Abecadło z pieca spadło,
O ziemię się hukło
pewien znany poeta

Czasem wychodzą takie książki, na które czeka się za długo, a potem nie bardzo wiadomo, co z nimi zrobić. Chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że na drugi tom Piotra Przybyły czekało pół poetyckiej Polski. Tej z lewa, od społecznego zaangażowania – bo jego Apokalipsa. After Party (2015), laureatka konkursu im. Jacka Bierezina, była jedną z ciekawszych odpowiedzi na to, w jaki sposób składnia oraz brzmienia języka w różnych rejestrach stylistycznych angażują nas w ukryte procesy semiokapitalizmu[1]. Tej z prawa – bo był to tom bardzo poruszający, liryczny, dający się ująć w tematologicznej, postsekularnej wędrówce wokół figury świętej rodziny, cierpiącego ojca i problemów z niepoczętym dzieckiem jako echem mesjańskiej nadziei. Przybyle daleko było do ideologizacji, do werbalizowania tego, o co mu w wierszach chodzi i po której stronie wolałby stanąć. Po równo pogrywał sobie z naiwną egzaltacją frazy Justyny Bargielskiej i z proceduralną kombinatoryką Macieja Taranka. A skoro tak, mógł stać po każdej ze stron i każdej (nawet tej od lirycznego wyznania, poezji jako bluzy z kapturem i medytacyjno-melancholijnego opiewania) przynieść kilka poruszeń. Oczywiście były i gremia, które nie miały pojęcia, co z Apokalipsą… zrobić, bo poeta-Przybyła urwał się był z kosmosu i nawet jego fizyczna manifestacja na różnych spotkaniach i festiwalach niewiele tu zmieniła. Z poszczególnych recenzji dało się, prócz zachwytu, wyczytać wahanie, co do tego gdzie miałaby ta poetyka zacumować w przyszłości.

I oto jest, nadeszła – po kilku latach ciszy – druga książka: wspólny. Wywołała chwilową konsternację w mediach społecznościowych i trochę śmiechu, kilka bardziej ekstatycznych komentarzy, a potem zapadła jak kamień w wodę nowej, covidowej rzeczywistości. Krytyka literacka zmieniła się w tym czasie w rzędy głów, prawiących do swoich kamerek i publikujących się na Facebooku, a Przybyła takiemu trybowi mądrościowej pogadanki niespecjalnie się poddaje. Z pozoru nie pasuje też do obecnej sytuacji, bo lektura wspólnego ma w sobie coś z luksusu, na który podobno nikogo teraz nie stać. Wszak – jak pisze autor w potencjalnej końcówce książki, jednej z wielu możliwych – „poezja to broń (rekreacyjna)”. Trzeba jej poświęcić sporo czasu, zmarnować go na mechaniczną czynność odszyfrowywania, a i tak nagroda może być licha (biszkopt) i żadna tajemnica nie zostanie wydobyta na światło. Z tęsknoty za normalnością krytyki i poezji postanowiłem jednak napisać w końcu klasyczną recenzję tej jakże nieklasycznej książki.

Lektura „wspólnego” ma w sobie coś z luksusu, na który podobno nikogo teraz nie stać

Wspólny z pewnością nikomu nie przyniesie oczekiwanej normalności, bo jak na nasze estetyczne standardy, a więc awangardę zapakowaną w antologie i BN-ki, stekstualizowaną i wyjątkowo bezpieczną, jest to tom-wygłup, żart, a może nawet psikus. Historycznie trzeba by go ulokować gdzieś w czasach poezji konkretnej, gdy eksperymenty z medium cieszyły się zainteresowaniem publiczności i obfitowały w gwiazdy pokroju Stanisława Dróżdża czy Ewy i Andrzeja Partumów. Współcześnie umieściłbym gest Przybyły między dziełami ponownie skłaniającymi do dyskusji nad istotą pisma i druku, ale mogącymi równie dobrze obejść się bez niej: od czytania. Pism i Świergotu Marcina Mokrego, książek wprost odwołujących się do tradycji konkretystów i rodzimej neoawangardy, po nowy tom Romana Bromboszcza (Cybernetyczny spin) czy teksty Andrzeja Szpindlera (na przykład te z „Wizji”), a więc w obu przypadkach: daleko wysunięte w czasie konsekwencje dadaistycznej rozpierduchy.

