W ubiegłym roku, w 9. numerze „KONTENTu” opublikowane zostały trzy wiersze Katarzyny Szaulińskiej, które Adam Partyka określił jako „areny zdarzeń mikro- i makroskopowych. Zjawiska fizyczne, chemiczne, biologiczne i społeczne mieszają się ze sobą, a sens wytrąca się na granicy doznań (…)”. Wypowiedź ta utkwiła mi w pamięci jako niezwykle trafna w swojej zwięzłości, a przywołuję ją tutaj, bo pozostaje, jak sądzę, aktualna także w odniesieniu do całego debiutanckiego tomu laureatki 13. edycji „Połowu”.  Druga osoba jest bowiem nie tyle próbą zapisu czy artystycznej konceptualizacji materii, co raczej polem eksploracji samej materialności języka, w którym  jego komunikacyjny wymiar okazuje się nierozerwalnie spleciony z wymiarem fizycznym.

Ową podwójną kondycję języka sygnalizuje autorka samym tytułem: „druga osoba” to jednocześnie kategoria gramatyczna oraz odrębne ode mnie, realne ciało, z którym wchodzę w (niekoniecznie językową) interakcję. Język – wydaje się  mówić Szaulińska – istnieje o tyle, o ile namacalna, fizykalna rzeczywistość sankcjonuje jego byt. Cała Druga osoba to świadectwo fizycznej wręcz pracy nad mową, a jej lektura jest jak brnięcie przez ciemną wodę: tekst stawia namacalny opór, utrudnia interpretacyjny gest czy ruch, a ponadto  nie widać w nim dna. W ten gęsty i napisany plastycznym językiem  tom można (i trzeba) jedynie się zanurzyć, ale ze świadomością, że jednoznaczny sens zawsze w końcu wymknie się próbie pochwycenia – tak jak woda zawsze wycieknie spomiędzy palców zaciśniętej dłoni.

Język – wydaje się  mówić Szaulińska – istnieje o tyle, o ile namacalna, fizykalna rzeczywistość sankcjonuje jego byt

Język to tutaj nie tylko medium – pole zapośredniczenia cielesnych doświadczeń – choć oczywiście i tak można tę książkę czytać. Szaulińska idzie jednak dalej i  w pewnym sensie sam język obdarza ciałem. Nie jest to tylko prosta metafora: poszczególne słowa i frazy mają tu swój wyczuwalny ciężar i konsystencję, podlegają prawom fizyki i przemianom o naturze chemicznej lub biologicznej, czasem ewolucji, czasem koagulacji (o czym później) – i nierzadko lekturę trzeba przerywać, by odszukać definicję tego czy innego pojęcia z nauk ścisłych, ponieważ to właśnie one wyznaczają często logikę tekstu. Autorce daleko jednak do afirmacji czystego materializmu, a jej wiersze przypominają raczej ciasne węzły tego, co konkretne, i tego, co konceptualne czy abstrakcyjne. Innymi, psychoanalitycznymi, słowy: węzły semiotycznego z symbolicznym. Lacanowska psychoanaliza jest tu zresztą przywoływana zarówno explicite (l’objet petit a), jak i „między wierszami” (tu i ówdzie tom aż prosi się o czytanie przez pryzmat „fazy lustra”),  stanowi zatem jeden z ważnych kontekstów. I w tym sensie jest to poezja erudycyjna, a do podstawowych narzędzi jej lektury trzeba – prócz zasady nieoznaczoności Heisenberga – dodać pojęcia pochodzące z myśli francuskiego psychoanalityka, najlepiej także psychoanalitycznie zorientowanych francuskich przedstawicielek feminizmu drugiej fali. A skoro jesteśmy przy psychoanalizie, to być może warto byłoby – ze względu na pojawiające się motywy mityczne – sięgnąć także po Jungowskie archetypy? A może o wodzie, wszechobecnej w tomie, miałby coś do powiedzenia Gaston Bachelard? Czy pisałem już, że czytanie Szaulińskiej jest jak pławienie się w wodzie bez dna? 

