Zacznijmy od oczywistości i recenzenckich obowiązków. Piotr Janicki i Adam Kaczanowski – dwaj twórcy, którzy reprezentują roczniki siedemdziesiąte i którzy w ostatnich latach są na fali (co nie znaczy, że piszą lepiej, ale że doczekali się nareszcie należnej im krytycznej uwagi) – podjęli współpracę i napisali książkę. Taka współpraca (lub z młodzieżowego „artystyczne kolabo”) to rzecz obecnie modna, choć nie zawsze przynosząca zamierzone efekty. Z najciekawszych ostatnio pozycji możemy wspomnieć Waruj Joanny Mueller i Joanny Łańcuckiej, Koniec wakacji Marcina Sendeckiego i Marcina Barana oraz niebanalny gest programowo niespełnionej współpracy Piotra Przybyły i Romana Honeta we wspólnym. Nie można jednak pominąć faktu, że taki rodzaj działania Janicki i Kaczanowski wprowadzali w życie już wcześniej. Ten pierwszy należał do żelaznego składu redakcji internetowego zina „Cyc Gada”, w którym jednym z klasycznych gatunków była właśnie redakcyjna, ironicznie złośliwa poezjo-krytyka robiona na wiele głosów (por. też Zatem alfabet, przypisy na cztery ręce do debiutanckiego nadal aksamit w miesięczniku „Studium” 2007, nr 2). Ten drugi, też zresztą częsty gość „Cyca”, wspólnie z Andrzejem Szpindlerem napisał dramat Kości pod pieczeń Baby Boom, opublikowany potem w wierszach zebranych Happy end (1994–2013) ilustrowanych przez Kirę Pietrek.

Efektem współpracy obu poetów, jednego nagrodzonego ostatnio Silesiusem za Cele, drugiego nominowanego do Szymborskiej za tak zwaną Psią książkę, jest Spis treści, tom poezji, choć może lepiej byłoby ich dzieło nazwać domkniętym, poetyckim brulionem, bo taką formę przybiera ono w opracowaniu graficznym wrocławskiego wydawnictwa Warstwy. To kolejna odważna typograficznie propozycja poetycka Warstw po Ludziach kultury Darka Foksa i wyborze wierszy Agnieszki Wolny-Hamkało Zerwane rozmowy, kolejna opracowana kunsztownie i z edytorskim pomysłem na interpretację samych wierszy. Linie pozostawione przez grafików na końcu książki nie tylko zachęcają do notatek czy dopisania ciągu dalszego, ale też wydobywają pewien wizualny aspekt twórczości obu autorów, która w tym przypadku składa się prefabrykatów – tekstowych bloków, aranżowanych wobec siebie jak składniki poddawane ciągłej procedurze kopiuj-wklej.

Do obowiązków recenzenta należy też stwierdzenie, że jeśli Spis treści jest brulionem (rzeczywisty spis treści tomu nie pokrywa się z samymi wierszami i można go wręcz potraktować jako osobny, domykający tekst, co zamierzam uczynić w ostatnich zdaniach), to jest też swoistym poematem złożonym z szeregu wymijających się figur, postaci i motywów charakterystycznych dla pisarstwa obu autorów, odnoszących się do kluczowych zagadnień możliwości (to Janicki) i niemożności (to Kaczanowski). Do pewnego momentu z dużym prawdopodobieństwem można zidentyfikować , do którego z nich – a są to stylistycznie poeci zupełnie odmienni – należą poszczególne części; kto wprowadzał absurd, a kto ironię, kto ciążył ku puencie, a kto żonglował postaciami. Mniej więcej na jedenastej stronie tej niewielkiej rozmiarowo książeczki zaczynamy jednak o tym zapominać, a tekst zmienia się, zrasta i zaczyna przeobrażać, jakby dwie odrębne poetyki odkształcały się, każda pod wpływem ciężaru tej drugiej. Wygląda to zaskakująco i podsuwa wręcz wniosek, że Kaczanowski zaczyna w pewnym momencie przedrzeźniać lirycznie Janickiego, ten zaś z lubością sięga po teatralne i eseistyczne formy bliższe autorowi Celów (choćby cały, beckettowski wręcz, dialog rozpisany m.in. na postaci Carnapa, Quine’a, Pierrota i Rubensa).

