W scenie seksu wystąpimy razem. Ja i ona. Mogę nas przedstawić, z namaszczeniem wypowiadać imiona, dotykając językiem zębów dokładnie, powoli. Sklejać zgłoski mogę, wycierać je w szkliwie. Naprawdę potrafię odwlekać, załączać opisy łazienki, do której się wchodzi, w której się bada. Własne zapachy, tak, przecież wiadomo, że upał może zabić wszystko. Cały żar.

Od następstw przeciągających się rozmów nie da się uciec. Wiadomości tekstowe prawie się wyczerpały. Jeśli nie zrobimy tego dziś, to ona zrezygnuje. Pomyśli, że coś jest z typem nie tak. Zablokuje mnie. Napisze tylko, że – mimo wszystko – dzięki.

Przepraszam. Za to, że.

Ciągnie mnie do, odpycha poza, wyszedłem z łazienki, jest okej. No to kręcę się wokół. Zawsze z dystansem do źródeł. Męczarnia. Choroba tych, co za dużo myślą. Nie chodzi o sens, to natręctwo. Tak mówią. Ci schizofrenicy, którzy jedni drugim tłumaczą, że pierwsze, że drugie, oba na raz, że cała gromada szykuje się do boju. Imion. Gdyby się dało. Ludzi. Wszyscy, których masz, znasz. Już są w środku. Głowa pęka, ale jest – chwilowa stabilność nad przepaścią.

Nie, kolejne pytanie o Żulczyka nie wchodzi w grę. Zresztą, mówiła, że czyta tylko Houellebecqa. Co ciekawego jest w tym starym szczurze? Chyba styl, przezroczystość frazy. Dzwoni do mnie, mówi: „styl”. A ja na to, że to prawda, prostota. Ale bardziej pisaliśmy do siebie. W to jestem dobry, we flirt. Na odległość, bo na żywo dupa, krępuje mnie wstyd, niechęć do kroków. Wykonywania ich. Siedzę i piję, żeby zacząć, wyrzucić z siebie. Coś. Lecz kiedy jestem gotowy, już świta. W domu czekają resztki obiadu, podgrzewam je, jem i zasypiam z ciepłem w żołądku. Chociaż tam.

Nigdzie nie zdążysz wyjść ani uciec. Klucze do drzwi są tam. Nie patrz. Okno? No co ty? I, boże broń, żaden telefon. Internet. Nic. Proste rzeczy, pamiętaj, zwyczajne pragnienia. Żądza, na przykład, jest prosta. Muzyka, gdy leci. Nastawiłeś sam. Wino. Ale tylko jedna butelka na dwóch. Żarówka się tli. No i co? Nie obchodzi to przecież jej, nie obchodzi Houellebecqa, tego szczura. I okej, krew tłoczy się. Jest wzwód. Raz większy, raz mniejszy, czasem w połowie. To stabilna relacja. Moja z nim. Przewidywalna. Ostatni kieliszek wypijamy szybko. Za szybko. To może poczekasz chwilkę. Mamo, pięć minut, muszę dokończyć mecz. A później poczytam. Komiksy! Po to są. Przecież wiesz. Książki, albumy też, mapy, infografiki, które mógłbym zawieszać na ścianie, komponować z nich kompendia szybko przyswajalnej wiedzy.

– Boże, zerżniesz mnie wreszcie, czy nie?

I chuj, jest tutaj. Wieczność wpadła do mieszkania jak ćma, rój ciem, jeśli ćmy mają roje. Te motyle. Ty ćma, ja motyl. Ja motyl, ty ćma. Wszędzie widzę kolor czerwony. Tandeta.

Na pewno ma ciepłe usta, co są jak kompot zostawiony latem na werandzie domu, do którego podchodzisz i myślisz: normalnie bym wylał, po co mi ciepłe w upał, ale, kurde, przecież jest tak  n a t u r a l n i e  podgrzany, więc nie wyleję, będę go pił, myśląc dobrze o słońcu. Jak o niej, gdy mnie wypełnia językiem, ociera się o mnie gładkim policzkiem, gryzie wargi. Wsuwa palce we włosy. Żyję, to czuję, robię jej to samo. Na początku niepewnie, jakby wstydząc się. Ale promyk jest, nadzieja, że to gra warta świeczki. Muszę tylko wejść. Boisko czeka na mnie. Całe. Niech nam już wszystko sprzyja, ciemna strona, tego no, niewidoczna, ocierajmy się.

Więc ocieramy się, fale przychodzą, odchodzą. Gorąca. Mój twardy fiut jest grzbietem fal, doliną jej mokra cipa lub na odwrót. Jakaś jedność.

I teraz serio – bo zaświecił jupiter.

