Mamusia poleciła mi, bym zapisał się do ministrantów, ponieważ zbliża się koniec świata i pozostała nam wyłącznie modlitwa. Odtąd służyłem do mszy wśród podobnych do mnie chłopaków. Mieliśmy bielutkie komeżki, ale twarze i dłonie czarne od węgla. Nadszedł sezon grzewczy, więc księżyc zniknął za gęstym zwaliskiem pyłu. W ramach nagrody pocieszenia osiedle otrzymało woskową dziewicę, do której trzeba było modlić się na spoconym różańcu. Woskowa dziewica stała przed ołtarzem i rzucała ludziom w twarze blask, mimochodem przypominając o zagrabionych ciałach: wszystkich innych oraz tych niebieskich.

Przed mszą rozmawialiśmy, bo kadzidło nie chciało się rozpalić. Maleńki Tomasz podniósł węgielek do ust i dmuchał z całych sił. Iskra spadła z czarnego krążka na komeżkę i wypaliła dziurę na palec. Maleńki Tomasz wsadził palec i torował sobie drogę przez stopione nitki. Powiedział, że odebrał dziewictwo koleżance i każda kobieta musi stracić cnotę, jeśli chce urodzić dzieciątko. Było mi wstyd za mamusię, bo siedziała w pierwszej ławce. Kruk patrzył na nią przez całą mszę.

– Mamusia stała się bardzo pobożna – powiedział mi któregoś dnia.

Kruk nie wiedział, że mamusia zobaczyła oczami głowy koniec świata i modli się na zapas. Kruk sądził, że świat jest w dobrych rękach i wszystko będzie dobrze, ponieważ tak mu napisali biskupi w listach, które czytał zamiast kazania.

Mamusia przejmowała się znakami, bo codziennie widziała nowe. Miała dostęp do innego porządku, dlatego w domu było brudno. Nie chciała się tym porządkiem dzielić, żeby nie mieszać mi w głowie. Wystarczyło, że ona miała głowę w strzępach, głowę niczym kopalnię po wybuchu i tysiąc osmalonych górników we włosach i na rzęsach. Żelazne uściski na skroniach odebrały mamusi szczęście. Bolało, ponieważ chmura nad miastem, trucizna, pył. Mamusia siadała przy oknie i paliła papierosa. Nie zaszkodzi, tym bardziej że. Patrzyła innym ludziom w życie, ale oni mieli firanki.

– To nie wystarczy, by osłonić usta i płuca – mawiała mamusia. – Zakładacie koronki, gdy potrzebne są maski.

Wycięli nam na ulicy drzewa. Wyprowadziły się ptaki. Powiesił się syn sąsiada. Mamusia uwierzyła w woskową dziewicę.

*


Palacz mieszkał pod zakrystią. W podziemiach rósł piec, który miał blaszane usta. Palacz otwierał je i karmił piec węglem. Sam również jadł węgiel, ponieważ na nic innego nie miał pieniędzy. W końcu odzwyczaił się od chleba, ale nie samym chlebem człowiek żyje. Jego skóra stała się brunatna, wypadły mu zęby. Palacz był szczęśliwy, ponieważ dawniej mieszkał na ulicy i zamarzłby, gdyby Kruk nie otworzył mu drzwi. Kruk powiedział, że mróz i śnieg muszą zniknąć, wtedy ulice będą przejezdne i więcej ludzi przyjdzie do kościoła. Palacz był szczęśliwy, że rozgrzewa siebie i cały świat przy okazji, że przysługuje się ogółowi, który oszczędza na puchowych kurtkach i oponach zimowych.

Pewnego styczniowego dnia palacz zaprosił nas do jamy. Zauważył, że nie mamy gdzie wypić wódki, którą przyniósł maleńki Tomasz. Uchylił drzwi i wystawił brudną twarz. Ze środka biło gorąco, mróz na framudze skroplił się w pot. Palacz patrzył na nas i tęsknił, ale puchła nam ciemność, komże wystawały spod kurtek. Patrzyliśmy po sobie. Maleńki Tomasz chciał zejść, ale kilku z nas myślało o swoich matkach i brudzie, więc ociąganie trwało w poprzek mrozu, zakrystii i ukradzionej skądś butelki.

– Sam obalę flaszkę z palaczem, jeśli się boicie – powiedział maleńki Tomasz.

Przestraszyłem się, że kiedy Tomasz zaśnie, palacz upchnie go w piecu. Zawsze po wódce odpływał, ponieważ miał chude kości, cienkie i srebrzyste niczym rybie łuski. Postanowiliśmy, że w grupie siła, najwyżej spalimy palacza w obronie własnej. Usiłowałem zapomnieć, co mówiła mamusia: żebym nie chodził pod kościół, bo płonie pod nim jądro albo piekło.
Piec był ogromny i świecił na czerwono. Wiedzieliśmy, że patrzy nam na plecy, chociaż krył się w ciemności jak nożownik. Palacz usiadł na odwróconym denku wiadra i śmiał się z nas. Staliśmy w kręgu i podawaliśmy sobie wódkę. Jama pod zakrystią zwęziła się do rozmiaru źrenicy palacza. Było mi ciasno i gorąco, chciałem otrząsnąć się z ciała, ale ciało lepiło się do kości niczym przekłuty balon. Palacz śmiał się i mówił, że kazałaby porąbać mu drewno, ale boi się o nasze palce. Wolałem zachować palce dla mamy, chociaż komżę miałem już czarną i wiedziałem, że będzie zła. Piec mrużył oczy. Był rozbawiony albo zły. Palacz otworzył mu buzię i zostawił otwartą. Nakarmił piec węglem. Piec był szczęśliwy i polizał swojego pana języczkiem ognia. Piec był dobrym psem.