Co we wspólnym należy do sfery, cokolwiek historycznego, eksperymentu? Przede wszystkim to, że tom jest radykalną próbą dekompozycji tekstu i analizą samego procesu czytania. Poszczególne litery – o różnych wielkościach, umieszczone na danej stronie w różnych miejscach, czasem też pod innymi kątami – znajdują swoje odpowiedniki na stronach kolejnych, a z ich sklejenia wyłaniają się całe wyrazy i zdania. Mamy więc nielinearną układankę, którą trzeba sobie samemu złożyć. Poniżej przykład pojedynczej rozkładówki:

Dla majsterkowiczów byłaby to nie lada zabawa. Krytyk powinien tymczasem napisać coś takiego (frazesem): Przybyła wymusza na nas powrót do materialności pisma oraz do strukturalistycznej refleksji nad podstawowymi cząsteczkami sensotwórczymi (przejściem od fonemu do morfemu). Raz jeszcze zadaje pytanie o pochodzenie sensu w dziele, o sposoby jego wyłaniania się. Czy jest to wyłącznie addycja, oddolne składanie kolejnych elementów, czy jakaś zupełnie inna zasada, która steruje naszymi przyzwyczajeniami (na przykład anagramatyczne echa dźwiękowe, jak u późnego de Saussure’a, czy nawet derridiańska dyseminacja i znakowa panspermia)? Wspólny porzuca linearność komunikatu, a tym samym psuje (dosłownie: jak psuje się mechanizm i metaforycznie: jak psuje się zabawę) możliwość płynnego przejścia od znaków (i ich kumulacji) do znaczenia. Jeszcze bardziej odsłania więc kombinatoryczny charakter każdego językowego gestu jako nieustannego wyboru elementów/klocków z pola możliwości. Sprawia, że jesteśmy przy tej lekturze jak dzieci nad abecadłem albo wtórni analfabeci, którzy od nowa, nie mogąc ująć całości jednym rzutem oka, uczą się składać literki w słowa (trochę jak w słynnej pracy między Dróżdża z 1977 roku). Zawsze mnie jednak zastanawia, co taka zabawa ma nam przynieść oprócz tego metaliterackiego przekodowania?

„Wspólny” porzuca linearność komunikatu

W przypadku poezji konkretnej chodziło o uruchomienie nowych sposobów obcowania z tekstem, a tym samym zmuszenie czytelnika do zmiany swojej formy podmiotowej, na przykład z konsumenta w pośrednika kultury pisma (jak mail art grupy Fluxus) albo nawet jej równoprawnego uczestnika. Ale taki wariant „sztuki słowa” zakładał też, że jest ona od początku poza centrum pola literackiego, zawieszona gdzieś na granicy z polami sztuk wizualnych i performatywnych. To zawieszenie doskonale pokazuje niejasny do dziś status twórczości Partumów. Czy mają się nią zajmować galerie, czy raczej wydawnictwa literackie? Krytycy czy kuratorzy? Oczywiście najlepiej jedni i drudzy, a nawet w jednej osobie, ale przecież świat kapitalistyczny nie po to wynalazł podział na dyscypliny i specjalizacje, żeby mu teraz jakiś Dróżdż czy Partum bruździli. Tymczasem ukazanie się tomu Przybyły w Łodzi, w jednym z kilku najistotniejszych wydawnictw poetyckich w kraju, na pewno nie jest gestem reterytorializacji pola na własnych (autora) zasadach. Książka trafia do czytelników od razu „jako poezja”, a zarazem „jako poezja” nie bardzo daje się czytać, bo niewiele jest w niej do czytania. To zaledwie kilkadziesiąt (dokładnie trzydzieści jeden) okresów retorycznych rozbitych litera po literze na kilkadziesiąt stron.