Obaj poeci eksperymentują z figurą podmiotu lirycznego i problemem autorstwa

Skądinąd wiem, że tak nie było, więc mieszanie się stylistyczne i użyczanie sobie już nawet nie figur retorycznych, lecz samej aury tekstu, jest wynikiem współpracy i wzajemnego zaufania obu autorów. Bo, jak stwierdził Janicki podczas spotkania wokół książki, takie pisanie, będące nieustanną ingerencją, wymaga właśnie zaufania i wiary, że ktoś nie zepsuje naszego tekstu, a jego egocentryczne i maniakalne zapędy będą współgrały z naszymi. W innym wypadku wiersz zmieni się w poligon, a czytelniczce przyjdzie obserwować tylko leje po bombach. Jest to o tyle ważne, że obaj poeci eksperymentują z figurą podmiotu lirycznego i problemem autorstwa, a kwestie późnonowoczesnego egocentryzmu i lękowej stabilizacji „ja” jako produktu kognitywnego kapitalizmu uczynili węzłowymi zagadnieniami wierszy. Podpisując książki, Janicki zawsze zmieniając coś w brzmieniu imienia i nazwiska, a wreszcie wydał tom (wspomniana już Psia książka) anonimowo, lekko tylko sygnalizując w tekście lokalizację, po której można by do niego trafić (ilu dobrych poetów mieszka w Supraślu?). Kaczanowski z kolei nie tylko prowadzi grę na kilka frontów (performance, net-art), ale też staje się bohaterem-maską dla swoich tekstów, zarówno w sposobach ich wykonywania podczas spotkań autorskich, jak i w żonglerce samymi figurami. Bohaterowie jego wierszy i próz są na ogół papierowi, wręcz tendencyjni i traktowani jak zabawki na planszy – z delikatnością godną Sida z Toy Story.

Czuła, immanentna i niebywale empatyczna poezja Janickiego, pisana na poważnie, nadawana zawsze z wysokiego C i mająca w sobie buddyjskie prerogatywy, musiała wielkim zaufaniem obdarzyć znacznie bardziej ironiczną, nihilistyczną i momentami wręcz sadystyczną zabawę w późnokapitalistyczną wymianę, którą podejmuje Kaczanowski. Jak doprowadzić do kompromisowego spotkania dwóch tak odmiennych estetyk? Pierwsze zdania poematu brzmią następująco (mam nadzieję, że udało się trafić z przerzutniami, bo nie jest to sprawa najłatwiejsza w tych prozo-wierszach):

Wyszedłem na świat i chciałem wszystko powiedzieć w pierwszym zdaniu, a potem tylko słuchać,
aże dzieci dziś pytają, czy jeśli wszystko jest zmianą, to zmiana nie jest esencją, i czy w takim razie dalej nie ma się czym przejmować, a kroki życia są dalej odświętne.
Największy łobuz spośród dzieci, największy nie znaczy, że najmądrzejszy,
zadaje sobie pytanie o jakość życia: „Czy żeby przeżyć to życie, potrzebna jest aż tak wielka świadomość śmierci?”.
Dziecko nauczycieli zapisuje na klatce schodowej złotą myśl: „Całe szczęście, że czasami jest coś, co nie istnieje”.
Kto wyliczy wszystkie powody do smutku i pobędzie przez chwilę szczęśliwy?
Czy ów mag, który wygina gałąź ← a ona pęka z trzaskiem i tworzy pył, który zresztą natychmiast gdzieś się zapodziewa?