Idąc do nieba, spływałem potem. Obijałem się o ściany, ale nie zobaczyłem gwiazd, tylko ciemną chmurę i ciemniejszą jeszcze wieżę kościoła. To było smutne, ale prawdziwe. Komżę też miałem ciemną, może najbardziej ze wszystkiego.

Maleńki Tomasz się porzygał. Palacz nakarmił go węglem, bo węgiel jest dobry na żołądek. Maleńki Tomasz całkowicie odpłynął, ale musieliśmy wracać do domu. Palacz śmiał się z nas, że jesteśmy delikatni jak hostia. Nikt z nas nie czuł się jak hostia i mieliśmy mu za złe, że nam wypomina.
Odprowadził nas do drzwi i pomachał nam papierosem. Policzyliśmy się, nikogo nie brakowało. Komin się krztusił, jakby musiał wypluć dym po dziecku.

– Do środka wpadł gołąb. Będę musiał go wyciągnąć – wyjaśnił nam palacz. – Jakbym nie miał niczego ważniejszego do roboty.

Wyobraziłem sobie czarną skamielinę w rękach palacza. Będzie rozkruszał gołębia w palcach i patykiem zdejmował sadzę. Odrzuci martwego ptaka, gdy dokopie się do pierwszego piórka. Tyle mu wystarczy.

*


Mamusia była zła. Sprała mnie, sprała również komeżkę. Miałem czerwony policzek, ale obrzęk zszedł. Ślady węgla też zeszły i można było o sprawie zapomnieć. Nie wyczuła ode mnie wódki, ponieważ na dobranoc i ból głowy wypiła szklankę wina. Wizyta u palacza mi się upiekła.

Komeżka wisiała na suszarce i kapała. Podobnie musiał kapać Chrystus na krzyżu. Biedny Chrystus, a ja piłem wódkę pod zakrystią. Było mi niedobrze i poszedłem się porzygać. Uklęknąłem i złożyłem dłonie przy odświeżaczu powietrza. Przed pijanymi oczami migał mi Chrystus. Ministrantom wszystko kojarzy się ze śmiercią.

Położyłem się do łóżka. Przytuliłem twarz do ściany i cichutko beknąłem. Odpowiedziały mi głosy. Nie wiedziałem, która godzina, więc równie dobrze mogłem posłuchać. Sąsiadka mieszkała sama, ale w szafie trzymała zmarłą matkę. Na osiedlach różne rzeczy wydają się normalne.

Kłóciły się o leczenie. Zmarła nie chciała brać pigułek, bo szkoda pieniędzy. Córka się z nią zgadzała, ale chciała mieć czyste sumienie.

– Wychodzę – powiedziała. – Masz się zachowywać. Weź tabletki. Weźmiesz? Dlaczego mi to robisz? Nie, nie wszystko jedno. W końcu umrzesz naprawdę. I nie sobie umrzesz, tylko mnie umrzesz. Znowu umrzesz mi, nie sobie. Leż!

Kobieta z szafy kaszlała. To była kaszląca. Głośny skrzek przedostał się przez ścianę z łatwością. Przypominał wydzieranie z ciała płuc i gardła, lecz córka nic sobie z tego nie robiła, tylko wyszła. Wstałem z łóżka. Rozsunąłem firanki i czekałem na otwarcie drzwi. Żółte światło, tłuste niczym oliwa z oliwek, zalało cementowe schodki pokryte szronem. Sąsiadka wyszła w kozakach, żeby mróz nie złapał za kostki. Biegła na przystanek. Robiło się granatowo, lampy rzucały rozmyte wskazówki. Sąsiadka miała rozmytą twarz i rozmytą głowę pełną rudych nieuczesanych włosów. Była dosyć tłusta i świecąca. Kurtka opinała się na jej poważnym ciele.

Było mi zimno w bose stopy. Ruda sąsiadka zniknęła. Żeliwny piecyk zgasł. Mieszkanie wystygło niczym herbata.

Szron skupiał światło w kryształkach. Brudnawe samochody stały w chorym szpalerze. Różowe okna przypominały płaty świńskiego mięsa. Dziury w elewacji były niczym oczy. Pnie ściętych ostatnio drzew świadczyły o zbrodni. Na pierścieniach po dębach i jesionach zadomowiły się puste małpki. Nad wszystkim wisiała wieża kościoła i kościelny komin, który wciąż dławił się gołębiem.

Za sąsiadką wyszli inni, bo ludzie pracy muszą wstawać wcześnie, żeby inni mogli spać. Pan z warsztatu, pan z budowy, pani z piekarni, pani z kwiaciarni. Matka zapinała guziki kurtki i chybotała się na krótkich nogach. Była jakaś niedopasowana do mroku. Za nią wyszedł ojciec: był sztywny i miał twarz bladą jak trupek.

