fragment powieści

Mama została wolontariuszką w stowarzyszeniu „Próba”, żeby nieść pomoc niepełnosprawnym i znaleźć wreszcie normalnego tatuśka. Chodziła na te wszystkie zbiórki kilka razy w tygodniu, ponieważ nikomu wcześniej nie była potrzebna. Wracała z głową pełną cierpienia. Siadała przy stole i udawała, że nie może wydusić słowa, bo coś ją ściska w mostku, ale czekała na pytania. Rozglądała się po kuchni z żalem, w którym starała się przemycić mądrość. Żadne z nas nie pytało mamy, co się stało, ponieważ nic nas to nie obchodziło. Wiedzieliśmy zresztą, że sama zacznie opowiadać, bo się nie powstrzyma.

– Nasze problemy – mówiła, zbolałym spojrzeniem obrzucając brudne ściany, przegniłe szafki i puste półki. – To pestka. Na zbiórki przychodzą ludzie naprawdę nieszczęśliwi.

Nie podobało mi się, że mama ogranicza nam prawo do nieszczęścia, ale nie protestowałam głośno. Nie czułam się mało nieszczęśliwa albo nieszczęśliwa na niby. Czułam się całkowicie, kurwa, nieszczęśliwa i smutek miałam zupełnie niekrystaliczny.

Zbiórki odbywały się w świetlicy na obrzeżach miasta. Wolontariusze przychodzili nieco wcześniej, żeby wszystko przygotować, wyciąć jakieś ćwiczenia, czytanki, ułożyć kredki czy instrumenty w równe rządki. Jeden z panów drukował dla uczestników zajęć wiersze, natomiast panie grzały wodę w wielkim warniku.

Potem przychodzili podopieczni „Próby”, umysłowo chorzy mieszkańcy Pabianic oraz okolicznych wsi, o ile ktoś ich podwiózł. Siadali w kręgu i czekali na słowa. Mama i inni wolontariusze próbowali zacząć rozmowę, potem szło albo się grzęzło.

– Zresztą to nieważne, czy się idzie, czy grzęźnie. Bo dla nich ważne są właśnie nasze spotkania, nasz czas spędzony w grupie. Samo przychodzenie, siedzenie, patrzenie i podgryzanie ciasteczek to dla nich wielkie szczęście. Szczęście! Nie wiedziałam, że na świecie można znaleźć tyle szczęścia, ale oni mi je pokazali – podniecała się mama.

Uśmiechaliśmy się do siebie ukradkiem, bo układały nam się w głowach różne scenariusze maminego szczęścia, głównie takie, w których mama spoczywa pod którymś z wolontariuszy, na stoliczku wchodzącym w skład majątku wolontariatu „Próba”, i nie myśli wcale o niesieniu wytchnienia niepełnosprawnym. Wiedzieliśmy, co się z czym składa i co się z czym rozkłada, słyszeliśmy o wysiłkach, które przynoszą oczekiwane rezultaty. Nawet Sonia wiedziała i dlatego wiara w szczęście mamy nie chciała nam przejść przez głowę, tylko zostawała w świerzbiących palcach.

*

Sądziłam, że mama zrezygnuje z wolontariatu po kilku miesiącach, ale ona naprawdę uwierzyła w dawanie ludziom dobroci i branie szczęścia od umysłowo chorych. Mówiła mi, że poczułabym się lepiej, gdybym poszła z nią na któreś spotkanie, i zaczęłam się nad tym nawet zastanawiać, ale w końcu nie poszłam. Brzydziłam się serdecznością i przyjacielskimi relacjami. Poza tym uważałam, że czerpanie szczęścia od chorych to zachowanie wykalkulowane i obliczone wyłącznie na zysk.

