leociak, Jan Potkański, Piotr Sadzik i Marta Tomczok. Mamy nadzieję, że nasza publikacja będzie jedynie początkiem rozmowy o Słupie ze słów.  


Marta Tomczok

Uniwersytet Śląski

Najważniejszą wartością wiersza Jacka Podsiadły wydaje się jego nieustająca wiara w siłę poezji. Nie trzeba przypominać, że została ona trwale nadwątlona słynnym stwierdzeniem Theodora Adorna o jej niemożliwości po Auschwitz. Zdominowało ono także pisarstwo w Polsce, a szczególnie literaturę, która – mimo różnych znakomitych głosów (Zuzanny Ginczanki, Czesława Miłosza, Jerzego Ficowskiego, Władysława Szlengla, Piotra Matywieckiego) – nie przebiła się do szerszej świadomości i nie wywołała dyskusji na miarę awantury o Sąsiadów Jana Tomasza Grossa. Nie zdołała także, mimo pojedynczych przypadków wierszy znakomitych i często komentowanych, stać się równoprawnym partnerem filozofii, a więc zdobyć pozycję, jaką w humanistyce niemieckojęzycznej osiągnęła za sprawą sporu Adorna z Paulem Celanem. 

Słup ze słów – w pewnym sensie – przypomina o nieodbytej w Polsce debacie na temat roli i zadań poezji po Zagładzie, jest też owej niezaistniałej dyskusji przykrą reminiscencją, powidokiem, straszydłem. Jednocześnie pojawia się w momencie, gdy spór dotyczący pryncypiów nie ma już większego sensu, bo prowadzi się w Polsce zupełnie inne spory – o własne, „lokalne”, pryncypia, takie jak pomoc nazistom w likwidowaniu narodu żydowskiego i pamięć o tym. 

Siłą tekstu Podsiadły jest więc z jednej strony jego interwencyjny charakter, uwikłanie w różne konflikty społeczne, z drugiej zaś – wieloznaczność, która powoduje, że żadna z postaw nie dominuje, poeta nie opowiada się bowiem za jakąś konkretną kwestią. Efektem tak pomyślanego wiersza nie jest rozmycie ideologiczne czy polityczne, ale coś odwrotnego: ogień, żywioł, w którym ogląda się polska poezja. Co się z niego wyłania? Co się w nim kształtuje? Tradycja kontemplowania ognia w sztuce, szczególnie jako jej własnej metafory – rzec by można, „metametafory” – jest niezmiernie długa. Przypomina ją szczegółowo Maria Popczyk w pracy Estetyka czterech żywiołów. Ziemia, woda, ogień, powietrze pod redakcją Krystyny Wilkoszewskiej: „Ogień w postaci światła emituje ciepło i jasność, ale równie dobrze może pochłaniać jako rozżarzona lawa. Przez fakt gwałtowności i zaskakującej mocy, z jaką się przejawia, nie pozwala się do końca posiąść i kontrolować, pokonuje fizyczne bariery, znosi granice, a to uprzytamnia człowiekowi kruchość jego egzystencji” (Kraków 2002, s. 135). W podobny sposób można opisać poezję i jej możliwości reagowania na Zagładę. Po pierwsze, są one narracyjnie nieograniczone; wierszem może być, szczególnie dziś, w dobie eksperymentów naukowych z poezją, o których pisze amerykańska socjolożka Patricia Leavy, wszystko, dlatego też ani forma, ani treść tekstu Podsiadły nie zaskakują. Po drugie natomiast – siła wiersza, czyli niedosłowność, potrafi stać się jego słabością, sprzyjać oddalaniu się od przedmiotu refleksji, uniwersalizowaniu Zagłady (co przytrafiło się niektórym wierszom Sylvii Plath), manipulacjom ideologicznym. Podsiadło ma jednak świadomość tych zagrożeń, a ogień wykorzystuje głównie do tego, by tchnąć w poezję moc, uczynić ją iluminacją, oświecić, upodobnić do słupa ognia, który wskutek gwałtownego spalania materii rozbłyska niesłychaną siłą i choć wprawdzie niewiele po sobie zostawia, to zapisuje się w pamięci na długo. 

Siłą tekstu Podsiadły jest z jednej strony jego interwencyjny charakter, z drugiej zaś – wieloznaczność

Źródłem pomysłu Podsiadły są zagubione wiersze szesnastoletniej Beli Gertner, która po tym, jak przeżyła Zagładę i trafiła z Auschwitz do kibucu w Kielcach, zginęła w pogromie, nie doczekawszy wyjazdu do Palestyny. W dokumentach zaświadczających o tych wydarzeniach poeta znalazł między innymi fragment, słowo w słowo powtarzający zapiski zamordowanej: „Góry słów – to rzecz zbyt błaha, by mogła zaświadczyć o zamordowanym dziecku, zabitym, choć niewinnym, a pisanie książek wspomnieniowych nie uwieczni Żydów, którzy spłonęli w piecach (…). Zostały tylko słowa i litery, kwitnące w popiele w postaci tomów książek z wierszami”. Po tym, jak ogień zniszczy ludzkość i jej literaturę – można by sparafrazować poetkę – zostaną wyłącznie słowa i litery, dla wielu Polaków niezrozumiałe, porośnięte mchem, przesłonięte brudem, pochodzące z trudnego alfabetu. Ponowne życie może dać im jedynie poezja, kwiaty w popiele, a więc roślinność zarastająca miejsca ludobójstwa i będąca niezwykłym, długo lekceważonym świadkiem. Ale też – jak z kolei poucza Księga Zohar – roślinność symbolizuje wstąpienie Szechiny do Przybytku, czas śpiewania i gruchania, nowej ziemi. Ciągłość myślenia o poezji w kontekście ludobójstwa wykazuje Podsiadło w całym wierszu, pisząc o literaturze w getcie warszawskim, o głodzie sztuki wśród umierających, a także o pisaniu tych, którzy walczyli o życie (przypomina się wyznanie innej poetki polsko-żydowskiej ocalonej z Zagłady, Izabeli Czajki Stachowicz, która napisała we wstępie do swojego tomiku [Pieśni żałobne getta, Katowice 1946], że nosiła go pod suknią podczas wszystkich wojennych ucieczek). Warto zauważyć, że Podsiadło cytuje dokumenty z wielką pieczołowitością, dba o szczegóły, interesują go zarówno oryginalne świadectwa literackie, jak i najwybitniejsze dzieła historyków Zagłady (Barbary Engelking, Joanny Tokarskiej-Bakir, Jacka Leociaka). Tak właśnie pojmuje on swoje zadanie: tkać wiersz ze słów pozostawionych przez zmarłych, czytać ich dokumenty, ożywiać je, a jeśli nie przetrwały – poszukiwać w pamięci ocaleńców najwierniejszych świadectw. To właściwie jedyne, co zostało polskiemu poecie.

Zdaje się, że wiedział o tym także Miłosz, który w Campo di Fiori pisał o warszawiakach kręcących się na karuzeli i łapiących w powietrzu „czarne latawce” unoszone przez wiatr, spalone resztki getta, szczątki ludzi. Jednocześnie ubolewał jednak nad nieprzekładalnością tego doświadczenia na słowa i nad samotnością ginących. Dziś powiedzielibyśmy, że ograniczała go wyobraźnia, a może nawet empatia. Podsiadło nie poddaje się żadnym ograniczeniom. Przypomina najtragiczniejsze miejsca polsko-żydowskiej historii pierwszej połowy dwudziestego wieku, ale podaje też pewien pomysł, jak o nich pisać. Ma to być „Wiersz, Golem z liter”, coś w rodzaju Aschenschrift  (pisma z popiołów), zlepek najróżniejszych słów pochodzących z dokumentów i protokołów żydowskich, które trzeba przypominać i przypominać, i przypominać. 

Miłosz myślał o roli poezji jeszcze w dość romantyczny sposób, alienował ją, stawiał na piedestale. Podsiadło ukrywa się nie tylko za czyimiś słowami, ale wysuwa przed siebie także czyjś niedomknięty poetycki los; sprawia – sobą, swoją siłą, nazwiskiem – że nieznana szerzej, a przecież wspaniała poezja Gertnerówny zaczyna żyć i staje się silna swoją własną siłą, być może staje się tak silna, że mogłaby odpowiedzieć na wątpliwości Adorna, a nawet je uprzedzić i zniwelować.


Jacek Leociak

Instytut Badań Literackich PAN | Centrum Badań nad Zagładą Żydów

Zgrzyt pięciozgłoskowca

Czy można pisać wiersze?
Czy można pisać wiersze o TYM?
Czy można pisać wiersze o TYM, jeśli nie było się TAM?