Ludzie pracy muszą wstawać wcześnie, żeby ministranci i księża mogli spać do południa. Wydawało mi się, że słyszę puszczyka, ale przypomniałem sobie, że wycięli wszystkie drzewa. To była karetka. Do kogo mogła jechać o tej porze? Jeśli miałbym umierać, to chciałbym chociaż zdążyć się ubrać.

*

Wieczorem ludzie pracy wracali do domu. Właśnie się obudziłem. Miałem męczący sen, ponieważ mamusia dorabiała sobie w domu szyciem i stukała mi maszyną w głowę. W śnie pełno było morderstw, które zawsze idą za stukaniem. Poszedłem na korytarz, żeby odetchnąć. Patrzyłem przez dziurkę od klucza do mieszkania rudej sąsiadki. Chciałem zobaczyć kaszlącą. Była głośna. Ludzie walili w rury, kiedy kasłała.

– Flegamina, Flegamina, trupie z szafy! – krzyczeli.

Kaszląca miała produktywny kaszel, ale tak naprawdę nic nie robiła, tylko liczyła plamy wilgoci na suficie.

– Za moich czasów tego nie było – kasłała.

*

Chciałem udobruchać mamusię, przeprosić za węgiel i za spanie do wieczora. Powiedziałem słowo, ale mamusia przyłożyła palec do ust. Pokazała na kanapę, która uginała się pod ciężarem ojca owiniętego w całun. Leżał pod kilkoma warstwami ubrań: polarem, kurtką, czapką i jakąś brudnawą folią. Spał. Świszczał przez nos i usta.

– Pomóż mi, bo się spoci i rozpuści – powiedziała mamusia.

Rozbieraliśmy go na paluszkach trzymałem ciężkie ramię, mamusia ciągnęła rękawy, żeby przeszły przez grubą dłoń. Nie musieliśmy się martwić. Ojciec spał jak pustak zostawiony na placu budowy. Nie otworzyłby oczu, nawet gdybym pocałował go w zarośnięty policzek.

Został w samych portkach. Mamusia patrzyła na niego, jakby był jakimś uchodźcą albo bezdomnym psem. Miał chudziutkie, srebrzyste ciałko. Zdawał się blady i przezroczysty niczym płatek schnącego kwiatu. Mamusia przysunęła lampkę do przegubu ojca i zajrzała mu pod skórę. Widać było płynącą pod spodem krew. Pomyślałem, że ojca zrobiono z folii i mógłbym go rozerwać jednym pociągnięciem. Folię pokrywał szarawy nalot. Powinna być gładka i śliska, ale była bardzo szorstka. Dotknąłem ojca czubkiem palca.

Jego ubrania były ciężkie od cementu. Leżały w kącie niczym dowody czegoś wstydliwego. Mamusia pochyliła się i przegrzebała ojcu kieszenie. Sięgnąłem po jego koszulkę. Kruszyła się z trzaskiem, ulatywała z niej smużka pyłu. Mamusia znalazła pieniądze. Podłożyła banknoty pod światło lampy. Były bardzo cienkie. Zabrała je sobie, ale drobne zostawiła, na wódkę albo pączki.

*

Wracaliśmy do domu przez pola. Kontakt z przyrodą jest rzeczą najważniejszą, ponieważ w mieście upchnięto śmierdzący tłok. Skręciliśmy w polną dróżkę, która wiła się między ugorami. Kłosy ścięte przy samej ziemi straszyły nędzą: były ostre i twarde. Nasze stopy tonęły w błocie, ostry wiatr mieszał nam łzy w oczach. Pole zdawało się ciągnąć bez końca i byłem zły na mamusię, że nie pojechaliśmy autobusem.

Nie słuchała mnie. Usiadła na kamieniu i złapała się za głowę. Powiedziała, że nie może wytrzymać z bólu i prawdopodobnie tu zostanie.

Zaciągnąłem się i poczułem na języku ostrą woń opon i plastiku, mdły zapach popiołu. Pomyślałem, że mieszkamy w kopule, a środek wyznacza wieża kościoła, i odruchowo poszukałem wzrokiem iglicy wyprasowanej w kant. Mamusia trzymała się za głowę i bałem się, że ktoś nas zobaczy i sobie coś pomyśli. Nie chciałem, żeby uznano mamusię za wariatkę i zabrano ode mnie. Pociągnąłem ją za rękę. Zapadał zimny wieczór. Od stania w jednym miejscu zdrętwiały mi palce i nos. Słychać było szum samochodów, świsty wiatru i ciche postękiwanie mamusi.

Zszedłem na wyschnięte dno rzeczki. Przez jakiś czas chodziłem w tę i z powrotem. Znalazłem martwą jaskółkę. Nie wiedziałem, co zrobić. Próbowałem wygrzebać dziurę w dnie za pomocą patyka, ale ziemia była zbyt twarda. Bałem się, że zamarznę razem z tą jaskółką. Chciałem położyć się obok ptaka i zasnąć, ponieważ zapadał zmrok. Wtedy mamusia wstała.

Chwiała się, ale jakoś znaleźliśmy nasze osiedle. W domu mamusia kazała mi rozpalić w piecu. Sama usiadła do maszyny. Drżały jej dłonie, kiedy podsuwała ścieg pod igłę. Palce umykały przed szpikulcem. Pomyślałem, że zaraz któryś straci, ale bałem się odezwać, więc rozpaliłem ogień i schowałem ciało w swoim pokoju.