Czytaj także:
Eliza Kącka o Minimalizmie
Wojciecha Wilczyka

Sam fakt, że te rozsypane litery można jednak złożyć, sugeruje, że gdzieś, kiedyś – u wydawcy choćby – istniał tekst źródłowy, w którym zdeponowano pierwotny sens, jakąś prawdę wspólnego. To dość przygnębiająca i jednocześnie irytująca perspektywa (gdzieś tam, u Rafała Gawina albo Przemka Owczarka, jest wersja beta, zanim wszystko się rozpadło, wersja oszczędzająca czytającym czas i pracę). W takiej perspektywie cała ta układanka zdaje się daremnym trudem, skoro w rzeczywistości jest raczej wynikiem zamierzonego pęknięcia, odtworzeniem upadku języka w ramach toposu wieży Babel (ach, te kryptoteologiczne fantazje o rozbitej całości, utraconej księdze, mesjańskich resztkach i widmach…), niż oddolnego wyłaniania się sensu w procesie montowania znaków na zasadzie metonimii. Refleksja o horyzontalnym sposobie łączenia liter w słowa, również ta, którą proponował poeta w Apokalipsie…, bierze wówczas w łeb i wygląda zza niej, niczym cyniczny uśmiech kota z Cheshire, Rafał Gawin (prawda, że straszne?).

Jest jednak coś, co ratuje Przybyłę i jego książkę przed zarzutem o zmarnowanie czasu czytelnika (jakkolwiek byłoby to marnotrawstwo założone przez autora, a refleksja z gatunku „zbuduj sobie wiersz”, która jest przecież refleksją „odbuduj, com zburzył”, służyłaby właśnie odsłonięciu tego bezproduktywnego czasu). Otóż napisał poeta kilka naprawdę klawych wersów, a przy okazji postanowił ograć modny politycznie i ważny filozoficznie problem, od którego wszystko (dosłownie wszystko) się zaczyna: wspólność/własność oraz jedność/wielość.

Przybyła napisał kilka naprawdę klawych wersów

Dodajmy jeszcze kontekst, który przychodzi wprost z czwartej strony okładki. Zanim nota edytorska i biogram rozsypią się w lotne znaki, zdążymy przeczytać u dołu strony blurb oraz fragment wymiany maili z Romanem Honetem, który nie godzi się na zaproponowaną przez Przybyłę formę poematu kooperatywnego („Piotrze, tom redagować? Z przyjemnością. Pisać wspólny – o, chyba mało realne”), a jednak akceptuje zadanie niemożliwe – redakcję czegoś, co właściwie redakcji nie podlega[2]. Tu powinien nastąpić krótki ekskurs, z czym mamy do czynienia, bo zjawisko robi się modne i trudno stwierdzić, na ile Przybyła się z niego nabija, a na ile chce je wykorzystać, żeby zakwestionować klasyczne kategorie autorstwa i podmiotowości. Takim kooperatywnym tomem z ostatniego roku był na przykład Koniec wakacji Marcinów Sendeckiego i Barana czy na innym poziomie Waruj Joanny Mueller i Joanny Łańcuckiej. Współpisania, starego jak sama awangarda, podejmowała się też (często wespół z docenionymi już autorami – Piotr Janicki, Adam Kaczanowski) cała plejada młodzieży publikującej w „Wizjach”, „Wakacie” czy w „Stonerze Polskim”. Można powiedzieć, że młodsi odpowiadają w ten sposób na wezwania filozoficzne o żywą wiedzę, zbiorową kreatywność i nowe formy podmiotowości (ostatnio ukazała się krytycznoliteracka książka Kacpra Bartczaka na ten temat[3]), a starsi, cóż, szukają bliskości i ciepła w alienujących warunkach późnego kapitalizmu, wobec osłabienia relacji homospołecznych w polu literackim.

Na okładce książki tytuł „wspólny” układa się w akrostych z podświetlonych liter siedmiokrotnie powtórzonego słowa „jednostkowy”. Nie ma klasycznego kolofonu, strony tytułowej, stopki redakcyjnej. Otwieramy i już na drugiej stronie okładki „lecą” znaki. Procedura ich odczytania nie jest skomplikowana i poradzi sobie z nią wytrwały pięciolatek: poszczególne litery są odbite symetrycznie w tych samych miejscach kolejnych stron, na ogół zachowują też podobną wielkość, choć z tym już jest różnie. Ich skrzętne „ciułanie” doprowadza nas do zdań podstawowych, na ogół wielokrotnie złożonych, w których przecinek, kropka i średnik odgrywają istotne funkcje intonacyjne i wersologiczne, decydują bowiem o potencjalnych pauzach wersyfikacyjnych.

