ćwiczenie fonetyczne #3

nawet o samotności
przeważnie mówię cudzym głosem

własne glosolalia to lęk przed impotencją

balans na kondygnacjach
pionowego wiersza

on rusztowanie, czasem stelaż
kolaż, rykoszet trącający ściany obcego domu – proszę derywuj mnie z niego
wytrop osobności, watą zatkaj szczeliny moich ust

wychowany przez nenię, rodziców brak (bez pracy nie ma wołaczy)

od dziecka pracuję w alfabecie
ruchy nastyczne ust (otwiera się trzask drzwi, zamyka się jęk okien)
nienaturalne stężenie liter – wołam was po imionach

leki doglebowe – co prawda rosnę w obcym osoczu
ale odchwaszczam się z cudzych słów, dat, twarzy
mówię ja, nierówno je zasadzam, przesadzam, może

tradycja każe skoczyć między herbicydy a hesperydy
wrastam w rozszczelnienie artykulacyjne – mówię ja
(dom zarasta, wołania w nim wygasają, rdzewieje sosna)

mówiąc o sobie, wierny syn opisuje śmierć czarnoziemu

 

rezerwat przyrody

kamyk
jest stworzeniem doskonałym
Herbert

zasypiam na kamieniach
zamykam oczy

wzrok
glaza
stony gaze

śnię: ktoś szepcze, że mowa to praca w kamieniołomie
rozkruszony ił – tysiąc prześwitów między słowami i twarzami (osób, których nie ma)
był mówił pił była mówiła piła
chowam się w nich przed sobą
straszącym granitem, utwardzonym, byłem mówiłem piłem

gdy odmieniam siebie przez kolejne przypadki, rozłupuję i przesypuję kolejne znaczenia
chowam się wtedy jeszcze głębiej
gdzieś, gdzie czerwie zastępują czerwiec
liżąc usta
zakładając gniazdo w ciemnej szparze między imieniem a twarzą
luce w bazaltowych odpryskach
wężowych ranach iłowych skał

gdy wrócę z pracy, rozpalisz w piecu
przewrócisz się na kolejny bok, dbając o serce i płuca

palony las nakłuwa moje oczy (rozmiękłe zdyszane kamyki)
obłok rusza się, szyfrując kolejne zdania

gdy wrócę, rozpalisz w domu
powiesz, że stół to stół (należał do kogoś, kto stąd uciekł)
że okno to okno (zatrzaśnięte przed kimś, kto stąd uciekł)

budzę się ze świadomością, że wszystkie moje języki zostały uprowadzone
brązowe psy pasterskie, pilnujące wełnianych chmur, wystających z mokrego sitowia
chlebem kreślę półkola na talerzu
milczę, uznając obecność tego, którego twarz odbija się w leśnej wodzie
twarz zryta gałęziami (uciekał)
ślepa

kamienie przerażają tym, że jednak zawsze są

zlepieniec, konglomerat – nazwa języka rzeźbiącego to, co między oddechami (lękliwie uciekają)

 

Doctor Who ogląda koniec planety (ekokrytyczna gawęda o emocjach)

na ulicach kwas, a gdzie jakaś zasada
TUZZA

język – ogorzały krzew morwy – morfemy o zmiennych blaszkach
przepuszczalne żyłki wodne tworzą kształt słowa (np. zmarłych liści w piwnicy)
natlenienie słabe (dopuszczalne)
hydrogeneza – amylaza (niejasne)

słowa
ochrowe kamienie
do płukania gardła (zalecane)

to co ślina na język przyniesie – akumulacja osadu
rozkład mowy organicznej
milczymy, wysuszeni (podniszczona twarz na fotografii, tleniona sepia)

cisza
zwietrzelina (przewietrzona szansa)
duszny pokój, wietrzenie (po niezrozumiałej morwie z ust wyplutej)
okruchy słowne, odruchy wykrzyknień, roztwory znaczeń

gruz, pył, serpentyna lakieru na podłodze
kiedy mówisz, wygrzebujesz mnie z liści, naniesionych na balkonie
mieszaj językiem tak długo, aż otrzymasz jakościową koegzystencję śliny i osadu
proporcja 1:1 (sam na sam)

mój język (satynowy, cekinowy, pełen koronek)
przewijasz na drugą stronę
prasujesz, by w końcu uległ
cicho poddaje się ciepłu

ochra i magma
język garderobiany
zużyte ubrania, zacerowane słowa
posługuję się językiem jak skalnym pigmentem

brąz to kolor zaufania (wyprasowana koszula, raczej oficjalna)
brązowy czerstwy chleb
usta z kamienia