Możemy z tego fragmentu wyprowadzić kilka problemów, które będą wyznaczały tryby lektury całego Spisu treści. Afirmacyjne wejście w świat i próba (niemożliwego, naiwnego) ujęcia go „w pierwszym zdaniu” za pomocą języka zostanie skontrowana przez różnorakie ruchy wywłaszczenia: zapowietrzenie, znudzenie, pozbawienie podmiotów inicjatywy lub głosu oraz pozbawienie słowa statusu sprawczego, a więc podważenie aktu kreacji. Wszak rozsiane są tu tropy nieomal genezyjskie: wejście w świat, mówienie, słuchanie, świętowanie, filozoficznie pojęta esencja, a wreszcie i bunt. Figura omnipotentnego stwórcy szybko zmienia się jednak w figurę maga-prestidigitatora, bliższą twórczości Kaczanowskiego – kogoś, kto nie ma mocy stwarzania, ale posiada rozwiniętą zdolność negacji (w tym przeprowadzania krytyki społecznej). W takim sąsiedztwie, między zdaniem-światem i zdaniem-symulacją, między afirmacyjną inkantacją i buchalteryjnym wyliczeniem, do głosu dochodzą afekty. To wokół nich – smutku, nudy, lęku, a co za tym idzie: idei życia jako skazanej na niepowodzenie próby przeżycia – koncentrować się będzie poetycka maszyneria Spisu treści. To tutaj, w pytaniach o ponowoczesny smutek i lęk oraz o związane z nimi blokady i ograniczenia, spotkali się obaj poeci. Mag-stwórca i nowoczesny poeta zmieniają się w przerażonego i uwięzionego w kapitalistycznej pętli maga-marketingowca, maga-klauna (s. 28–29), próbującego oswoić własne lęki i tym samym bez żadnej nadziei wyczekującego końca wszystkich rzeczy. W jego postaci w parodystyczny sposób odbijają się współczesne pytania o przyszłość i jej brak:

Czasami trząsłem się,
dzieci szeptały mi do buta:
„Boisz się śmierci?
Boisz się uciec?
Bardziej lękasz się śmierci czy ucieczki przed?”.
Niewiele z tym robiłem,
awansowałem do roli kapelusza,
cylindra.

Chciałbym odczytać Spis treści jako zapis mierzenia się dwóch sił – fundamentalnej, płaszczyznowej potencjalności i wertykalnej niemożności z poziomu nadbudowy. Janicki reprezentowałby w tym tomie apeiron i arche, początkową zasadę wyłaniania się i ciągłego reorganizowania świata, który, choć zapada się pod wpływem własnej płynności, zawsze jest w stanie wyłonić się od nowa. To afirmacyjny gest, polegający na dostrzeganiu w teraźniejszości zaczątków nieskończonych przyszłości. Figurą typową dla Janickiego byłaby zatem jukstapozycja i przerzutnia – zestawianie ze sobą rozbudowanych, psalmicznych wręcz wersów, ciążących w stronę prozy poetyckiej, a mających charakter perceptywnych bloków. Dominującym nastrojem byłyby dziwność i absurd możliwego – nieprawdopodobieństwo wynikające z kontrastu między płynnym, stającym się nieustannie światem a naszymi normami.

Czytaj także:
Marek Olszewski
o twórczości Igora Jarka

Kaczanowski to z kolei siła domykająca, która sytuuje się na wyższych kondygnacjach rzeczywistości. Próbuje od góry nadać stabilność chwiejącym się fundamentom, utworzyć konstrukcje, które utrzymają się i tym samym zyskają zdolność krytycznej diagnozy otaczającego nas świata. Autor Celów pracuje więc w nadbudowie, ale z pracą tą wiąże się pewien fatalistyczny rys: przyszłość nie jest dla niego nieustannym ponawianiem, lecz niekończącym się zawalaniem konstrukcji albo momentem, w którym podmiot tę nieuchronność dostrzega i pozostaje tylko mu gorzkie oczekiwanie. Wówczas trafia na ścianę, której nie może w obecnych warunkach kulturowych pokonać lub – jeśli wykorzystać metaforę z książki – dostrzega, że jest magiem siedzącym na podcinanej właśnie gałęzi. Dominować więc zaczynają afekty negatywne: złość, bezradność, frustracja, lęk, które blokują działanie i odraczają jakąkolwiek utopijną fantazję o przyszłości. Podstawową figurą Kaczanowskiego jest zatem pętla (oraz wszelkie formy nawrotu i powtórzenia), a towarzyszącym jej nastrojem jest rozbrojona ironia, pozbawiona krytycznej mocy i przechodząca w groteskowy humor.

