Robert Walser, „Zbój” (il. Karolina Lubaszko)

Publikujemy fragment powieści Zbój szwajcarskiego pisarza Roberta Walsera, słynnego autora tzw. mikrogramów, pisarza zmagającego się przez długi czas z trudną do przezwyciężenia niemocą twórczą. Książkę ogłosił Państwowy Instytut Wydawniczy, przełożyła ją Małgorzata Łukasiewicz, a posłowiem opatrzył Jakub Ekier.


Dobre dwieście razy przeleciałem się podcieniami, to znaczy, mówiąc dobitniej, szedłem. Należy zawsze wypowiadać się z umiarem. My, ludzie dzisiejsi, nie tolerujemy już niewyparzonego języka. Są tacy, co przeszli podcieniami osiem tysięcy razy. Na myśl o tym aż dziw bierze. Była to cudowna, przecudowna niedziela, zbój szedł pod gruszami, obok falującego żyta, myśląc o Edith, która mu się wymknęła. Naturalnie nie miała wobec niego żadnych zobowiązań, a jednak! Ale lepiej nic nie mówmy. Albo powiedzmy to później. Tak więc z pistoletową kulą miłości do tej złotookiej dziewczyny w piersi zbój, poczciwy z kościami, oddalał się coraz bardziej od miasta, gdzie mieszkała ta, której był oddany. Nie bez pewnej słuszności można by ją nazwać jego „nieubłaganą władczynią”, aby posłużyć się stylem z dawnych czasów. Posługujmy się jednak raczej stylem dzisiejszym. Psy spacerowały obok swoich panów, wszystkie drzewa stały spokojnie, a ptaszki czekały swego dobrego druha, wieczoru, aby wybuchnąć radością w jego chłodzie. Tymczasem miało świecić słońce, wdzierające się jasnym blaskiem w aleję, a zbój pozwala nam zakomunikować, że spoglądał teraz na kartoflane łęty zaścielające pole. Po chwili wezbrała w nim skarga, aż uczuł się zmuszony do westchnienia. Przedtem nigdy by mu się to nie zdarzyło. Czyżby stał się piękniejszym człowiekiem? Gotowi jesteśmy tak sądzić, na jego korzyść. I może w tej minucie podła piękna Edith o nim myślała. Może uśmiechała się kpiąco. Nie pozostawało mu nic innego, jak tylko dać jej się uśmiechać, choć okrucieństwo tej myśli niemal go powalało. Możemy powiedzieć, że jego dusza pachniała z miłości jak bukiet wonnych kwiatów. I oszołamiał go zapach tego, co czuł. Przy chłopskich zagrodach stały wkoło i wesoło lekko rozkołysane, rozmarzone drzewa, a głos dzwonów przenikał i przebóstwiał powietrze głosem Edith, jak gdyby rozbrzmiewającym ze wszystkich kościołów świata. O, jakże te dźwięki rozdzierały mu serce, i tak już wzruszone. Droga była teraz kamienista. Nagle z ciemnobłękitnego nieba na głowę zakochanego spadła z szumem ulewa i w pięć minut przemoczyła zbója do suchej nitki. Wprost ociekał wodą. Ale po krótkiej chwili znów nastała przepiękna pogoda, można powiedzieć, że było jeszcze piękniej niż przedtem. Lśniąca karuzela zapraszała do przejażdżki i kiedy siedział, tj. raczej leżał wyciągnięty w wybitym aksamitem foteliku, przypominał zakonnicę pieśniarkę, która chłonie cierpienia i niedolę ziemi, całe piękno, cały ból i słodycz. Chłopcy i dziewczęta stali wokół obracającej się złocistej i bladoróżowej konstrukcji, która wyglądała jak świątynia rozkoszy, a dookoła tańczył i uśmiechał się zielony krajobraz. Zbój wyjął z piersi serce, obejrzał je, na powrót schował, a potem powędrował dalej, ku dolinie, gdzie w parku stał pałac, a pośrodku stawu z pływającymi pstrągami, których czerwonawe cętki uśmiechały się jak rozgorączkowane dziewczęta, tryskała fontanna, i wszedł do pałacu, i dał się zaprowadzić do zabytkowej sali, gdzie na gładkiej posadzce widniały jeszcze wiekowe ślady krwi. Zapytał, co