Nie powiedziałbym tego na głos, nie przy Babcince, ale papież w tym całym Ciechanowie to dopiero coś. Nie taki wypierdek jak u nas w Ciechocinku. To chyba przez tę powiewającą pelerynkę. A może przez pastorał, którym ciska w ziemię jak piorunem? Ale gdyby przypakował, gdyby zapuścił brodę, wyglądałby kubek w kubek jak ci goście z filmów o superbohaterach. Spoglądam na Matiego z ukosa i wiem, że myśli o tym samym, bo szepcze:

For Asgard!

Szkoda tylko, że teraz twarz, wykuta w czymś tam, spływa czerwonym, pomidorowym sokiem, a pelerynka upstrzona jest resztkami pieczonego kurczaka. Między poprzewracanymi kwiatami i świeczkami, które postawiły mu pod nogami sfiksowane, babcinkopodobne staruszki, bieli się nawet kość. 

Ma w torbie jeszcze jabłko, myślę gorączkowo.

W stronę pomnika leci pieczony ziemniak. No tak, o tym zapomniałem.

– Słuchaj – mówi Mati. – Słuchaj, słuchaj, słuchaj. 

Słucham. Cały jestem tym słuchem.

Szponiasta, wychudzona ręka Babcinki raz jeszcze nurkuje w torbie i wyciąga z niej kwaśne, letnie jabłko.

– Lepiej już chodźmy stąd.

Przytakuję. 

Podchodzę do Babcinki, delikatnie chwytam ją za łokieć. Mati przyskakuje z drugiej strony, bezceremonialnie wyrywa jej z ręki owoc.

– Do samochodu, Babcinko, ale już – mówię i naprawdę mam nadzieję, że brzmię przy tym jak moja matka.

***

– Włocławek – proponuje moja matka słabo trzy dni wcześniej, jeszcze przed naszym papież-tripem. Siedzi na tapczanie, a skórki przy paznokciach ma obgryzione do żywego mięsa.

– Oszalałaś? – mówię jej bezgłośnie. Przecież od razu wiadomo, że to nie przejdzie, nie z Babcinką. I rzeczywiście.

– Włocławek jest bezbożny – grzmi Babcinka z głębin swojego fotela. Postukuje nogą odzianą niezależnie od pogody w wełniane rajtuzy. – Zamordowali Popiełuszkę.

– To ja już nie wiem, mamo, czego ty chcesz – rzuca matka ze złością. I jakby na zapas dodaje od razu: – Nie, Łagiewniki po moim trupie. Wadowice, Kraków i Zakopane też. Za daleko. 

– Miało być bez papieża – mruczę. 

  Wpatruję się w Papieską Mapę Babcinki, a czterysta par oczu – dwie żywe i trzysta dziewięćdziesiąt osiem papieskich – wpatruje się w nią razem ze mną. To przykurzone płótno matka buchnęła pewnego dnia z sanatorium. Łebki od szpilek skrzą się na nim jak gwiezdny pył. 

Rozpięte między wschodem a zachodem wiją się mleczne drogi papieskich pielgrzymek. Pomniki, ulice, place, szkoły nazwane na jego cześć – wszystkie one są tylko lśniącymi punktami na wielkiej mapie Babcinki. 

Nie żeby Babcinka nazbyt często wyjeżdżała poza Ciechocinek, a już na pewno nie za mojego życia. Ale ma swoich informatorów. Nie ma takiej rzeczy, której kuracjusze nie zrobiliby za cynk, gdzie kupić najtańszą lampę solną, od której pielęgniarki w „Krystynce” skołować alkohol na dansing i na którym stoisku najlepiej zaopatrzyć się w klapki-fakirki. Naprawdę, agenci Mosadu mogliby czyścić Babcince rajtki. 

Na południu czerwienią się Kraków i Wadowice – oznaczone dwiema wielkimi kropkami wyciętymi z papierowej serwetki. Poza tym południe kraju jest białą plamą, terra incognita. Tam nie sięgają macki Babcinki.