*

Cudem zachowane do dziś świadectwa Zagłady, które – mimo wszystko i wbrew wszystkiemu – zostały napisane i nie zamieniły się w popiół, jak ich autorzy, stawiają pod wielkim znakiem zapytania prawomocność ponowoczesnego dyskursu o zapisywaniu świadectw Zagłady, a raczej o niemożności takiego zapisu. Jego rozpiętość rozciąga się od łagodnej tezy dotyczącej kryzysu reprezentacji po radykalnie brzmiące (szczególnie w ustach legionu naśladowców) takie pojęcia jak milczenie, pustka, nieobecność, aporia sensu, destrukcja języka, w którym panuje „sygnifikacja destabilizująca”, w którym „jedno odsyła do drugiego, odwlekając w nieskończoność odpowiedź definitywną”, który „przyjmuje nicość za centrum sygnifikacji” i „odsyła do różnicy, każdy z której członów równie dobrze daje się pomyśleć [sic!]”1. Mówienie o niemożliwości mówienia o Holokauście, monotonnie powtarzane przez epigonów wielkich mistrzów ponowoczesności, staje się coraz bardziej jałowe, bo coraz bardziej przewidywalne – jak powielany do znudzenia ornament.

Mówienie o niemożliwości mówienia o Holokauście, monotonnie powtarzane przez epigonów wielkich mistrzów ponowoczesności, staje się coraz bardziej jałowe

Fundatorzy tego dyskursu pozostawili cały zestaw filozoficzno-poetyckich formuł brzmiących jak tajemne zaklęcia. Maurice Blanchot nazywa Holokaust „całopaleniem sensu”, które nie pozostawia miejsca „ani na potwierdzenie, ani na zaprzeczenie”, a wszelka myśl ulega zatraceniu i pozostaje tylko „śmiertelna głębia, umykające milczenie nieskończonego płaczu”2. Jak możliwe jest zatem „pisanie katastrofy”? W jednym z paragrafów ezoterycznego działa Blanchota czytamy: „Milczeć, zachowując ciszę: to jest właśnie to, co bezwiednie wszyscy chcemy uczynić, pisząc”3. Na te spekulatywne rozważania o mocy Holokaustu, paraliżującej język, obezwładniającej mowę i unieważniającej wszelki sens, rzuca cień zaangażowanie Blanchota w latach trzydziestych XX wieku w działalność skrajnie prawicowej „Action Française”. Jego ówczesne teksty nie stroniły od antysemityzmu, przesiąknięte były retoryką krwi i przemocy. Filozof już w pierwszym zbiorze esejów z 1942 roku „odrzucił wizję polityczną, której częścią był antysemityzm i faszyzm”, a niektórzy badacze twierdzą wręcz, że fragmentaryczna forma i odniesienia historyczne w L’écriture du désastre (1980) „były oznakami przesunięcia w powojennych pismach Blanchota w stronę zamknięcia niepewnej przeszłości” i że „jego uwagi są wykrętne, jakby konfesyjny impuls ujawnienia podszyty był obawą przed związanym z tym ryzykiem”4

*

Ale zostawmy Blanchota, nie jest on nam tutaj w ogóle potrzebny. Prawdziwie potrzebny, powiedziałbym wręcz – niezbędny, jest nam tu i teraz Jacek Podsiadło i jego wiersz Słup ze słów.

W tytule, na powierzchni języka, na jego gołej skórze, jest dźwięk, drgające cząsteczki powietrza, praca warg, potrzebna do wymówienia tej zbitki głosek: słup – słów… Ale efekt eufoniczny w tytule odsłania gest etyczny. 

Bo to nie jest „góra słów”, o której mowa w wierszu Baili, Beli, Balki Gertner z Ostrowca nad Kamienną. Taka góra słów jest „rzeczą zbyt błahą”. Baila o tym wie, ale pisze, bo nie ma nic innego, tylko słowa. Taka góra słów jest daremna, bezsilna, bezradna — będzie płonąć i zamieni się w popiół. Ale Baila nie czytała na szczęście Blanchota, została zamordowana przed domem na Planty 7 w Kielcach mniej więcej w tym czasie, kiedy autor Pisania katastrofy zaczął już wydobywać się z bagiennych oparów ,„Action Française”. Nie jest to też „stos słów”, konotujący ogień – ogień Zagłady (?), a więc również daremność wobec zniszczenia, ba, samo zniszczenie, spopielenie.

W tytule wiersza jest słup słów. Słup, który jest wyniesieniem, wywyższeniem, podniesieniem w przestrzeni. Ale też jest czymś, co utwierdza, stabilizuje, utrzymuje całą konstrukcję (wiersza… budowli… mostu…). Słup jest też miejscem ascetycznej medytacji, ściągniętą do punktu przestrzenią mistyczną: „Powołał go Pan / Na słup / Na słupie miał dom / i grób” (Stanisław Grochowiak, Święty Szymon Słupnik). Skojarzenie ze św. Szymonem Słupnikiem ma charakter subwersywny, natomiast przywołany wiersz Grochowiaka jawnie kontestuje eskapistyczną, ascetyczno-kontemplacyjną postawę wobec przenikniętej złem rzeczywistości. Słup św. Szymona Słupnika jest miejscem ucieczki od świata, wiersz Grochowiaka jest przyjęciem na siebie moralnej powinności buntu i niezgody na świat gwałtu, przemocy, zła. 

Jacek Podsiadło dzieli ze mną łaskę późnego urodzenia, a jednocześnie dźwiga na barkach to potworne brzemię, o którym tak przejmująco pisał Celan: 

Słowo – no wiesz: 
Takie zwłoki.

Daj nam je umyć, 
Daj nam je czesać, 
Daj nam ich oko 
zwrócić ku niebu5.

Tytuł wiersza odgrywa jeszcze jedną rolę — dzięki syczącemu aliteracyjnemu brzmieniu i barierze głosek stawiającej artykulacyjny opór pokazuje nie tylko dławiącą gardło trudność wymówienia doświadczenia Zagłady, lecz także możliwość zaczerpnięcia oddechu, otwarcia ust, otwarcia mowy, wyjścia z „aporii sensu”. Wyjścia przez opór, co w tym wypadku znaczy — przez zgrzyt stylistyczny, manifestacyjne niedopasowanie, aranżowaną z premedytacją niestosowność. „Słup ze słów” jest dla mnie jak zgrzyt pięciozgłoskowcem po szkle. Zapowiada w ten sposób poetykę całego wiersza, jego rozstrojone nastrojenie. Zapowiada ten galop pięciozgłoskowca, jego krótki, zdyszany oddech, zmieszanie materii tekstu, rozsypanie słów swoich i cudzych, w tym galopie pomieszanych słów, splątanych, sczepionych ze sobą, dziwiących się sobie, a zarazem swojskich; subkulturowych i wysokich, gwarowych i literackich, urzędowych i potocznych. Pod pewnymi względami przypomina to papierową pulpę, którą wydobyto z metalowych skrzyń, zakopanych w piwnicy na Nowolipki 68 w Warszawie, czyli ocalone Archiwum Ringelbluma. W tej papierowej pulpie, w tej bryle świadectwa ocalonego w ziemi, były splątane ze sobą, zlepione wilgocią, grzybem, pleśnią głosy ludzi, którzy byli TAM i WTEDY. 

„Słup ze słów” jest dla mnie jak zgrzyt pięciozgłoskowcem po szkle

Możemy dążyć do „rozszerzenia granic literackości”, tak by obejmowała coś więcej niż literaturę — czyli niekwestionowaną, potwierdzoną cierpieniem i śmiercią prawdę jednostkowego oraz zbiorowego doświadczenia. Możemy dążyć do „formy bardziej pojemnej”, o której pisał Czesław Miłosz w wierszu Ars Poetica?

Możemy „uciekać od literatury”, decydować się na porzucenie literackości, odrzucenie „literackiego instrumentarium” na rzecz surowej autentyczności faktów, zdarzeń, doświadczeń. „Literaturę” rozumiem tu jako domenę fikcji, „sztuczności”, „konwencji”, „upiększania” i „wymyślania”, podczas gdy rzeczywistość, która ma stać się przedmiotem opisu, musi być przekazana w stopniu jak najwierniejszym — bo to moralna powinność (jak pisał Berel Lang). Rzeczywistość Zagłady już jest tak nasycona „dramaturgicznie”, że nie potrzebuje żadnego „dodatku”, nie znosi żadnego „nadmiaru”. Ma stać się tylko „kartką spod muru straceń” (Adolf Rudnicki). 