one znaczą, i ochoczo udzielono mu wszelkich wyjaśnień. Był to najpiękniejszy, największy pałac w całej okolicy, a następnie nasz gołąbek powędrował dalej, a kwiaty w trawie stały się nagle olbrzymie jak drzewa w puszczy z legendarnych praczasów, aby zaraz potem znów przybrać znaną formę. Z cienia wyszły trzy rozśpiewane dziewczyny, śpiewające o dumie, pokorze, ironii i odmianach losu, a trawy wtórowały tej cudnej pieśni trawiastą i tłustą nutą, aż rozbrzmiewała pod niebiosa, rosła i urzekała uszy zbója wdziękiem swej melodii i treści. Podszedł do dziewcząt, zdjął kapelusz i podziękował im, a następnie powędrował dalej, zewsząd, wszystkimi drogami, nadciągali spacerujący ludzie, a w rzece, płynącej zielonawo i leniwie, kąpali się mężczyźni o lśniących ciałach, i jaskółki krążyły nad starym krytym mostem, a w ogródku gospody grano przedstawienie teatralne. Zbój przez jakiś czas przypatrywał się spektaklowi, zjadł porcję szynki, zamienił parę słów z jakąś dziewczyną, wrócił do miasta i przez godzinę stał pod domem, w którym rozmawiał był z Edith, kiedy jeszcze tam przebywała. Nie odważył się wejść do środka, ponieważ bał się, że ją tam zastanie, a swoją drogą bał się, że jej nie zastanie. Z tramwaju wysiadali ludzie, inni do niego wskakiwali. Niektórzy siedzieli na ławkach, inni przechadzali się tam i z powrotem. „O, gdzieżeś jest?”, zapytał. Naprawdę przywiązał się do tego pytania, a teraz nagle przypomniało mu się coś komicznego. Pewnego wieczoru udał się na wieczorek towarzyski, prawie jak jakiś profesor, który wciąż jeszcze nie znalazł rozwiązania, mianowicie sposobu, żeby się odpowiednio ożenić. Ten ożenek miał być naprawdę jak się należy. I oto na kanapie siedziała odpowiednia osoba. Jako człowiek o wyczulonych zmysłach natychmiast to zrozumiał. Ta odpowiednia siedziała zatem mocno zawstydzona i zarazem rezolutna. „Będzie coś z tego?”, myślała. A to pytanie naturalnie zarazem wprawiało ją w onieśmielenie. Teraz z kolei zbój występował jako odpowiedni dla niej, odpowiedniej dla niego, i odpowiednio do tego się zachowywał, mianowicie z zakłopotaniem. Oboje wzajem dla siebie odpowiedni byli skrępowani i zażenowani, wyczuwając, że wszyscy obecni uważają ich za doskonale dobraną parę. I teraz trzeba było się na dobre poznać, na co niestety chwilowo nie mieli najmniejszej ochoty, aż ci, którzy uknuli to spotkanie, inicjatorzy zamotania związku, patrzyli na nich ze współczuciem. Szczerze żałowano zwłaszcza zbója. Udawał, że nic nie pojmuje. Bezczelność, nieprawdaż? Tak ślicznie przecież wszystko zorganizowano, aby dobrze zapowiadająca się rzecz jak najszybciej znalazła pomyślny finał. Co prawda ta, którą uznano za odpowiednią, nie była śliczna. Właśnie dlatego mniemano, że będzie odpowiednia. A ten osioł zbój tego nie pojmował, a może pojmował aż za dobrze? Ta poczytana najżyczliwiej za odpowiednią wydawała mu się strasznie kanciasta. Może sama pojmowała, jakie to wszystko nieodpowiednie. Z ociąganiem spuszczała wzrok. „Nie chciał połknąć haczyka, bardzo nieładnie wobec nas”, mówiono w towarzystwie, kiedy już odszedł. W jego obecności udawali, że są zachwyceni jego zachowaniem. Teraz za to obgadywali go ile wlezie. Dwornie odprowadził odpowiednią do domu, ale po drodze też nie umiał w niej znaleźć nic, co by mu odpowiadało. Gdy tak szli, na szczęście przynajmniej mówiła o Rilkem, jednak mimo jej rozeznania w Rilkem wciąż jeszcze nie nadawała się dla niego. No cóż!