Mamusia wzdychała przy pracy. Zagotowała wodę i zrobiła sobie herbatę. Zawołała mnie, bym się rozgrzał. Patrzyłem przez kuchenne okno. Żółte światło lampy padało na aleję wyciętych drzew. Wśród pni krążyła córka księżyca.

– Córka księżyca znowu się zgubiła. To straszne, ale choroba nie wybiera. Nie możemy narzekać, tylko dziękować Bogu – powiedziała mamusia.

– Ona bardzo lubiła te drzewa. Mógłbym zaprowadzić ją do domu.

– To idź.

Córka księżyca miała lśniące wodogłowie. Wyglądała w świetle żółtej lampy niczym wata cukrowa o smaku cytrynowym. Jak byłem młodszy, to chciałem oberwać córce księżyca dolną wargę i spróbować smaku. Teraz patrzyła w niebo. Przestępowała z dłuższej nogi na krótszą, ale nie mogła się tak łatwo wrócić.

– Wycięli wszystkie drzewa. Chcę zobaczyć ojca – powiedziała z głową zadartą ku niebu.

– Po co?

– Po prostu tęsknię.

Patrzyliśmy razem. Wydawało mi się, że głowa córki księżyca pęcznieje od zimna. Przypominała mi jajko. Nad miastem wisiała gęsta czarna chmura zrodzona z tysięcy kominów – i kościelnego. Ta chmura nie dopuszczała do nas ani światła gwiazd, ani księżyca.

– Od dawna go nie widziałam.

Patrzyłem w głębokie czarne oczy córki księżyca. Zdawało mi się, że widzę w nich rozpacz. Głowa dziewczynki była teraz szarawa. Blask zgubił się gdzieś po drodze. Odprowadziłem ją do domu. Otworzyła mi matka, samotna kobieta, którą dawno temu zostawił ojciec córki księżyca. Była potężną kobietą o dużych ustach i szerokich barkach. Nie miała w sobie ani grama zwiewności, ale zdawała się lekka, ponieważ kochanek zostawił jej coś białego pod skórą.

– Wciąż nie widać księżyca? – zapytała. – Ona musi codziennie na niego patrzeć. Tak nie powiedział lekarz, ale to prawda. Zobacz, straciła prawie cały blask. A kiedyś miała go tyle, ulewało się. Służyła mi za lampę i oszczędzałyśmy na rachunkach.

*

Skończyła się poranna msza. Maleńki Tomasz powiedział, że przyniesie nam czarnego gołębia, który wpadł do komina, bo nie można oddychać, kiedy komin się krztusi. Tomasz był zwinny, ponieważ Bóg poskąpił mu kręgosłupa. Umiał polizać własny kark albo dotknąć głową łydki.

Przysunęliśmy drabinę ukradzioną palaczowi do muru kościoła. Maleńki Tomasz wspiął się po przęsłach i stamtąd przeskoczył na dach. Pomachał nam z góry. Wyglądał na tle białego nieba jak pająk albo kruk.

Stara bielutka kobieta wytoczyła się z kościoła, ulicą przechodził młody mężczyzna w czapce z napisem „Łódzka Kurwa Sportowa”. Czyjś wrzask sprawił, że stopa Tomasza omsknęła się na dachówce. Czarna sylwetka zachwiała się i spadła w trawę świeżo przyciętą przez palacza.

Byłem pewny, że maleńki Tomasz umrze. Pomyślałem sobie o skręcaniu króliczych karków na pasztet. Jego noga wyglądała okropnie. Kość przebiła skórę przezroczystą jak szklanka. Na naszym osiedlu wszyscy mieli cienkie skóry.

Rzuciłem się na kość i przycisnąłem ją obcymi dłońmi. Maleńki Tomasz wrzeszczał i przypominał Chrystusa, który się rozmyślił.

Niebieskie światło rzuciło gwałtowny blask na ściany kościoła. Ambulans wtoczył się na trawnik. Karetka pękła jak szklana butelka upuszczona na chodnik i zabrała Tomasza ze sobą. W rękach olbrzymich ratowników Tomasz wyglądał jak mróweczka.

Czarne gołębie patrzyły na nas z rynny i gruchały radośnie.

*


Kruk prężył się przy rancie drewnianego stołu. Chwytał krawędzie suchymi palcami, które zdawały się bielsze, niż były naprawdę. Nie założył sutanny, tylko bawełniany sweter i koszulę w paski. Był przystojny i biały. Na brodzie miał czerwone zadrapania po goleniu. Wyglądał jak student. Rozmawiał z mamusią przyciszonym głosem. Uśmiechał się z zadowoleniem. Jego wargi były jak rozedrgana skóra na bębnie. Nieustannie się poruszały. Mamusia milczała niczym woskowa dziewica, ale na policzkach zdradzały ją buraczkowe rumieńce.

Uchyliłem drzwi do kuchni. Kruk wzdrygnął się i rzucił mi surowe spojrzenie.

– Rozmawialiśmy o katechezie. Opuszczasz moje lekcje zbyt często. Wolisz spędzać czas w inny sposób.

Mamusia zawiodła się na mnie. Była zdenerwowana. Nie chciała urazić Kruka.

