Sevruk

Proza

ALEXEJ SEVRUK

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Wojciech Zieliński
Przekład: Jadwiga Skowron, Anna Ursulenko

Pożegnanie z młodością

 

B. długo jechał pociągiem. Gdy wchodził do wagonu, pod stalową konstrukcją zadaszonego miejskiego dworca z okopconymi szybami panował już zmierzch. B. był wśród pierwszych, znalazł pusty przedział, usiadł tak, żeby siedzieć przodem do kierunku jazdy, przy oknie. Kolejni przychodzący podróżni musieli go pytać: „czy wolne?”. Tak, oczywiście. Jechał sam. Ukośne słoneczne promienie pozłacały panoramę miasta, podmiejskie osiedla blokowisk, wieże kościołów i nadajników. Po chwili przestał przejawiać zainteresowanie krajobrazem, tym bardziej, że ciemność zaczęła przykrywać jesienny bezład i powłóczystość tego terenu, szybko znikającego za oknem. Smugi zachodzącego słońca krzyżowały się z pasmami zieleni ciągnącymi się wzdłuż torowiska. Zachodni widnokrąg szybko dogasał, a na wschodniej stronie pojawił się kruchy sierp księżyca. Jego rogi sterczały nad ciemnym najeżonym grzbietem świerkowego lasu – obserwatorom z nazbyt rozgorączkowaną wyobraźnią oraz z nadmiarem czasu na obserwowanie i dorysowywanie otaczającego świata mogło by się wydawać, że to olbrzymi, czarny wilkołak wyciąga swój potężny kark ku niebiańskiemu barankowi, któremu widać tylko te świecące się różki.

Z podręcznego bagażu wyjął gazetę i zabrał się za lekturę. Miał przy tym nieprzyjemne uczucie, że starszy pan, siedzący obok, dyskretnie zagląda mu przez ramię. Młode małżeństwo naprzeciwko słuchało czegoś przez słuchawki, każde z nich miało jedną.  Musiało to być coś zabawnego, ponieważ co jakiś czas oboje naraz wybuchali śmiechem. A on po raz kolejny w życiu uświadomił sobie, że obcy śmiech bez znajomości przyczyny i kontekstu nie wywołuje uczucia przyjemności, wręcz przeciwnie. Powoduje zamieszanie swoją niejasnością. Wprawia w zakłopotanie, sprawia, że zaczynasz wyobrażać sobie, że to właśnie ty, z nieznanych sobie powodów dostarczyłeś, komuś pretekstu do drwin. Schował się w grubym swetrze i odegnał nieprzyjemne uczucia. Nie było to łatwe na tyle, na ile by sobie życzył.

Ślizgał się wzrokiem po wierszach rubryki kulturalnej, a jednak bardziej niż o treści tekstu, znaczeniu wypowiedzi pisemnej, myślał o tym, co już za chwilę powie jej, a więc o treści wypowiedzi ustnej, która dopiero miała nastąpić. Do głowy przychodziły mu same rozwlekłe papierowe mądrości, szeleszczące i pożółkłe. Obawiał się trochę, że może to zabrzmieć banalnie.

Życie to ciekawa sprawa. Jest jak ten ogród, gdzie rozchodzą się ścieżki. Może się stać cokolwiek i właśnie to cokolwiek często się staje. Przeważnie wtedy, gdy najmniej się tego spodziewasz. I to nawet w przypadku, kiedy jesteś przebiegłym graczem, który przemyślał swoją grę kilka ruchów do przodu, a to dlatego, że ten system mechanizmów zawiera również takie podzbiory, które w interakcji z innymi elementami zakładają przypadkowość.

Bieg jego myśli przerwała konduktorka. Podał jej bilet. Starał się już o niczym nie myśleć i pozwolić swoim wzburzonym myślom przynajmniej przez chwilę odpocząć. Przypuszczał, że za chwilę odezwie się charakterystyczne przenikliwe kwilenie hamulców i pociąg się zatrzyma. B. będzie miał wtedy jedynie siedem minut na przesiadkę, trzeba będzie się zorientować i nie pomylić się, inaczej spędzi tutaj noc.

Na peronie powiało na niego świeżym powietrzem prowincjonalnego dworca, przygotowującego się do krótkiego i niespokojnego snu. W jego ospałym oddechu czuć było zbutwiałe liście, dym z dalekich ognisk, zwiędłe aksamitki, naturalne smary olejowe i kwaśny zapach hamującego pociągu. „To płyn hamulcowy” – powiedział kiedyś ktoś z dorosłych. Był wtedy dzieckiem, więc nie wątpił w sądy dorosłych. Ale bóg jeden raczy wiedzieć, co to w rzeczywistości było.