Co nam zostaje, jeśli nie chcemy wygodnie i komfortowo spłonąć w „całopaleniu sensu”? Galopować po manowcach, uparcie dukać najprostsze komunikaty, umykać przed formą zamkniętą i kanonizowaną, zgrzytać, rozszczepiać zawiasy mowy, kompromitować język. Trzeba być niegrzecznym, żeby zachować się przyzwoicie.

Czytaj także:
fragment dramatu „Minetti”
Thomasa Bernharda

Czy nie tego właśnie uczy nas Jacek Podsiadło? Niedostosowanie jest w swej niestosowności właściwie jedynym możliwym rozwiązaniem dylematów świadectwa. Bo przecież właśnie ta niestosowność przylega do tamtego doświadczenia – niemożliwego, przekraczającego wszystkie formy, formuły, reguły i konwencje wysłowienia. Zgrzyt jest tym, co wyłamuje się z harmonii. A przecież żadnej harmonii tu nie ma i być nie może. To, co zgrzyta, i to, co się wyłamuje, jest manifestacją nie-do-stosowania, uobecnieniem tego, co nie-możliwe-do-przedstawienia, tego, co nie-do-zaakceptowania. 

Zgrzyt jest metonimiczny, przylega do substancji rzeczywistości, czyli do języka. Nie przekształca, nie kreuje związków i powinowactw, tak jak metafora. Jest dotknięciem. Jedynym możliwym dotknięciem TAMTEGO.


Karolina Koprowska

Uniwersytet Jagielloński

Ośmielić się

Wiersz Słup ze słów Jacka Podsiadły skłania do ponownego zadania pytań kluczowych dla współczesnej debaty o Zagładzie. Pytań, które w polu badań nad doświadczeniem Zagłady nie są nowe, ale które w utworze Podsiadły brzmią porażająco aktualnie. Wiersz ten porusza bowiem – i w tym dostrzegam jego wielką wartość – istotę współczesnej perspektywy poznawania i doświadczania przeszłości, którą definiuje wielorakie zapośredniczenie. Brak bezpośredniego dostępu do tego, co dawne (choć widmowo nadal obecne), a także dojmująca świadomość odchodzenia ostatnich świadków i uczestników przeszłych zdarzeń, skłaniają nas do szukania namiastek autentycznej obecności. Dlatego też w rzeczach czy roślinach asystujących przemocy, bądź przez nią dotkniętych, dostrzegamy nie tyle materialne ślady przeszłości, ile „rzeczowych świadków” dostarczających ontologicznych podstaw minionego świata i dowodów na jego istnienie.                

Doświadczenie Zagłady ujawnia się w wierszu Podsiadły na planie jednostkowym, konkretnym i lokalnym. Swoją poetycką relację z poszukiwania śladów Beli Gertner, urodzonej w Ostrowcu Świętokrzyskim i zamordowanej w pogromie kieleckim, rozpoczyna on od wyblakłego zdjęcia dziewczyny, mając świadomość, że zwrócenie się ku przeszłości oznacza obcowanie z „cieniem cienia cienia”. Szuka więc tekstowych podpórek, które pomogą mu nawigować między zwielokrotnionymi cieniami. Meandruje między skrawkami opowieści, świadectw, dokumentów, protokołów, ale też naukowych opracowań. Sojuszników dla bliskiego ujęcia jednostkowego losu znajduje w Joannie Tokarskiej-Bakir i Jacku Leociaku – jako uważnych i wrażliwych na konkret badaczach uprawiających mikrohistorię. W efekcie otrzymujemy wiersz będący – jak sam autor podkreśla w komentarzu dołączonym do utworu – kompilacją „cudzych słów”. Jeśli zaś przyjąć tytułową sugestię, wiersz okaże się (nie tylko w swej budowie) „słupem ze słów”, który na wzór słupa ogłoszeniowego łączy w sobie komunikaty należące do różnych porządków i osób. Jego forma jest otwarta – można do niego dokładać kolejne urywki opowieści i strzępy informacji: „zęby wybite”, „czaszka zmiażdżona”, „bony wycięte”, „miód zapłacony”. 

Doświadczenie Zagłady ujawnia się w wierszu Podsiadły na planie jednostkowym, konkretnym i lokalnym

Taka forma nie-wiersza prowokuje do postawienia pytania o to, co jest stawką zwrócenia się ku przeszłości i jej kolażowego ujęcia. W odniesieniu do postmodernistycznych narracji o Holokauście Marta Tomczok wskazywała na ich specyficzne powiązanie z narcystyczną postawą narratora. Jej zdaniem powieść Fabryka muchołapek Andrzeja Barta stanowi w tym kontekście podjętą przez współczesny podmiot próbę nie tyle restytuowania dawnego świata, ile zrozumienia siebie. Odnoszę wrażenie, że w przypadku wiersza Podsiadły mamy do czynienia z podobnym gestem zwrócenia się ku sobie pod wpływem fragmentarycznych relacji z Zagłady. Poznając losy młodej Żydówki pochodzącej z jego rodzinnych stron, autor pyta zasadniczo o siebie, próbuje zdefiniować swoją pozycję względem jej doświadczenia. Mierzy się on bowiem z paradoksalnym poczuciem uwikłania w historię Zagłady w jej lokalnym wymiarze, którego przyczyną jest konkretne miejsce urodzenia. Podsiadło wkracza co prawda w obszar doświadczenia, które nie jest dla niego dostępne, ale które jednocześnie w jakiś sposób go dotyczy, splata się z jego życiem oraz stanowi element krajobrazu, w jakim się urodził i dorastał. Ten odczuwany retroaktywnie i poniewczasie związek z losem żydowskiej ziomkini pociąga za sobą rewizję „młodości górnej i durnej” oraz dokonanego wtedy buńczucznego unieważnienia przeszłości. Podsiadło problematyzuje jednak swoją rolę nie tylko jako przedstawiciela kolejnego pokolenia po Zagładzie, lecz także jako tego, który przyjmuje trudne dziedzictwo polskiego zaangażowania w proces mordowania Żydów: żywionej do nich nienawiści podsycającej pogromowe nastroje, przejmowania ich mienia, wreszcie zaś – zabijania. Autor sytuuje się więc w pozycji spadkobiercy doświadczenia postronnych, w którym kryje się obojętność na los żydowskich sąsiadów, transpasywny udział w przemocy oraz poczucie odpowiedzialności za ich śmierć.

Narcystyczne „ja” w wierszu Podsiadły jest słabe. Swoją labilność ujawnia przede wszystkim w dwóch momentach, które tworzą metapoetycką klamrę; w obu powraca bowiem pytanie o siłę poezji i rolę poety mierzącego się z (nie)wyrażalnością doświadczenia granicznego. Jako polski pisarz czuje się w tej sytuacji nieswojo i niepewnie, jest skrępowany, waha się. Jego wątpliwości wykraczają jednak poza kwestię prawa do mówienia o Zagładzie (i pytania o to, komu ono przysługuje), a dotyczą znaczenia poezji w ogóle jako performatywnej reprezentacji, która niesie w sobie potencjał zmiany, zaświadczenia czy upamiętnienia. Autorowi brakuje tej pewności, którą w wierszu Campo di Fiori wyrażał mierzący się z podobnym doświadczeniem, choć z innej pozycji, Czesław Miłosz, gdy pisał, że „Bunt wznieci słowo poety”. Aby pisać (poezję) o Zagładzie, potrzebuje on zatem czegoś, co go ośmieli. Literackie mierzenie się z nie do końca własnym doświadczeniem granicznym wymaga odwagi, a także – odwołując się do drugiego znaczenia ośmielenia się – zuchwałości. Podsiadło zdaje się sugerować, że nigdy nie możemy być pewni, do czego doprowadzą nas ślady przeszłości, czego dowiemy się o sobie, o naszych bliskich czy współziomkach, a także czy będziemy mieć odwagę skonfrontować się z tą wiedzą.