– Wolą Busko-Zdrój, skurkowańcy – twierdzi Babcinka. 

– Robert, zabierzcie ją gdziekolwiek, jak już koniecznie chcecie, byle nie za daleko – błaga matka. Przestała już obgryzać skórki. Teraz dla odmiany nerwowo bawi się papieżem wystruganym z korka. Miniaturowe buty, wystające spod sutanny, kruszą się jej w palcach. Papież wyszyty na kolorowej makatce zezuje na nas pobłażliwie zza jej pleców. 

Ma rację, należy się Babcince za pomoc przy Eustomie. Patrzę zezowatemu z makatki najpierw w prawe, potem w lewe oko, łypię na Babcinkę zapadniętą w fotelu i raz jeszcze spoglądam na mapę.

I już wiem.

***

Głośniki rzężą ostatnie takty Chłopca z gitarą.

– Ta Jędrrrrrrusik to dopiero była fest kobitka! – krzyczy dziadek przy ósmym i gówno go obchodzi, że to śpiewa Karin Stanek. – Cycuszki, dupcia, wszystko na swoim miejscu.

Trzy kuracjuszki, które razem z nim sączą od dwóch godzin to samo piwo, chichoczą jak pensjonarki. 

Piosenka się kończy. Teraz puszczą dziadkom coś wolniejszego. Santor, może Połomski. Fogg nie, to dopiero na sam koniec dansingu. Teraz będzie ciszej. Teraz jest najlepszy moment. Rozglądam się po sali, próbuję złowić Matiego wzrokiem.

Dostrzegam go przy dwójce, w samym kącie. Już ruszył do akcji.

Przepycham się w tamtą stronę, roztrącając emerytów, którzy zdążyli już zejść z parkietu.

– Ober…! Ober…! – Jakiś staruszek krzyczy do mnie i jeszcze pstryka palcami.

– Później – warczę.

Mati pochyla się nad stolikiem i szepcze coś do ucha zaaferowanej kobiecie. Szybko ją oceniam: trwała ondulacja, kolor włosów – hit sezonu, popielaty fiolet. Na szyi wisior, wielki bursztyn w srebrnej oprawie. Dobry wybór. Mrugnąłbym do niego, ale przecież mnie nie widzi.

Podsuwam się bliżej, teraz słyszę już strzępki rozmów.

– … działa? – pyta o coś babka.

Mati kładzie sobie dłoń na sercu. Chętnie popatrzyłbym dalej, ale odwracam się i udaję, że sprzątam z trójki filiżanki po słabej herbacie i jeszcze słabszej kawie. Filiżanki są cztery, za to talerzyk po wuzetce – wyskrobany do czysta – tylko jeden.

– …działa. Święta Eustoma jest niezawodna. 

Jezu, jak on się nadaje do tej roboty. Z bliznami po trądziku na policzkach, z tym swoim bieda-zarostem wygląda jak gimnazjalista, który podpieprzył starszemu bratu koszulę i spodnie, żeby zarobić sobie na lizaka i puszkę coli. 

– I pan mówi, że to tutaj, ciechocińska święta?

– Nasza, nasza. Tatarzy – nawija jej – utopili ją w solance. Nie chciała się wyrzec świętej, katolickiej wiary. Nasz papież chciał ją kanonizować, ale Benedykt… – zawiesza znacząco głos.

Nie mogę tego widzieć, ale domyślam się, że popielato fioletowa głowa kiwa parę razy z przejęciem. 

– Piwko pani życzy? – pyta Mati, że niby już skończył temat. – A może winko?

Cisza. To znaczy między nimi, bo na sali gwar. Trzy pary na parkiecie kołyszą się w zwolnionym tempie do Już nie ma dzikich plaż. Mówiłem. 

– A taka nowennę… – zagaja babka, niby nieśmiało. – To dałoby się od babci dostać?

– No nie wiem – wykręca się Mati. – To rodzinna pamiątka, ta nowenna. Sam papież podpisał…

– Ile?

