Recenzenci wyrokowali, że Serotonina to książka o schyłku Europy i impotencji Zachodu, że to nudziarstwa seksistowskiego zgreda wyprodukowane w odpowiedzi na zapotrzebowanie komercyjne i świadectwo, że autor nie przerobił ruchu #metoo. Ci przychylnie nastawieni sadzili ogólniki typu „piękne dzieło o nieskończonym smutku”. Zobaczmy dla odmiany, w jaki sposób jest to książka o wstydzie.

W porównaniu z poprzednimi powieściami, tutaj autor zaskakująco poważnie bada, co jest autentycznym życiem i co może dać szczęście w zestawieniu z narcystyczną ściemą klas średnio-wyższych. Czterdziestosześcioletni bohater jest nieznośnym bucem z paryskiego lepszego mieszczaństwa z arogancką samoświadomością tego stanu rzeczy, potrafiącym pouczać nas na przykład tak: „sypialnia małżeńska to pokój jak każdy inny, tyle że z garderobą i łazienką, co sygnalizuję wszystkim czytelnikom należącym do niższych warstw społecznych”. Florent-Claude, i Michel chyba też, jest szowinistą i zarozumialcem, optującym za ekonomiczną samowystarczalnością Francji, co najwyraźniej podoba się władzom, skoro prezydent Emmanuel Macron wręczył Houellebecqowi Order Legii Honorowej 1 stycznia 2019 roku, na trzy dni przed oficjalną premierą Serotoniny. Ale ta samowystarczalność okazuje się rozpaczliwym projektem i misją niemożliwą: zarówno w planie osobistym, gdzie więzi z ludźmi sprawiają ból, ale gdy ich nie ma, boli jeszcze bardziej, jak i ekonomicznym, gdzie autonomia lokalnego rolnictwa okazuje się dramatyczną fikcją. Receptą nie jest też zdobywanie środowiskowych punktów. Florent-Claude to paryski urzędnik po dobrej szkole, niewywodzący się co prawda z arystokracji, ale nowych, solidnych pieniędzy, lubiący swojego mercedesa klasy G, żarcie w pretensjonalnych knajpach i hotele, w których można palić. Taka mała wywrotowość. Umiera jednak ze smutku.

Marudzenie

Serotonina, nazywana hormonem szczęścia, to ważny neuroprzekaźnik.. Na mechanizmie zapewniania jej optymalnego dla organizmu poziomu opiera się działanie SSRI, czyli popularnych leków przeciwdepresyjnych nowej generacji. Florent-Claude zapisuje się do psychiatry, gdy zauważa, że nie umie zmusić się, by pójść pod prysznic, i dostaje receptę na wymyślony przez autora captorix. Ten lek pozwala bez wysiłku angażować się w proste czynności społeczne, a także hamuje tendencje do samouszkodzeń i samobójstwa, ale pacjent płaci za to cenę w postaci impotencji i zaniku libido. Mimo że „śmierć seksualna” jest tym, na co bohater, a za nim recenzenci najbardziej zwracają uwagę, powieściowy lek nie wyróżnia się tym akurat skutkiem ubocznym na tle dostępnych w aptekach antydepresantów (zdarzyło mi się konsultować pacjenta, który bał się, że od przyjmowania SSRI skurczy mu się penis). Captorix różni się od realnych leków tym, że wyjątkowo dobrze blokuje tendencje autodestrukcyjne. Dzięki niemu Florent-Claude utrzymuje się na upiornym standby’u: pozostaje nieszczęśliwy, ale nie może się zabić. Nawiasem mówiąc, gdy przeżywa prawdziwy wstrząs emocjonalny, pigułka przestaje działać: „brałem captorix, ale nie miałem siły wstać z łóżka, umyć się ani nawet rozpakować walizki”. Farmakoterpia nie daje szczęścia – co do tego nie ma złudzeń – może jedynie podtrzymywać przy życiu pacjenta, który będzie cały czas narzekał. Co może być zatem pocieszeniem?