Na przystanku już stali ludzie. Zbytnio im się nie przyglądał, nie spodziewał się po nich niczego interesującego, skonstatował tylko sam dla siebie, że z ich strony nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Zatrzymał się kilka metrów od przystanku i zapalił papierosa. Nie mógł się doczekać, aż usiądzie w wygodnym siedzeniu zagrzanego autobusu i znów będzie mógł oddać się swoim myślom.

Mogłoby się wydawać – mówił do siebie B. – że życie oferuje człowiekowi nieskończoną skalę możliwości, pstrą paletę sposobności, które mogą się urzeczywistnić, wystarczy tylko chcieć, tylko trochę chęci i trochę woli. Ponieważ za każdym zakrętem, za każdym pokonanym szczytem rozpościera się przed człowiekiem panorama, kuszący widok przyzywający do wzlotu, do wolnego i nieskrępowanego żeglowania. Jednakże ludzka droga jest jak tekst – rozmyślał dalej B. – ze wszystkich możliwych wariantów człowiek ostatecznie wybierze dla siebie tylko jeden. Nie dasz rady ogarnąć wszystkiego; nigdy nie zyskasz pełnego wyobrażenia o całości. Tak to właśnie jest: człowieka krępują jego możliwości, ogranicza go jego skończoność. Szaleństwem są próby pijaka, który chce wypić każde piwo. Tak samo, jak przeczytać wszystkie książki, które na świecie były i są, a co dopiero te, które będą. Wszystkich dziewczyn i kobiet nie można mieć, a przynajmniej tych, o których wiesz, że byś je chciał. Że mogłyby podać ci swoje serce. Konieczność wyboru pomiędzy rozgałęzieniami ścieżek jest bezwzględna. Po prostu nieubłaganie, nieuchronnie przychodzi moment, w którym musisz wybrać, a potem uzasadnić przed sobą słuszność danego wyboru, ponieważ z powrotem droga nie wiedzie. Pociąg nie jedzie.

Za oknem migotały wiejskie budynki, wynurzające się z ciemności jak widma. Jak bożonarodzeniowe szopki, miejscami oświetlone sylwetki, martwe kulisy przedstawianego życia. Wąska jezdnia wiła się i wspinała. Śpiące łąki zastępowały nieprzeniknione lasy, których głębie, jak można było odczytać z różnych znaków, żyją swoim własnym tajemniczym życiem. Język otaczającego uniwersum jest ciemny i nieprzenikniony, przemawia do nas tajemniczymi symbolami, do których nie mamy klucza. Widok gwiazd za oknem tylko rozjątrza ludzką samotność. Kto cię weźmie w ramiona, do kogo się przytulisz, kto uspokoi cię kilkoma słowami, pogłaszcze, pożałuje, przepędzi strach i smutek? Gdzie jest ten, który ci zgotował los alchemika, na próżno głowiącego się nad rebusami? Gdzie zniknął?

Beznadzieja dobiegała z melancholijnych, skąpych pól, przeoranych na zimę, wokół których przepływał autobus, ten ostatni posłaniec nocy. B. dla odmiany chętnie wróciłby do lektury, ale wątłe światło odbierało mu tę możliwość. Na przystankach wsiadali pijani kolesie wracający z knajp, i – pomimo napisu ostrzegawczego „zakaz rozmów z kierowcą” – wdawali się z nim w rozmowy. Mówili wciąż o piłce nożnej. Albo o tegorocznym urodzaju kukurydzy. Albo dyskutowali o swoich wspólnych znajomych. Kiedy się śmiali, wyrzucali z siebie chrapliwe spółgłoski krtaniowe i B. pomyślał sobie, jaki to dziki, wilkołaczy kraj.

Wiesz – obmyślał dalej swój monolog – możemy spróbować być razem, umiem to i tamto, jestem taki, jaki jestem, i ty masz jakieś cechy i czasem jest nam razem dobrze. A co innego możemy robić, jak tylko próbować. Ja wiem, że to jest niesprawiedliwe, życie, które mamy, żyjemy na czysto, na ostro, bez prób i przygotowań, ale tak to już jest. Od pewnego punktu nie można zawrócić, nie ma drogi powrotnej. Tak. Ale możemy spróbować jeszcze raz. Jeszcze raz i może lepiej. To wszystko chciał jej powiedzieć.