Oho, robi się poważnie. W zapamiętaniu wycieram stolik szmatką, którą szef każe nam nosić zatkniętą za pasek od spodni. Udaję, że nie widzę zbitej grupki, stojącej nade mną i czyhającej na wolne miejsce.

– Panie, jak pan tak będziesz dalej tarł, to dziurę przetrzesz – gdera jeden z dziadków, ubrany jak na ryby, w kamizelkę z kieszeniami.

Za moimi plecami Mati podbija stawkę.

– Ale ja w pracy jestem, nie mogę takich rzeczy… Jak szef się dowie, to wylecę… – Nie wiem, co odpowiada mu ta babka, bo ten w rybackiej cały czas ględzi. Słyszę tylko:

– Dam sto.

No nieźle. Kobita naprawdę musi być przy kasie, bo tyle jeszcze nigdy nie dostaliśmy. Dwadzieścia, trzydzieści, czasem pięćdziesiąt, to tak. Ale stówki – jeszcze nigdy. 

– Już czyste – burczę w stronę rybackiego i jego świty, żeby sobie nie myślał.

– To pan nam po piwku tera przynieś, hehe – rzuca rybacki.

Ostentacyjnie patrzę na zegarek. 

– Dwudziesta trzy – oznajmiam z wyższością. Czasem, rzadko, bo rzadko, naprawdę kocham tę robotę. – Po dwudziestej alkoholu nie sprzedajemy. 

Nie czekając na jego odpowiedź odwracam się i gnam na zaplecze, na którym dopadam Matiego. Kanty poliestrowych, służbowych spodni ma zaprasowane tak mocno, że można sobie nimi wydzióbać oko. Musiał się nieźle spocić, bo na czarnym materiale zostały ślady soli.

– Słyszałeś?

– Słyszałem.

– Cała stówa, ja pierdolę.

Mati trzyma w ręku kartonik, jeden z trzystu, które wydrukowaliśmy w tym rzucie. Na przedzie daliśmy losowy obrazek znaleziony w Internecie, a z tyłu – jakieś gówno, litanię czy coś. Dopisaliśmy tylko parę razy świętą Eustomę. Podpis papieża to był już pikuś, Babcinka umie podrobić go nawet przez sen i bez protestów machnęła nam trzysta sztuk w jedno popołudnie.

– Ty, Robuś – mówi do mnie Mati, już przy drzwiach. – Trzeba by jakoś podziękować tej twojej Babcince.

***

Nie żebyśmy mieli wielki wybór. Moglibyśmy spuścić atomówkę na Busko-Zdrój. Albo zaciukać gdzieś w krzakach panią Henię – prywatnie sąsiadkę z trzeciego, a parafialnie – współczłonkinię kółka różańcowego Babcinki. Moglibyśmy wypalić do gołej ziemi „Zdrojową” – którą Babcinka, całkiem słusznie zresztą, uważa za siedlisko grzechu. Ale tak się kiepsko składa, że obaj w niej pracujemy. Czasem myślę, że to dlatego Babcinka nam tak pomaga z tymi obrazkami. Żebyśmy uskładali trochę kasy i rzucili to w cholerę. 

– Możemy porwać burmistrza – proponuje Mati, kiedy wychodzimy z knajpy i idziemy hen, na pola, za trzecią tężnię. Tam jest zawsze pusto, nie docierają do niej i najodważniejsi kuracjusze. Następne półtorej godziny mamy tylko dla siebie. – Wiesz, te kwiatowe dywany.

Chryste, to dopiero było. Babcinka próbowała się odkuć po tym, jak pani Henia wygryzła ją z fuchy przewodniczącej Społecznego Komitetu Poparcia na rzecz Budowy Papieskiego Obelisku. Torpedowała budowę, ale w sumie na próżno, bo obelisk stanął, a jakże, tyle że dwa lata później. Więc wymyśliła dywany. Że to wspaniała ciechocińska tradycja i że papieża koniecznie trzeba upamiętnić. Rysowała, pamiętam, papieża na jakiejś  takiej skale, niżej zasłuchany tłum. Potem zeszła tylko do popiersia, jeszcze później – do portretu i z tym portretem poleciała do burmistrza. Ten ją wyśmiał, trafiając prościusieńko na babcinkową listę hańby. Próbowała potem się zakradać, chciała nawet przekupić tych gości od nasadzeń, ale jej się nie udało.