Czytaj także:
„Bejt znaczy dom” Dawida Szkoły
recenzuje Igor Kierkosz

W figurze ośmielenia (się), powracającej w utworze, autor zawiera istotę swojego literackiego przedsięwzięcia – towarzyszące mu napięcie i odczucie dwuznaczności poetyckiego gestu. W początkowych partiach tekstu Podsiadło przywołuje wiersze pisane przez Belę Gertner, które pobudzają jego własne pisanie; w końcowej części rolę tego rodzaju zachęty odgrywa miłosne wyznanie do dziewczyny, do którego w swojej opowieści przyznał się Rubin Katz. Te dwa ślady nie tyle inspirują poetycką refleksję, ile legitymizują jej sensowność i zasadność. Uzasadnienia dla poetyckiej refleksji autor szuka też w dialogu z poetami opisującymi własne doświadczenie Zagłady: Josefem Kirmanem, Symchą Bunemem Szajewiczem, Icchakiem Kacenelsonem, Abrahamem Suckewerem, Władysławem Szlengelem. Tym, co zdaniem Podsiadły łączy wspomnianych żydowskich twórców, jest przekonanie o ocalającej sile słowa oraz ufność w znaczenie poezji, która pozwala zachować resztki dawnego świata i życia. Patronką swoich metapoetyckich wątpliwości czyni również główną bohaterkę tekstu, czyli Belę, która właśnie wierszom powierzała „ogień: gdy gaśnie / i gdy się szerzy”. Pisała w nich jednocześnie, na co Podsiadło zwraca uwagę w komentarzu, że „Góra słów – to rzecz zbyt błaha, by mogła zaświadczyć o zamordowanym dziecku, zabitym, choć niewinnym, a pisanie książek wspomnieniowych nie uwieczni Żydów, którzy spłonęli w piecach”. Wiersz Podsiadły bazuje na podobnym paradoksie przekonania o niewystarczalności poezji i zarazem konieczności jej tworzenia. W tej nieustannej oscylacji zamiast wiary w siłę poetyckich słów pozostaje zaklinanie rzeczywistości:

W swej opowieści
Rubin Katz wspomni
podkochiwanie
się w małej Beli
i to wyznanie
też mnie ośmieli.
Spróbuję zacząć.
Znowu na nowo.
Słowa coś znaczą.
Wierzę na słowo.

Przywołane przez Podsiadłę świadectwa wiary w poezję, formułowane przez twórców, którzy w odpowiedzi na graniczność doświadczenia Zagłady sięgali po wiersze, przekonują, że w sytuacji, gdy ludzkie życie zostaje pozbawione wszelkiej wartości, gdy nic nie można już zrobić, aby ocalić życie, zostają tylko słowa i litery. Pozostaje wiersz jako „Golem z liter / prawie skończony” oraz poezja nazwana przez autora kwitem i lichym ubezpieczeniem, które w getcie dawało nadzieję na przetrwanie w słowie, zapewniało samo poczucie, że reszta nie jest milczeniem. Choćby więc dla iluzorycznej wiary żywionej przez tych, którzy doświadczyli Zagłady, ale też dla możliwości skonfrontowania się z przeszłością, trzeba się ośmielić, trzeba zaufać słowom, które bez naszej odwagi i zawierzenia pozostaną jedynie pustymi znakami.

Bożena Keff

Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma

„jak kwit / niemalże / ubezpieczenie (…)”

Tak, Słup ze słów podoba mi się, porusza mnie. Jeśli podejmuje się wyprawę w głąb historii Zagłady, w trakcie której straci się nasz zwykły pancerz dobrych mniemań o sobie, o innych i o świecie; jeśli czyta się to, co przewraca nam w głowie podstawowe meble i wcale nie jest miłe, jeśli się w końcu już dysponuje pewną wiedzą o Zagładzie w Polsce, i o tym okrucieństwie zwanym polskim antysemityzmem, to potem już nie ma jak zmienić optyki. Zawsze wlicza się to w kulturę, zawsze możesz się tego spodziewać. A jak tego nie ma, to się ten fakt odnotowuje, jak moja przyjaciółka ze Stanów, kiedy pisze, że zna pewną panią, polską katoliczkę, wierzącą, ze wsi, która wcale a wcale nie jest antysemitką. Cud natury.

Za wiele wątków polskiej kultury zostało nafaszerowanych antysemityzmem – jak powszechny i niewinny Żyd z pieniążkiem, winny tego, że jest antysemickim wizerunkiem. Solidny, udeptywany przez wieki antysemityzm kładzie ćmę na oczy, na uszy i na usta. Ale jeśli to widzisz, to koniec i amen, szkło utkwiło w oku Kaja, i poświęcenie się Gerdy, która co dzień przypomina o milionach Sprawiedliwych, nie pomoże już Kajowi wypłukać szkła z oka. Jeśli wiedza o Zagładzie nie odbiera nadziei co do przyszłości, to z pewnością odbiera ją co do przeszłości. A obie te sprawy są, jak wiadomo, powiązane. Ponieważ jakoś to znam, tę wiedzę nie-radosną, to rozpoznaję u Jacka Podsiadły te właśnie uczucia, które jej towarzyszą. Pewną opiekuńczą wiedzę, by tak to nazwać, wobec ofiar, i gniew wobec polskich sprawców. Gniew bez dna, bo dotyczy własnej kultury – to już piszę o sobie. 

Bardzo mnie porusza ten opis tłumu w Kielcach na ulicy Planty 7, na który narrator patrzy z góry, z okien obleganego domu – to znaczy z tego miejsca, gdzie były ofiary. Potem ich stamtąd wywleczono, a następnie, już na ziemi, zabito, roztrzaskano, rozdeptano, potopiono. 

Jest to odwaga, kiedy w krwiożerczym tłumie narrator widzi „sto swoich matek / prawdziwych Polek”. Uczciwe słowa. Samo upublicznienie takiego widzenia sprawy jest niełatwe, bo nie jest przetarte, taki topos – bliskich, najbliższych osób, antysemitów, czasem zbrodniczych w dosłownym sensie – dopiero się tworzy. W literaturze Jacek Podsiadło położył kamień węgielny pod jego budowę. Napisałam o „czasem zbrodniczych” antysemitach, bo  mam na myśli tych, którzy zabijali, ale antysemityzm sam w sobie jest zbrodniczy. Ma ten potencjał, by prowadzić do zabijania, do mordowania. Taki potencjał ma rasizm (kilka lat temu przed budką z kebabem w Ełku doszło niemal do pogromu, ale ofiara miała nóż; morderca!), taki potencjał ma homofobia (strefy wolne od LGBT) i inne uprzedzenia. To podstawowe sprawy, podstawowe treści w kulturze. 

Jeśli wiedza o Zagładzie nie odbiera nadziei co do przyszłości, to z pewnością odbiera ją co do przeszłości

Ja jednak jeszcze w innej sprawie. Jacek Podsiadło pisze: „Poezja także / Tam była w cenie, / jak kwit, niemalże / ubezpieczenie – / liche, na opak, / ale jedyne”. W 2013 roku w Żydowskim Instytucie Historycznym wydałam antologię poezji pisanej przez amatorów, Żydów i Żydówki, po polsku. Nazywa się Tango łez śpiewajcie muzy. Wiersze pochodzą z zasobów Archiwum ŻIH, ze zbiorów Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej, która zaraz po wojnie zbierała każde zeznanie, każdy dokument i każde świadectwo od tych, którzy przeżyli, lub po tych, którzy nie przeżyli. Moja koleżanka, jidyszystka Agnieszka Żółkiewska, przygotowała antologię tekstów pisanych w jidysz. Różnica była taka, że w jidysz pisali także poeci, którzy byli znani już przed wojną. Po polsku zaś pisali najczęściej młodzi ludzie, którzy chodzili do polskich szkół. To poezja pisana często przez nastolatków, nawet przez dzieci. Liczba tych dokumentów jest olbrzymia, i w antologii nie ma oczywiście wszystkiego. Tę kartkę papieru, ten kwit, „ubezpieczenie” przed tym, żeby nie zniknąć bezimiennie i bez wieści, anonimowo i bez historii, ceniono, przechowywano, podawano dalej. Taka jest żydowska tradycja – pisze się, zapisuje, daje świadectwo. Zwłaszcza wtedy gdy następuje katastrofa – churban. 

W antologii są na przykład wiersze dziewczyny, która w obozie pracy, na motywach Koncertu Wojskiego z Pana Tadeusza, napisała Koncert gwizdkowej – która gwizdkiem regulowała pracę dziewcząt w obozowej przędzalni. Musiała znać spore fragmenty Mickiewicza na pamięć, bo uczono się ich w szkole, a ona to lubiła. Są epickie wiersze dwunastoletniego Ignacego Goldwassera o wędrówce kilku rodzin po lesie opackim w roku 1944, aż do wyzwolenia. Dwie żywe i inteligentne dziewczyny z Krakowa, pochodzące z mieszczańskiej rodziny, siostry Karmel, pisały wyraźnie pod Tuwima – doczekały się publikacji już w USA. Jest epicka opowieść doktor Anny Mrozowskiej o szpitalu na Czystem, czy Natana Grossa i Józefa Baua parodia Hagady pesachowej z roku 1942. Są wiersze Leona Szerera, lat 21, który po licznych przejściach uciekł z pociągu do Bełżca. Przez jakiś czas mieszkał w ziemiance w lesie, którą opisał realistycznie w wierszu Willa pod ziemskim globem, lecz nie dożył wyzwolenia, bo ludność ze wsi Markuszka obok Osieka zniecierpliwiła się, doniosła, i chłopaka zabito. Jak się można domyślać, razem z innymi, którzy się ukrywali.