W ten sposób rozkładając akcenty (psychoanaliza z jednej, fizyka i biologia z drugiej strony), autorka zobowiązuje nas nie tylko do mobilizacji intelektualnego zaplecza, ale też do czytania „ciałem” – właśnie ono stanowi podstawowy punkt zbieżny zainteresowania psychoanalizy i nauk ścisłych. Do skrzyżowania takiego dochodzi na przykład w wierszu dorothy vallens:

śniły mi się kluby duszne jak związek rządu
który różni się tylko jednym brakiem od męskości
a wobec różnic miewam miękkie nogi
albo w sąsiednim l’objet petit a:
z niechęcią stawiany na końcu słowa
początek alfabetu
by się o niego wsparła mdlejąc słaba płeć
(…)
zjadła początek wypluła końcówkę

Z pozoru ryzykowne połączenie tak różnych, a wręcz zwaśnionych dyskursów jak fizyka i psychoanaliza (wszyscy mamy w pamięci Modne bzdury Alana Sokala) udaje się Szaulińskiej doskonale i ani przez chwilę nie trąci sztucznością, o co w takich przypadkach nietrudno. 

Wrócę znowu do tytułu. Sądzę bowiem, że zawiera on jeszcze jedną wskazówkę co do problematyki tomu, a jest nią zawarte w słowie „osoba” pytanie o osobność: o granicę, autonomię, tożsamość – tę ostatnią rozumiem jako dający się uchwycić efekt wymiany między własnym a cudzym – być może także o możliwość chwilowego ustanowienia owej tożsamości w języku. Gdzie kończę się „ja”, a zaczyna druga osoba? Na ile jesteśmy względem siebie osobno, na ile to, co własne, wymaga stale ponawianego gestu ustanawiania, definiowania, bezustannej artykulacji? Odpowiedzi na te pytania nie dostarcza ani język – Szaulińska odwołuje się do jego polimorficzności, a nie do możliwości konsolidacyjnych, na przykład w narracji – ani nauka, skoro przywoływane zostają te jej obszary, którymi zarządzają nierozstrzygalność, przypadek lub zmiana (wspomniany Heisenberg, teoria ewolucji, okres półtrwania). 

Czytaj także:
Magdalena Heydel
o esejach W. G. Sebald

Zarówno podmiot, jak i język stworzone są z materii, podstawową cechą i zasadą organizującą jej istnienie jest zaś obieg, musi więc ona pozostawać w ruchu. I podmiot, i mowa to zatem serie wydarzeń („śledź zmiany zaakceptuj zmiany odrzuć zmiany”) stanowiące część świata. Granica między podmiotem a owym światem jest tu zarówno rozmyta, jak i przepuszczalna, elastyczna i potencjalnie ruchoma, choć nawet w wierszach niejako programowo jej poświęconych (nirwana), nie ulega całkowitemu zniesieniu. Ale w książce Szaulińskiej materialna rzeczywistość jest nie tylko ruchliwa. Rządzą nią agresja i zachłanność, ponieważ składa się ona z ciał fizycznych, które wzajemnie naruszają swą choćby chwilowo ustanowioną integralność (late bloomers), ale i ze względu na fakt, że w bezustannym ciągu konfiguracji i rekonfiguracji życie okazuje się polem nie zawsze pokojowej negocjacji materii między formami:

(…) życie tylko w kradzieży
gdyby niepodległe martwe piksele nudy zniknęły
byłabyś cudza
(…)
amputowana rogówko wycinko jelit
obce mitochondrium scrabble DNA

(nirwana)

W tej rzeczywistości stawką nie jest zachowanie jakkolwiek rozumianej/ego „siebie”, ale przyrost i przerost, „pączkowanie nicości w formę”, nawet jeśli rewersem jest dezintegracja czy fragmentacja (druga osoba). Mamy więc – znowu – do czynienia z obiegiem, krążeniem, pracą przetwarzania, dynamiczną ekonomią przeciwstawnych sił i intensywności; pędu ku życiu i ciążeniu ku rozpadowi, jeśli kto woli. W akcie pochłonięcia albo zwielokrotnienia coś przyrasta, ale jednocześnie coś przestaje istnieć. Być może z powodu tej ambiwalencji autorka tak często wykorzystuje metaforykę pokarmu, a cała Druga osoba nieustannie krąży wokół leksyki związanej z czynnością jedzenia (wystarczy pobieżny przegląd: „diecie mięsnej”, „białek” „odgryzam”, „ssać”, „lizać”, „zjadła”, „wypluła”, „karma”, „przyssie”, „głód”, „usta”, „strawiła”, „smażę”, „skórką chleba”, „głodna”, „przeżuj”, „kawałek mięsa”, „smakując”, „przełknąć”, „w budyniu”, „zębów”, „łykam”, „pożarcie”). Akt spożywania pokarmu nabiera tu wyjątkowego znaczenia, jest bowiem wiązką procesów mechanicznych i chemicznych, ale też momentem przetwarzania jednej formy materii w drugą, tworzeniem i unicestwianiem zarazem. Słuszne wydaje się zatem rozpoznanie Partyki, który wskazuje Szczeliny istnienia Jolanty Brach-Czainy jako kontekst dla tej poezji. W przeciwieństwie jednak do filozofki, Szaulińska trzyma się z dala od sfery sacrum, a jedzenie w jej przypadku nie ma funkcji jednoznacznie wspólnototwórczej. Autorka Drugiej osoby dobrze wie, że nie musi dopominać się o uznanie relacyjności podmiotu i świata, opartej na cielesności, nie wpada też w przepracowaną już dychotomię wnętrze-zewnętrze.

