Krzyżówka

Matka rozwiązuje na kolanie panoramiczną. Siadam po turecku na drugim końcu kanapy, tuż przy zagłówku, ręce kładę równiutko na łydkach. Matka od czasu do czasu rzuca w przestrzeń hasło, oczekując ode mnie natychmiastowej i prawidłowej odpowiedzi. „Mleczko kauczukowe, druga A” – „Lateks”. „Krasomówca” – „Orator”.

Wpatruję się w nią uporczywie, czekając, aż odwróci głowę w moją stronę. Za oknem śmieciarze opróżniają pojemniki pod domem sąsiadów.

– Mamo. – zaczynam, stawiając wyraźną kropkę na końcu. Żadnej niepewności, żadnych znaków zapytania czy wielokropków.

Nie odrywa wzroku od krzyżówki.

– Pamięta mama, jak ostatnio mama pytała, skąd mam te filmy?

– Nie pamiętam.

– Pytała mama.

Za oknem słychać dźwięk tłuczonego szkła. Matka przenosi wzrok na firankę i krzywi się lekko.

– Ten znowu upił się wczoraj – mówi. A gdy przez chwilę nie odpowiadam, ciągnie: – Znowu się ciskał.

Wbijam wzrok w skórki przy paznokciach prawej dłoni. Powinnam o nie bardziej zadbać, inne dziewczyny mają ładne paznokcie, powycinane skórki, kolorowe lakiery. Te moje jakieś takie zapuszczone, krzywe, zarośnięte. Wstyd.

– Ostatnio znowu obraził się za coś, cholera go wie, za co, i nie chciał zjeść kolacji. Naprawdę wielka mi kara – ciągnie coraz głośniej i coraz wyższym głosem. – Mówiłam już tyle razy: jak mu się nie podoba, to niech sobie znajdzie inną, proszę bardzo. Wszystko tu ma zrobione. Posprzątane, wyprane, palcem nie musi kiwnąć.

W końcu spogląda na mnie. Czuję na sobie jej wyczekujący wzrok, ale uparcie dłubię przy paznokciach. Nie dam się kolejny raz wciągnąć w tę rozmowę. Odrywam kawałek skórki przy kciuku i na palcu pojawia się kropelka krwi. Matka rzuca się na nią jak rekin.

– Przestań dłubać w tych skórkach. I zrób coś z tymi paznokciami, jak to wygląda? Żeby dziewczyna w twoim wieku miała takie zaniedbane paznokcie! – Doskonale wiem, do czego to zmierza, więc natychmiast przestaję dłubać w skórkach. – Wzięłabyś się za siebie. Nie wstyd ci tak wyglądać?

Czuję, że nie obróciła się w moją stronę cała, przekręciła tylko głowę jak gołąb i patrzy na mnie dobrotliwie. To tylko troska, tylko martwię się o ciebie. Nikt cię nie zechce, jak będziesz gruba. Znowu nie mieścisz się w trzydzieści osiem, znowu trzeba kupować czterdziestki. Nie chcesz podobać się chłopakom? W ogóle ci nie zależy na tym, jak wyglądasz? Czemu nie rozpuścisz tych włosów, masz takie piękne. Czemu nie założysz sukienki, nogi masz akurat ładne, to jest właśnie twój atut, to powinnaś pokazywać, a ty jak dzikus, ciągle w tych workowatych koszulkach i spodniach. Raz założysz sukienkę, potem pół roku nie nosisz i już się w nią nie mieścisz. Po co ja to kupuję? Tylko wyrzucam pieniądze, a tamten przecież grosza nie dokłada, żłopie tylko to piwsko jedno po drugim.

– Nauczyciel geografii mi pożyczył te filmy – zaczynam, wciąż wlepiając wzrok w paznokcie i ignorując wszystko, co powiedziała i czego nie powiedziała. – Nie mój, mnie akurat nie uczy. Inne klasy uczy. – Matka przenosi wzrok z powrotem na krzyżówkę. Słucha mnie albo nie słucha, wypełniając kolejne rzędy i kolumny. – Przygotowywał z nami akademię z okazji czegoś tam, trzeciego maja chyba. Zgadaliśmy się wtedy, że ja lubię filmy, on powiedział, że może mi coś pożyczyć i tak się zaczęło.