Nie będzie to chyba spojler, jeśli zdradzę, która z sił wygrywa tę odsłonę tekstowego dryfu przez możliwości współczesnej poezji. Wygrywa oczywiście nie w sensie uniwersalnym, lecz w samej poetyckiej narracji, w porządku następstw Spisu treści, który musi zakończyć się jakąś kropką. Inaczej trzeba by porzucić wszelką nadzieję, a tom Janickiego i Kaczanowskiego wcale do tego nie zachęca. Raczej stawia diagnozę i naprowadza na inne możliwości, formułując postulaty o charakterze zenistycznym: wyrzeknij się władzy i uroszczeń „ja”, pozbądź się lęku, zaakceptuj swoją percepcję jako proces stawania się świata i wyjdź poza niego.

Efektem tej konfrontacji jest niezwykła książka-eksperyment

Spotkanie Janickiego z Kaczanowskim w tym tomie jest jak spotkanie dwóch archetypicznych bogów: beztroskiego pana stworzenia, hasającego po łąkach, z których dopiero wyłania się jakiś porządek, i zatroskanego demiurga, który próbuje naprawić spartolony mechanizm, pomstując w swoim zegarmistrzowskim gabineciku na ciągłe podwyżki czynszu. Efektem tej konfrontacji jest niezwykła książka-eksperyment, którego wzmagające się i znoszące częstotliwości odnajdują syntezę wyższego poziomu. To poezja pozbawiona zobowiązań i złudzeń, wolna od intencjonalnego sterowania czytelnikiem, od wszelkiego dydaktyzmu i usztywnienia. Czytelniczka może z nią zrobić, co zechce: zachwycić się pięknem i wzniosłością fraz Janickiego, śmiać się z humorystycznych wstawek Kaczanowskiego, wyjąć kilka wersów i znaleźć ich filozoficzne tło (a jest tego wiele, począwszy od pytań o samą architekturę rzeczywistości), pospekulować nad historią kina i jego relacjami z poezją (bo jest to książka nie tylko analogiczna wobec awangardowego filmu, ale też – zgodnie z zainteresowaniami autora Celów – czyniąca z samej filmowości temat), zagubić się w mnogości estetyk i gatunkowych wykładników, pomedytować nad wymagającymi większej uważności sekwencjami albo nawet zbudować na ich podstawie całą krytykę społeczeństwa późnego kapitalizmu.

Czytaj także:
Adam Partyka recenzuje
Co mogło pójść nie tak
Macieja Roberta

Może i nie musi. Może też bowiem odrzucić ten eksperyment, czytelny oczywiście bez wnikliwych studiów nad wcześniejszą twórczością obu autorów, ale na pewno wiele zyskujący, gdy przyglądać mu się w towarzystwie choćby Psiej książki oraz tomu Zabawne i zbawienne. To odrzucenie nie będzie miało charakteru dystynktywnego: manifestowania niechęci do poezji intelektualnej, awangardowej, pozbawionej klarownego sensu i próbującej wyzwolić język. Będzie raczej wyborem ścieżki lirycznej: tego, co domknięte i gotowe zamiast tego, co potencjalne i dopiero stające się. Nie mam bowiem wątpliwości, że przyszłość jest po stronie Janickiego i Kaczanowskiego, a Spis treści to nie gorzkie podsumowanie wyprodukowanego przez świat kontentu, lecz rozprawka o sposobach łączenia politycznego i filozoficznego, perspektywy mikro (atomów, tkanek, emocji) z makro (stosunków społecznych, relacji produkcji, afektów zbiorowych). Kluczowe miejsce w tym połączeniu zajmuje pytanie o urządzenia konserwujące jaźń, umacniające nas w przekonaniu o naszej wyjątkowości lub w lęku przed działaniem, sygnujące tożsamość jako towar i zmieniające „ja” w produkt autopojetyczny. W tym sensie Janicki i Kaczanowski wychodzą naprzeciw antropologicznej zgrywie Foksa z Pieśni o wszystkim: tak, „ja” jest etykietą którą pokrywa się fantazje o przyszłości, już utowarowione i bezpieczne , bo dawno rozbrojone. „Ja” pragnie ocalenia i tylko to napędza jego zachowawcze myślenie o próbach uniknięcia katastrofy. Nie różnimy się w tym od ślimaków wchodzących pod buty – idziemy naprzód, ale tkwimy w ślepym marszu, który jest tylko wtórną, ograniczoną krytyką korporacjonizmu i związanego z nim kultu pracy. Z perspektywy Janickiego byłby to w ogóle ruch wszelkiego zapośredniczenia: tam, gdzie pojawia się pośrednik, tam pojawiają się problemy oddalenia, niebezpośredniości, a z nimi również wartości, którą można spekulować. Z perspektywy Kaczanowskiego to oczywiście problemy władzy i alienacji, które wymagają (metafizycznego) utożsamienia. Bez względu na to, od której strony na nie spojrzymy, będą tak samo doskwierające, tak samo obudowane wokół tymotejskich sił. Jak pisał Dawid Kujawa w pesymistycznym tonie, podsumowując swoją recenzję dla „Strony Czynnej”:

Nie wyobrażam sobie, by można było lepiej sformułować towarzyszące nam wszystkim poczucie znudzenia, frustracji, głębokiej winy, poniżenia i rozczarowania, które jednocześnie pchają nas ku zmianom i uniemożliwiają ich faktyczne zrealizowanie, a nawet ich przekonującą konceptualizację. Janicki i Kaczanowski zadają ekstremalnie ważne pytania, których konieczności sformułowania główny nurt kultury nie zrozumie jeszcze przez wiele długich lat. Czyli bez zmian, wszystko na swoim miejscu.

Zapewne ma rację, bo konceptualizacja filozoficznych kwestii, które towarzyszą nam całkiem realnie w kapitalizmie kognitywnym już na poziomie relacji między emocją i znakiem (oraz sposobami ich wiązania i podporządkowywania) wykracza poza sferę zainteresowania naszej peryferyjnej dyskusji o literaturze. Bawimy się tymczasem bezpiecznie : w „(…) nowe ścianki w wielościanach nazywania, // 36. krnąbrności, dostojeństwa, żarłoczności, to znaczy niestanowczości, nieostrożności i niedokończoności”. Bawimy się w formularze i ankiety, albowiem zabawne to i zbawienne:

Ile razy dziennie jesteś zły nas siebie?
Czy częściej jesteś zły na siebie, czy na innych?

Czy uważasz, że twoja praca
czyni cię gorszym człowiekiem?

Czy jesteś zdania, że wszystko
poszło nie tak, jak miało pójść?

Mając do wyboru rolę w komedii,
która źle się skończy,

i w horrorze, w którym jest
zero prawdy psychologicznej,

na co się zdecydujesz? Wolisz być
pacynką idioty czy maskotką diabła?

Czy czekasz na Apokalipsę?
Czy gdybyś mógł, zrezygnowałbyś z jedzenia i picia?

Jaki jest twój rekord w powstrzymywaniu
oddechu, a jaki w powstrzymywaniu krzyku?

[…]

Czego potrzebujesz, by przeżyć to życie?
Czy masz dość pieniędzy?

Bawimy się w wyrazy uznania, aż po finalny Spis treści, wiersz, który nie jest już wierszem, ale wciąż pozostaje świadectwem wykonanej pracy i podjętego dialogu: „Wyszedłem / do ciebie, człowieku / i prowadziliśmy dialog / na hamaku / Czy masz dość pieniędzy? Ależ tak”. Bo żadna książka o konflikcie możliwego z niemożliwym nie powinna się kończyć inaczej, niż wielkim, celebracyjnym „tak”.


Piotr Janicki
Adam Kaczanowski
Spis streści

wyd. Warstwy, 2020, s. 38



Jakub Skurtys (ur. 1989) – krytyk i historyk literatury; pracuje na UWr.

Katarzyna Drewek-Wojtasik (ur. 1991) – grafik i ilustrator z Małego Trójmiasta Kaszubskiego. Na co dzień zajmuje się projektowaniem tekstyliów, grafiką reklamową, ilustruje książki dla dzieci i dorosłych. Lubi filmy klasy B i C. Uwielbia spędzać czas na łonie przyrody, skąd czerpie też inspiracje dla swoich projektów. http://kasiadrewek.pl/