Kruk uśmiechnął się. Kruk był przebiegłym lisem. Poczułem intensywny zapach wody po goleniu. Był to zapach mężczyzny. Ojciec go nie znał.
Kruk wykonał dziwaczny ruch i strącił filiżankę ze stołu. Porcelana pękła, gęsta ciecz wsiąknęła w zagłębienia fug. Zdenerwował się, wstał i ruszył do przedpokoju. Założył buty i wciągnął długi, czarny płaszcz z grubego materiału. Cieszyłem się, że zdołałem go przestraszyć.

Zostawił za sobą otwarte drzwi. Korytarz wpychał się do naszego mieszkania i podbierał nam światło. Wielkie oko patrzyło w nasze małe oczka. Mamusia zastygła przed telewizorem.

Musiałem zamknąć drzwi po Kruku, chociaż nie był moim gościem.

*

Ziemia była twarda, piłka przypominała w dotyku kamień. Płuca mnie bolały, bo musiałem oddychać. Przyłożyłem dłoń do ust. Po kilku oddechach była czarna. Ciała ministrantów zamieniły się w kwadraty.

Graliśmy na placu za kościołem. Było tu nierówno i co chwila ktoś się przewracał. Trawa nie odrosła po letnich suszach. Dostałem piłkę, ale zanim zdążyłem wykonać zamach, ktoś odepchnął mnie i upadłem. Ziemia uderzyła mnie po udach, biodrach i plecach. Nikt nie zwrócił uwagi, więc leżałem. Nie chciałem patrzeć na obolałą nogę. Bałem się, że kość wystrzeliła z przezroczystej skóry.

Maleńki Tomasz siedział na odrapanej ławce ze sztywną nogą wystawioną przed siebie. Kule leżały daleko i maleńki Tomasz nie mógł się ruszyć. Kiedy tylko usiadł, chłopaki zabrali mu kule, żeby poudawać kaleki. Później wyrzucili je daleko i zaczęliśmy grę. Maleńki Tomasz wolał zamarznąć niż się czołgać. Udawał, że wszystko w porządku. Wodził wzrokiem za akcją. Pojawił się za nim następny kwadrat, tylko większy. Zwalista postać przypatrywała się meczowi. Rozpoznałem mojego ojca i zawstydziłem się. Chłopcy przerwali grę. Patrzyli po sobie i po mnie. Nie wiedzieli, co robić. Myślałem, że rzucą się na niego z pięściami, ale zebrali się w kole i zaczęli głośno śmiać.

Dopiero później wstałem. Noga nie była złamana. Nikogo wokół nie było, ale wieże kościoła zwisały nade mną niczym nadmuchane sople zdolne przebić serce na pół.

*


Chciałem spytać mamusię o Kruka, ale nie wiedziałem, od czego zacząć. Kruk zdawał mi się przystojny i zastanawiałem się, czy mamusia może go kochać w ten sposób. Wciąż bolała ją głowa, więc tłumaczyłem sobie, że potrzebowała spowiedzi, żeby zrzucić z siebie trochę bólu. Mamusia była delikatnym skrzydłem ćmy. Pasowała do gładkich dłoni Kruka.

Tymczasem prała ubrania ojca. Odetchnąłem z ulgą. Ubrania były sztywne, ale ojciec pochował pieniądze gdzie indziej. Mamusia znalazła niedopałki, tytoń i ulotkę z rozebraną kobietą.

– Ona jest dorosła. A my zostaniemy dziećmi na zawsze – powiedziała.

Zmięła ulotkę i rzuciła kuleczkę w kąt. Podniosłem ją ukradkiem i rozprostowałem. Piersi kobiety były rozpłaszczone jak plasterki wędliny. Oblizałem usta. Czy prostytutki łamią ojcowskie ciało w miękkich palcach?

Cement został pod paznokciami mamusi. Inne matki malowały sobie paznokcie, ale mamusia miała palce spracowane od szycia. Cement do nich pasował i pomyślałem, że to nic złego, że nie nosi obrączki, bo cement łączy ją z ojcem mocnym węzłem. Na twarzach osiadał nam pył i kaszleliśmy wspólnie.

Mamusia oparła się plecami o ścianę i zaszlochała cicho. Otarła łzy koszulą ojca. Na policzku została jej szara smuga.

– Boli cię? – spytałem.

– Tak.

Kazała mi uklęknąć przy łóżku i modlić się do obrazka po pierwszej komunii. Wszedłem na łóżko i zniszczyłem pajęczą sieć, która oblepiała papieża. Wszyscy jesteśmy uwikłani, pomyślałem górnolotnie. Lepiły mi się palce. Czarny kłębek pajęczego ciała był szorstki w dotyku.

– Już się nie modlisz – powiedziała mamusia.

Kazała mi uklęknąć ponownie. Oparła czoło o materac. Nie ruszała się przez chwilę. Znowu podniosła wzrok na obrazek, znowu zastygła.

– Jestem chora.

– Nie.

– Tak.

– Czy palisz papierosy. Czy pijesz wódkę. Czy robisz inne rzeczy.

– Nie. Nie. Dlaczego.