Wiosna była gorąca i lato zapowiadano słoneczne, śliczne, idealne, żeby się z mężem i dziećmi nad Bałtyk wybrać, ponieważ ryzyka, że spadnie deszcz, prawie nie. Zaczęło się suszą, ciszą oraz kurzem. Ludziom płonęły miasta i puszcze. Spaliła się Amazonia i to było dziwne – siedzieć w domu, mimo wszystko czuć na karku słońce, które komuś praży kawałek świata niczym popcorn, ale. Co mieliśmy z tym zrobić, słońce wzięło i nie chciało oddać. Raziło nas w szyby i w oczy. Przed snem zastanawiałam się, ile wytrzymamy. Miałam ciało do oddania, bo takie spocone, śliskie.

Próbowaliśmy przetrwać w mroku. Okna zasłoniliśmy i na żaluzjach osiadał gorąc, żeby parzyć. Światło zdawało się wrogiem, ponieważ miało drobinki. Oczy zasklepiał nam pot i na wiele godzin zamykaliśmy się w powiekach.

Do szyb lepił się kurz, suchy niczym kaszel. Podnosił się spod samochodowych kół, bo ludzie na okrągło wędrowali w świat. Sonia przeciągnęła palcem po szybie i pokazała nam czarną opuszkę. Zdawało mi się, że umarłam i obudziłam się w innym świecie, w którym rządzi czerwona pomarańcza rozkrojona na pół.

Czułam się otępiała i nie mogłam się na niczym skupić. Dnie spędzałam, siedząc na werandzie i patrząc drzewom w suche konary. Drzewa nie dawały cienia i nie siedziały na nich ptaki, bo ptaki ucichły. Czasami podlatywały szpaki, żeby sprawdzić, czy czereśnie, ale czereśni wcale i szpaki musiały odlecieć innym czereśniom w gąszcz. Nie wiedziałam, skąd u mnie taka bezmyślność, choć głowę miałam podobną do rozgrzanego balona. Czasami dotykałam się w policzki i raz czy dwa się sparzyłam. Zapominałam ludzi, imion oraz pomysłów na życie. Zdawało mi się, że życie się właśnie kończy. Potem nic, potem krótkie dobranoc.

W łazience skórą badałam płytki. Wyciskałam sobie pryszcze, które lubią tłuszcz i pot. Ściskałam brzuszek i nie za bardzo wiedziałam, co to znaczy życie po śmierci. Myślałam o tym, bo mi się apokalipsa czaiła w cebulce włosa i nie miałam właściwie żadnych innych zmartwień, właściwie. Patrzyłam znowu przez okno, wyobrażałam sobie, że mnie zamknięto na zawsze w toalecie i taką zostałam księżniczką, klozetową princessą. Wiatr nie zawiewał. Owszem, chciałam czegoś, ale wciąż pojawiało się coś innego i nie miałam pomysłów na zmiany w planie.

*

Blacha nagrzewała się do czerwoności i czasami z dachu dochodziło kocie jęczenie i żal, że skwierczą łapki. Należało babcię przynieść ku dołowi, żeby nam się na górze nie zasmażyła w kiełbaskę, więc znosiliśmy ją pospołu, za nogi i ręce, sadzaliśmy w fotelu i włączaliśmy telewizję.

Babcia naprawdę umarła i naprawdę przeżyła. Mówiła niestworzone rzeczy i kazała sobie nie przeszkadzać. Pomieszała przeszłość z życiem, ale wszystko miała właściwie za przeszłość i każdego miała za martwego. Wiedzieliśmy, że kłamie, ale telewizja także. Za oknem dni spędzały się niebem.

Oglądaliśmy wszystkie sprawy, także trudne. Spaliśmy i wstawaliśmy, strzygąc uszami. Po śnie budziło się w nas wiele rodzajów niepokoju i olbrzymie, puste schody w środku ciała, na dodatek oczko, które się czasem ludziom puszcza, czasem ze schodów.

Zastanawiałam się nad śmiercią. Oglądaliśmy transmisje z pożarów. Podobno wiele plemion spłonie. Prezydent Brazylii zbierał wołowinę i drewno na zimę. Rozglądałam się wokół, ale. Dlaczego to, co daleko, przeciska się światłem w nasze życie, skoro mamy martwą babkę w fotelu, złożoną wpół, skarlałą i suchą? Dlaczego to, co daleko, w to, co blisko i z powrotem?