Wchłanianie

Co ciekawe, serotonina jest produkowana w jelitach, a jedzenie czekolady pobudza jej syntezę. A główny bohater jest specem od jedzenia i przemysłu spożywczego. Ukończył agronomię ze specjalizacją ekologiczną, twierdzi, że wierzy w ideał lokalnych, niewspomaganych upraw, ale zdradził go na rzecz pracy w przemyśle. Nie przeszkadza mu to jednak ubolewać nad losem francuskich rolników przytłoczonych przepisami kwotowymi i martwić się losem zwierząt hodowlanych. Na co dzień ma jednak ekologię w głębokim poważaniu. Nie segreguje śmieci, mszcząc się w ten infantylny sposób za wyśrubowany czynsz w modnym apartamentowcu, a o Paryżu pisze: „wstrętem napawało mnie to miasto zaświnione ekologicznymi burżujami, może też byłem burżujem, ale przynajmniej nie ekologicznym”. Wpływ na środowisko ulubionego diesla z napędem na cztery koła, solidnej terenówki, komentuje tak: „pewnie nie zrobiłem zbyt wiele dobrego w swoim życiu, ale przynajmniej przyłożyłem się do zniszczenia planety”. Nie przestaje jednak doceniać oryginalnych pozycji w ofertach knajp i marketów aż do ostatnich stron książki, gdy godzi się z tym, że zainteresowania spożywcze zastąpiły mu w stu procentach relacje z ludźmi. Jednocześnie zaś drwi z jedzeniowych upodobań partnerki, snując morderczą fantazję: „Najpierw trzeba by ją upić pod pretekstem, że to trunek wyjątkowej jakości, na przykład prezent od lokalnego producenta nalewki na mirabelkach z Wogezów; na takie argumenty była bardzo czuła, bo w głębi serca nigdy nie przestała być turystką”. Żartuje też z własnych słabości, gdy pisze, że powstrzyma się przed tym morderstwem, żeby w więzieniu nie stracić możliwości wybierania w carrefourze spośród kilku rodzajów humusu.

Jeśli chodzi o obiekty zachwytu i opisy wyrażające uznanie, trzeba bardzo uważać na ironię autora, który potrafi nieźle namieszać. W miesiącu, w którym przyznano Houellebecqowi Legię Honorową i w którym ukazała się powieść, w Harper’s Magazine opublikowano jego artykuł zatytułowany Donald Trump Is a Good President. One foreigner’s perspective. Bańkę medialną błyskawicznie obiegła opinia, że Houellebecq popiera Trumpa. Okazuje się, że również osobom zawodowo piszącym zdarza się czytać tylko tytuły, ponieważ autor zaczyna swój tekst tak: „I empathize with the shame many Americans (and not only »New York intellectuals«) feel at having such an appalling clown for a leader”. Dalej Houellebecq w wyraża nadzieję, że dzięki polityce Trumpa Stany Zjednoczone przestaną być międzynarodową potęgą i odczepią się od pozostałych krajów, dając wszystkim spokój ze swoim mesjanistycznym militaryzmem. Dlatego nie wierzmy tak łatwo, że humus musabbaha, normandzki salceson i calvados to coś, w czym bohater pokłada nadzieję na spełnienie.

Gdy spotyka się ze swoją byłą, niespełnioną aktorką Claire, i staje się jasne, że będzie to przygnębiające spotkanie ludzi, którym nie wyszło, oboje starają się ukryć wzajemne zażenowanie, wypełniając randkę karykaturalnym menu. On zamawia ślimaki z Burgundii, tagliatelle z przegrzebkami oraz tort bezowy z musem malinowym, a ona grzankę ze szpikiem i solą z Guerande, zupę z miętusa z sosem aioli i ptysie z sosem czekoladowym, do tego oczywiście po kilka butelek wina, białego i czerwonego. Ta smutna para jest jak ilustracja diagnozy, którą narrator stawia na podstawie swojego nowego hobby, oglądania telewizji bez dźwięku. Zauważa, że programów kulinarnych jest zatrzęsienie, a erotyczne znikły (próba seksu między Florentem-Claudem a Claire, jak możemy się domyślić, okazuje się porażką). Narrator podsumowuje: „Francja, a może cały Zachód, cofały się do fazy oralnej, ujmując to słowami austriackiego pajaca”. Nie dając się ponieść przesadnym uogólnieniom, poprzestańmy na tym, że on sam na pewno.