Zmówiliśmy dekalog. Mamusia powiedziała, że ma przeczucia, ale wierzy w Kruka i woskową dziewicę. Domowe sprzęty wykrzywiły kontury. Chciałem przytknąć ucho do ściany i posłuchać kaszlącej, ale przeszkadzała mi mamusia. Zasnęła oparta czołem o materac. Zasnęła na klęczkach i nie mogłem jej dobudzić, ale w końcu nie umarła i poszła do siebie.

– Nie widać księżyca – powiedziałem, gdy stała w drzwiach.

– Co?

– Nie widać księżyca.

– To dobrze. Nie mogę spać, kiedy świeci.

*

Zachorowałem od leżenia na gruncie przeżartym mrozem, więc miałem czas, by patrzeć na podwórko, ulicę i okna sąsiadów. Użyłem plasteliny, by zakleić szczeliny w parapecie i oknach, przez które dostawał się do środka wiatr i zimne powietrze.

Nie zauważyłem niczego ciekawego. Kruk nie pokazywał się u nas. Mamusia mówiła, że ma na głowie bogatszych ludzi. Biedni są smutni i agresywni. Nie mówią niczego ciekawego, tylko chodzą w grubych kurtkach kupionych na straganie i warczą na siebie. Mamusia chciała, by odwiedził ją Kruk, dlatego miała za złe naszym sąsiadom, że są niekulturalni z domu.

Nudziło mi się patrzenie, więc chodziłem do rudej sąsiadki i kaszlącej. Patrzyłem na lichą szafę. Kiedy rozlegał się kaszel, drżała cała meblościanka i kryształy delikatnie pobrzękiwały. Chciało mi się śmiać.

– Dawno nie widziałem córki księżyca – powiedziałem. – Gdzie ona jest.
Ruda sąsiadka otarła wargi z okruchów ciasta. Zamyśliła się. Patrzyła na szafę. Pomyślałem, że duchy są wśród ludzi i nie ma większych różnic między życiem a śmiercią.

– Córka księżyca leży w domu. Straciła światło, ale ona nie udaje choroby i niedługo umrze.

Pożegnałem się i poszedłem na górę. Schody trzeszczały jak stare gałęzie. Otworzyła mi żona księżyca. Zaprosiła mnie do środka i poczęstowała gorącą herbatą pozbawioną smaku. Mój język zamienił się w ręcznik. Nie mogłem strzepnąć z niego twardego nalotu. Żona księżyca wskazała na okno. Zapadł zmrok i ciemność rozświetlały tylko żółte lampy oraz szyld sklepu spożywczego.

– Nie widać księżyca – powiedziała żona księżyca. – Córka potrzebuje światła do życia.

– Czy mogę ją zobaczyć?

Żona księżyca nosiła fartuch poplamiony błyszczącymi, tłustymi plamami i musiała się odrobinę zastanowić. Ona także tęskniła za księżycem, bo żaden inny kochanek nie przynosił światła, wszyscy mieli w zanadrzu tylko ciemność.

Wielka głowa córki księżyca zszarzała. Przypominała gniazdo porzucone wśród zboża. Dziewczynka spała, ale co jakiś czas otwierała oczy i patrzyła w sufit, jakby chciała go zassać i połknąć.

– Lekarz mówi, że to depresja – powiedziała żona księżyca. – Depresja klimatyczna. Ale to nieprawda, bo ona tęskni za swoim tatą.

– Gdzie jest?

– Pojechał za granicę i nie wrócił – skłamała.

Nachyliłem się do córki księżyca. Chciałem pocałować ją w olbrzymią głowę, ale pocałunki nie sprowadzają światła. Patrzyłem przez okno. Niebo było puste, chmura pęczniała.

– Pomogę ci – powiedziałem.

Córka księżyca zastygła. Mógłbym zanurzyć dłoń w jej skórze. Przeszłaby wskroś jakby granica skóry była zimną taflą wody.

*

Palacz walczył z mrozem o miasto. Zima ściskała domy i szyby, lecz komin ogrzewał ściany pyłem, wypluwał na zewnątrz podmuch i rozpuszczał niebo. Kościół rósł jak balon i zdawało się, że odleci w kosmos. Nasze domy i ulice wiły się przed nim i błagały o łaskę. Kruk stał w oknie swojej sypialni i ogarniał wzrokiem parafię. Czuł w gardle gulę albo zadrapanie, bo nie założył szalika.

Spadł przypadkowy śnieg. Palacz odpowiedział wycieczką do miasta. Wrócił z taczką pełną węgla. Czarne kamienie wydawały się większe i twardsze, niż wcześniej. Palacz parł taczkę po cienkim śniegu i sapał. Kilka kawałków węgla spadło na ziemię i utworzyło węglowy ślad wzdłuż kościoła.

Palacz zszedł pod ziemię. Słońce zachodziło nad miastem z krwawym uśmieszkiem. Wtedy palacz nakarmił piec i słońce zniknęło za gęstym dymem. Śnieg na dachu kościoła stopniał. Strużki wody skapywały z rynien i rozmywały węglowy ślad w szarą breję. Palacz był podniecony swoim zwycięstwem i upił się z radości.

Kruk założył czarną, grubą pelerynę i wyszedł przed kościół. Szedł po węglowym śladzie i ślizgał się na prawie roztopionym śniegu. Obserwowałem go zza tui rosnących przy kościele. W końcu oddalił się, powiewając płaszczem nad brudnym chodnikiem. Jego eleganckie półbuty plaskały w brei.