Babka powiedziała, że zapomniała o nas i o tym, kim się staliśmy. Zrozumiałam, że czas idzie i nie staje, więc w końcu umrzemy albo umrzemy w drugą stronę. Zrobiło mi się straszno, ale śmiesznie. Tak, zachciało mi się zrywać boki, może nawet skórę z fotela i na okrągło się tym cieszyć.

Mama wracała późno, bo udzielała się w „Próbie”. Po zajęciach brała rower i toczyła się zakurzoną szosą do domu, na oponki zbierała ciepły asfalt. Zdawała się sucha i drewniana, miałam wrażenie, że w paznokciach urosną mamie drzazgi. Tak, drewnianą mamę mieć, to wielkie wyzwanie na nasze czasy, ale czy podołam?

Chciała nam życie całkowicie przemalować na różowo, więc zabrała się do sadzenia kwiatów w ziemi przed domem. Ziemia była próżna i późna, nic się w niej nie miało prawa w ogóle zaląc, ale mama przystąpiła do niej z palcami, łopatką i sercem na karku, więc kwiaty stanęły na baczność. Wracała wieczorami na płonące niebo i wietrzyła nam głowy przeciągiem. Budziła nas ze śnienia i udawaliśmy, że to nic. Skąd ona miała w sobie tyle siły, skoro całe życie wcale nie miała? Chodziła po ogrodzie, ogród natomiast słaniał się i lekko kruszył na brzeżku, kwiaty marniały i rozpraszały się, zwinięte brązem w ruloniki, spalone naleśniki.

Krzyczała na nas, że leżymy całe dnie zamiast podlewać ziemię na życie. Patrzyliśmy po sobie i nie wiedzieliśmy, że całe dnie. Niebo płonęło żarem i porzucony rower mamy błyszczał kształtem omenu. Dobiegała skądś wesoła muzyka i chciało się iść na miasto, żeby pić piwo i kłaść się na cemencie. Dobiegała skądś muzyka, lecz nie świerszcze, bo milczały na wieki.

Mama klęczała w ogrodzie i zasklepiała suszę palcami, ale ziemia opowiedziała mamie, co znaczy kruchość.

Kruchość wzięła nas, wzięła i zagniotła niczym ciasto, w ciasto. Mama zamyśliła się i patrzyła na ludzi, co szli ulicą i rzucali jej w twarz kurzem.

– Co ona się tak gapi? – zapytała babcia.

Nie rozumiałam mamy, miałam zasklepione myśli i schowałam się zupełnie w środku. W środku mieszkałam razem z myślami i słońcem, i z pożarem.

– Ogniu, krocz ze mną! – wykrzyknęła Sonia w ciemnościach.

Mama zniknęła nam w mroku i dopiero w nocy się zawróciła w łóżko, ale nie pachniała ziemią.

*

Leżałam z myślami na wierzchu i postanowiłam sprawdzić, czy się nie zalęgły na daszku kotki, więc wyciągnęłam głowę na duszność. Przy furtce stał rozlazły mężczyzna w mechatym swetrze i w ciasnych dżinsach. Przestępował we wszystkie nóżki i zdawał się odrębny. Zawołałam, ale urwał mi się głos niczym sznurek, więc wyszłam do furtki. Trawę miałam suchą, nie w porządku, ale. Mężczyzna wypatrzył mnie jak piesek i wyrwał się z głosem, lecz znowu nie przerwał mi linii uszu. Miał nieco potargane usta, obwisłą wargę i wielką głowę z maleńkimi oczami. Biała skóra zwisała mu z czoła, z policzków oraz z brody. Te policzki miał pokryte sianokosami, żółte i ostre.

– Czy mama w domu? – zapytał.

Strasznie seplenił i w słońcu rozmazywało nam się zrozumienie. Wzruszyłam ramionami. Nie lubiłam mieć na tapecie obcych mężczyzn, bo mogli się przerodzić w tatuśków i zamieszkać mamie w sypialni, ale ten nie wyglądał na kandydata do łóżka.

– Teraz są wakacje – powiedziałam.

