1.
Wyobrażałem sobie czas, pierwsze i ostatnie tchnienie światła i świata, zwykle jako wstęgę burzliwego ognia, strumień energii i pędu myśli samoistnej, wszechprzenikliwej i nieprzeniknionej, na horyzoncie brzasku wciąż niemal zupełnie „ciemnej”, choć w ciemności ognia też będącej samym czasem, ogień bowiem nie może się obyć bez czasu, ani czas bez ognia; i to ich kompletne zwarcie, ten błyskawiczny splot i zrost, zachodzący bez „chwili” spoczynku, stanowi całkowity moment „gwałtownej mocy zanikania” – w fizyce wielkoskalowej powszechnie dziś opisywanej jako „efekt deadly swish deity” Weavera. Jeszcze bardziej niematerialnie i po dziecinnemu tę absolutną „myśl” w jej mikrofizycznym działaniu widziałem jako diabelski młyn wschodów i zachodów: wschodów i zachodów w gruncie rzeczy niczego, ponieważ różnica, o którą chodzi, tak samo wschodzi, jak zachodzi, jeśli nagiąć mowę nieco w stronę czasu – i żaden mały książę na żadnej miniaturowej planecie nic nie jest w stanie powiedzieć o częstotliwości tych „wschodów” i „zachodów”, o prędkości czy położeniu pary „jest”, „nie jest”; „już nie” i „jeszcze nie”; samych „tak” i „nie” spokojnie panującego nam – w mgnieniach zachodów i wschodów „nic a nic” różnicy – „słońca”. Dlatego jedna z niewielu naprawdę interesujących myśli dotyczących czasu, to ta starożytna: że w każdej chwili jest się zarazem kimś młodszym i kimś starszym od samego siebie. ¡Olé!

2.
Wyobrażałem sobie czas zwykle jako ciemną stronę światła, bardziej materialnie i dziecinnie widziałem czas jako nieodłączną podszewkę światła; tym samym „badać czas” znaczyłoby poznawać materię światła od podszewki. Oprzęd czy całun, czarna robota gąsienic, płynny jedwab, brokat – tylko tutaj, po jego spodniej stronie, gdzie wściekłość światła, temperowana przez czas, łagodnie przebłyskuje i prześwieca, można żyć; tu, gdzie żar daje się jakoś wytrzymać, gdyż czas i światło wzajemnie się miarkują. Dlatego trudno sobie wyobrazić światło bez czasu czy też czas bez światła, choć to drugie wyobrażenie byłoby kuszące, jak czarny wiatr w drugim kręgu piekła. Łatwo zaś można zobrazować czas, kiedy cały jego pęd ostatecznie zamiera, przepoczwarzając się w postać bezruchu: z ostatniej z ostatnich chwil wyfruną nocne motyle, lecz nie sposób wiedzieć, dokąd te ćmy polecą, pozbawione światła i czasu. Czym też absolutnie nie musimy się przejmować, gdy zanurzeni głęboko, bezpiecznie wtuleni w oprzęd czy całun, podszewkę światła, brokat, wciąż jeszcze słyszymy przydźwięk oplatającej nas sieci, ten przyjazny pomruk czasu, którego ciepłe promieniowanie pamiętamy przecież z naszej w sumie chyba udanej historii embrionalnej: BombyxBombyxMoriMori. Albo też: In girum imus nocte et consumimur igni.



Andrzej Sosnowski (ur. 1959) – mieszka w stolicy, gdzie pracuje w redakcji dwumiesięcznika „Literatura na Świecie”. Publikował w książkach swoje utwory poetyckie, a także przekłady autorek i autorów amerykańskich, angielskich i francuskich takich jak John Ashbery, Maurice Blanchot, Jane Bowles, John Cage, Ronald Firbank, Henry Green, Harry Mathews, Raymond Roussel.