Otwieramy książkę i już na drugiej stronie okładki „lecą” znaki

Gdy się już odczyta, to znaczy złoży litery w słowa, a ze słów sklei się zdania, cały czas respektując klasyczną zasadę linearnego przyrostu (nieco tylko skomplikowaną przez wizualne oddalenie znaków i tym samym „zepsucie” norm czytelności), wyłoni się niewesoła historia i podmiot wprost powiązany z tym z Apokalipsy… Mamy tu bohaterów lirycznych: Romana Honeta i samego nadawcę komunikatu. Mamy bazowe zdarzenia z codzienności, coś jakby fragmenty dziennika, rozmowy z partnerką i córką, strzępy zapisków: o podróży (realnej i tej w głąb siebie), o przeprowadzce i o pobycie „w pasach”, czyli w szpitalu psychiatrycznym, o upadku i o wierze. Cząstka „wiosną poszedłem w pasy” wybija się szczególnie (choć wcale nie przez typografię), bo jest jedynym odautorskim sygnałem pozwalającym jakoś usytuować podmiot, nakreślić pęknięcie w jego egzystencji i tym samym przełożyć to na zasady rządzące całą książką, na ogólną strukturę jej niekoherencji.

Zasady te dotyczą konstrukcji trzech planów: ja (jaźni, podmiotu), znaków (pisma, poezji, komunikatu) oraz społeczeństwa (więzi z innymi: rodzinnych, zawodowych). Można powiedzieć, że każdy komunikat – ten o charakterze wyznania lirycznego, ten dotyczący stosunków społecznych i ten metapoetycki – ma zatem z racji lakoniczności i braku konkretnych powiązań trzy równoczesne i równorzędne możliwości wydarzania się. Jest zarazem głosem w sprawie rozpadu i reintegracji „ja”, w kwestii wiązań społecznych („być współpacjentem, zintegrować się z innymi pacjentami”, ale też być partnerem, synem czy ojcem) oraz w kwestii wiązań w poezji („dużo piękna w jednym miejscu”, „poezja to broń [rekonstrukcyjna”). Skoro poszczególne komunikaty dopowiadają coś w potencjalnie nie swoich sektorach, o żadnym nie można ostatecznie orzec, jaką pełni funkcję i do którego planu organizacji sensu przylega. Łączliwość w tym tomie jest maksymalna (podyktowana demiurgiczną intencją autora i poddana bardzo klarownej procedurze rozproszenia), a zarazem minimalna, wytracająca się pomiędzy zlepianiem kolejnych liter. Tworzy to wrażenie poezji wyjątkowo słabych wiązań, które natychmiast znaczą jako prawie rozerwane ciało wspólnoty i jako ledwie trzymająca się, jakby na ostatniej nitce, jaźń, osuwająca się w schizofreniczny bełkot.

Czytaj także:
Oskar Meller o Do stu
Marcina Sendeckiego

Powiedziałbym, że „podział” i „reintegracja” to słowa klucze, słowa-zadania, które mają zwrócić uwagę czytelnika na ruchy dokonujące się równocześnie, w trakcie czytania książki: łączenia znaków w kohezyjne ciągi, scalania świadomości oraz wyłaniania się człowieka społecznego, budującego lub zrywającego więzi. To nasuwa z kolei pytanie: czy proces tworzenia sensu poprzez składanie literek w wyrazy jest procesem analogicznym do prób budowania tożsamości oraz reguł tworzenia społeczeństw? Czy dokonując gestu reintegracji wiersza, a więc reintegracji „ja”, dokonujemy tym samym aktu wspólnotowego: czytania jako tworzenia tego, co „wspólne”?

Można powrócić tu do podstaw idei wspólnotowości, opisywanych przez Jean-Luca Nancy’ego oraz Roberto Esposito. W obu przypadkach mamy do czynienia ze wspólnotą jako „ruchem ku”, ruchem otwarcia siebie na zagrożenie, które przychodzi z zewnątrz. Dla Francuza ruch dzielenia, który jest równocześnie ruchem łączenia (czyli współdzielenia), stanowi podstawę teorii nowoczesnej polityki. Dla Włocha zaś ów otwierający się (komunizujący) lub zabezpieczający (immunizujący) sposób istnienia wspólnoty jest podstawą biopolityki. U Przybyły mamy wiele gestów prozaicznych i kilka symbolicznych, które można by zinterpretować w tym duchu: na przykład Romana Honeta, który „dzieli się” pastą do zębów, kubkiem i mydłem, oraz noc, która „zabiera”. Mamy prośbę („nie musisz brać od innych, jeśli potrzebujesz poproś”) i wspólnotę (mieszkaniową) – „zanim się zawiązała, to było niczyje, nietknięte przez nikogo”. Ale pierwszy podział następuje już w metakomentarzu do dialogów: „powiedziałaś”, „powiedziałem”, „dodałaś”, „dodałem”. Przebiega jednak w poprzek wyznaczonych linii, do których przyzwyczaił nas Spektakl. Znajduje „część wspólną” w najmniej spodziewanych momentach, w medytacji nad biszkoptem (ostateczną nagrodą a może tylko przyziemną przyjemnostką?), w akcie drapania, w zrywaniu pietruszki, no chyba że to koperek: „w oczach mam sitko, dziurawe, można włożyć do niego brudną dłoń i bezkarnie zerwać natkę pietruszki, chyba że to koperek”.