– Wiem, ale przyniosłem coś. Zapomniała w „Próbie”.

Wytargał z kieszeni zmiętą paczkę chusteczek higienicznych i podał mi przez szparę. Zrobiło mi się żal, że urodziłam się niemiła, więc powiedziałam w końcu, żeby wszedł nam w środek.

Usadziłam go na plastikowym krześle i zapytałam, czy podać mu wodę albo cokolwiek, ale nie chciał słuchać. Rozdziawiał usta na mnie i na podwórze. Rozmyślał na tematy związane z mamą i naszym całkiem istnieniem. Powiedziałam, że przyniosę wodę.

– Po co ten dzbanek? – zapytała Sonia, widząc, że przelewam w szkło butelki.

– Jakiś ktoś przyszedł – powiedziałam. – Chyba z wolontariatu mamy. W sensie podopieczny. Znaczy opóźniony. Będziesz miła?

– Po co przyszedł?

– Zwrócić chusteczki.

– Chcę zobaczyć.

– To chodź.

Pobiegłyśmy na dwór. Jakbyśmy bały się, że gość się ulotni w skwarze i nie zdążymy zobaczyć. Siedział na swoim miejscu i nawet się nie poruszał. Przyglądał się nam ze zdziwieniem wpisanym w ciało.

Podałam mu szklankę i skinęłam głową, żeby się napił. W końcu wziął ode mnie szkło i przechylił na poruszenie grdyką, która rzeczywiście zadrżała.

– Coś wam kwiatki uschły – powiedział nawilżonym gardłem.

– No, niestety.

– Nie podlewacie?

– Zapomniałyśmy.

Sonia nie odzywała się wcale. Patrzyła na mężczyznę i nie zamierzała okazywać sympatii. Odwróciła się i znowu patrzyła. Nie mogła oderwać wzroku, bo korytarzem wargi mu spływała stróżka, krople żłobiły niewielką dróżkę. I to byłoby na tyle.

– Więc? – spytała Sonia. – Jak się nazywasz?

– Miłosz.

– Ja nazywam się Sonia. A to siostra, Ulka.

Sonia mówiła o mnie z pewnym lekceważeniem, które wprawiało w chłód. Miała mnie za idiotkę, niewartą nawet wspomnienia? Rzeczywiście, miała mnie w ten sposób na umyśle, niczym narośl, którą się wytnie w razie potrzeby.

– I po co pan przyszedł?

– U mnie w bloku upał, więc stwierdziłem, że odpocznę w okoliczności przyrody.

Patrzyłyśmy po sobie, po naszym domu i dniu. Nie zdawał się nam dobry na odpoczywanie, bo czynił w ustach i czołach głębokie dziurki. Mężczyzna musiał pokonać morze cementu, całe świata gorąco przed dotarciem nam w dom i zdawało się to straszne i odrobinę obce. On przynależał komuś innemu, innym obrządkom. Przerażał nas swoim oddaleniem, miał białą skórę i swędział mu sweter. Przyszedł nam w ogród, to znaczy nagie czereśnie i martwą trawę.

– Jest mama? Kiedy wróci?

– O, zostało sporo czasu – zapewniła Sonia. – Wróci, ale wieczorem.

Miłosz zmartwił się i rzucił oczami wkoło. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Słońce dobrało mi się do szyi i skubało skórkę. Czułam swąd i łaskotanie światła. Nie wiedziałam, ile wytrzymać i komu.

– Może powinniśmy pospacerować? – zaproponowała Sonia. – Po prostu, spacerowanie dla zdrowotności oraz kości. To ważne, mimo że udar dobiera się we włos.

Nie sądziłam, że mam taką twórczą siostrę i zdawało mi się to dziwne, ogarniało mnie zawstydzenie. Ona taka bystra, taka rzeczka, natomiast mnie trudno się przebić słowem przez murek, zatrzymuję się na cemencie i popadam w krótkie rozpacze.

Miłosz wstał i zawołał:

– Dlaczego by nie!