Szaulińska nie musi dopominać się o uznanie relacyjności podmiotu i świata, nie wpada też w przepracowaną już dychotomię wnętrze-zewnętrze

Wszystkie te kwestie związane z dynamiką materii są dla mnie interesujące przede wszystkim dlatego, że to właśnie one, jak już wspomniałem, wyznaczają główne osie poetyki Szaulińskiej, a także organizują jej wiersze. Sięganie do rejestru naukowego, do języka biologii, chemii czy fizyki, ma tu na celu nie jego przełamanie czy demaskację pęknięć – jak to się dzieje na przykład u Urszuli Zajączkowskiej – tylko służy uwypukleniu procesualnego i półpłynnego charakteru świata, który ustanawia się wciąż od nowa na skrzyżowaniu sił o przeciwnych wektorach. Świat ten nie daje się, co oczywiste, sklasyfikować, rozparcelować i unieruchomić w odgórnie ustalonych kategoriach językowych. Słowa nie znaczą własnym niezależnym znaczeniem, ale poprzez wzajemne relacje różnego typu: optyczne i brzmieniowe odbicia („i okna co odbija się w oknie odbija się w oknie”), rozpodobniające powtórzenia („węzeł pępowiny […]/ węzeł komunikacyjny”], na poły formalne, na poły semantyczne asocjacje („takt to nie klatka a spin nie skrzeplina”, „woła o przemoc”). Szaulińska wiąże język w supły, tak ściśle splątane, że nie da się po prostu śledzić znaczeń. Na owej napiętej i drgającej sieci tekstu wytwarza się znaczeniowa nadwyżka, wrażenie stałego tarcia, intensywnej pracy. Język bardziej niż narzędziem jest tutaj ruchliwym, poddawanym skurczom i rozkurczom mięśniem, jedynie w ograniczonym zakresie posłusznym woli podmiotu, którego zresztą część stanowi; podatnym na działanie przypadku i okaleczenie (animus). Jednakże w tych dynamizujących zapędach Druga osoba nie wpada też w skrajność i nie upłynnia materii do ekstremum, nie sprowadza jej do jednego, wspólnego mianownika (na przykład witalistycznego), i analogicznie – nie rozpuszcza języka w niezróżnicowanym oceanie znaczeń. Nie ma tu utopijnej wiary w możliwość stworzenia mowy od nowa, tak by z „pierwotnej zupy” można było raz jeszcze wyprowadzić całkiem nową – na przykład cielesną – komunikację. Jest za to sporo rewizji tych obszarów symbolicznego uniwersum, które pozornie mogłyby uchodzić za opresyjne, redukujące, unieruchamiające, w najlepszym razie mało nośne poetycko. Szaulińska nie tyle odzyskuje język nauki dla poezji, co odkrywa jego immanentną poetyckość.

Produktem wzorcowym dla organizacji językowego surowca jest koagulat, żel, jako substancja zawieszona między tym, co stałe, a tym, co skrajnie płynne i nieuchwytne – lub inaczej, jako moment zetknięcia się dwóch porządków, dwóch przeciwstawnych ciążeń, moment wahania czy przejścia. Nierozstrzygalność ta dochodzi do głosu w dwuznacznościach („stroną bierną do ściany”) czy w lingwistycznych grach („przestankowość stania”), wreszcie – w aluzjach do kategorii metajęzykowych, takich jak czas, aspekt czy finitywność. Brawurowym przykładem tych ostatnich jest przecinek:

przestanąć i przestać przełknąć to brzmienie
i przełknąć chromą przestankowość stania
(…)
stygnięcie w budyniu żelową chłodną skórkę 
i głazu w śmierć
kurtyna ściana przystaję przestaję

Metajęzyk Szaulińskiej nie popada w jałową samozwrotność, prowadzi raczej (co najmniej) dwie wypowiedzi jednocześnie, zakłada się sam na siebie. Nie jest też tak, że przekonanie o ścisłym związku języka i materialnej rzeczywistości przesądza o konstruktywistycznym czy tekstualnym charakterze tej drugiej. Jest raczej na odwrót: to prawa fizyki i mechaniczne siły dokonują inwazji na obszar gramatyki, puszczając w ruch jej prawa, wprawiając w drganie fleksję, intensyfikując składnię poprzez jawne operowanie na niej.  

