Suk

Żołnierze się boją
kamery. Czego te zdjęcia, suku?
Nie, nie, tylko jej mówi fotograf.
Tylko moje, tylko moje mówię.
Pomaga czarna sukienka, trochę nad kolano.
Dziewczyna uczy się pokazywać, ile trzeba.
Żołnierz kiwa głową, opuszcza ją.
Ludzie z ekipy przypominają mi, żebym powiedziała

Nie stąd, żebym powiedziała pół na pół,
żebym mówiła głównie po angielsku.
Ludzie zawsze są życzliwsi dla obcych.
Miasto pożre swe dzieci,
chyba że ich nie rozpozna.

A zatem ja, z tego miasta,
ja, która wychodzę przed widzów i nazywam to miasto,
wypieram się go w samym jego sercu,
wypieram się go przy starej bramie miejskiej.
Mówię bonjour, mówię thank you, gubię
akcent i naśladuję mowę kolonizatora.
Co masz na myśli, gdy mówisz miasto rodzinne?

Ludzie z ekipy wygłaszają uwagi na temat jakości
światła przebijającego przez blaszane dachy,
udawaj, że nikt nie patrzy mówią.
Ale patrzy typ z espresso i papierosem,
i nastolatek sprzedający baterie,
i mężczyzna z sziszą, i kobieta
w sklepie odzieżowym, może jego żona.
Pięknie, mówi fotograf, spróbuj, mówi
trzymać ramiona równo. Krzyżuję je i rozkrzyżowuję,
przypominam mu, że pora na drugi kostium.
Dziewczyna uczy się nie pokazywać zbyt wiele.

Właściciel sklepu, który dał nam miejsce, żeby się przebrać,
opowiada mi historię tej prastarej ulicy,
opowiada o strzelaninach sprzed kilku lat,
mówi i wszystko to byli sąsiedzi,
nic nie działa, nic nie działa, mówi,
opowiada, że jego wuj przychodzi tu co rano
tylko po to, by wziąć kąpiel i nakarmić tego kotka.
Nie mówię mu, że słyszałam ogień z domu.

Unoszę brwi. Kręcę głową.
Zmieniam język zmieniam ubranie
Cicha ja karnawałowa ja hipokrytka ja.
Co masz na myśli, gdy mówisz bluźnierstwo?

Spojrzenia mniej ciążą, gdy mam na sobie dżinsy.
stoję na środku ulicy,
pamiętając, by ustąpić pierwszeństwa motocyklom,
ustąpić staruszkowi z torebką mięsa mielonego,
ustąpić matce i dwóm córkom.
Ludzie z ekipy przypominają mi, żeby na trzy
odetchnąć, bo zdjęcie wyjdzie lepiej.
Gdy się zwijamy, ktoś krzyczy, Z buziakiem!
Śmiejemy się. Co masz na myśli, gdy mówisz ciało?

Nazywają to miejsce Targiem Pszenicznym.
Dawniej zbierano tu żniwa.
Nazwy przestają czasem należeć do swych dzieci,
zresztą czy to ważne? Kiedyś myślałam,
że cmentarze są daleko od miasta.
Myślałam, że mój cień nie bierze się ze mnie:
matka znalazła mnie na korytarzu,
gdy – dwuletnia, przerażona – próbowałam od niego uciec.
Podnoszę wzrok – 1 2 3, 1 2 3,
kamienne łuki,
plakaty polityków,
czerwona, koronkowa sukienka
skrząca się nad nami na sznurku.

Makam

Mówisz, że jeśli umrę, dasz włosom
posiwieć, zapuścisz je i udasz się
w mroczne miejsce, powoli bowiem
zapominasz, co oznacza Mekka.

Tam, skąd pochodzimy, ty i ja,
makam oznacza dom, oznacza muzykę; Koran
można czytać tylko jako pieśń; szajch recytuje Fatihę
jakby budował dom pośród wersów, ajatów.

Oboje nadaliśmy córkom imię Aja i gdy pytają
o nie, puszczamy im święte wersety, słuchamy,
jak szajch zatrzymuje się ile trzeba nad każdą literą,
jak zebrani klaszczą i pogwizdują – czy to Umm Kulsum?

pytają nasze córki. Ten szajch, on zna wszystkie
swoje makamy, mówi Bóg jest największy, a wierzący
i niewierzący pospołu odpowiadają Allah, Allah,
gdyż Ziemia to taka mała planeta i, popatrz,

tam jest Itaka, niemal zawsze na horyzoncie –
dryfuj, przyjacielu. Itaka, mówi Homer, choć jest skalista,
rodzi dobrych mężów, jednak, ach, kobiety, kobiety
wiedzą, jak dać schronienie ciałom topielców. Śpiewają

W imię Krzyża, w imię Boga, Miłosiernego. W Syrii
dziecku amputowano nogi, bo zapuściło się
na pole minowe, by jeść trawę. Nadal ma dwoje oczu,
dwie ręce, usta. Bóg jest największy, największy, zostań

ze mną trochę dłużej, w świetle. Zapalasz dwa papierosy
w tej samej chwili, dajesz mi jednego. Jutro polecisz
na Lesbos, tłumaczyć. Uchodźcy powiedzą szaj, a ty powiesz
herbata, dom, Mekka, Itaka, makam, makam, makam.