Złapałem ją mocno za tyłek. Jęknęła tylko, może wzięła głębszy wdech, będę to widział tak, jak chcę. Miękki, odpowiedni, pomyślałem o tyłku, wtapiając w niego dłonie. Mogę obrócić ją tyłem, rozpiąć spódnicę – nawet ładna – spuścić majtki, wyciągnąć kutasa, wsadzić kutasa, zwyczajnie ją zerżnąć, przecież tego chce, tak mówi. Dla mnie okej. Ale ona klęka, rozpina mi spodnie. Niech będzie, aczkolwiek proszę, żeby ten blowjob w ogóle miał sens. Każdej dziewczynie wydaje się, że potrafi. Otóż nie. Mylicie się. Często jest źle. Czasami najgorzej. Wstydzę się wtedy za nas oboje. Od razu opadam i czekam wkurwiony na lepszy dzień. Na weekend na przykład, na kąpiel. Kiedy nie ma nerwic, kiedy nie trzeba iść. Gdziekolwiek.

W ogóle cały ten seks. Każdym potokiem płynie do nas ten sam transportowiec wypełniony badziewiem z Chin. Mógłby zatonąć, ale szkoda załogi. Tak myślę o nim. Niech zatem tnie taflę wód, wznosi dziób ponad fale. W ogóle cały ten seks. Dziewczyna wam tego nie powie wprost. Jak jest. Chłopak jeszcze gorzej. Wstydzi się. Trzeba się przecież lepiej poznać! Wyjść na obiad, zjeść, pogadać, napić się, obudzić się rano, zjeść śniadanie, pokazać wszystkie dobre strony. Swoje. I znów zjeść. Cały ten seks. Puścić radio, ale pomyśleć, że może lepiej coś z płyty.

A to dopiero początek.

W ogóle cały ten seks.

Robi to dobrze. Jest zaangażowana, dokładna, prezentuje uwielbienie wobec fiuta, jaj. Może być odegrane. I don’t care. I tak nie rozpoznam. Niech nawet to będzie zadanie, przejście z punktu A do punktu B, program. Niech to będzie nawet przerwa na lunch. O tak, z góry, widok jest piękny. Poniżający, ale przecież to gra, której oboje chcieliśmy. Widzę kadr: policzek, wargi w kompozycji z kawałkiem mnie, akurat tym, którego się nie wstydzę. Z resztą różnie bywa, zależy od luster, światła, cienie w tej sprawie są ważne. Regularne ćwiczenia? Też. Czasem zwykła przebieralnia. Jakiś H&M. Wszystko można obejrzeć, zobaczyć. Słowa o rżnięciu wibrują mi w głowie cały ten czas. Złapię ją za włosy – nakręcam się – posadzę na blat. Gdzie? Tam. Szybko, nieważne. Byle do przodu, bez oglądania się na rzeczywistość pełną traum.

Wstań, powiedziałem do niej, wstała. Tutaj, pokazałem na stół. Chciałem poczuć swój smak na jej wargach. Zwykła ciekawość, no chodź. Jest słony. Albo słodki, gdy myślę o nas. Oraz inne iluzje, zabijanie nudy, które teraz jest, dzieje się. Z uczuciem albo bez. Nie tylko podczas całowania się z dziewczyną, która przed chwilą miała w ustach mojego fiuta, nachodzą mnie podobne refleksję. W innych momentach też. Kiedy jest nas kilku, panuje kompletny bałagan, a ja gubię się, nie wiem, co do ciebie mówić, do niej. Wykładam więc wszystko na ten sam stół, smaki, barwy, błyski, moja głowa to jest show. Kulinarne.

Tymczasem ona na blacie rozkłada nogi, zupełnie pozbawiona kompleksów dotyczących wyglądu cipy. Cieszy mnie to, po co nam kolejne zasieki myśli. Chodź, powtórzyłem, choć przecież nie ma dokąd iść. I inne remiksy, które, nie ukrywam, bawią mnie. Wsadziłem jej kutasa na stole. To wszystko. Wystarczy teraz rytmicznie poruszać biodrami, dalej samo leci. Mało mi, za prosto, to jest od razu deficyt. Bodźców. W środku mojego Ja coś jęczy, natomiast ona nie, razem jesteśmy dość cicho. Klik, klak, posuwanie. Może śmierć to jest dobry pomysł?

– Ja chyba już, a ty? – zapytała.

– O kurwa, tak? – to był letarg, niestety.

Byłem rozczarowany. Przegapiłem jej orgazm, straciłem nadzieję na swój. Podciągnąłem spodnie, powiedziałem, że może puszczę coś z płyt. Zapytała: „a co byś chciał?”. Tego nie powiedziałem, ale w kurtce coś mam. Chyba, lol, Suicide. Muszę się tylko wyrwać w kierunku drzwi.


Bartłomiej Zdunek – publikował na papierze i w sieci, w 2018 roku wydał tomik Lato w parku.