Ssanie

Florent-Claude jest klasycznym, wręcz poczciwym takerem: u kobiet najbardziej docenia umiejętność robienia loda i nieustającą gotowość do seksu, o zadowoleniu z robienia minety nie ma w tej książce nawet pół zdania, czyli lubi kobiety lubiące się oddawać jak matka poświęcona bez reszty swojemu niemowlęciu. Jest to też przewidywalny autodestruktor, który wymyśla bardzo nieprzyjemne sabotaże, gdy w jego życiu emocjonalnym zapowiada się poważniejszy związek. Dokładniej: gdy symbiotyczna, wyłączna więź (kobieta ma swoje inne sprawy, plany zawodowe albo związane z innymi bliskimi) okazuje się niemożliwa, bohater przeznacza te nieidealne więzi do odstrzału. I zostaje sam.

Bycie samemu zaś to ogromny wstyd, według burżuazyjnych kryteriów samotność oznacza, że ktoś spartolił swoje życie. Bohater bezwzględnie osądza pod tym względem Claire: to żałosna przegrana kobieta – stara, zapijaczona, z wałkami tłuszczu i rozszerzonym naczynkami. Do siebie przykłada tę samą miarę. Gdy po wyprowadzce z apartamentu mieszka już w hotelu, przed świętami Bożego Narodzenia podejmuje decyzję, żeby się gdzieś z niego ruszyć. Przyznaje: „Nie było żadnego istotnego powodu, by go opuszczać, żadnego poza wstydem, który sam w sobie jest nader poważnym powodem, nawet w dzisiejszych czasach niełatwo się przyznać do absolutnej samotności”. Można powiedzieć: szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy sytuacjom osobistym przypisane są ścisłe i nieintymne rytuały konsumpcyjne. Kupowanie humusu dla siebie to nie jest to, co ludzie robią w czasie świąt, a z kolei „owoce morza w samotności to doświadczenie z gatunku ekstremalnych”.

Gdy do portali plotkarskich, organizujących swój content wokół tematyki dawnych oper mydlanych, czyli rozstań, zejść i rozmaitego typu związków, trafiły zdjęcia z samotniczego życia Keanu Reevesa, ich dziennikarze nie mieli litości. Oto tytuły z Pudelka: „Zaniedbany Keanu Reeves przemierza ulice Kalifornii z torbą z luksusowego butiku” (5.02.2019), „Niedomyty Keanu Reeves raczy się papieroskiem na Brooklynie” (6.05.2018). Aktor znany z Matrixa (i przyszła gwiazda gry Cyberpunk 2077) to loser. Człowiek sukcesu nie bywa sam. Tymczasem Florent-Claude jest sierotą: kimś radykalnie opuszczonym, choć dopiero w trakcie swojej powieściowej wędrówki zaczyna zdawać sobie z tego sprawę. Pojawia się w tej powieści znajomy wątek matki, która nie dała wystarczająco dużo uczucia, choć w łagodnej wersji: zdecydowanie wolała ojca niż syna, a w związku ze śmiertelną chorobą męża postanowiła zakończyć swoje życie. Bohater wie, że między rodzicami było coś szczególnego, do czego on nie miał dostępu, ale też specjalnie nie drąży. Cieszy go pokaźne konto po rodzicach i wybiera zakupy, w tym kupowanie bliskości.

#autoMetoo

Bohater jest tradycjonalistą: głębokie gardło uważa za przereklamowany fetysz nielicznych, brzydzi go seks grupowy z obcymi ludźmi, eksperymenty czy praktyki pedofilskie, a gdy znajduje w jednej ze swoich kwater pełne wydanie de Sade’a i ogląda ryciny, stwierdza, że nie mógłby się odnaleźć w żadnej konfiguracji. Zgodnie z kodeksem mieszczańskim fetyszyzuje młodość i sprawność, okrutnie ocenia zaniedbaną Claire, do siebie też nie ma szczególnych sentymentów. Ale prawdziwym wcieleniem okrucieństwa (w imię wygórowanych wymagań) jest jego ostatnia partnerka Yuzu, młodziutka imigrantka z Japonii, aspirantka do francuskiego stylu życia, ciągnąca od bohatera kasę w zamian za iluzję „miłości do jego fiuta”. To sama sztuczność, a nawet śmierć, karykatura mieszczańskiej dystynkcji. Jest nieprawdziwa, interesowna, „straszliwie wypacykowana, prawie otynkowana”, nieludzka, przypomina robota albo maszynę. Ma torby podróżne „Zadig et Voltaire” a być może „Pascal et Blaise”, a pracuje w Japońskim Ośrodku Kultury, gdzie organizuje wydarzenia kulturalne rodem z filmu The Square. Zalicza się do nich na przykład wystawa „obrazów nagich dziewcząt pokrytych obrzydliwymi stworzeniami typu węgorze, ośmiornice, karaluchy, pierścienice”. W przeciwieństwie do prostolinijnego bohatera uwielbia seks grupowy w odważnych wariantach, niekoniecznie z nim, niekoniecznie z ludźmi. Bohater jest doskonale świadomy, że związał się z sugar girl, oślizłą jak węgorz, a mimo to popada w kryzys i decyduje się na „zaginięcie z własnej woli”, gdy już nie może zaprzeczać, że Yuzu go nie kochała, a tylko planowała go wykorzystać. Czy naprawdę było to aż tak zaskakujące? Można by brzydko użyć argumentacji stosowanej w ohydny sposób do kobiet, których spotkało nadużycie: sam tego chciałeś. Jeżeli bohater nie zauważył, czym kieruje się Yuzu, to dlatego, że podziela jej hierarchię wartości i kodeks snobów, który eliminuje starszych i przynudzających gości. Zgadza się z tym, że jest społecznie nieżywy.