Seplenił, naprawdę, i na dodatek zachowywał się zupełnie bezkształtnie. Ogarnęło mnie coś zupełnie podobnego do współczucia i rozpoznałam w sobie matkę. Współczułam Miłoszowi i sobie, bo w nim rozpoznałam szczęście, a w sobie rozpacz. Chociaż może tak mi się zaledwie wydawało i to w Miłoszu siedziała rozpacz, a we mnie szczęście? Nie wiedziałam, co poradzić, więc kichnęłam i Sonia patrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem, może nawet z pogardą.

Ruszyliśmy się na spacer. Szłam sobie między drzewami i wszystkie drzewa okazały się ścięte. Hej, ścięli mi źli ludzie las, ścieli mi się lasem do stóp i nie umiem na to zaradzić sposobem, bo mi się sposób ulotnił.

*

Dlaczego człowiekowi w chwilach płomienia w głowę nadchodzi zawsze spacer? Poszliśmy w stronę pól, słońce nam siadało na powiece i ciągnęło ku dołowi. Głowa pękała bólem i mrokiem, chociaż blask. Łąki przypominały zapałki, pola ciągnęły się w suszę. Rosły żółte, spalone, czarne, pomarańczowe i wszystko zdawało się częścią baśni, ale prawdziwej.

– Tam przychodzili zmarli, żeby się trochę napuszyć – powiedziałam, nie wiadomo po co, i wskazałam na łąki za restauracją, gdzie sobie rosła kosodrzewina i dwie brzozy.

– Co ty mówisz? – warknęła Sonia. – Przestraszysz go.

Posłusznie się zamknęłam i rzeczywiście postanowiłam za wiele nie otwierać ust. Bo przecież nie miałam nic ciekawego do wymówienia. Dziwiłam się sama sobie, że słucham Sonii we wszystkim, ale mogłam nie słuchać? Znowu nabrałam wrażenia, że nic nie znaczę i nic nie umiem, to wrażenie weszło mi uszami i nie chciało się wydostać. Zapanowała we mnie pewna frustracja i pomyślałam sobie, że strzepnę z siebie tę całą głupotę, po prostu się z niej otrząsnę i zaczęłam machać rękami, ale głupota trzymała się mnie mocno niczym rzep psiego ogona i w rezultacie złapałam kilka ostów.

– Gdzie idziemy? – zapytałam Sonię.

– Nad rzeczkę. Tam sobie odpoczniemy w cieniu i pomoczymy nogi. Dobrze, panie Miłoszu? Da pan w ogóle radę, czy nie bardzo?

Pan Miłosz pokiwał głową z determinacją, przypominał mi słonia, który zaraz upadnie na skład porcelany, albo lepiej – słonia wyłącznie z porcelany, który zbiera w sobie słońce i zawsze może się potłuc. Pan Miłosz cały się spocił, powłóczył ciężkimi nogami, rozgarniając wokół trawę i wzburzając pyłki. Dyszał ciężko niczym pies i nie mieliśmy pewności, że nam nie padnie.

– Może zawrócimy – wysapałam między krokami, żeby nikt mnie przypadkiem nie zdołał usłyszeć, bo wiedziałam, że Sonia się skrzywi.

W cieniu drzew ogarnęło nas straszne zmęczenie i zdziwiłam się, gdy spojrzałam do tyłu. Okazało się, że wcale się bardzo nie oddaliłyśmy. Zaledwie miedzą kilkaset metrów, nasz żałosny domek widziałyśmy na dłoni, otoczony składowiskiem śmieci wokół klatki Filipa. Boże, pomyślałam, całkiem zapomnieliśmy o Filipie, żeby mu choćby dolać wody. Co z nim będzie? Zmartwiłam się, ale na pokaz, bo zaraz o psie zapomniałam. Miłosz skorzystał z pozwolenia i rzucił się na kępkę trawy z ulgą w oczach, ale i odrobiną szaleństwa. Bałam się mężczyzny z wolontariatu „Próba”, bo nie znałam o nim słowa i nie wiedziałam, jak się zachowa, oślepiony słońcem, ale zaczął charczeć ze zmęczenia i przymknął oczy. Patrzyłam na Sonię, musiała zobaczyć we mnie nieco strachu, bo się zaśmiała, wystawiając na wierzch duże zęby. Przywlekła nas tu, chociaż wiedziała o naszych słabościach, mięśniach i skórze, przywlekła zupełnie dla zabawy.