Czytaj także:
Piotr Paziński
Drewno, płótno, wosk

Łabędzie na pałacowym stawie, renesansowa fasada. Gdzie ja to widziałem? A raczej – gdzie zbój to widział? U pni starych drzew umieszczono schodki. Licznie zgromadzeni goście mogli wejść na górę, aby raczyć się popołudniową herbatką pod zielonym dachem. I ta gospoda na samotnym wzniesieniu, zagajnik brzóz czy tam innych drzew. I pawilon na pagórku, dom i murek oraz dumna dama, stercząca za szybami okna i spoglądająca poważnie na przybyszów. Duma często bywa naszym ostatnim schronieniem, ale nie powinniśmy się w niej chronić. Powinniśmy porzucić naszą dumę, która przecież jest więzienną kratą, i rozmawiać z maluczkimi, i w ten sposób się wyzwolić. Wyzwolenia są zawsze tak cudownie blisko. Tylko nie zawsze chcemy je dostrzec. O, gdybyśmy tak zawsze, za każdym razem dostrzegali, co może nas wzmocnić. Syknęła do zbója: „Idiota”, a syknęła to osoba w tym momencie chora z dumy i śmiertelnie piękna. I ta fontanna z figurą filantropki, pięknie usytuowana w środku naszego miasta, tak obfitującego w dzieła rzeźbiarskie. Ale kiedy to było, kiedy ów pan przelotnie mnie odwiedził, aby dodać mi otuchy? Może wiedział, jaki młody był wtedy zbój. Nagle znowu pojawia się ten głupi zbój, a ja znikam w jego obecności. Dobrze, jedźmy dalej. I ten chory, który lubił przesiadywać długo wieczorami, o ile jego stan na to pozwalał. Mówiono mi, że ma mnóstwo pochlebnych zleceń, których nie może wykonać. Dopiero gdy człowiek leży martwy albo bezwładny, otoczenie zasypuje go spóźnionymi życzeniami, propozycjami, zaszczytami itd. Do zdrowych ludzie źle się odnoszą, bo to zdrowi. Na radosnych się dąsają z powodu ich radosnego nastroju. Samo tak wychodzi, nieumyślnie, i może w tym właśnie najgorsza bieda. No, tylko nie wdawać się zanadto w filozofowanie. A więc pewnego dnia do zbója przyszedł pewien pan z kręgów inteligencji. „Pański sługa Julius – rzekł, wchodząc do rupieciarni albo zbójeckiej siedziby zbója – powiadomił mnie, że jest pan gotów parę razy do roku przemawiać do kulturalnych ludzi. Musi to być jakaś dystyngowana osobistość, pomyślałem sobie, i chciałem spróbować dotrzeć do pana, najwyraźniej mi się to udało i naturalnie cieszę się rzadkim widokiem, jaki zapewnia mi pańska cenna obecność. Niewątpliwie robi pan pod każdym względem karierę”. „Ależ proszę usiąść na jeszcze nieposłanym łóżku”, rzekł ceremonialnie ten, który bynajmniej nie miał służącego, a jedynie udawał, że ma. „Mój Julius jest chwilowo nieobecny”. Pan mruknął „hm” i zachował powagę, a potem rozprawiali o możliwościach doskonalenia moralnego i zawodowego. Rozmowa przybrała pożądany obrót. „Jakkolwiek pańska służba wydaje mi się cokolwiek wątpliwa, co zechce mi pan wybaczyć, wynoszę z pańskiej siedziby nader miłe przekonanie, że w osobie pana mam do czynienia z czymś, co niełatwo wytrącić z równowagi”, rzekł ów pan przy pożegnaniu, a zbój wraz ze wszystkimi swoimi Augustami i Juliusami na zapleczu podziękował mu za przyjemność, jaką sprawiła mu jego wizyta, i rzekł: „Nie muszę czekać, aż mi się znów będzie dobrze wiodło, bo zawsze mi się dobrze wiedzie”. Pan spojrzał na jego ubranie i po twarzy, która zachowała wyraz uprzejmości, przemknął mu uśmiech. A teraz byłaby kolej na kobietę o wyjątkowym uroku z kręgu znajomych zbója. W latach dziewczęcych kobieta owa była wcieleniem marzycielstwa i porywów ludowej fantazji, iskrzyła się świetnym blaskiem folkloru w tak czystej i pierwotnej postaci, jaką rzadko się spotyka. Wszyscy za nią przepadali, panowie i panie. U każdego paluszka miała tuzin mniej lub bardziej przelotnych przejawów sympatii, jakimi ją obdarzano. Wszyscy się za nią oglądali. Mieszkała w małym pokoiku i czuła się jak księżniczka. Codziennie mogła jadać u ludzi, nawet zostawać na dłużej, ale wolała się pokazywać z rzadka, czym dowodziła subtelnego poczucia taktu i instynktu czystości. Poznała pewnego pana, bardzo kulturalnego, wiedzą Państwo, bardzo wykształconego, który kochał ją za jej żywiołowość, wciąż jeszcze w niej wyczuwalną, a potem go poślubiła. Ale zupełnie inaczej wyobrażała sobie jego stosunki, jego zawód, jego dzień powszedni. Nie poinformował jej dokładnie o świecie, w jakim żył, i teraz masami odczuwała niechęć do jego trybu życia, jego poglądów, jego sposobu bycia i była tak rozczarowana, że gardziła nawet wspaniałym łożem, jakie kazał dla niej w najlepszym guście sporządzić. Dorastała, rzec można, w atmosferze romantyzmu leśniczówki, a teraz wszystko wokół niej było takie rozsądne, światłe, wyważone. Broniła się przed tym, ale, rzecz jasna, daremnie i od daremnej obrony całkiem zmizerniała i osłabła. Proszę sobie wyobrazić taką walkę z wiedzą i wykształceniem. On mianowicie wiedział strasznie dużo, ona zaś bynajmniej nie chciała wszystkiego wiedzieć. W niewiedzy czuła się bogata. A teraz była całkiem chora od mnóstwa subtelności i analitycznej wiedzy swego męża. Ale stopniowo przywykła i dziś na pewno nie przychodzi jej do głowy utrzymywać, że nie jest szczęśliwa. Owszem, jest, co prawda kosztowało ją to wiele wewnętrznego wysiłku, ale właśnie z naszych wyrzeczeń, dobrowolnych poświęceń, z walk staczanych z samym sobą rodzą się nasze satysfakcje. Ta kobieta miała do wykonania trudne zadanie, wypadło jej z pewnego rodzaju stosunków, pewnego rodzaju domowych pieleszy przesiąść się na stosunki i pielesze innego rodzaju, jak z jednego pociągu do innego. Doświadczyła czegoś na kształt przeflancowania pod względem mentalności, sposobu myślenia. Ale łatwe małżeństwo nigdy nie jest takie piękne jak trudne. Wszak pięknie powiada poeta, że właśnie z ciężkim sercem duch nabiera lotności. Ta kobieta czuła się tak pewnie w swoim otoczeniu ostawała w nim trochę obca, zawsze niejako odrobinę drżała, nigdy nie było jej nazbyt wygodnie. Nasze pewności nie powinny się usztywniać, inaczej się załamują. Żeby naprawdę czuć się i prezentować pewnie, trzeba nieustannych drobnych zachwiań, ugięć. Grunt pod naszymi stopami może i powinien wznosić się i opadać, zaś by utrzymać się na drodze do doskonałości, musimy stale mieć wrażenie, że nie uporaliśmy się jeszcze ze sobą i zapewne nigdy się nie uporamy. A ponadto: na własnym terenie, we własnym domu trudniej jest rozwinąć skrzydła. Tam, gdzie wedle potocznych przeświadczeń nie nasze miejsce, w pewnych okolicznościach jesteśmy na swoim miejscu, właśnie dlatego, że nie tam dorastaliśmy. Ta dziewczyna zaznała, czym jest ruch, transfer, doskonalenie się, praca nad sobą. Musiała nauczyć się pojmować konieczność wykazywania, ile jest warta. O tak, w narodach kryje się jeszcze bezmierna wartość.