To jakoś wtedy uroiła sobie, że Ciechocinek był polskim Castel Gandolfo, a w podziemiach pod tężniami Wojtyła kazał sobie zbudować tajną sanatoryjną rezydencję. 

– Wychodził dopiero, jak się ściemniało – opowiadała każdego wieczora. Mnie, bo matka nie mogła już tego słuchać. – I siedział, jod wdychał. Biedaczek. A „Krystynkę” jak pił…! Całymi zgrzewkami!

Najlepsze, że za dzieciaka nawet w to wierzyłem. Tyle że w szkole szybko wybili mi to z głowy. 

– Albo sami zasadzimy jej ten dywan – ciągnie dalej Mati w przestrzeń. – Wzięłoby się Indiańców do pomocy.

– Indiańców nie ruszamy – odpowiadam mu. 

Z nimi mamy inny deal. Indiańcy to grupka hippisowatych Latynosów, którzy wiosną i latem na swoich piszczałkach grają dla kuracjuszy – pod Grzybkiem albo przy tężniach. 

– Grają – prycha Mati i robi palcami cudzysłów. 

Fakt, piskanie leci z odtwarzacza, a fujarki trzyma przy ustach jeden, góra dwóch, podczas gdy reszta wciska dziadkom jedną z trzech płyt, jakie nagrali. Nie żeby ich repertuar był jakiś szalenie bogaty. To głównie Barka w różnych odsłonach. I Fogg.

No, ale od przyszłego piątku mają wciskać też naszą Eustomę. W pakiecie z relikwiami, zrobionymi ze kurzych kości, które pracowicie wygotowujemy z Matim w kuchni jego matki. 

– To będzie żyła złota – mówi Mati, a oczy mu błyszczą. Upalił się, myślę, jeszcze w „Zdrojowej”. Sam, beze mnie. – Odkujemy się, zobaczysz. A potem wyjedziemy z tej dziury, raz na zawsze.

Potem leżymy w wysokiej trawie. Wdychamy stęchły słonawy zapach, który dochodzi z tężni aż tu. A ja liczę – bo właśnie od tego jestem – ile mamy. Stówka z dzisiaj, plus osiem dych z poprzedniego tygodnia, plus siedemdziesiąt… W blaszanym pudełku, które trzymamy pod fotelem Babcinki, mamy teraz niecałe cztery tysiące. Kupa forsy. Jeszcze jakieś drugie, trzecie tyle i…

– Amsterdam, Robson – szepcze mi Mati prosto do ucha.

Cały jest z soli, jak wszystko tutaj. Nawet usta ma słone, bez śladu stęchlizny.

***

I tak oto siedzimy we troje w rozklekotanym oplu matki Matiego. Z przodu ja i on, Babcinka z tyłu, dostojna jak królowa, na samym szczycie gniazda z poduszek i koców, które umościła jej moja matka.

– To co, pani Ba… Jadwigo – poprawia się błyskawicznie Mati. – Na Ciechanów?

– Na Ciechanów – zgadza się łaskawie Babcinka. – Tam jest Doda Elektroda – informuje nas. – Sodoma i Gomora – dodaje konspiracyjnym szeptem i obiera ze skorupki trzecie jajko na twardo. Pierwsze pochłonęła, jeszcze zanim minęliśmy góralską chatę, knajpę przy wjeździe z Ciechocinka na trasę. 

Ale ponieważ moja matka nigdy nie robi niczego na pół gwizdka, głód nam niestraszny. W bagażniku wieziemy torbę z zaopatrzeniem jak dla pułku wojska. Jest tam wszystko: i pieczony kurczak, i ziemniaki, i pomidory, które będziemy jeść w całości jak jabłka. Jabłka zresztą też są. Babcinka, jak ją znam, dołożyła sobie jeszcze ze trzech papieży.