Ludzie zapisują doświadczenie, którego w takiej postaci nigdy przedtem w kulturze nie było, swoim zwykłym językiem, takim, jaki mają, a jednak nie ma wątpliwości, że to, co zostało zapisane, jest komunikatem oczywistym. I to samo dotyczy wiersza Jacka Podsiadły. Ma tyle mocy komunikacyjnej, ile potrzeba, żeby nas wciągnąć w sprawy Beli, w sprawy polskich matek i w sprawę pisania.


Piotr Sadzik

Uniwersytet Warszawski

Jenga

„Pożydowski”. Ze wszystkich przymiotników, jakie składają się na dziecięcy elementarz, zaszczepianych tak wcześnie, że nie pamięta się czasu sprzed ich poznania, tych wszystkich „mały” i „duży”, „krótki” i „długi”, „jasny” i „ciemny”, żaden nie przykuwał mojej uwagi tak bardzo jak „pożydowski”. Jeśli inne znajdowały zastosowanie do wielu napotykanych obiektów i zjawisk, ten wydawał odnosić się tylko do jednego szczególnego miejsca: rodzinnego domu. A w każdym razie nie miałem wtedy pojęcia, czy gdzieś poza znanym mi podwórkiem mogłyby istnieć inne budynki albo rzeczy określane tym nie dość przeniknionym dla mnie wówczas słowem. Orientowałem się już jednak, że ma ono specyficzną właściwość, wprowadzało przecież w myślenie o czasie, przełamywało „teraz” dziecięcego spojrzenia i zawiadamiało o przeszłości miejsca, zupełnie przepadłej, a zarazem wciąż sygnalizowanej trwaniem jej reliktu w postaci ceglanego budynku, w którym mieszkałem. Choć chyba tylko mgliście wyobrażałem sobie, o co mogło iść w drugiej części słowa, pojmowałem już wtedy język na tyle, by rozumieć, co znaczy to „po” – że ktoś był tu wcześniej, że żyli tu inni, że nie jest się na swoim w swoim własnym domu.

Do tej opuszczonej kamienicy, gdzie „cudze meble postawiono”, nowi mieszkańcy weszli w momencie, w którym otrzymali nakaz wyprowadzki z dotychczasowego lokum, znalazło się ono bowiem na terenie powstającego właśnie getta. W poprzednim miejscu, w tradycyjnie żydowskiej dzielnicy Radomia, rodzina, zajmując jedną z ponurych suteren dla miejscowego lumpenproletariatu, była podobno jedyną polską. Jako dziecko przedwcześnie zaintrygowane historią, może właśnie przez dziwny przymiotnik tłukący się ciągle w głowie, uparcie siadywałem przed członkami rodziny, wypytując ich o tamto dawne, po którym nie było prawie śladu. To stąd wyniosłem wiedzę o ulicznych nawoływaniach do szabasu, które – zamiast szofaru – rozlegały się na ulicach w piątkowy wieczór, czy o kuczkach, do których przenoszono się w trakcie Sukkot. Lepiej niż place zabaw poznałem też systemy przejść ciągami podwórek, które pozwalały niezauważenie wchodzić do getta. Zachowało się też we mnie kilka niedających spokoju pseudonimów, imion i nazwisk, których być może nigdzie nie zapisano, a które najpewniej są jedynym, co zostało po noszących je ludziach. Wszystko to z czasem stało się dla mnie tak oczywiste, że w końcu niemal zapomniane – jak „pożydowski” dom, po którym od dawna nie ma już śladu. Aż stopniowo zaczęło uwyraźniać się ponownie, dopiero po latach zajmowania się innymi (czy aby na pewno innymi?) sprawami. Upiorna roszada, w toku której opuściło się własne mieszkanie znajdujące się odtąd na terenie getta, i zajęło niewłasne, którego lokatorzy do getta właśnie trafili, ujawniła mi zasadniczą asymetrię pomiędzy tymi, których skazano na niemal pewną śmierć, a tymi, którzy zyskali możliwość przeżycia. W tych okolicznościach zyskuje się niepokojącą wiedzę: głos zawdzięcza się przywilejowi, jaki otrzymali ci ostatni.

Jeśli przywołuję osobiste wspomnienie zamiast mówić o wierszu Słup ze słów Jacka Podsiadły, do którego skomentowania zaprosiła mnie redakcja „Wizji”, to nie po to, by wymigać się od odpowiedzi, ale dlatego, że wydaje mi się, iż właśnie takiej reakcji, wyrastającej z jednostkowego doświadczenia, on sam się domaga. Z tego powodu bardziej nawet niż o umieszczenie go w odpowiedniej konstelacji tekstów na temat stosunku polskiej wspólnoty wobec Zagłady, o uznanie go za kolejny głos w sprawie udziału Polaków w eksterminacji żydowskich sąsiadów, chodziłoby tu przede wszystkim o dostrzeżenie w nim kierowanej do innych zachęty, namowy do dawania osobistego świadectwa o miejscu, jakie samemu się zajmuje. Do tego, by widzieć tekst Podsiadły jako „wywoływacz” cudzych głosów, uprawnia sam autor, kiedy przywołuje w wywiadzie wziętą z Paula Celana (którego nazwisko jednak tu nie pada) figurę wiersza jako listu w butelce. Zapisu, który rzuca się do wody, nie wiedząc, w czyje ręce trafi, nie mogąc przewidzieć użytku, jaki zostanie z niego zrobiony, będąc jedynie uzbrojonym w nikłą nadzieję, że do kogokolwiek w ogóle dotrze. W takim modelu myślenia o poezji wiersz ustanawia przede wszystkim platformę dla spotkania i nie tyle apeluje o jakieś konkretne procedury hermeneutyczne, ani tym bardziej o historycznoliterackie etykietowanie, ale o dialog w ścisłym znaczeniu tego słowa, o dopuszczenie do głosu czyjejś opowieści, która wywołałaby naszą – odmienną od tamtej, a jednak zazębiającą się z nią – odpowiedź.

W tym sensie windowanie wiersza hasłem o „tym jednym, którego Miłosz nie napisał”6, jak stało się to w przypadku komentarza opublikowanego w „Gazecie Wyborczej”, więcej ma wspólnego z retoryką efekciarskiego marketingu niż strzału w dziesiątkę, a to z tego prostego powodu, że Miłosz nic tu nie ma do rzeczy i nie on mógł popełnić te wersy. Podsiadło pisze bowiem nie z pozycji biednych chrześcijan patrzących na getto, ale drugiego pokolenia postronnych obserwatorów eksterminacji, potomków świadków, którzy klecą słowa, choćby nieporadne, próbując w jakiś sposób przełamać impas niemoty, przekroczyć zmowę milczenia polskiej większości, a którym w obliczu zbiorowej amnezji zdarzało się może w międzyczasie chodzić na organizowane na kirkutach imprezy i sikać między macewami. Stąd dwoistość perspektywy. Choć punktem wyjścia są losy Bajli Gertner, nastolatki ocalałej z Auschwitz, a zabitej w pogromie kieleckim, Podsiadło tasuje je ze współczesnym sobie planem czasowym, by sięgnąć do scen z własnego dorastania w rodzinnym (także dla zmarłej) Ostrowcu Świętokrzyskim. Jest to głos urodzonych wiele lat po wojnie, którzy uzgadniają swoją pozycję wobec pamięci o Zagładzie, zdając sprawę także z tego, że ich przodkowie zyskali przywilej możliwości przeżycia. Przenosząc perspektywę na poziom ponadjednostkowy, można by powiedzieć, że Słup ze słów stawałby się chyba mikromodelem zmiany potencjalnie zachodzącej w polskiej wspólnocie, późnego odkrywania wiedzy o polskim współudziale w Zagładzie oraz zyskiwania zdolności zabierania w tej sprawie głosu.