– To co, idziemy nad rzeczkę? – zapytała. – Odpocząłeś, panie Miłoszu?

– Nie możemy…? – zapytałam, ale znowu miałam głosik niepewny i zaraz mi uwiądł w gardle.

– Nie, nie możemy. No, wstawaj! Panie Miłoszu, w górę!

Chwyciłyśmy Miłosza za ręce i spróbowałyśmy podnieść, ale galaretowata tusza zadrżała i protestowała piskiem. Miłosz opierał się o sosnę. Nie widziałam w życiu nic bardziej żałosnego i zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować. Osłaniał się przed nami rękoma, próbował nas przegonić, bo mu brzęczałyśmy zamiast pszczół, które całkiem zniknęły.

– Wstań – rzuciła Sonia. Jej głos zadźwięczał chłodem niczym struna i Miłosz podniósł wzrok z rozpaczą, ale zaparł się w sobie i zbił w twarde masło. Nie, nie rozpuścił się dość i powrót okazał się możliwy.

– Więc teraz – powiedziała dobitnie Sonia. – Pójdziemy nad rzeczkę pomoczyć nóżki. I niech nikt nie narzeka. Jeśli chcecie narzekać, to proszę, ale w domu.

Nie wiedziałam, skąd u siostry tyle stanowczości, i poczułam się niepewnie. Bo doprawdy, żeby to dziecko miało w sobie tyle siły i żadnych uczuć? Była zimna i, kto wie, może dlatego nam rozkazywała, ponieważ upał się jej nie imał. Ona brała upał w dłonie, ubijała z niego ciasto i rzucała nam w twarze, nie brudząc sobie końcówek palców.

Musieliśmy wstać, iść za nią. Podskakiwała wśród sosen, niby czerwony kapturek, chociaż bluzkę miała niebieską.

*

Kiedyś mama budziła się w naszym wieku i tu wszędzie stała wieś, normalnie kurki, krówki i świnie zamiast drogi wojewódzkiej. Latem nudziło się dzieciom, więc brały parciane ręczniki i szły na pola. Tatuśkowie pracowali w zakładach, dopiero potem mieli obrabiać ziemię, więc żyto stało ciche i nie przeczuwało żadnych cięć. Dzieci szły nad rzekę, która rozlewała się szeroko między ziemią a ziemią. Zdawała się głęboka i pełna zakrętów, nazywała się Pabianka, od imienia księżniczki z Pabianic, która się utopiła w podziemiach. Księżniczka bardzo interesowała dzieci, przywodziła na myśl tchnienie innych zupełnie światów. Zwykle chodziły nad rzekę same, bo w czasach mamy nie pilnowało się dzieci, ale niekiedy któraś z białych histerycznych matek albo któraś z pomarańczowych brzydkich sióstr im towarzyszyła i siadała sobie na kocyku, żeby patrzeć w giętkie ciałka.

Nie o dzieci mi chodzi, chociaż zdarzyło się, że któreś utonęło, a czasem pies. Babcia nam mówiła, że utopił się Filip, takie głupkowate chłopię z sąsiedztwa, potem zaś Filip, nasz kudłaty pies. Tamten chłopiec umarł naprawdę i pompowali mu wodę z piersi, ale skóra zrobiła się zupełnie niebieska i chowali obcego, nie poznali go koledzy, chociaż nad rzekę wychodzili wspólnie. Filip, nasz pies, on także umarł, ale wrócił po tygodniu, babcia masowała mu brzuch, żeby woda zdążyła wyciec. Zdołał się otrząsnąć i od tego czasu nie musiał pić ani jeść.