Praca na składni wydaje mi się znamienna, do pewnego stopnia sytuuje bowiem Drugą osobę w orbicie trudno definiowalnej literatury afektywnej. W Co to jest filozofia? Gilles Deleuze i Félix Guattari twierdzą, że to właśnie praca syntaksy odpowiada za takie przekształcanie słów, które polega na ich „wypłukaniu” ze standardowego ładunku semantycznego i na stopniowej zamianie w tworzące bloki, sprawcze wrażenia: „Pisarz wygina język, sprawia, że on drga, ściska go, rozrywa”. Wydaje się, że właśnie taka jest jedna ze strategii Szaulińskiej – że równie ważne jak same słowa jest tutaj to, co je spaja i wiąże, a co nie jest jasno czytelne i nazywalne. W przypadku Drugiej osoby zasadnicze pytanie brzmi: „Co i w jaki sposób robi ze mną ta poezja?”. 

Czytaj także:
Marta Tomczok
o książce Karl-Heinz M.
Grzegorza Kwiatkowskiego

Afektywne, bo oddziałujące na sferę somatyczną, są te wiersze, które niosą – niekiedy balansujące na granicy brutalności – obrazy darcia ciała, uszkadzania kości czy naruszania powłoki, choć jestem daleki od tropienia u Szaulińskiej turpistycznych fascynacji. Elementy te łączy, jak sądzę, jedna wspólna funkcja: mają zaktywizować czytające ciało, zmusić je do fizycznego zaangażowania przez choćby częściową identyfikację z rozdzieraną tkanką. Autorka dba jednak o to, by jednocześnie funkcjonowały one w warstwie, by tak rzec, narracyjnej czy ideowej. Dlatego też lektura tomu toczy się od początku do końca podwójnym torem: zarazem instynktownym, wrażeniowym, cielesnym i na wskroś intelektualnym, choć ten podwójny podział ma tu oczywiście charakter szkicowy. Sam tekst stanowi bowiem raczej nierozerwalny i ścisły splot tego, co rozumiane, i tego, co odczuwane, tak że trudno mówić na przykład o jakiejś odmianie podwójnego kodowania. Równie trudno dociec, czy jeden z porządków jest tu bardziej realny. Jakkolwiek wyraźnie widać, że poetyka Szaulińskiej ciąży ku różnym dychotomiom, to strategia ta nie ma chyba na celu forsowania jakichkolwiek odpowiedzi:

a ile procent mnie to teraz i od zawsze zwierzę
a ile procent mnie stanowi dowód w sprawie
własności białek (…)

Przywołana myśl deleuzjańska wydaje mi się tutaj o tyle ciekawym tropem, że sama autorka kilkakrotnie powraca do obrazu okaleczania języka, które daje jednocześnie impuls do dalszego rozrostu („milczę odgryzam język na nim chcę urosnąć”), zgodnie z zasadą kłącza. Szaulińska wyzyskuje ten nadmiar oparty o rozdarcie czy ubytek – rodzaj naturae naturantis, ekonomię nieprzerwanego ruchu, podziału i namnażania – po to, by tworzyć coś, co określiłbym jako poetykę przerostu: punktowe spiętrzanie, zagęszczanie języka w celu badania i przesuwania granic jego możliwości. To, co w innym przypadku zaklasyfikowałbym jako elementy rytmizujące tekst, tu jest przede wszystkim wynikiem operacji na semantyce i daje się sfunkcjonalizować jako główna strategia znaczeniotwórcza: na przykład w wierszu pieta, gdzie powtarzające się „dodefiniowanie…” służy nawarstwianiu i rekonfiguracji znaczeń, aż po skraj paradoksu („dodefiniowanie w spiż koagulatu”). „Dodefiniowanie granic” to zarazem kolejny przykład niepozornego miejsca pofałdowania języka: same granice ulegają w nim ostatecznemu ograniczeniu (definiowanie – łac. definire – oznacza etymologicznie „wyznaczanie granic/krańców”; przedrostek „do-” oznacza dodawanie lub doprowadzenie do końca) – język jest tu jak wąż, co zjada własny ogon, albo jak roztwór przesycony. Druga osoba została usiana takimi miejscami zagęszczenia języka, miejscami, w których sens rozrasta się w każdym kierunku, łącząc heterogeniczne porządki (semantyczny, cielesny, historyczny). W tkance wierszy funkcjonują one właśnie jako punkty przerostu: zgrubienia albo sęki. Dlatego tekst często stawia opór linearnej lekturze – i chyba dlatego jest to lektura tak satysfakcjonująca. 