Poza obciąganiem

Houellebecqowi należy się medal za bezpośredniość, jeśli chodzi o sposób, w jaki pokazuje seks. Niektórzy recenzenci uznają refleksje o suchych bądź wilgotnych cipach albo o stojących bądź sflaczałych kutasach za koszmarnie nudne, ale szczerze mówiąc, nie za wiele spotyka się tego rodzaju frazeologii w prozie współczesnej. Dość powiedzieć, że rodzimy pisarz, który w styczniu 2019 roku ujawnił się z tym, że podziela poglądy rodaka autora, Yanna Moix, na seksualną – niską – przydatność starszych kobiet, Łukasz Orbitowski, w najnowszej powieści Kult tak opisał najgorętszą scenę między jego bohaterem a kochanką: „Najzwyczajniej w świecie nogi poniosły nas do Hotelu Europejskiego. Co w tym Europejskim się działo, to już z pewnością nie jest pana sprawa”. Tymczasem Houellebecq z taką swadą nazywa rzeczy po imieniu, że czasami wydaje się to aż za dużo dla tłumaczki ze świetnym słuchem językowym i poczuciem humoru, Beaty Geppert. Gdy narrator opisuje, że na pewnym filmie wideo widzi klasyczny gang-bang, gdzie kobieta trzepie, obciąga i daje się posuwać kilkunastu facetom („[elle] était au centre d’un gang-bang de facture classique: elle branlait, suçait et se faisait pénétrer par une quinzaine d’hommes”), tłumaczka traci precyzję, pisząc: „otaczał [ją] klasyczny zestaw kilkunastu facetów: jednemu obciągała, drugiemu robiła loda, trzeci bzykał ją od przodu, czwarty od tyłu”. „Yuzu agaçait le gland” to w polskim tłumaczeniu: „Yuzu zabrała się za gliglanie fiuta” („agacer” to „drażnić”), a przekład pochwały sprawności seksualnej: „elle léchait le gland avec application sans jamais perdre de vue l’existence de couilles”, brzmi jak pochwała dobrego wzroku: „bardzo starannie wylizywała żołądź, nigdy nie tracąc z pola widzenia jąder”.
Skąd u Houellebecqa taka pieczołowitość opisu w tym obszarze? Zapewne stąd, że seks dla jego narratora – pod tym względem przypominającego nieco Brandona ze Wstydu Steve’a McQueena – jest mniej wstydliwy niż emocje i potrzeba bliskości. Niby deklaruje: „definitywnie straciłem ochotę na opowiadanie kłamstw”, ale jednak trochę siebie i nas oszukuje. Nie jest prawdą, że nie odczuwa już żadnych pragnień. Potrzebuje ludzi, choć woli powiedzieć, że cipki, tej jednej z miliardów, które są na świecie. Nie może przeboleć, że stracił Camille, która umiała po prostu cieszyć się życiem, podczas gdy dla niego jest już za późno. Jest głodny i się tego wstydzi.



Joanna Stryjczyk – doktorka literaturoznawstwa (Instytut Kultury Polskiej UW) i psycholożka, pracuje jako redaktorka naczelna Culture.pl i psychoterapeutka.