Uwagi w kwestii szminki

Kupiłaś dziś nową szminkę. Jadłaś
gorzką czekoladę, słuchałaś przyjaciółki
mówiącej o małżeństwie. Widziałaś noworodka
w wózku i cię to nie ruszyło. Czujesz ulgę
że nogi twoich dzieci nie spoczywają już na twoich
biodrach, że pasy bezpieczeństwa zapinają
same. Twoja starsza córka
właśnie skończyła 10 lat i uczy się
przysyłać ci wiadomości w rodzaju
„Zachowaj luz i kochaj mamę”.
W samochodzie naśladowała twój styl tańczenia.
Poczułaś się przez to trochę nieśmiertelna.

Szminka, którą kupiłaś, nosi nazwę Śliwka.
Ładnie pachnie. Uczysz się kochać odważniejsze
kolory na ustach: czerwień, blady fiolet, fuksję. Chcesz
wyjść któregoś dnia i kupić zieloną szminkę.
Powinna być taka szminka „Wyjść Któregoś Dnia
i Kupić Zieloną Szminkę” albo „Na Okrągło Rozmawiam
o Małżeństwie z Moimi Dziewczętami” albo
„Dziś Wieczorem Się Zabawię” albo
„Bo Życie Jest Za Krótkie”. Tyle że dziś wydawało się długie

na tyle, byś znów sięgnęła po stare kosmetyki.
Dałaś córce szminki, które złamała
i zabroniłaś ruszać nowych. Postraszyłaś ją, skinęła głową
i ucieszyła się z prezentu. Życie było długie na tyle
byś mogła wyjść przed zachodem słońca, bo potrzebowałaś
pomidorów i hipnotycznego o tej porze dnia światła.
O pomidorach przypomniałaś sobie dopiero przy otwarciu lodówki,
o pięknym świetle dopiero kiedy w nie
wjechałaś. Świat oddychał wolniej

i kochałaś to tak, jak kochasz swe dzieci,
aż do bólu, gdy śpią, gdy cisza
sprawia że tęsknisz za ich głosami
które uciszałaś popołudniu.
Albo tak, jak wtedy, gdy szepczesz śpiącemu
mężowi, że ci go brak, prosisz
by rano pamiętał te słowa,
a on nie pamięta. Rozmawiacie o małżeństwie.
„To tylko świstek papieru”, mówi,
a chce przez to powiedzieć: „Nie bój się.
W tym wszystkim wciąż jesteśmy my”.
Kto pamięta cokolwiek w porannym otumanieniu?

Obudziłaś się dziś, wyczekując godzin,
uśmiechając się w łóżku jak dziecko podniecone
wyprawą na plażę. Spytałaś, zaskoczona,
„Z czego znowu tak się cieszę?”.
Powoli wyczarowałaś dom
który pokazał ci agent nieruchomości:
pusty, przestronny, pełen słońca i kurzu.
Może byłaś poruszona, gdy zobaczyłaś
dziecko. Może mówisz, że nie żałujesz,
że nie będziesz miała tamtego, które w grudniu
poczęło się w tobie. Wzięłaś tabletki. Krwawiłaś. Płakałaś.
Chcesz mieć pustą macicę i tańczyć.
Chcesz ramion tak silnych, by udźwignęły
ten ciężar i nowy dom.
Gdy twoją córkę poproszono, by wplotła
w zdanie „z”, napisała: „Pochodzę z matki”.
Uznałaś, że niezgorszy z ciebie kraj.
Zaczyna się noc. W oddali migocze samolot.
Na lotniskach, w domach, przy ulicach czekają nowe i stare miłości.
Użyjesz nowej szminki. Nazwiesz ją:
„Wyłącznie Pragnienie i Język, Popatrz na Nas”.
Twój mąż nie będzie stał bez ruchu
do zdjęcia. Wstaniesz, gdy
zabrzmi twoja ulubiona piosenka.



Zeina Hashem Beck – libańska poetka i aktywistka; pisze i publikuje w języku angielskim. Za swój drugi zbiór, Louder Than Hearts, otrzymała w 2016 roku May Sarton New Hampshire Poetry Prize, a w 2017 roku „Magazine” wyróżnił jej wiersz Maqam Frederick Bock Prize.

Krzysztof Cieślik (ur. 1985) – tłumacz, krytyk literacki. Na stałe związany z „Plusem Minusem” i „Dwutygodnikiem”, przez dziewięć lat recenzował książki w „Polityce”. Doktorat poświęcił Norwidowi i antropologii ewolucjonistycznej. Przekładał m.in. Paula Bowlesa, Jonathana Safrana Foera, Dona DeLillo, Charlesa Simica, Hariego Kunzru i Louisa de Bernièresa.

Artur Denys (ur. 1992) – mieszka i tworzy w Poznaniu. Jest projektantem graficznym, ilustratorem i tatuatorem. Głównym motywem jego prac jest sztuka antyczna. Uwielbia grubą linię, wyraźne kolory i wektor.