To dynamiczne przy- i przerastanie tekstu nie wywołuje jednak chaosu. Przeciwnie, układ książki tworzy nienachalną narrację prowadzącą od wierszy, w których najgłośniej wybrzmiewa problematyka doświadczania i poznawania materii (hipokamp, california dreaming, lokomotywa, surfacing), przez eksplorację kwestii podziału, osobności, dialektyki własne-cudze (orada, na zajezdni utrata…, druga osoba), by płynnie przejść na pozycje wyraźniej metajęzykowe (l’objet petit a, przecinek). Ciekawym rozwiązaniem kompozycyjnym jest też zastosowanie klamry, ujmującej całość w tak istotne dla tego tomu uniwersum roślinne. Obraz kwitnących mieczyków i pestki śliwki w otwierającym książkę late bloomers znajduje dyskretne odbicie w ostatnim wierszu żyzna, w którym „pęka ziarno roli”. Jednak o ile na początku dominuje perspektywa indywidualnego doświadczenia mówiącego „ja” („znam cię”), o tyle na końcu to samo „ja” idzie na ustępstwa i mówi nam, „o ile względem siebie możesz się przesunąć”. Zmiana tonu jest wyraźna. Nie ma wątpliwości, że w toku opowieści wydarzyło się coś ważnego, jak gdyby zwrot do „drugiej osoby” prowadził do trwałego przeobrażenia perspektywy, tak że poczęła ona nieodłącznie obejmować kogoś innego. 

Dynamiczne przy- i przerastanie tekstu nie wywołuje jednak chaosu. Przeciwnie, układ książki tworzy nienachalną narrację

Fakt ten prowadzi do ostatniej już uwagi na temat książki. Otóż dykcji poetyckiej Szaulińskiej nie opuszcza pewien odcień intymności („córeczko / czego jeszcze tam szukasz”) – coś, co z braku lepszego słowa można by określić jako szczerość wypowiedzi. Szczerość czy też autentyczność zajmują zresztą w tej twórczości ważne miejsce, a stale powtarzające się zwroty „do kogoś” kierują uwagę poza tekst, akcentują komunikacyjny, a nie estetyczny, aspekt poezji, chronią wiersze przed niebezpieczeństwem autoteliczności. 

Druga osoba to udany i bardzo dojrzały debiut, który wpisuje się po części w obszar poezji somatycznej, ale nie rezygnuje bynajmniej z ambitnej, rzetelnej pracy w tworzywie językowym na wszystkich jego poziomach. Szaulińska nie popada w skrajności, nie pozwala, by to, co pojęciowe, wzięło górę nad konkretem; niemniej szerokim łukiem omija też niebezpieczeństwa czyhające na tych, którzy w całości poświęcają się ciału – skrajną subiektywizację doświadczenia (którego indywidualność znajduje tu przeciwwagę w powszechności praw fizyki), nadmierną wybujałość podmiotu/-ki czy po prostu dominację ekspresji nad komunikacją. Przeciwnie: „druga osoba” zawsze jest gdzieś na horyzoncie, zaś autorka – a czytelnik/-czka razem z nią – nigdy nie traci jej z oczu. Na uwagę zasługuje również wielość i niejednorodność trybów lektury, które można (trzeba?) uruchomić w przypadku spotkania z tomem, cecha, która wzbudza rodzaj ekscytacji na myśl o tym, co jeszcze da się w książce znaleźć. A że da się znaleźć wiele – to pewne.


Katarzyna Szaulińska
Druga osoba

Biuro Literackie, 2020, s. 40


Łukasz Kraj (ur. 1995 roku w Krakowie) – student filologii polskiej w MISH i filologii francuskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sekretarz redakcji kwartalnika „KONTENT”. Teksty i tłumaczenia publikował m.in. w „Ruchu Literackim”, „Pamiętniku Literackim”, „Znaku”, „Wizjach”.