– „Stolica włoskiej piosenki”, na siedem – mówi matka.

– San Remo. Wpadałam do niego do sali geograficznej na przerwach, gadaliśmy o kinie, wymienialiśmy się książkami, wie mama, takie pierdoły. Zaprzyjaźniliśmy się trochę. Trwało to kilka tygodni, on zaczął mi opowiadać o swojej żonie, że im się nie układa. Ja mu o sobie.

– „Wiąd rdzenia kręgowego”. Nie wiem zupełnie, co to jest. „Wiąd”.

– Tabes, objaw kiły czy rzeżączki. I wszystko wydawało się w porządku, ale jakiś czas temu była dziwna sytuacja. Poszłam oddać mu filmy, ale tym razem on zamknął drzwi na klucz, choć wcześniej tego nie robił.

Przerywam, bo czuję, że po twarzy zaczynają mi kapać łzy. Zupełnie same, bez mojego udziału. Siedzę nieruchomo, a one po prostu płyną, zamazują mi wzrok. Zaczyna mi cieknąć z nosa, więc pociągam nim, co w końcu budzi zainteresowanie i obrzydzenie matki. Odrywa wzrok od krzyżówki i znów obraca w moim kierunku tylko głowę, jak ten cholerny gołąb.

– Natychmiast przestań płakać – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu, tonem człowieka moralnie i intelektualnie wyższego. A ja, choć chciałabym płakać, wyć i krzyczeć, natychmiast przestaję. Jak zawsze. Jakby ktoś na dźwięk tych słów zakręcił mi kurek w głowie, zbudował tamę w kącikach oczu. Wydmuchuję nos w zmiętą chusteczkę wyciągniętą z kieszeni i koniec: cały mój płacz przybiera teraz kształt kuli, która zsuwa się po przełyku i ląduje gdzieś w okolicach miednicy, sprawiając, że zachciewa mi się siku. Matka czeka. Milczy.

Biorę głęboki wdech, powoli wypuszczam powietrze ustami i wreszcie podnoszę na nią wzrok. Wpatruje się we mnie oczami w kolorze jesiennego jeziora, wysuwając dolną szczękę jak zwierzę na moment przed atakiem. Wydaje mi się strasznie brzydka i chora.

– Czyli co, najpierw tygodniami się do niego przymilałaś, chodziłaś do niego, zwierzałaś się, a teraz się dziwisz, że mógł to źle odczytać?

Ma rację, myślę sobie. Ma stuprocentową rację. Śmieciarze za oknem śmieją się głośno. Może któryś opowiedział dowcip, może umazał się jakąś breją. Może znaleźli coś śmiesznego w cudzych śmieciach.

– Ma mama rację – mówię wyraźnie, choć usta mam jeszcze sklejone płaczem.

– Nie mądrz się – odpowiada, na co ja mądrzę się, mówiąc: „Nie mądrzę się, tylko przyznaję mamie rację”.

I w tej chwili ogarnia mnie wściekłość, że nie mogę mówić do niej na ty: weź zobacz, mamo, co tu narysowałam, podejdź tu na chwilę, bo chcę ci powiedzieć coś ważnego. Zawsze mówię do niej w trzeciej osobie, zawsze coś między nami stoi, między moim „ja” a jej „ona”. Ta mama, niech mama, proszę mamy. Zaciskam zęby i czuję, że moja twarz staje się od tego jeszcze bardziej kwadratowa i męska niż zwykle.

– I co w końcu, zgwałcił cię?