Powyższe zdanie, rekonstrukcję podążania za wyjściową literą „w”, przytaczam w całości, bo dobrze wydobywa ono specyfikę pisania Przybyły, która – mimo eksperymentu z dezintegracją pisma jako ciągu – nie zmieniła się tak bardzo między Apokalipsą… i wspólnym. To wciąż długie, rozlewne kadencje, mające niemal psalmiczny charakter (i jakiś rapowy flow wewnętrznych rymów), balansujące na granicy dwojakiej dziwności. Z trybu orzekania o świecie lub podsłuchiwania go przeskakują nagle bądź to w formalistyczne udziwnienie, bądź też w tryb apokryficzny i zaczynają brzmieć jak fragmenty z nowej, świeckiej ewangelii. W tym powyższym zdaniu oczywiście reaktywuje się topos noli me tangere, ale natychmiast osuwa się w absurd typowy dla zdań Przybyły, w surrealistyczne zestawienie o prozaicznym charakterze. W ten sposób deklaracje pokroju „musimy wybaczyć każdemu, kto przynosi nam w śnie dwa ślimaki, choć jeden wystarczy” czy „należę do wspólnoty mieszkaniowej” nabierają nieoczekiwanego ciężaru, jakby od ich wypowiedzenia (poprzedzonego żmudną rekonstrukcją) naprawdę zależało jakieś wtajemniczenie (i biszkopt).

Weźmy taką partię, w którą pozwolę sobie wstawić delimitacyjne pauzy: „jestem chłopcem, czy dziewczynką – pyta syn, / kiedy stronię od niego na zawsze / wieczność nie jest odosobnieniem, / jakby co”. Można by te podziały przeprowadzić inaczej, chociaż całość i tak musi zamknąć trochę figlarne, nadmiarowe „jakby co”. A jednak skala kwantyfikatorów i rejestr („odosobnienie”, „wieczność”, „stronić”) sprawiają, że prozaiczne „pyta syn” zmienia się w apokryf. Kilka takich rekonfiguracji i „bosko kłamiesz” (wypowiedziane przez podmiot lub jego córkę) zyskuje jeszcze bardziej dziwaczny charakter. Podobnie jak w Apokalipsie…, tak i tu Przybyła zmusza nas do skonfrontowania się z modelem edypalnej rodziny w stanie schizofrenicznej rozsypki. Poszczególne figury symbolizowały różne formy władzy, uległości i przekory, ale – z racji słabych wiązań – teraz przestają i odsłaniają się bezradne, jakby kenotycznie ogołocone. W kilku cząstkach pojawiają się też ślimaki (można powiedzieć – ślimaki szaleństwa, bo stoi za nimi Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki), pytania o płciowość i o zasadę pierwszego podziału. Tak jakby paruzja myliła się Przybyle z partenogenezą, bo początek i koniec stały się jednym. Wspólny to sztuka świętego idioty i nawet jeśli poezji zostaje w niej powierzona rola broni rekonstrukcyjnej i rekreacyjnej – a więc poezja wydarza się dopiero w naszej lekturze, w nas samych – nie mamy do czynienia z atakiem, lecz z modlitwą. Im niżej na stronie, tym więcej w kolejnych ciągach Boga, upadku w stworzenie, szaleństwa połączonego z miłością i wyrzeczeniem; tym bardziej religijny robi się ten słownik i tym łatwiej popaść z psychozę, a potem obsadzać znaczeniem to, że jest przecież siedem słów „jednostkowy” na okładce.