Wszedłem do zakrystii. Stamtąd do prezbiterium i stanąłem w końcu przed ołtarzem. Było ciemno. Świeciła tylko wieczna lampka, ale i tak zachłysnąłem się z przerażenia. Miałem ochotę uciec. Ogromny ołtarz pokrył mnie wielkim palcem, przycisnął do podłogi.

Święci patrzyli na mnie z uwagą. Ich twarze kąpały się w cieniu i kurzu. Byli pająkami i szybowali w górze.

Hostia błyszczała w nikłym świetle. Była czysta, ale zmieniła się w bryłkę węgla i zaschła kościołowi w gardle.

Woskowa dziewica była biała i lśniąca. Rozganiała mrok wokół siebie. Była płatkiem śniegu albo księżycem. Zebrałem się w sobie i objąłem ją wpół. Nie chciała się ruszyć. Była sztywna jak kłoda drewna.

Woskowa dziewica nosiła w sobie światło. Woskowa dziewica potrafiła leczyć ludzi z szarości i mroku. Musiałem wziąć ją ze sobą i przyłożyć do czoła córki księżyca. Musiałem nakarmić olbrzymią głowę księżycem.

Pociągnąłem woskową dziewicę z całej siły. Zatrzęsła się i zwaliła na mnie całym woskowym ciężarem. Próbowałem utrzymać ją przed sobą, ale ześlizgnęła się i upadła na posadzkę. Rozległ się straszny huk. Później ogromna cisza. Igiełki ciszy tańczyły na ołtarzu i klęczniku. Wieczna lampka drżała na czerwono. Hostia rozmyła się w kropelce potu. Posadzkę pokrywało woskowe ciało w tysiącu kawałków. Wielkie kwadratowe bryły leżały obok maleńkich kłosków. Drobinki potoczyły się w najdalsze zakątki świątyni i świeciły tam niczym odpalone latarki. Dostojna twarz woskowej dziewicy wyglądała niczym odłupany blok lodu.

Sięgnąłem po woskowy sopel i wsadziłem go sobie do kieszeni. Wybiegłem przed zakrystię. Uciekałem węglowym śladem i wpadłem na zwalistą postać śmierdzącą wódką, wilgocią i spalenizną. Palacz zachwiał się. Stanął szeroko na nogach. Rzucił się ku mnie na oślep, ponieważ wyczuł złodzieja. Nie trafił, upadł w błoto i, zanim się podniósł, zdążyłem uciec między kamienice.

Woskowy sopel pił mnie w udo. Wyciągnąłem go i biegłem, ściskając w zaciśniętej dłoni jak nóż.

*

Przyłożyłem sopel do czoła córki księżyca. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się. Nasmarowałem woskiem wielką głowę dziewczynki. Blade wargi zadrżały. Włożyłem między nie sopel. Zaczął topnieć. Na ustach córki księżyca osypał się blask podobny do brokatu.

– Niedługo zobaczymy księżyc – powiedziałem.

– Nikomu nie powiem – powiedziała żona księżyca.

– Dziękuję.

Żona księżyca chciała, żebym wyszedł. Bała się powództwa o podżeganie, bo nie sądziła, że ktoś uwierzy w stan wyższej konieczności. Czekała, aż odejdę od łóżka córki księżyca. Każdy na naszym osiedlu znał woskową dziewicę w całości, dlatego widok sopla wprawił żonę księżyca w zakłopotanie.

– Znalazłem blask na ulicy – powtórzyłem.

Córka księżyca pocierała czoło, które obrastało w powiększający się z każdą chwilą guzek lśnienia. Wielka głowa rozbłysła niczym abażur.

*


Mamusia była w nastroju apokaliptycznym. Śniła o głowie – że odpada i toczy się z ramion jak ciekawa rozmowa. Mamusia miała główkę maleńką i czarną: podobną do wysuszonej śliwki. Co mieściło się w główce mamusi? Tylko sny trujące niczym opary z komina. Wyobrażałem sobie środek tej główki: ciasne pomieszczenie, do którego ktoś napuszcza gazu i wrzasków.

Mamusia wstawała w nocy, bo nie mogła zasnąć. Znajdowałem ją nad ranem przy stoliku w kuchni. Wyglądała niczym kościelna figura, którą zapomniano złożyć do kupy. Stała przed nią szklanka wody, którą mamusia usiłowała wypić. Plastikowe pudełeczko z lekami było rozgrzebane. Listki wystawały z pudełek jak drwiące języki.

Mamusia nad ranem była zmęczona. Miała opuchnięte nogi: żylaki zdążyły nabiec krwią, bo mamusia zdążyła się nabiec po całym domu. Biegała z zamkniętymi oczami, przewróciła się o starą kanapę i prawie zrzuciła telewizor.

Była w nastroju apokaliptycznym. Ze wszystkich stron wyczuwała sygnały tragedii, która wsiąkała w podszewkę świata niczym woda w miękką glebę. Tragedia pożerała świat za pomocą ostrych zębów.

Mamusia chodziła do pracy, ale wstawanie w nocy, przesiadywanie w kuchni i udawanie zamkniętych oczu kosztowało ją wiele wysiłku. Musiała wykosztować się na halucynacje, obrazy płonącego świata, wysłuchiwanie wrzasków z zimnych, zalanych strachem wnętrz. Na obowiązki – gotowanie, sprzątanie i szycie – nie starczało waluty, czyli żył, które musiała sobie wypruwać na każdym kroku. Stawiała kroki z trudem i nie wiedziała, dokąd pójść.