Podsiadło pisze bowiem nie z pozycji biednych chrześcijan patrzących na getto, ale drugiego pokolenia postronnych obserwatorów eksterminacji

Miłosz nie mógł więc napisać tego wiersza. Niesie on przecież opowieść o tym, że przezroczyste dotąd bycie na pożydowskim może dopiero z czasem nabiera wyrazistości, gdy natrafi na zadrę, która przerywa ciągłość wygładzonej przestrzeni wszystkich możliwych Ostrowców tego świata. A także tego jednego Ostrowca, gdzie – jak w wielu zresztą miejscach w Polsce – punkty potencjalnej pamięci o Żydach wymazano, chociażby, o czym akurat Podsiadło nie wspomina, klajstrując betonem wylanym pod parking w miejscu, w którym mieścił się obóz pracy. To, co mogło wystawać i razić w oczy, zostało więc przysłonięte, a jednak, tak jak w Leżysz Celana, choć w topografii miasta nie ma śladu po życiu ofiar, coś nagle zacina się w jego dzisiejszym funkcjonowaniu, zatyka swobodny przepływ Kamiennej, z którą zresztą ktoś, chyba wieziona do lagru Bajla, żegna się w wierszu. To z faktu, że przestrzeń Ostrowca zaczęła nagle uwierać, powstał ten tekst. Podsiadło zaświadcza o drodze, jaką przebył od przeoczania macew do zauważania upiornych powidoków w postaci trupów leżących na ulicach, którymi na co dzień chodzi: „inaczej mi się dziś idzie z mieszkania mojej siostry do pizzerii naszego powinowatego, odkąd wiem, w którym miejscu po drodze leżało kiedyś to ciało”7. To dzięki takiej korekcie widzenia można by dopiero zabierać głos w imieniu tych, którzy zostali pozbawieni głosu, dbając zarazem o to, by nigdy nie zagadać ich swoim własnym. Podpowiedź, jak uchwycić stojące za wierszem Podsiadły intuicje, podsuwa autor w tym kontekście mało oczekiwany. To jednak właśnie wjazdowi do Ostrowca pochodzący z niedalekich Małoszyc Gombrowicz poświęcił jedyny w swoim pisaniu tak wyraźny fragment odnoszący się do Zagłady, umieszczając go w okupacyjnej scenerii Pornografii: „dobiliśmy w końcu do Ostrowca […], miasteczko było to samo, co dawniej. […] Tyle tylko, iż jakaś nieobecność stawała się wyczuwalna, nie było mianowicie Żydów. Jednakże sporo ludzi na ulicach, ruch nawet, miejscami ożywiony”. Ta martwota zasłaniana pozorem ożywionego ruchu to przecież nie tylko stan, który przyłapuje Gombrowicz chwilę po zniknięciu z niego żydowskich mieszkańców, lecz także kondycja całego polskiego powojnia. Słup ze słów jest wierszem pisanym właśnie w momencie, w którym dla niektórych obserwatorów tamta nieobecność stała się wyczuwalna. Jak rozumiem, w tym kontekście trzeba by czytać też odniesienie do zapamiętanej przez Podsiadłę z dzieciństwa (a pamiętam ją również z własnego) „gry w pici-polo na małe bramki”. Nazwę tej nieistniejącej gry wywodzi on w swojej spekulacji od Pitchipoi, nazwy ulokowanego rzekomo w Polsce obozu, którą – z braku jasnych informacji na temat docelowych miejsc transportu – wymyślono wśród zachodnioeuropejskich Żydów czekających na deportację. Gone to Pitchipoi Rubina Katza to zresztą zbiór wspomnień z pobytu w ostrowieckim obozie, z których wydaniem nosi się Podsiadło. W ten sposób – jak przekonuje – istniejąca jedynie w języku gra, której nie ma, stanowiłaby jedyny ślad po Żydach, których nieobecność stała się wreszcie odczuwalna.

Ta wyostrzona świadomość „języczności”, bezliku tekstowych filtrów, na które jesteśmy obecnie skazani w konfrontacji z Zagładą, nie jest oczywiście niczym niesłychanym, w literaturze polskiej taki klasycznie postpamięciowy (i niekiedy arcydzielnie rozpisywany) trop wiedzie co najmniej od Tworek Marka Bieńczyka po teksty współczesne, jak choćby Sońka Ignacego Karpowicza. Świeża wydaje się za to figura, z którą zestawia Podsiadło swoje pisanie. Porównuje je do jengi. 

Jenga, gra polegająca na układaniu wieży z drewnianych klocków, które wyciąga się z niższych pięter, by położyć je na szczycie, faktycznie całkiem celnie charakteryzuje już samą strukturę tekstu, „słupa ze słów”. Kolejne jego piętra to takie klocki ze słów towarzyszących kolejnym etapom żydowskiego losu (getto, transport, obóz, pogrom). Również tych słów, które wypowiadali polscy obojętni obserwatorzy eksterminacji, a także tych zaczerpniętych z dyskursu powojennego antysemityzmu. Bazę tego tyczkowatego graficznie wiersza-jengi zapewnia z kolei uwaga wyrwana wprost ze środka Zagłady: „bony wycięte, miód zapłacony”. Podsiadło daje tu miejsce wiadomości zapisanej na zwitku papieru, jaką zastała w domu Adina Blady-Szwajgier, której matkę chwilę wcześniej zabrano na Umschlagplatz. W ten sposób wiersz staje się pudłem rezonansowym dla głosów pochodzących z różnych stron i rejestrów, wobec których prowadzi się tu czujny nasłuch i które wszczepia się we własne gadanie. Równocześnie jednak eksponuje się postpamięciowy rys tego pisania, uznanie faktu, że jedyny dostęp do przeszłego zapewniają wielopiętrowe zapośredniczenia (stąd zreferowanie prac uczonych badających Zagładę, jak Barbary Engelking czy Jacka Leociaka). W sytuacji, w której Holokaust stał się jeszcze jednym tematem literackim podlegającym urynkowieniu, zalety tej późnej kondycji muszą obecnie nawigować nierzadko po całym polu zagrożeń. Widać to po „masówce” literackiej w rodzaju Tatuażysty z Auschwitz, gdzie problematyka Zagłady zostaje rozrzedzona i spakowana do lekkostrawnego produktu – dającego się sprzedać i skrojonego pod drobnomieszczańskie gusta.  To formatowanie myślenia i konformistyczna eliminacja ryzyka eksperymentu (jakiego nie brakowało okołozagładowej literaturze) oczywiście łatwo może osunąć się w nieznośnie ukliszowione schematy przedstawiania, współczesny holo-pop, którego widmo wydaje się miejscami krążyć też nad tekstem Podsiadły. W autokomentarzu, świadomy tej (swojej, naszej) pozycji zapóźnienia, jasno stwierdza on zresztą, że cudzych słów, które można w dowolny sposób przestawiać jak klocki podczas układania jengi, jest u niego więcej niż cudzysłowów. A mimo to, mimo tej nieuchronnej protetyczności, Podsiadło wierzy, że w taki sztuczny twór można tchnąć nieco życia („wiersz, Golem z liter”). Związane jest to chyba również ze sporymi oczekiwaniami, jakie w ogóle ma wobec literatury, dostrzegając „głód lektury” nawet tam, gdzie sen z oczu spędzał raczej głód jako taki, który – przekonuje Podsiadło – mogły uśmierzać tylko litery.

Czytaj także:
o „Stramerze” Mikołaja Łozińskiego
pisze Igor Kierkosz

Kierując się chyba jeszcze większym zaufaniem do literatury, w zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” komentarzu Joanna Tokarska-Bakir i Juliusz Kurkiewicz wyrażają wiarę „w magiczną moc słowa”, dokonującego cudu przemiany, dzięki któremu „staniemy się w przyszłości lepszymi, bardziej ludzkimi Polakami”8. Te bardzo chwalebne oczekiwania dziedziczą swój nieco egzaltowany ton po tradycji literackiej, w jaką wiersz Podsiadły wpasowują. Zostawiając na boku wielką debatę o „zmierzchu paradygmatu” romantycznego, jego współczesnych powrotach, a także o tym, czy romantyzm nadal ustanawia dominujący „kod kulturowy” polskiej wspólnoty, proponowane w omawianym komentarzu czytanie Słupa ze słów opiera się na oczywistym uprzywilejowaniu romantycznego modelu rozumienia literatury. Oto na poetę (symptomatycznie milczy się tam o prozie) zostaje scedowana powinność dotykania „najbardziej bolesnych miejsc zbiorowej wyobraźni”, modelowania kolektywnej psyche, a wreszcie wysunięcia podpowiedzi, w jaki sposób rozwiązać za pomocą wiersza nasze wspólnotowe problemy. Taki model pojmowania literatury jest już oczywiście całkowicie przebrzmiały i przywiązywanie się do niego może przynieść poznawczo więcej szkody aniżeli pożytku. Zupełnie odmienne niż w dobie jego obowiązywania jest też społeczne funkcjonowanie i rola literatury. Dlatego trudno bez sceptycyzmu spoglądać na założenie, że jakikolwiek wiersz odmieni debatę na temat współudziału Polaków w Zagładzie, zjawiska, którego istnienie powinno być już zresztą niezbędnym elementem wspólnotowej świadomości. Jeśli nie mam takich nadziei, to również dlatego, że nie daje ich sama historia społecznej recepcji tekstów literackich (notabene odległych od paradygmatu romantycznego tak, jak to tylko możliwe). Nieprawdą jest bowiem, jakoby literatura zbywała problematykę polskiej winy milczeniem, przeciwnie – począwszy od pierwszych chwil niemal na bieżąco rejestrowała wszystkie jej składowe, i mimo że w przypadku tekstów drukowanych po wojnie musiała niekiedy negocjować z dyktatem cenzury, polskie teksty literackie na wiele lat przed debatami wznieconymi przez Jana Błońskiego i Jana Tomasza Grossa przepracowywały kolejne wymiary zjawiska. Szmalcownictwo, denuncjacje, obojętność wobec mordu, grabież żydowskiego mienia, „polowanie na Żydów” i eksterminacja ukrywających się w lasach wychodźców z gett, udział w Zagładzie polskiej policji granatowej – wszystko to można odnaleźć w tekstach Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Brandysa, Leopolda Buczkowskiego, Ludwika Heringa, Stanisława Rembeka i wielu, wielu innych. Na długo przedtem, nim wiedza o współudziale Polaków w Zagładzie zaczęła przebijać się do zbiorowej świadomości, książki te naruszały ekonomię polskiej pamięci o wojnie, zaburzając dobre samopoczucie i podtykając pod oczy najmniej chętnie zauważane przez społeczeństwo epizody okupacji. Mimo tego pokaźnego zbioru świadectw, pozycja obrońców mitu Polski nieskalanej i niewinnej nie została jednak ostatecznie zachwiana.