Trochę się dziwię, bo siedzi sobie grzecznie, rozgląda się. Oczy ma jak pięciozłotówki. Ale to ja, nie ona, zauważam szkołę imienia Jana Pawła w Dobczynie, skwer imienia Jana Pawła w Raciążu i jego wielki portret na ścianie kościoła w Bielsku. Portret okolony jest różańcem, białe koraliki dyndają na wietrze.

– Ty, to balony – mówi Mati. – Ja pierdolę. 

– Wyrażaj się – sykam na niego, ale Babcinka nie zwraca uwagi na przekleństwo, wyraźnie zaintrygowana dekoracją. Dopiero wtedy się ożywia.

– Siusiu muszę – mówi z rozbrajającą szczerością, ale ja już dobrze wiem, co jej tam chodzi po głowie. Nie mam zamiaru wieszać balonów na elewacji naszego bloku, po moim trupie. Warczę więc:

– Na stacji, Babcinko, zatrzymamy się na stacji.

Na stacji jest i sikanie, i nowy numer „Świata Krzyżówek”, na który zgadzam się, bo to i tak lepsze niż „Egzorcysta”, który pyszni się na półce tuż obok pornograficznych pisemek. Nie wytrzymuję przy hot dogu, o który Babcinka mędzi jak rozpuszczona pięciolatka. 

– Kurczaka mama dla ciebie dała – kuszę ją. – Jabłuszko ci pokroję. Ziemniaka może.

A ta nie, hot dog i hot dog.

– Ty weź, kup jej – jęczy Mati, który ma już dość. 

To kupuję.

  – Ale bez musztardy! – zastrzegam. 

Ruszamy więc w dalszą drogę, Mati i ja bez niczego, za to Babcinka z parówką XXL, hojnie podlaną keczupem. Jesteśmy już za Glinojeckiem, kiedy Babcinka mówi znienacka:

– Na relikwie świńskie kostki lepsze jak te z kury. Bardziej jak ludzkie. 

Patrzymy z Matim po sobie.

– No kurwa – mówi on. 

– Oj chłopcy, chłopcy – chichocze z tyłu Babcinka. – Ale z was dzieciaki.

***

Nie powiem, liczymy na te relikwie. Obrazki na razie idą jak złoto, taki urok nowości, ale to i tak cały czas za mało.  

No bo tak: jest Babcinka. Babcinka ma swoją mapę i papieża. Moja matka ma Babcinkę. Mati – na wpół głuchą, schorowaną matkę, która z kolei ma tylko jego. A ja mam Matiego, Babcinkę i moją matkę na dokładkę.

Babcinka z moją matką jeszcze jakoś dałyby sobie radę, zawsze dawały. Ale matka Matiego – nie ma mowy. Więc dopóki jej jakoś nie ustawimy – dom opieki, coś – Mati jest tu uwiązany.

– Jedź sam – mówi mi czasem, gdy leżymy na jego wersalce. To zawsze ja nocuję u niego, nigdy odwrotnie. Może dlatego, że matka Matiego jest głucha, a moja ma słuch jak nietoperz. – Bierz połowę forsy i jedź, na bilet ci starczy. Najwyżej potem mnie ściągniesz.

Nigdy w życiu, nie ma takiej opcji. Dobrze wiem, jak by się to skończyło.

– Byś nie wyjeżdżał, mieszkanie na ciebie przepiszę. Byś został – mówi mi czasem moja matka, która pracuje jako pielęgniarka w „Krystynce”. Ale to tylko takie gadanie, bo i ona wie, że tu nie ma czego szukać nikt poniżej sześćdziesiątki. Mógłbym zamienić „Zdrojową” na „Wiedeńską” i zamiast piwa podawać kuracjuszom lody i kawę. Mógłbym pracować u Kupczyka przy automatach, a po trzech latach od biedy szarpnąć się na swoją własną maszynę. Zdezelowany helikopter, myślę, żyrafa z oczopląsem. Może mógłbym gdzieś, najpewniej w Toruniu albo Bydgoszczy, wydać fortunę na jakieś kursy masażu czy innej fizjoterapii i do końca życia ugniatać czyjeś odleżyny i nastawiać wyskakujące dyski.