Jeszcze trochę czekania na przystanku pokrytym pierwszym szronem, a potem kolejny autobus, w którym tym razem poza nim nie było nikogo. Granicę przekroczył zupełnie sam i dopiero na pierwszym przystanku po drugiej stronie zaczęli wsiadać nowi ludzie. Kiedy dotarł do swojego celu, miasteczka zagubionego w górach, autobus znów był prawie pełny. Jednak podróżujący szybko rozsypali się z otwartych wnętrzności autobusu na wszystkie strony jak korale, w półmrok nocy, do skąpo oświetlonych ulic, do swych ogrzanych mieszkań, gdzie na nich czekał ktoś, komu na nich zależało. A może i nie.

Tylko gdzie ona może być? – pomyślał B., kiedy zajrzał do okien jej mieszkania na parterze. Były ciemne. Kilkakrotnie wcisnął przycisk dzwonka, usłyszał oddalone dzwonienie i szczekanie psa z mieszkania naprzeciwko. Nikt mu jednak nie odpowiedział. Stłumił niepokój i lekkie rozczarowanie, które wyrywało się z dna jego duszy, po czym tylko obojętnie ziewnął. Zapewne została dłużej w pracy – uspokajał się. Na karteczce wyrwanej z notesu nagryzmolił jej wiadomość i udał się tam, gdzie, jak przypuszczał, mogła być knajpa. Potrzebował pokrzepić się po długiej drodze.

W knajpie przywitała go typowa klientela małomiasteczkowego całodobowego lokalu. Było to towarzystwo, które nigdzie się nie śpieszy, wszyscy się w jakimś stopniu znają, toteż wyczuwa się tutaj sieć relacji, w które obcy człowiek, nie znający lokalnych stosunków, może się łatwo zaplątać. B. nie od razu zrozumiał, o co tam chodziło. Dwóch facetów przy barze robiło sobie żarty z pary siedzącej przy stole obok. Przygłuchy mężczyzna z jakiegoś powodu myślał, że dwójka dowcipnisiów próbuje mu odbić przyjaciółkę. Okropnie głośno wykrzykiwał coś niewyraźnego. Jego pani, sfatygowana kobieta, mająca za sobą szczyt atrakcyjności, rozglądała się nieprzyjaźnie dookoła siebie. Mężczyźni przy barze głośno się śmiali z jego rozdrażnienia i zrzędzenia. Nie rozumiał ich słów, nie słyszał ich. W jednej chwili wyskoczył i rzucił się na nich. Chwilę się szarpali, przy czym głuchy popchnął B., który cały czas siedział tyłem do rozgrywającej się sceny. Piwo wylało mu się na stół i zaczęło pomału ściekać na podłogę.

– Co robisz, du… –  raczej odruchowo mruknął B.

Głuchy cietrzew był porządnie podpity, oczy miał zaczerwienione i nieprzyjemnie cuchnęło mu z ust.

– Co ty powiedziałeś o mojej kobiecie? – wrzasnął nad uchem B. – Chodź na zewnątrz!

B. podniósł się, przyjrzał twarzy cietrzewia zniekształconej szaloną wściekłością, później twarzom dwóch gapiów przy barze, które zerkały na niego z rozbawieniem, niby „idź bohaterze, przywal mu”. Jeden z nich tylko krzyknął mu w plecy, kiedy B. już otwierał drzwi, za którymi czekał na niego głuchy zazdrośnik, i wychodził na zewnątrz: „Uważaj na tego gościa! Ma nóż”.


Alexej Sevruk - urodzony w 1983 roku w Kijowie. Od dwunastego roku życia mieszka w Czechach. Ukończył sławistykę i filologię wschodnioeuropejską na Wydziałe Filozofii Uniwersytetu Karola w Pradze. Krytyk literacki, tłumacz, redaktor naczelny miesięcznika o literaturze światowej pt. Plav. W 2016 roku debiutował zbiorem opowiadań pt. Teatr tańczących lalek.

Anna Ursulenko – slawistka, adiunkt w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Na swoim koncie posiada przekłady literackie z języka ukraińskiego, rosyjskiego i czeskiego. Od 2015 r. w roli tłumacza współpracuje z Międzynarodowym Festiwalem Literackim Miesiąc Spotkań Autorskich.

Jadwiga Skowron – asystent w Instytucie Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego; bada echa katastrofy czarnobylskiej w kulturze; uczy przekładu artystycznego, niekiedy tłumaczy z języków słowiańskich.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

MACIEJ S. TOMASZEWICZ

JAKUB WIŚNIEWSKI

DOROTA KOTAS