Jeśli chcieć już przywoływać Miłosza, to raczej jako bardzo trzeźwego diagnostę paradoksalnego stanu, w którym „jest ONR-u spadkobiercą Partia”, diagnostę drążącego od spodu polską zbiorowość antysemickiego przymierza wznoszącego się ponad nominalnymi przynależnościami ideowymi (dowodzi tego dobitnie historia pogromu kieleckiego rozpętanego przez dawnych żołnierzy nacjonalistycznego podziemia w mundurach „władzy ludowej”). I jeśli wiersz Podsiadły powstaje w sporym dystansie czasowym wobec Zagłady, nieuchronnie pyta też zarówno o swoje historyczne „teraz”, jak i o przyszłość debaty o polskim współudziale. Robi to w sytuacji, gdy od kilku lat warunki dla niej stają się oczywiście coraz bardziej niesprzyjające. Symptomami tego stanu był bojówkarski atak na paryską konferencję poświęconą badaniom historycznym nad Zagładą albo obsesja tropienia „praktyk defamacyjnych” dająca o sobie znać w wyczynach Reduty Dobrego Imienia czy projekcie ustawy o IPN, która zakładała penalizację świadczenia o współudziale polskich obywateli w nazistowskich zbrodniach. Drażliwość, z jaką broni się tu „honoru” i „dobrego imienia Polski”, to oczywiście symptom kryzysu o szerszym zasięgu, wyraz stanu polskiej zbiorowej niedojrzałości, tego, co Agata Bielik-Robson określiła ostatnio „paranoidalną pozycją wściekłego niemowlęcia”. Niezdolność wzięcia odpowiedzialności za zbrodnicze czyny przedstawicieli swojej wspólnoty zakleszcza ją w tandecie ckliwej fantazji, kojącej zbiorowej ułudzie niedopuszczającej do siebie żadnej wiedzy. W ten sposób polska zbiorowość utyka w toksycznym, afunkcjonalnym modelu, w którym zatraca kontakt z wszelką zewnętrzną rzeczywistością.

Z tego powodu można by z powodzeniem figurę jengi, którą Podsiadło skojarzył ze swoją praktyką poetycką, rozszerzyć na wszelkie działania służące lepszemu społecznemu umocowaniu tej oczywistej, a wypieranej prawdy o polskim udziale w eksterminacji Żydów podczas okupacji, a także w zbrodniach dokonywanych na nich po wojnie. Logika gry w jengę wyznaczałaby tu model kultury, w którym wciąż na nowo można by przekładać i dokładać kolejne tekstowe klocki do wieży ułożonej z bezliku dotychczasowych świadectw. Odpowiadając więc na jedno z pytań zamieszczonych w cytowanym już komentarzu Tokarskiej-Bakir i Kurkiewicza, „czy wiersz ten mógłby być podsumowaniem domykających się sporów o jakąś część polskiej pamięci?”, wyrażam nadzieję, że będzie wręcz przeciwnie. Jedynie pamięć, naruszająca dobre samopoczucie, może wzywać do układania jengi, która nie przewiduje żadnego podsumowania.


Jan Potkański

Uniwersytet Warszawski

Słabość faktów

W wierszu Słup ze słów Jacek Podsiadło przedstawia kilka epizodów z historii Zagłady, dopełnionych śmiercią głównej bohaterki w pogromie kieleckim; główną narrację poeta kontrapunktuje aluzjami do własnych przeżyć. Utwór jest opracowaniem konkretnych materiałów archiwalnych, przywołanych w autokomentarzu. Rodzi się zatem pytanie, co tekst Podsiadły do nich dodaje, że rości sobie prawo do artystycznej autonomii, a zarazem społecznej doniosłości, którą sugeruje miejsce i kontekst publikacji – w literackim dodatku do opiniotwórczego dziennika, od razu z komentarzem, a nie w niskonakładowym tomiku lub w niszowym czasopiśmie branżowym. Właśnie tego rodzaju doniosłość poezji wiersz czyni pierwszym tematem: Podsiadło zaczyna opowieść od tego, jak ważna była poezja dla mieszkańców getta. Ten wstępny fragment ma charakter sylepsy – jednocześnie przedstawia pewien wycinek rzeczywistości historycznej jako przedmiot i podmiotowo ustala modalność całej bieżącej wypowiedzi poety, który wypowiada się tyleż o konkretnych historycznych faktach, co o społecznej roli poezji w ogóle. Poza tym kryptoautotematyzmem poety piszącego o poezji (w domyśle: także własnej) w wierszu brakuje jednak tradycyjnych chwytów literatury podejmującej temat historyczny, wiodących ku antropologicznemu uogólnieniu lub psychologicznej analizie (co Arystoteles ujmował jako bliskość poezji i filozofii w opozycji do historii), jakie mogliśmy zaobserwować choćby w Naszej klasie Tadeusza Słobodzianka, który w pozornie podobny sposób jak Podsiadło opracowuje źródła historyczne o zbliżonym charakterze.

Dlaczego nie miałaby nam wystarczyć lektura odpowiednich fragmentów z Biografii ulic Jacka Leociaka, explicite w wierszu przywoływanych, tudzież wspomnianych dalej prac Joanny Tokarskiej-Bakir? A jednak wiemy, że w ich recepcji czegoś zabrakło: książka Leociaka ukazała się dwa lata temu, będąc zresztą kontynuacją wcześniejszych badań i publikacji, a najwyraźniej nie osiągnęła efektu, jakiego oczekiwał Podsiadło, skoro śpieszy ze swoim suplementem. Autor nie mówi tego wprost, ale temat i zastosowana retoryka sugerują jednoznacznie, że cel utworu jest moralistyczny: raz jeszcze poruszyć sumienia Polaków przypomnieniem antysemickiej winy lub choćby tylko obojętności wobec tragedii zamordowanych żydowskich współobywateli. Dlaczego jednak poeta – amator (choć to niezręczne słowo) w zakresie poruszanej tematyki – miałby sobie poradzić tam, gdzie nie osiągnęli pożądanego skutku profesjonalni i uznani w zawodzie historycy? Jeden z poetów najkonsekwentniej pojmowanych jako moraliści, Zbigniew Herbert, pisał w liście do Aleksandra Wata, że poezja „to jest głos i tylko głos”. Redukcjonistycznie można by uznać, że chodzi o to, co podobnymi figurami wyrażał Harold Bloom – głos jako epifanię jednostkowości poety w polu czy też w procesie literackim. Ale w moralistycznej tradycji będzie to także głos pisarza jako narodowego sumienia, zewnętrznego wobec jednostek – sumienia, które pilnuje, by narodowe rany nie zabliźniły się błoną podłości.

Podsiadło zaczyna opowieść od tego, jak ważna była poezja dla mieszkańców getta

Analizując metafory Husserla, Jacques Derrida zauważył, że zakłada on istnienie wewnętrznego głosu jako żywiołu czy medium, w którym świadomość doznaje samej siebie, przeżywając własne myśli. Wiersz Podsiadły zdaje się realizować ten sam schemat, choć w większej skali świadomości społecznej: historycy Zagłady proponują społeczeństwu pewne myśli w postaci prawdziwych, udokumentowanych zdań, ale zdania te nie stają się pełnoprawnymi sądami, póki nie dołączy do nich głos – w tym przypadku głos poety. To jak wykonanie zapisu pieśni przez śpiewaka: mało kto poza profesjonalistami potrafi czytać nuty na tyle sprawnie, żeby ukonstytuować sobie mentalnie utwór na podstawie samego zapisu. Tekst Podsiadły wraz z autokomentarzem akcentują zresztą stricte brzmieniowy aspekt poezji: poszukiwanie rymów i ustanowienie natrętnego rytmu, który naśladuje wzmiankowaną w dokumentach notatkę. Obok samej wokalizacji w muzycznym wykonawstwie liczy się też jednak indywidualność i osobowość śpiewaka, stąd zapewne wplatanie w przeróbkę dokumentów historycznych własnych wspomnień tylko pośrednio związanych z tematem.