Tym razem powiem jej wszystko, ten jeden raz. Opowiem jej, jak zamknął drzwi od środka, a okrągła aluminiowa plakietka z wytłoczonym numerem 105 obiła się o klucz, wydając płaski dźwięk. Jak potem złapał mnie delikatnie, ale pewnie za ramię i poprowadził do biurka przy oknie. Jak pochylił się nade mną i zaczął mi szeptać do ucha słowa, które wydawały mu się na miejscu, wydawało mu się, że chcę je słyszeć, że powinien je wypowiedzieć, by to wszystko nie było tak obrzydliwe. Jak szeptał, że mnie kocha, że tylko ja go rozumiem, jak mówił mi „moja maleńka”, a ja nie czułam nic, żadnego bólu ani strachu. Patrzyłam tylko obok jego przyprószonej siwizną skroni na rozwiniętą na ścianie mapę Polski i powtarzałam w głowie prawe dopływy Wisły. Soła, Skawa, Raba. Drwęca.

Potem opowiem jej, jak zaczął ślinić mi ucho. Chyba je całował, ale tylko mnie to poirytowało, więc przekręciłam głowę i trafiłam wzrokiem na mapę świata, gdzieś w okolicach Indii, i zaczęłam myśleć, że to takie na miejscu, takie śmieszne, że patrzę właśnie na Indie. Nie przerywając swoich nieco nieudolnych ruchów, zapytał mnie wtedy, kiedy mam okres, a z biurka stoczył się w końcu trzęsący się uparcie pentel z czarnym wkładem. „Co dziś mamy?” – spytałam. „Czwartek” – odpowiedział, kretyn. „Datę jaką?” – spytałam, na co usłyszałam, że dwudziesty drugi. „Pojutrze” – odpowiedziałam i poczułam na swoich długich, rozpuszczonych włosach, że kiwa głową z zadowoleniem. Potem trzy pchnięcia i koniec.

Następnie wciągnął zsunięte do połowy łydek slipy i spodnie, zapiął pasek na za ciasną dziurkę, poluzował z zakłopotaniem. Podniósł z ziemi długopis i odłożył delikatnie na biurko, jakby bał się, że rozdrażniony upadkiem wkład rzuci mu się do gardła. Stęknął: „Możesz…” i urwał; chyba chciał powiedzieć, że mogę już się ubrać, ale przecież nawet mnie nie rozebrał, przesunął mi tylko majtki pod tą cholerną sukienką, w którą matka kazała mi się ubrać, bo pewnie zaraz się roztyję i pieniądze będą wyrzucone w błoto. Uśmiechnął się bez słowa, poniżony moim milczeniem i brakiem zaangażowania. Podszedł do drzwi i przekręcił wiszący w nich kluczyk. Po pustym korytarzu rozeszło się echo otwieranego zamka, po udzie spłynęło mi trochę spermy. Do końca czwartej lekcji zostało dwadzieścia pięć minut.

Nawet zrobiło mi się go wtedy trochę żal, że jest tak nieszczęśliwy z tą swoją żoną, że musi potajemnie ruchać uczennice, a potem tego żałować i czuć się jak szmata. Z drugiej strony wielu ludzi jest nieszczęśliwych, a jednak nie wszyscy ruchają nastolatki w zamkniętej od środka sali geograficznej.

Zamierzam więc wykrzyczeć jej to wszystko w twarz, już nawet się szykuję, zbieram głos głęboko w gardle, na wysokości obojczyków. Orientuję się wtedy, że nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w swoim życiu krzyczała i chyba w ogóle nie dysponuję taką umiejętnością. Głos grzęźnie mi gdzieś w oskrzelach, patrzę na nią, jak siedzi, nagle mała i skulona. Czeka, aż spadnie na nią w końcu ten miecz, który od dawna starannie ostrzy.

