Ewangelinie

„Boję się snu, jak można bać się wielkiej dziury” – pisze Charles Baudelaire w sonecie, o którym za chwilę.

Myślę, że najtrudniejsze do prześnienia są dla mnie te sny, w których odczuwam lęk wysokości: stoję na skraju wzgórza i wiatr dotyka moich pleców, idę po śliskich od deszczu gzymsach szerokich na jedną cegłę. Nie spadam, ale jestem o krok od utraty równowagi. Zimny skurcz przechodzi od stóp przez nogi, podbrzusze i wnętrzności. Do głowy chyba nie dociera.

Może dlatego rano budzę się i myślę o otchłaniach i przepaściach. (Trafniejszy byłby tu czasownik: „rozmyślam”, ale jest jakby spłaszczony. Może spróbujmy go ponownie wybrzuszyć.) A więc rozmyślam.

Baudelaire’a czytam od czasów licealnych, ale Otchłań długo nie należała do wierszy dla mnie najważniejszych. Może wyczuwałem jakiś fałsz w przekładzie (nie pamiętam już czyim) pierwszego wersu: „Pascal miał swoją otchłań, co go niosła w dal”. Niby wszystko w porządku, ale jakoś nie chciałem zgodzić się na tę otchłań niosącą w dal, jakby konie poniosły po równinie. W przekładzie Antoniego Langego nie lepiej: „płynęła za nim”, a u Bohdana Wydżgi: „otchłań, co się za nim wlekła”. Co to znaczy? Nie nadążała. Może to ciekawy pomysł, ale na inny wiersz.    

Dużo później zobaczyłem oryginał sonetu Le gouffre: „Pascal avait son gouffre, avec lui se mouvant”.     

No przecież otchłań (przepaść) nie niesie, w dodatku w jakąś dal, której chciałoby się przykleić przymiotnik „sina”, a idzie obok Pascala, jest jego osobistą otchłanią. Pęknięciem w masywie, rozdwojeniem na „tak” i „nie”, albo na „tak” i „tak”.

Zdecydowanie lepiej brzmi ten wers w przekładzie Mieczysława Jastruna: „Pascal miał swoją otchłań, szła z nim nieprzerwanie”, choć chciałoby się nie słyszeć owego „nieprzerwanie” wymuszonego następującym później rymem „powianie”. 

Myślę, że najtrudniejsze do prześnienia są dla mnie te sny, w których odczuwam lęk wysokości.

Kilka lat temu byłem na Krymie i przeszedłem „drogą nad przepaścią w Czufut–Kale”. Nie było tak strasznie, jak ostrzegał Mickiewicz. Ścieżka całkiem wygodna, turyści bez obawy się wymijają. Lęk zapisany w sonecie krymskim bierze się raczej ze spojrzenia w siebie „przez świata szczeliny”, a tego akurat wtedy nie odczuwałem.

Długo trwała sława francuskiego grafika Gustava Dorégo, później zgasła, ale pewnie jeszcze wróci, bo ma w sobie potencjał, jakiego potrzebuje kultura masowa. Myślę, że w sferze obrazu wiele zawdzięczają mu filmy katastroficzne. W dzieciństwie wpatrywałem się w jego ilustracje i widzę, że w pewnym sensie ukształtował moje widzenie przestrzeni, natury, ludzkich postaci w świecie i w zaświatach.     

Doré zilustrował między innymi Boską komedię i jest tam miedzioryt z urwiskiem, jak z mojego snu. Na wąskiej ścieżce nad przepaścią stoją dwie postaci, bardzo drobne w porównaniu z otaczającym je mrocznym światem. Domyślamy się, że to Dante i Wergiliusz, który przyszedł mu z pomocą i będzie dalej jego przewodnikiem przez Piekło i Czyściec. Rzymski poeta uratował go przed atakiem dzikiego zwierza – wygłodniałej wilczycy. „Wolno byłem po tej grani , / spychany tam, gdzie milknie samo Słońce” – pisze Dante. A gdy „osuwał już się ku otchłani”, pojawił się wybawca. 

Autorka cytowanego przeze mnie przekładu Boskiej komedii, Agnieszka Kuciak, w erudycyjnych komentarzach do poematu pisze: „Wergili nie jest tu człowiekiem, lecz przede wszystkim alegorią – rozumu lub ludzkiej filozofii (…) mędrcem i mistrzem poezji”.