Poza treścią, którą znamy skądinąd (w tym z publicystyki historycznej drukowanej wcześniej w tej samej gazecie, więc nie chodzi o popularyzację tematu), Słup ze słów eksponuje problem z zakresu logiki transcendentalnej: jak niszowy dyskurs profesjonalny zaktualizować w postaci powszechnie obowiązujących sądów, prawdziwych w społecznie poważniejszy (choć trudny do sprecyzowania) sposób, niż uznanie przez partykularną szkołę historyków. Rozwiązanie proponowane przez Podsiadłę jest typowe dla kultury polskiej, która oczekuje właśnie, że zwykłe zdania prawdziwe zostaną powtórzone przez jakiegoś rodzaju autorytet w roli wokalisty: poetę (wieszcza), pisarza, księdza, kogoś „z Zachodu” czy „z Europy”… Wewnętrzny „autorytet głosu”, demaskowany przez Derridę w Głosie i fenomenie, staje się po prostu głosem zewnętrznego autorytetu. Autorytetu tego nie należy jednak utożsamiać z ekspertem, który pierwotnie ową prawdę sformułował na podstawie dokumentów.

Nie dziwi zatem, że wiersz Podsiadły ukazuje się właśnie w dodatku do „Gazety Wyborczej”, która w kulcie autorytetów ma szczególne zasługi i próbuje go podtrzymywać także teraz, gdy zdaje się on przeżywać kryzys. Powtórzenie przez autorytet nie tylko nadaje zdaniom prawdziwość wyższego rzędu, lecz także pozwala przekroczyć Hume’owską barierę między sądzeniem teoretycznym i praktycznym: faktograficzna prawda po zwokalizowaniu przez autorytet staje się także zobowiązaniem moralnym, dzięki czemu poeta w roli sumienia narodu nie musi jawnie pouczać, z moralisty stawać się moralizatorem. Tu jednak dochodzimy do aporetycznego zapętlenia dyskursu: figura, w którą wpisuje się Podsiadło jako autor Słupa ze słów, reprodukuje schemat typowy dla kultury, której inny bardzo typowy schemat – antysemickiej agresji – poeta potępia i stara się wykorzenić. Czy można zmienić tylko izolowany fragment kulturowego systemu, opierając się na afirmacji innego jego fragmentu, czy system jest na tyle spójny, że – chcąc zmienić fragment – musimy przebudować całość?


1 Przytoczyłem te sformułowania z jednego tylko tekstu, który, jak sądzę, znakomicie oddaje całą jałowość i wtórność przejętego od mistrzów języka. Jest to wyjątkowo pretensjonalny i bełkotliwy wstęp Jana Goślickiego do znakomitej książki-świadectwa Holocaustu pióra Piotra Rawicza Krew nieba, przeł. Andrzej Socha, Wydawnictwo Krakowskie, Kraków 2003.
2 Maurice Blanchot, The Writing of the Disaster, trans. Ann Smock. New Edition, University of Nebraska Press, Lincoln and London 1995, s. 47 (tłumaczenie moje – JL).
3 Ibidem, s. 122.
4 Głosy komentujące przedwojenne zaangażowanie Blanchota przytaczam za: Alan Milchman, Alan Rosenberg, Eksperymenty w myśleniu o Holocauście. Auschwitz i nowoczesna filozofia, przeł. L. Krowicki i J. Szacki, Warszawa 2003, s. 60-61.
5 Paul Celan, Nocą spowite, przeł. Feliks Przybylak, w: tegoż, Utwory wybrane, wyb. i op. Ryszard Krynicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998, s. 67.
6 Joanna Tokarska-Bakir, Juliusz Kurkiewicz, Co Polacy zrobili Żydom? Wyjątkowy wiersz Podsiadły. Ten jeden, którego Miłosz nie napisał, „Książki. Magazyn do Czytania”, 21.05.2020.
7 Jacek Podsiadło (wywiad), Najbardziej bałem się, że pani zapyta: „Na tym kirkucie to pan naprawdę siusiał?”, „Gazeta Wyborcza”, 23.05.2020.
8 Joanna Tokarska-Bakir, Juliusz Kurkiewicz, dz. cyt.



Marta Tomczok – pracuje w Instytucie Nauk o Literaturze Polskiej UŚ. Opublikowała m.in. Czyja dzisiaj jest Zagłada? Retoryka – ideologia – popkultura (2017). Zajmuje się najnowszymi narracjami o Zagładzie, popkulturą i jej wpływem na społeczny odbiór Zagłady oraz jej związkami z postmodernizmem. Redaktor naczelna rocznika naukowego „Narracje o Zagładzie”.

Jacek Leociak – prof. dr hab., kierownik Zakładu Badań nad Literaturą Zagłady w Instytucie Badań Literackich PAN, członek Pracowni Poetyki Teoretycznej i Semiotyki Kultury IBL PAN, członek-założyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy IFiS PAN, redaktor rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”. Razem z Barbarą Engelking przygotował koncepcję galerii „Zagłada” w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Opublikował: Tekst wobec Zagłady. O relacjach z getta warszawskiego (1997, 2004, 2016); Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście, (wspólnie z Barbarą Engelking; 2001, Yale University Press 2009, wyd. rozszerzone i poprawione 2013), Doświadczenia graniczne. Studia o dwudziestowiecznych formach reprezentacji (2009); Ratowanie. Opowieści Polaków i Żydów, (2010); Spojrzenia na Warszawskie getto (2011); Biografie ulic. O żydowskich ulicach Warszawy: od narodzin po Zagładę (2017);  Młyny boże. Zapiski o Kościele i Zagładzie (2018). Opracował (razem z Martą Janczewską) i wstępem opatrzył Archiwum Ringelbluma. Antologia, Wrocław 2019, seria „Biblioteka Narodowa”. 

Karolina Koprowska – doktorantka kulturoznawstwa na Wydziale Polonistyki UJ oraz lektorka języka jidysz. Autorka książki Postronni? Zagłada w relacjach chłopskich świadków (2018) oraz współredaktorka publikacji: Świadek: jak się staje, czym jest? (2019), Wieś: miejsce, doświadczenie, opowieść (2016), Szczekociny w opowieściach mieszkańców. Czasy przedwojenne i wojna (2014).

Bożena Keff – poetka, pisarka, literaturoznawczyni, feministka. Jest autorką kilku tomów poetyckich m.in. Nie jest gotowy (2000), Utwór o matce i ojczyźnie (2008), książek eseistycznych Postać z cieniem. Portrety Żydówek w polskiej literaturze (2001), Antysemityzm. Nie zamknięta historia (2013) i zbioru  felietonów Barykady. Kroniki obsesyjne lat 2000–2006 (2006). Współautorka pierwszego w Polsce studium o homofobii Homofobia po polsku (2004). Dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike.

Piotr Sadzik – doktorant w Instytucie Literatury Polskiej UW. Obecnie zajmuje się filozofią literatury w kontekście refleksji postsekularnej oraz myśli Jacques’a Derridy. Współredaktor Spojrzenia Antonioniego (wraz z Pauliną Kwiatkowską), Widm Derridy (wraz z Agatą Bielik-Robson) oraz tomu Imiona anomii. Literatura wobec doświadczenia stanu wyjątkowego. Przygotowuje monografię poświęconą „maranom polskiej literatury”, a także doktorat o twórczości Witolda Gombrowicza. W Uniwersytecie Muri im. Franza Kafki kieruje Katedrą Nawiasu.

Jan Potkański – doktor habilitowany, adiunkt na Wydziale Polonistyki UW, autor książek: Sobowtór. Różewicz a psychoanaliza Jacquesa Lacana i Melanii Klein (2004), Sens nowoczesnego wiersza. Wersyfikacja Białoszewskiego, Przybosia, Miłosza i Herberta (2004), Parabazy wpływu. Iwaszkiewicz – Bloom – Lacan (2008), Epoka spojrzenia. Literatura i społeczeństwo nowego kapitalizmu (2014), Wolność realnego. Kant, Hegel i Deleuze a literatura polska (2018).