Ale widzę w jej przerażonych oczach i w wysuniętej szczęce, że jeśli powiem jej prawdę, to znienawidzi mnie jeszcze bardziej i już bezpowrotnie. Nigdy mi nie wybaczy, że tak mnie zawiodła. Będzie do końca życia winić mnie za to, że mnie nie ochroniła, przerzuci na mnie ciężar swojej winy, tak jak przerzucała wszystkie inne przez lata. Zwyczajnie tego nie zniesie. A ja nie mam już siły targać jej problemów i wyrzutów, nie mam siły myśleć tylko o niej, więc robię to ostatni raz w życiu, ostatni raz myślę tylko o niej, przysięgam, że już nigdy nikomu nie pozwolę traktować się w taki sposób. Ostatni raz stawiam ją ponad sobą, kiedy patrzę jej prosto w oczy i mówię: „Nie, uciekłam”.

Matka przymyka oczy i obraca głowę. Poprawia trzymaną w lewej ręce gazetę, prawą wpisuje pionowe hasło krzyżówki. Siedzę obok niej bez ruchu, oddalona może o metr, a jakby o całe życie, o dystans nie do pokonania, przepaść nie do przeskoczenia. Już nigdy nie powiem jej, że ją kocham.

Wpatruję się obok jej nosa w firankę, wybrzuszoną ciepłym podmuchem wiatru.

– „Dopływ Wisły, lewobrzeżny”, na B – odczytuje matka.

– Bzura – mówię, nie odrywając wzroku od firanki.

Matka wzdycha ciężko.

– Cztery litery.

– Brda.

Karel Gott

– Karel Gott umarł – mówi mama Iwonki. Głos ma altowy i brązowy jak październikowe liście. Tata dwa kroki przed nią zastyga w niespełnionym marzeniu, wąs drga mu jak okoń, a on młodnieje. Już jest w Czechosłowacji, już rozbija się po praskich barach i wzrusza secesją, z której nic nie rozumie, ale którą wzruszać się należy, więc się wzrusza. Być może powinien wzruszać się gotykiem, ale w marzeniu padło na secesję i teraz nie ma odwrotu. W marzeniu i w rzeczywistości tata nie bardzo potrafi odróżnić jedno od drugiego.

Iwonka nie idzie już z rodzicami na spacer po czwartkowym obiedzie, ale w maleńkim kondukcie żałobnym niejakiego Gotta.

– Nie znam człowieka – mówi.

– Jak nie znasz? – zaperza się mama. – Karel Gott! Karel Gott! – powtarza coraz głośniej i nerwowo, wypluwając oba „t” na końcu. Unosi się, jakby mocą krzyku miała sprawić, że Iwonka nagle przypomni sobie chwile, gdy wieczorami słuchała z kasety barytonu Gotta, że nagle zestarzeje się o dwadzieścia lat z hakiem i wzruszy na wspomnienie jego występu w Sopocie. Tak, tak, Karel Gott, faktycznie. Zapomniałam zupełnie, bo nigdy o nim nie słyszałam, zupełnie był dla mnie nieistotny ten symbol czeskiej muzyki i obiekt wschodnioeuropejskiego kultu. Nie pamiętałam nic a nic, że taki z niego dobry śpiewak, ale teraz, gdy tak krzyczysz na mnie na ulicy, to jakby sobie przypominam. Trochę mi się to jakby układa.

– Karel Gott! – dodaje od siebie tata. – Ka–rel Gott! – sylabizuje, rozczarowany już w połowie małą liczbą sylab w nazwisku. – Ka–rel Gott! – powtarza więc, stawiając kroki do rytmu, by jednak nadać sprawie jakąś ważkość.

– Nie–wiem–kto–to–jest!

– Karel Gott! – dołącza nagle baba stojąca ze śliwkami pod pocztą. Łubianki ma pełne owoców z niebieskimi odciskami palców przechodniów. Każdą śliweczkę muszą przecież pomacać, popróbować, czy aby nie mało jędrna, albo przeciwnie: za twarda. – Karel Gott! – powtarza, wpatrując się w Iwonkę wzrokiem pełnym rozpaczy. Nie ma już chusty na głowie, to już nie te czasy, żeby baby z łubiankami nosiły takie chusty, ale jak pragnie wrócić do nich, jak bardzo chce, żeby Iwonka przypomniała sobie Karela Gotta! Żebyż go znała, te uniesienia, ten półuśmiech szelmowski, co to o mało nie powodował wstrząsu.