„Wspólny” to sztuka świętego idioty

„Pantomima kończyć się może tylko albo śmiercią, albo otwarciem możliwości nowego ruchu” – pisze w drugim blurbie Henryk Tomaszewski, nieżyjący już wybitny tancerz i choreograf. Czy to jakiś trop? Chyba najbardziej oczywisty, dosadny, a przypomnijmy, że Przybyła tworzy też sztuki i wydał ich więcej niż książek poetyckich. W nieco szerszym kontekście cytat ten brzmi tak: „Wszak ruch jest afirmacją życia, odbieram go jako samo życie. Poszerza moją własną egzystencję, uogólnia ją, rozprowadza, a jednocześnie sumuje. (…) Ruch zawsze świat rozbija, przekształca, zniewala lub choćby stara się tego dokonać. Z najprostszych działań ruchowych człowiek tworzy dramat: nieustanną walkę, walkę bez końca, do śmierci, która jest bezruchem. Stąd pantomima kończyć się może tylko albo śmiercią, albo otwarciem możliwości nowego ruchu”. Więc to tak? I (aż) tyle? Proces poruszeń, język sprowadzony do podstawowych konfiguracji – ruch rozproszenia i łączenia, wznoszenia i opadania, bezdźwięczny taniec liter, a zarazem dramat „ja”, widziany wyłącznie przez to „ja”, które w zrywach i wygasaniu toczy walkę ze śmiercią i rozmowę z Bogiem. Jeśli Przybyła-autor jest tu gnostycko pojętym, złym Demiurgiem, skazującym czytelnika na działanie w rozparcelowanym świecie, skażonym dezintegrującym dotykiem metafizyki, to na horyzoncie jego modlitwy objawić się musi spinozjański, panteistyczny Bóg, życie samo w sobie. Kres „jednostkowego” pragnienia jest tylko powrotem do „wspólnego” wszystkiemu ruchu, powrotem do domu („wróćmy do domu i wyprowadźmy psa z psa”, „byłem, tyle wystarczy”), a bycie jawi się wyłącznie jako chwilowe zajmowanie miejsca. I stąd tak „DUŻO PIĘKNA W JEDNYM MIEJSCU”.

***

Czy odczytałem wszystkie zdania wspólnego (wszystkie wspólne zdania)? Tak. Czy odniosłem sukces, zintegrowałem się z innymi pacjentami, z tym chorym językiem w stanie upadku, to jest w stanie modlitwy? Czy zostałem poruszony? Czy mogę napisać o tej książce, skoro już przeczytałem ją w całości? Ale czym jest całość? I co to znaczy przeczytać książkę? Być na jej początku i końcu? Wracać do niej? Śledzić znaki z góry na dół i (w naszym wariancie kulturowym) od lewej do prawej? I co dalej? Mieć zdanie? Mieć miejsce? Wyciągnąć coś dla siebie? Podkreślić cytat i przepisać do kajecika „Paulo Coelho & friends”? Wspólnego nie da się przeczytać w znaczeniu, które wypracowuje w nas – oparta na klasycznej hermeneutyce – szkoła, a potem studia filozoficzne, choć zarazem wszystko w tym rozbitym tomie zmusza, żeby tak go właśnie czytać, czyli: dekodować, składać, ciułać znaczki, aż coś się z nich wyłoni się – album z trofeami, wspomnienie o wyjątkowo udanej egzystencji lub biszkopt. I to będzie koniec ruchu, śmierć.


Proponowaną przez Jakuba Skurtysa „samodzielną rekonstrukcję wielokrotną” poematu Piotra Przybyły przeczytasz tutaj.


[1]  Po więcej odsyłam do: F. Berardi, And: Phenomenology of the End (Semiotext(e), South Pasadena 2015) i przeprowadzonej tam analizy działania spójników jako sposobów strukturyzacji świata za pomocą języka poddanego dziś władzy algorytmów.
[2] Choć i tu zostaje z mojej strony pytanie: dlaczego w tekście moskitera, zjedzono „i” – czy relokowało się ono w inne miejsce?
[3] K. Bartczak, Materia i autokreacja. Dociekania w poetyce wielościowej, Gdańsk 2020.


Piotr Przybyła
wspólny
Dom Literatury, Łódź 2020.



Jakub Skurtys (ur. 1989) – krytyk i historyk literatury; pracuje na UWr.