Kiedy czytam Fatum Norwida na ogół wizualizuję sobie to spotkanie z nieszczęściem, które „jak dziki zwierz przyszło do człowieka” w pustej przestrzeni, może w mieszkaniu. Taki „kącik w rozległej przestrzeni” – jak mówił Pascal. Teraz jednak skleiło mi się Fatum z obrazami otchłani u Baudelaire’a, Dantego i Dorégo (ilustrowane przez niego wydanie Piekła ukazało się w 1857 roku, wiersz Norwida powstał zapewne rok później).

Do drogi nad przepaścią kierują mnie cztery słowa: „– Czeka – – Czy, człowiek, zboczy?”.

Nieszczęście zachwiało się „całą postaci wagą” i „nie ma go!”, bo to ono z urwistej ścieżki spadło w nicość.

Czy obawiać się zbyt natarczywych, obsesyjnych snów? Na ten temat także ma coś do powiedzenia Pascal: „Gdybyśmy śnili co noc o tej samej rzeczy, przejmowałaby nas ona tyleż co przedmioty, jakie widzimy codziennie”.

Czytaj także:
„Do stu” Marcina Sendeckiego
recenzuje Oskar Meller


WYPISY:

Charles Baudelaire

Le gouffre

Pascal avait son gouffre, avec lui se mouvant.
– Hélas ! tout est abîme, – action, désir, rêve,
Parole ! et sur mon poil qui tout droit se relève
Maintes fois de la Peur je sens passer le vent.

En haut, en bas, partout, la profondeur, la grève,
Le silence, l’espace affreux et captivant…
Sur le fond de mes nuits Dieu de son doigt savant
Dessine un cauchemar multiforme et sans trêve.

J’ai peur du sommeil comme on a peur d’un grand trou,
Tout plein de vague horreur, menant on ne sait où ;
Je ne vois qu’infini par toutes les fenêtres,

Et mon esprit, toujours du vertige hanté,
Jalouse du néant l’insensibilité.
Ah ! ne jamais sortir des Nombres et des Etres !

Otchłań

Pascal miał swoją otchłań, szła z nim nieprzerwanie.
Biada! Wszystko – przepaścią, czyn, żądza, marzenie,
Słowo! I nieraz czuję, gdy mi Przerażenie
Podnosi włos na głowie, jej wichru powianie.

W górze i w dole, zewsząd pustka i milczenie,
Przestrzeń straszliwa, w której czujemy spętanie…
Bóg palcem mądrym w nocy mych mglistym tumanie
Kreśli wielokształtnego koszmaru widzenie.

Boje się snu, jak można bać się wielkiej dziury,
Pełnej trwóg, prowadzącej w świat nie wiedzieć który.
Już tylko nieskończoność widzę z wszystkich okien,

I mój duch nawiedzany ciągłymi zawroty
Zazdrośnie tęskni za nicości snem głębokim.
Ach! Nigdy nie wyjść poza Liczby i Istoty!

                                                            Przełożył Mieczysław Jastrun

Cyprian Norwid

Fatum

I

Jak dziki zwierz przyszło  N i e s z c z ę ś c i e  do człowieka
I zatopiło weń fatalne oczy…
– Czeka – –
Czy człowiek zboczy?

II

Lecz on odejrzał mu – jak gdy artysta
Mierzy swojego kształt modelu –
I spostrzegło, że on patrzy – co? skorzysta
Na swym nieprzyjacielu:
I zachwiało się całą postaci wagą
– – I nie ma go!



Piotr Mitzner (ur. 1955) – poeta, eseista, literaturoznawca. Jest redaktorem miesięcznika „Nowaja Polsza” i profesorem na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Jego pierwszy arkusz poetycki Dusza z ciała wyleciała ukazał się w drugim obiegu w 1980 roku. Od roku 2000 opublikował tomy wierszy, m.in.: Dom pod świadomościąNiewidyKropkapolak MałyKlerk w studni oraz Ulica tablic. Jego wiersze tłumaczone były na języki: rosyjski, francuski, czeski, albański, litewski, hiszpański, bułgarski i hebrajski. Laureat Nagrody Literackiej Fundacji Kultury i Nagrody „Zeszytów Literackich” im. Józefa Czapskiego.