Robert Walser
Zbój
Państwowy Instytut Wydawniczy, 2020



Robert Walser (1878−1956) – szwajcarski pisarz. Podejmował się rozmaitych prac zarobkowych. Był lokajem, urzędnikiem bankowym, archiwistą. Równocześnie współpracował – dzięki pomocy brata i życzliwych wydawców – z czasopismami, przede wszystkim berlińskimi. Pogłębiający się kryzys psychiczny Walsera doprowadził w 1929 roku do konieczności umieszczenia go w zakładzie psychiatrycznym, gdzie pozostał aż do śmierci. Nie ma jednak jasności co do jego choroby, być może była to świadoma chęć izolacji od świata, ucieczka w marzenia i pisanie. Przesycone autobiografizmem są trzy jego najbardziej znane powieści: Rodzeństwo Tanner (1907), Willa Pod Gwiazdą Wieczorną  (1908), Jakub von Gunten (1909). Kiedy żył, jego twórczość nie cieszyła się uznaniem. Pozostawił po sobie tzw. mikrogramy, sceny, obrazki, szkice i najdłuższy mikrogram − powieść Zbój.

Małgorzata Łukasiewicz (ur. 1948) – tłumaczka tekstów literackich i filozoficznych, eseistka, krytyczka literacka, wyróżniona licznymi nagrodami w kraju i za granicą, dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej „Nike”. Od 1988 do 1995 była redaktorką w Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”. Członkini Towarzystwa im. Roberta Walsera (Robert-Walser-Gesellschaft), Polskiego PEN Clubu (od 1988) i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (od 1989). Mieszka w Warszawie. Przekładała dzieła pisarzy takich jak Robert Walser, W.G. Sebald, Hans Georg Gadamer czy też Max Frisch.


1 thought on “Zbój (fragment)”

  1. Pingback: NOWOŚCI WYDAWNICZE: Czerwiec 2020 | Aktualnik | Wizje

Comments are closed.