Tylko kościół ją przyciągał. Kruk miał w sobie jakąś magnetyczną siłę: może siedział nocami na wieży pośród gołębi i krakał w języku słyszalnym tylko dla schorowanych kobiet.

*


Kruk mówił z ambony słowami. Był czarny i rozłożysty. Kręciło mi się w głowie, miałem lekki żołądek, bo przed mszą poszliśmy w krzaki na łyk wódki i papierosa. Kościół gęstniał i dźwięki bolały mnie w uszy. Całe ciało miałem wiotkie. Nosiłem rybie ciało, dobre do kłucia widelcem.

Poszatkowane zwłoki woskowej dziewicy uprzątnięto. Nie patrzyłem w puste miejsce. Chodziły plotki, że Kruk rozważa zakup stalowego archanioła, żeby wypełnił wakat. Stalowy archanioł miałby system alarmowania: mógłby ziać ogniem niczym smok.

Po mszy wciąż miałem brudne dłonie. Maleńki Tomasz siedział w zakrystii, bo miał karę na służenie. Rozdziawił szczerbatą paszczę na nasz widok. Kruk był milczący i zirytowany. Zrzucił szaty liturgiczne i sutannę. Jego napięte ramiona rozluźniły się na moment. Zmierzył nas czujnym i ptasim spojrzeniem. Spuściłem wzrok. Byłem pewny, że się domyślił. Któryś z milczących wtedy świętych mógł szepnąć mu do ucha prawdę. Kruk wyszedł bez słowa. Na szczęście nie miał dostępu do świętych.

Palacz wystawił do nas swoją pijaną gębę. Zapraszał do pieczary, ale nie chcieliśmy zejść. Maleńki Tomasz rzucił w niego butelką. Chciał ukarać palacza, bo wszyscy mówili, że to on zrobił. Szkło rozbiło się o cementową ścianę przybudówki. Palacz wylazł na zewnątrz i zachwiał się. Jego oczy były dzikie i straszne. Twarz przybrała czerwoną barwę. Zarósł, wyglądał niczym małpa. Śmierdział wódką, wymiocinami i strachem.

Palacz wrzeszczał, że jesteśmy tchórze. Usiłował pochwycić któregoś z nas, ale maleńki Tomasz uderzył go laską w kolano i palacz upadł na kostkę pokrytą cieniutką warstewką śniegu. Trzymał się za nogę i zwijał z bólu, złorzecząc nam i bełkocząc. Prawie nie miał zębów, dlatego jęki, które z siebie wydobywał, przypominały wycie zarzynanego psa.

– Obrzydliwy alkoholik – powiedział maleńki Tomasz.

Ojciec maleńkiego Tomasza prawie codziennie był pijany. Pokiwałem głową. Palacz zdołał wstać. Chybotał się z nogi na nogę, ale nie pobiegł za nami. Tomasz kuśtykał, pomagając sobie laską. Pomyślałem, że cieszy się z męki palacza, bo wynagradza mu mękę zadawaną przez ojca jak pracę domową.

*

Policja zabrała palacza. Okazało się, że zniszczył woskową dziewicę po pijaku. Został oskarżony o kradzież, wandalizm i obrazę uczuć religijnych. W kościele było zimno i nieprzytulnie.

Kruk odwiedził nas, bo nie miał dokąd pójść. Mamusia spowiadała się ze swoich bólów, krzyków i przeczuć. Powiedziała Krukowi o końcu świata, że widzi go w snach. Mówiła ze szczegółami: płonące domy, zalane cmentarze, puste tunele, ślepe dzieci, popiół na wargach i ustach, tysiące maleńkich, czerwonych ludzi bierze sobie nasze domy w posiadanie, dym odwraca nam gardła na drugą stronę.

Mamusia otwierała się przed Krukiem jak martwe ciało pod dotykiem noża. Kruk był zimny i twardy niczym nóż kuchenny. Nie odezwał się ani słowem, chociaż miał być źródłem nadziei. Bębnił czystymi palcami w stół i rozglądał się po mieszkaniu. Było prawie puste. Jak mieszkanie duchów albo mieszkanie, z którego ktoś zamierza zbiec.

– To wszystko nieprawda – powiedział Kruk.

– Jak to? – zapytała mamusia.

– Zostaw strachy Bogu. On doprowadza rzeczy do końca. W swoim czasie, bo na wszystko przychodzi czas.

– Nie wierzysz mi?

Kruk wzruszył ramionami.

Mamusia chorowała, ale nie przyjechała po nią żadna karetka. Dopiero kilka dni po wizycie Kruka ambulans wtoczył się na podjazd. Rzucał niebieskie światła w okna, ostre sygnały w uszy i szkło.

Zabrali córkę księżyca na oddział psychiatrii dziecięcej do innego miasta. Szpital był przepełniony. Córka księżyca musiała leżeć na korytarzu. Zastanawiałem się, czy w tamtym mieście widać księżyc i codziennie ich wypatrywałem.



Łukasz Barys – autor książki poetyckiej Wysokie słońce.