Babcinka też to rozumie. I dlatego po kryjomu przed matką dokłada nam do pudełka po śliwkach nałęczowskich forsę ze swojej emerytury.

– To na ten wasz Amsterdam – szepcze do mnie i mruga porozumiewawczo. 

Skubana, wszystko wie. Nic się przed nią nie ukryje.

***

I dlatego, kiedy wysiadamy przy rynku w Ciechanowie – wybetonowanym placu z maleńkim ratuszem, wyglądającym jak domek dla lalek – i patrzę na rozradowaną Babcinkę, też czuję się szczęśliwy.

Babcinka przygląda się wszystkiemu ciekawie, jak szczeniak, kiedy spuścić go ze smyczy. Intrygują ją ukwiecone słupy, którymi upstrzony jest rynek. 

– Wyglądają jak hatifnaty, stary – szepcze mi do ucha Mati. – Tylko bez tych rączek. 

Drepczemy sobie od słupa od słupa, powoli, w tempie Babcinki. A potem mijamy ratusz, idziemy niespiesznie chodnikiem przed siebie. I dalej, przez most nad Łydynią. Google Maps prowadzi nas prosto do zamku, który widać już po naszej prawej.

– Chcesz zobaczyć? – pytam Babcinkę.

Chce.

I to byłby naprawdę zajebiście fajny dzień – zobaczylibyśmy zamek, może coś zjedli, może napili się herbaty, nie wiem – gdyby Mati wszystkiego nie spieprzył. 

– Ty, Robson, nie mogę – wykrzykuje znad swojego smartfona. – Ty, patrz. Atrakcje turystyczne Ciechanowa: pomnik Jana Pawła II. Ale jaja. 

No jak berety. Zwłaszcza, że Babcinka mi blednie i już-już widzę, że rusza nozdrzami jak chart, który złapał świeży trop. I wiem, że nici z zamku, ze spędzenia dnia jak ludzie. 

A potem to już stoimy i patrzymy, jak Babcinka miota w papieża tym, co tylko ma. – Lepiej już chodźmy stąd – mówi wreszcie Mati.

Do samochodu wracamy w milczeniu. Sadzam Babcinkę na gnieździe z koców. Wycieram jej dłonie jak dzieciakowi, całe tłuste i świecące się od kurczaka. Dobrze, że matka pomyślała i o mokrych chustkach.

– Dlaczego, Babcinko? – pytam cicho, bo za cholerę nie rozumiem.

Babcinka kurczy się pod moim wzrokiem, maleńka jak koliber. 

– Już nie wytrzymałam. Nie przyjechał – wyznaje wreszcie. – Nigdy nie przyjechał. Tyle listów wysyłałam, tyle kartek. I nic. Nawet mi nie odpisał. Chociaż jeden dzień chciałam odpocząć od tej jego parszywej gęby.

Mati wpatruje się w nią jak urzeczony, nawet nie mrugnie.

Nie wiem, czy to on, czy ona dodaje gorzko:

– Ciechocinek to takie zadupie.

Zerkam w niebieskie oczy Matiego i jakoś tak widzę w nich naszą przyszłość.

Jest skrzypiąca wersalka w mieszkaniu jego matki. Jest stęchły zapaszek tężni, Indiańcy, solne lampy, gorzkawy posmak wody „Krystynki”. 

I brakuje tylko Amsterdamu.



Aleksandra Borowiec (ur. 1988) – na swoim koncie ma parę wierszy, nieco więcej opowiadań. Finalistka konkursu na najlepsze opowiadanie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania (2018) i Festiwalu Góry Literatury (2019). Jej debiutancka powieść, Gwiazda szeryfa, ukaże się wiosną 2020 roku.