Nie o dzieci mi chodzi, ale o rzekę. Bo wtedy rzeka płynęła szeroka, wartka i pełna, płynęła i nawet nie chciała się zatrzymać, kiedy coś komuś porwała, chłopię psu, psa chłopięciu albo inne, chustki, koszulki, kanapki. Rzeka płynęła szeroka i niedzielę spędzano na skarpie, patrzono w błękit i pozwalano moczyć sobie stópki, bo rzeka i stópki. To się wszystko łączy.

A co się teraz łączy? Czy coś teraz w ogóle może? Przez lata niewiele zostało z rzeczki, zmalała i zwęziła się w źrenicę. Młodzież przychodziła na skarpę i siadała, żeby palić ogniska, pić piwo i krzyczeć księżycowi. Moi koledzy, widziałam ich z okna, ale mnie nie zapraszali. O nie, nie zapraszali. Nie znałam siebie i co się ze mną w ogóle działo? Patrzyłam między drzewa. Tam płynęła rzeczka i uderzało słońce, ale nie chciałam tam iść.

– No, chodźcie. Chodźcie! – wołała Sonia na mnie i na Miłosza, ponieważ oboje byliśmy znacznie opóźnieni.

Ociągaliśmy się, ile zdołaliśmy. No, ale w końcu trzeba było iść, iść i się wcale nie ociągać. Zamknęłam oczy, lecz rozbolały mnie słońcem powieki i zostały skorupą.

*

Usiadłam na brzegu i wyobraziłam sobie, że świat mamy wcale nie przeminął, bo wydawał mi się lepszy. Zanurzyłam palce w ziemi i natrafiłam na szkło. Poraniłam sobie opuszki. Nie miałam pragnień. Rzeczka wyschła i nie zostało właściwie nic. Koryto błyszczało szkłem, piaskiem, trawą. Więc w ten sposób kończą się historie. Więc w ten sposób. Stałam się kimś innym niż dotąd. Wstałam i poszłam w stronę Sonii i Miłosza. Chodzili za rękę po dnie. Chciałam zawołać, nie miałam głosu. Po drugiej stronie szumiała kukurydza, zdawała się trzeszczeć, zdawała się zupełnie brązowa. Babka miała rację, nadchodził koniec świata, ale teraz? Dopadł mnie apokaliptyczny nastrój. Owszem, stoimy w środku nicości, domy lśnią blachą w oddali. Owszem, rzeczka nam wyschła i to, co trwało w czasach mamy, nie znajdzie we mnie punktów zaczepienia. Owszem, czasami stoi się wobec suszy i zamiast ust ma wiórki, trzcinę, nic.

Miłosz zachwiał się i zwalił na ziemię. Sonia odskoczyła i zamiast pomóc mokremu ciału, podniosła głowę ku mnie.

Patrzyłyśmy sobie po oczach, dwie siostry, i nie było między nami nic oprócz sekretów. Doprawdy, między nami nic oprócz sekretów.

Miłosz nie podnosił się przez dłuższy czas i pomyślałam, że umarł. Podeszłam i nacisnęłam mu ciało, ustąpiło dłoni niczym gąbka. Miłosz odwrócił głowę ku nam. Seplenił coś i wcale nie szło zrozumieć mu słów.

Słońce? Ono czerwieniło się na zachodzie i stało się czerwone, że pora wracać na podwórko. Mama pedałowała zapewne dosyć wściekle, żeby podlewać martwe kwiaty. O, na pewno właśnie otwierała furtkę i skrzypiała światu, że wróciłam cię ratować, świecie złożony wyłącznie z umierających kwiatów, liści, łodyżek.

Miłosz rozsunął się na dnie rzeki niczym wielka, martwa ryba i zbierał w przezroczystą błonę światło. Grube żyły na mięśniach i brzuchu nabrzmiały i, zupełnie opuchnięte, zdawały się pęcznieć, kwitnąć.



Łukasz Barys – student Uniwersytetu Łódzkiego, laureat konkursów literackich, m.in. Grand Prix konkursu im. Reinera Marii Rilkego, konkursu „O Laur Czerwonej Róży”, konkursu im. Georga Trakla. Publikował w „Toposie”, „Autografie”, „Tlenie literackim” i „Stronie czynnej” oraz antologiach pokonkursowych.