– Umarł! – dodaje mama, kiwając głową w stronę baby. Baba zanosi się szlochem, wszyscy dobrzy umierają, co za życie, co za życie. Nic już dobrego nie zostaje, wszystko diabli biorą, zabrali nam nawet Karela Gotta.

– Karel Gott? – pyta z niedowierzaniem szykowny mężczyzna wychodzący właśnie z poczty. Spodnie ma w kancik, płaszczyk w jodełkę, w kieszeni wizytówki radcy prawnego ze smukłym fontem i gustowną fakturą. Iwonka przygląda mu się uważnie, bo jest rokujący. – Umarł?

– Umarł, umarł – odpowiada tata z kategorycznością właściwą mężczyźnie z wąsem.

– Ale kto to był?! – krzyczy Iwonka zrozpaczona własną niewiedzą i niemożnością dołączenia do lokalnej żałoby po Karelu Gotcie (jedno te zachowane, choć pewnie w wymowie nieme). Po tym Karelu Gotcie, który nigdy tu przecież nie był i nawet o istnieniu tego miejsca nie wiedział. A choćby nawet wiedział, nic by go to nie obeszło.

– Pszczółka Maja! – oznajmia pan w jodełkę. Siwizna przyprósza mu nagle skronie, nagle się postarzał, już tak nie rokuje.

– Ale to chyba Wodecki? – pyta Iwonka w nadziei, że trochę ostudzi emocje, bo jednak coś wie, coś tam słyszała, jednak nie taka zupełnie jest młoda.

– I Wodecki też umarł! – zawodzi baba od śliwek. Radca ociera samotną łzę w bawełnianą chusteczkę, w rogu ma subtelnie haftowany inicjał, w rogówce czyhające zapalenie. Trzyma się dzielnie, zwraca twarz ku niebu. Tata wbija sobie kłykcie w oczy, bo nie godzi się płakać na ulicy, gdy ma się taki wąs tatarski. Ale że nawet Wodecki umarł, już wszyscy po prostu, już nikogo nie oszczędza. Nie dość, że Karel Gott, to i Wodecki. Mama przysiada obok baby śliwkowej. Są w podobnym wieku, choć baba skórę ma z kory sosnowej, a mama Iwonki tylko dwie linie zaprasowane uśmiechem wokół ust. Obejmują się czule, chowają twarze w swych spróchniałych nieco ciałach. Odnalezione po latach kochanki. Rozdzielone na porodówce siostry.

I już zajeżdża taksówkarz, zbiegowisko się robi, już przystaje nauczycielka, i wszyscy powtarzają Karel Gott, Karel Gott, jak refren, jak litanię. Szczekają jak sroki, Ka–rel Gott, że słowa przestają mieć jakikolwiek sens, rozjeżdżają się jak błoto. Szarpią Iwonkę, Ka–rel Gott, Ka–rel Gott! Ciągną ją za rękawy płaszcza, za chustkę u szyi, uduszą ją zaraz. Ale musi, musi Iwonka wiedzieć, kim był Karel Gott.

Podjeżdża radiowóz i auto starosty, zbierają się wszyscy na parkingu pod pocztą. Psy szczekają, ale też z jakimś akcentem jugolskim czy ki diabeł, jakieś postkomunistyczne te kundle wśród betonozy bloków i pawilonów. Wokół starosty skacze dwóch chłystków, zapomnieli scenę zmajstrować, panika. Oni też pewnie nie wiedzą, też nie znają. Ale przynajmniej umieją się zachować: padają na kolana, podstawiają plecy. Starosta wkracza na nich po rękach policjanta, ktoś wręcza mikrofon i już ze szczekaczek latarnianych płynie w miasto Karel Gott, Karel Gott! Starosta palcem wyławia Iwonkę z tłumu, jak tak można nie znać Karela Gotta, jak można! Iwonka robi, co może, żeby jednak znać, żeby jednak pamiętać. Już pamiętam, pamiętam! – woła. Nie wierzą, każą coś zanucić, ale Mai nie akceptują, bo przecież może nucić wersję Wodeckiego, a to nie wystarczy. I znów przez zebranych płynie fala rozpaczy, bo i Wodecki umarł, i Wodecki.