łąki z ramienia
pęka skorupa ust
gytia (na języku znów zbiera się osad)
nasz gatunek morwy to pytia milcząca

 

boję się słów, które wyglądają jak potwór za łóżkiem (wiersz pisany w wieku komunijnym)

niedobór mowy (gdy nie jesteś)
niedowład mowy (gdy już jesteś)

prześladują mnie ślady mokrego palca na granitowej ścianie
popękane oczy podłogowego lakieru
liście sklejone ustami z czarną kałużą
sine ucho, popękany czarnoziem, nasłuchuję twojej śliny

jest tak duszno, że psy lepią się do rogów ulic
z niedowładu mowy opisuję nieregularne ścinki słów (posłyszanych, wysłuchanych)
usta tartak
z niedoboru mowy zamieniam się w piasek, przesypywany nad ranem (wysuszony, pomówiony)
usta kamieniołom

czemu mówię o języku
zamiast o sobie
czemu mówię o palcach na ścianie
zamiast o miło

rząb przesadzony do kolejnego zdania
(domówienie)
coś wyraźnie domawia mną

 

śmierć ludwika czternastego (reż. Albert Serra)

w kontekście wyczerpania dobrrrych tematów polecam zapoznać się z kolektywem hewra
komentarz na youtube z przyszłego roku

z mówienia przypadkiem uczyniłem orgię
nominowanie, wołanie, wreszcie gubienie

roślina mateczna
wyrastam już zwinięty, ślinowa otulina
zdaniowa pępowina – wąskolistna forma

woskiem święcę imiona
skrytonasienny
morfemowy zasiew – test na potencjalność
urodzę już zasypanych czy eks-humanowanych (zrywam znajomość ludzkości)

śmierć z wyczerpania słów
do moich ust nie przedostaje się nowe powietrze
stare naczynka puchną, pękają – wylew zdeformowanych głosek męczenia

orgia krzyku
orgia milczenia

ten moment zaduszonego niedomówienia kojarzy mi się z tematem wandy czełkowskiej
naciągnięty nylon sensów – niepohamowana artykulacja (uduszenie własnymi ustami)

przerost
przemówienie
gnicie odnóg, rozrosłych, obcych ze mnie

ludwik czternasty umarł od zadławienia się przejrzałą nazwą winogron

 

na kolejne imieniny kupię matę bambusową

matkaojciec kombkońjesion piwonie
wemniewzięci, nareszcie bezpieczni

Krystyna Miłobędzka

trylinki – pralinki
wnoszę matkę na drugie piętro
przez forniry na mandacie królestwa obojga sycylii
monomit zimnych klamek, laminowanych rąk
jej czarne oczy unoszą się jak dmuchane pandy w dłoniach introligatora
chwilowe zawieszenie niewiary

pochylona pije srebrną wodę ze stawu
zasypia w słonecznikach, w których brakuje światła

królestwo obojga sycylii rozpada się
delimitacja na stolnicy
matka wycina nożem nasze granice w beżowym cieście
a może to sierść psa śpiącego pod piekarnikiem
moje drożdżowe ziemie wkradły się pod jej szare paznokcie
rozciera mój świeży, ciekły kraj na mahoniowym stadio polisportivo provinciale
spłaszcza, formuje, nacina słowami (niech oddycha), tratuje, wydrapuje, rozcieńcza
aksamitna aneksja – zasypiam zaśniedziałymi oczami ferdynanda drugiego

choć dziś moja stolica to pusty blat (bezkrólewie języka)
to nie dam rady na powrót wnieść cię do swojego życia

co miesiąc sprawdzam, czy pandy nie wyginęły
czy nie zniknęliśmy już w czerwonych koszulkach (latem, w ogrodzie)
zjednoczeni nieznaczeniem naszej dykcji zagrożonych

lotnisko trapani-birgi przypomina socrealistyczne pudełko deserowych pralinek
dlatego kolejny prezent to dyktafon (będę odtwarzał gatunek twoich akcentów)



Artur Szewczyk-Czajka – poeta.