Numer 2/2019
Ruiny

Ilustracja: Tomasz Opaliński

Café Spitfire (fragment)

 

Zaraz po ledwo słyszalnej detonacji ostatniego kapiszona polskiego Roku Awangardy postanowiłem dać sobie i Polsce jeszcze jedną szansę. Szybko wstałem z ławki pod murem i zatrudniłem się w Café Spitfire. Pół polskiego Roku Niepodległości przepracowałem jako barman. Było ciężko. Lokal zawdzięcza swoją nazwę wielkoformatowemu zdjęciu messerschmitta, które przed laty ktoś powiesił koło kibla. Kiedy pijany Polak widzi nieprzyjacielską maszynę, przeobraża się w spitfire’a i idzie na zderzenie. Przed zamknięciem zmywałem z messerschmitta krew lotników bohaterskiego dywizjonu. Po pracy nie miałem siły, żeby coś sobie jednak zanotować. W końcu odszedłem i wyjechałem z Polski. Za barem zastąpił mnie jeden miejscowy, który już pierwszego dnia coś tam sobie jednak zanotował.

John Smith, Jak nie napisałem książki o Polsce

Stary coś tam pamięta

coś tam pamiętam szło to jakoś tak
podniosła głowę znad książki
smuga cienia leżała na jej czole i oczach i spływała wzdłuż policzka jak przejrzysty szal
dozorca otworzył drzwi
do celi wszedł chłopiec i zatrzymał się u progu
drzwi zatrzasnęły się za nim
cały obóz chodził nago
nawet zwykłej rozrywki nie ma szerokie drogi do krematoriów stoją puste od paru dni nie ma już transportów
w bloku pod nami kotłują się ludzie nadzy ociekający potem
stanęliśmy w szeregu ktoś spisał nam numery
była to sielankowa rampa jak zwykle na zagubionych prowincjonalnych stacjach
trzeba mieć oczy w plecach
transport idzie rzekł któryś i wszyscy unieśli się w oczekiwaniu

zza zakrętu wychodziły towarowe wagony pociąg pchał się tyłem kolejarz stojący na breku wychylił się zamachnął ręką gwizdnął
fala świeżego powietrza wdarła się do środka uderzając ludzi jakby czadem
wysiadać z rzeczami zabierać wszystko
nie wiem nie rozumiem po polsku
rośnie kupa rzeczy walizek tłumoków plecaków pledów ubrań torebek które padając otwierają się i wysypują barwne tęczowe banknoty złoto zegarki
zapchane ludźmi auta odjeżdżają z piekielnym warkotem
wpierw będą pracować
z boku stoi młody gładko wygolony pan
transporty rosną w tygodnie miesiące lata
ludzi nie zabraknie
przyjdą ludzie z zachodu i południa z kontynentu i wysp
już się opróżniły wagony
wskakuje się do środka
nie trzeba strzelać
zapisać numer i złożyć meldunek
przez chwilę patrzyła mi prosto w oczy
już nie ma ludzi
ostatnie auta suną daleko po szosie wzniecając olbrzymie tumany kurzu pociąg odjechał
po opustoszałej rampie chodzą dostojni połyskują glansem buty
dźwigamy ciężkie walizy pakowne zasobne rzucamy je z wysiłkiem
upał ogromny upał
powietrze stoi nieruchomym rozżarzonym słupem gardła są suche każde wymówione słowo wywołuje ból
gorączkowo byle prędzej byle do cienia byle odpocząć
to nie moje dziecko to nie moje
krzyczy histerycznie kobieta
bujne jasne włosy rozsypały się miękką falą na ramiona strząsnęła je niecierpliwie przesunęła odruchowo rękoma po bluzeczce poprawiła nieznacznie spódniczkę stała tak chwilę wreszcie oderwała wzrok od tłumu i przesunęła spojrzeniem po naszych twarzach jakby kogoś szukając nieświadomie szukałem jej wzroku oczy nasze spotkały się
patrzyłem na nią
milczałem
zacisnęła usta
wchodziłem do wagonów wynosiłem niemowlęta wyrzucałem bagaże
inni niosą dziewczynkę bez nogi
zapada wieczór chłodny i gwiaździsty
leżymy na szynach jest niezmiernie cicho
automaty są gotowe do strzału
daj mi spokój z butami chce mi się spać jest głęboka noc
znów transport z ciemności wynurzają się wagony przechodzą przez pas światła i znów znikają w mroku
chwilę leżała ogłuszona wreszcie podniosła się i zaczyna chodzić w kółko coraz prędzej i prędzej sztywno wymachując rękoma jak na gimnastyce
byłem znów przy wagonach buchnął ciepły słodki zapach
bierz ludzi i idź po obiad
rzucam łopatę i znikam za węgłem
po wyjściu na drogę trzeba koniecznie przejść obok malutkiego domku o oknach z zielonymi okiennicami które w środku mają niezgrabnie wycięte serduszka
dwupiętrowa konstrukcja do spania
umywalnia
ładna kobieta
zupa bulgocze w kotłach
biegamy z miskami w ręku niczym najwytrawniejsi kelnerzy
chwilę patrzymy sobie twardo w oczy
dezynfekcja czasami zawodzi
chleba i słoniny mamy dosyć
przed południem było się na spacerze
po południu wybrałem się na mecz bokserski do wielkiego baraku
oszukańczy jest czas pracy przy którym nie wolno mówić siadać odpoczywać
oszukańcza jest każda szufla ziemi którą niepełną rzucamy na wał rowu
patrz na to wszystko uważnie
najpierw budowaliśmy na pustym polu
odpowiadacie bardzo głupio a poza tym moglibyście wstać
wychodziłem nocą przed blok w ciemności świeciły lampy
szyny mojej kolejki ciągną się wzdłuż i wszerz
uśmiecham się najprzyjemniej jak tylko umiem
z końcem lata przestały przychodzić pociągi
będzie jeszcze jeden transport
ale nie wiadomo
niech umarli grzebią umarłych
jakoś tak to szło jeśli dobrze pamiętam



Darek Foks (ur. 1966) – poeta, prozaik. Ostatnio opublikował Pieśni o wszystkim (2018) i Zawrót głowy. Antologię polskich wierszy filmowych (2018). Książka Café Spitfire ukaże się jakoś tak z końcem strajku nauczycieli, oby trwał jak najdłużej.


Więcej tekstów w kategoriach Poezja, Proza:

Cezary Domarus

Ilustracja: Natalia Trochowska

Tomasz Bąk

Ilustracja: Michał Loba