Iwonka już nie może dłużej, już nie wytrzyma tej swojej niewiedzy. Nohavica! – krzyczy jak we mgle – Vondráčková! Alibabki! Ale znów rozbija się o skały, znów popada w niewiedzę. Tłum nie akceptuje, to nadal za mało, niedostatecznie. Nadia Comăneci! – dodaje – Doktor Żywago! Janosik! Znam, znam Janosika! Na próżno. Hrabal! Hrabal przecież, Čapek, Kohout, Kundera! Prezydent, prezydent dramaturg! Jak to mogło Iwonce ulecieć, to jego nazwisko, toż to wszyscy znają, jak mu tam było.

Ale teraz to się Iwonka popisuje, teraz to jakby im wszystkim w twarz splunęła, jakby w twarz samego Karela Gotta. Z Hrabalami im tu wyjeżdża, z Kunderami. Tego się w szkole mogła nauczyć, ale poczuć, naprawdę poczuć muzykę Karela Gotta mogli tylko oni i wtedy. Jak on śpiewał! Jak on się uśmiechał! Jaką on miał moc na tej scenie, jak hipnotyzer, jak Kaszpirowski! Kaszpirowskiego też pewnie Iwonka nie zna, nic Iwonka nie wie o życiu. W dupie była, gówno widziała.

Starosta uśmiecha się teraz, mięknie mu głos, Karel Gott, powtarza śpiewnie, Karel Gott. Jeszcze chwila i sam uderzy w wysokie ce, jaki znów jest młody i silny, że mógłby śpiewem kruszyć mury i zagryzać zębami krat. Ależ to była postać, ten Karel Gott! Schodzi z młokosów, zdaje mikrofon, odjeżdża w chmurze diesla. Miejsce po nim już zawsze pachnieć będzie ropą.

Powoli wszyscy godzą się z niewiedzą Iwonki. Powoli ją akceptują. Odchodzą. Psy stają się bardziej rasowe, szczekają ciut bardziej kapitalistycznie. Nawet radca prawny składa zmiętoszoną chusteczkę w równy kwadracik, przygładza palcem zwichrowane skronie.

– Karel Gott umarł – mówi ostatni raz, nadając sprawie oficjalny bieg. Skręca za pocztę, znika na zawsze. Baba ze śliwkami zawieruszyła się w międzyczasie, wpadła między wtedy a teraz. Została po niej pusta łubianka i Wodecki na końcu języka.

Rodzice Iwonki długo jeszcze stoją pod obojętną pocztą, nie mogąc spojrzeć na córkę bez żalu. Ależ są rozczarowani! Stoją jak dwa pomniki z żelbetu i rozpaczają w milczeniu, choć żadne z nich w Czechach nie było, ani w Sopocie w osiemdziesiątym szóstym, ani w ogóle nigdzie i nigdy. Mają Iwonce za złe i zazdroszczą jej, że ona tak po prostu nie zna Karela Gotta i może sobie gdzieś pojechać.


Opowiadania z tomu O perspektywach
rozwoju
(wyd. Nisza)
Premiera książki – koniec stycznia br.


Małgorzata Boryczka (ur. 1989 w Kozienicach) – absolwentka lingwistyki stosowanej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, tłumaczka języków germańskich. Finalistka 14. Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu, laureatka konkursu na najlepszą pracę literacką napisaną w ramach studiów podyplomowych Szkoła Mistrzów na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego w roku akademickim 2019/2020. Lubi koty i smutne filmy. Mieszka i pracuje w Warszawie.