Szef odwraca się w jedną i w drugą stronę, do obu swoich najstarszych deweloperów:
– Marco… Sebastian… wiemy, gdzie to dokładnie jest?
– Tak – mówi Sebastian znad google-mapy – tutaj.
– A my gdzie jesteśmy?
– A my jesteśmy… – skroluje mapę Sebastian – całkiem niedaleko… Kurde, znów rwie.
– Come on! – wścieka się Marco – na mapy przez wewnętrzną sieć?!
Marco, ognisty brunet, który osiadł w Polsce dla swojej dziewczyny, łatwo się irytuje i zawsze wali z grubej rury. Trudny kolega. Zapytałem go kiedyś, dlaczego nie pije kawy. Odpowiedział, że w Polsce pije się gówno, a nie kawę.
– Muszę wam chwilę poprzeszkadzać – wtrącam.
Jestem wpięty do listwy na ich stole.
– Idziesz z nami, tak? – upewnia się szef.
– Nie, na pociąg – uśmiecham się.
– A jak często masz ten pociąg?
– Co pół godziny.
– To chodź na trochę, szaszłyki będą.
– W sumie mogę pojechać następnym…
– No to super – mówi szef i odchodzi.
Pakujemy zabawki. Przez to, że tak łatwo zmieniłem plany, czuję się trochę jak szmata, jednak przede wszystkim cieszę się, że wychodzę z biura. Żeby tylko inni trochę się pospieszyli. Sebastian zwija kabel, ale laptopa jeszcze nawet nie wyłączył. To zawsze najtrudniej przychodzi: odejść od komputera.
– A gdzie on poszedł? – Marco wskazuje miejsce szefa.
– Może czeka na dole? – mówi Sebastian.
– Rzeczy zostawił.
– To nie wiem, może poszedł do toalety.
– To ja też.
Czekamy teraz na dwóch. Junior spakowany i na baczność, Sebastian jeszcze studiuje mapę na laptopie, ale też na stojąco, z plecakiem między nogami.
Chce mi się palić, mógłbym poczekać na dole, ale jak wypalę i się nie pojawią, to będę się szwendać pod biurem, a tam nie jest przyjemnie.
Wraca Marco:
– Gada z Głową.
– Widziałeś Głowę?
– Słyszałem.
Głowa to ważny gość od nas, który przyjeżdża tu czasem, żeby pogadać z innymi ważnymi gośćmi od klienta. Bierze na siebie żółć i toksyny, jakie tamci wydzielają, i rozkłada je w swojej silnej wątrobie, lekko i wesoło, chudnąc tylko, tak że z każdą wizytą staje się coraz bardziej podobny do kościotrupa – kościotrupa z wielką łysą głową.
Tym właśnie procesem metabolicznym musiał zajmować się niedawno, a teraz stoi koło wind z tutejszymi ważniakami i już tylko sobie gawędzą. Z niezachwianą naturalnością wymienia uścisk dłoni z każdym z nas. Ten uścisk, żylastego chudzielca, krzepi. Rękawy ma podwinięte, jakby przerzucał gnój.
– Zaraz wam zwrócę dyrektora.
Już wsiadamy do windy, kiedy jeden ważniak zadaje Sebastianowi jakieś techniczne pytanie, na które – sądząc po minie tego ostatniego – nie da się szybko odpowiedzieć, o ile w ogóle. Wywiązuje się między nimi koszmarna dyskusja.
Winda zaczyna pikać, bo nie wolno jej tak długo zatrzymywać.
Pójdę schodami, postanawiam, o ile są otwarte. Są otwarte. Ale na dole może nie działać czytnik. Tak już bywało. Jednak schodzę, czytnik na szczęście działa.
Przed budynkiem dalsze czekanie. Marco wzdycha niezadowolony, junior po prostu jest. Sebastian nadchodzi:
– Zostawiłem laptopa.
– W biurze?
– Tak, Głowa mi wydał zapinkę.
Jest taki lekki! Plecak ma niby jak my, na laptopa, ale pusty, wklęśnięty, dobrze jest bez laptopa.
– Też chcę. – Marco wraca do środka.
Nadchodzi szef z jednym chłopakiem, krępym i zarośniętym, który się z nami nie integruje, bo już sto lat temu zintegrował się z klientem. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że on w ogóle jest od nas. Nawet mówi inaczej, ale to ponoć Szkot.
– Na kogo czekamy? – pyta szef.
– Marco chce zostawić laptopa.
– Dał ci Głowa zapinkę?
– Aha.
– I bardzo dobrze. Mamy jeszcze na dziś tę analizę, ale to na moim zrobimy, przy piwku.
Szef i Sebastian są ze Szczecina. Od wtorku do piątku tu. Mieszkają w firmowym mieszkaniu. Wychodzą z pracy, idą do tego mieszkania i dalej pracują, przy piwku.
Marco wraca niepocieszony, bo Głowa nie miał więcej zapinek.
– Zamawiam taksówkę – oświadcza szef. – Ilu nas jest?… Pięć osób. To trzeba dwie taksówki. A ja mam tylko jeden talon, muszę iść do Głowy po talon.
– Nie trzeba taksówka – mówi Szkot – to tu, tam – pokazuje – tamtędy trzeba, niedaleko.
Wyjmują telefony, wchodzą w mapy, zaczyna się pokazywanie, ale mapy znowu coś szwankują. Szkot zapewnia, że wie, jak iść.
Ruszamy, Szkot przodem, za nim szef z Markiem i Sebastianem, a koło Sebastiana junior, który go nie odstępuje: Sebastian to jego trener, wyznacza mu taski i sprawdza kod, tłumaczy biznes oraz firmowe narzędzia i zwyczaje. Chodnik jest zwykle za wąski dla jednego, więc tym jednym jest junior. Musi czasem zejść na jezdnie, czasem odpuścić, zaczekać, aż przejdą, ale potem znów jest przy Sebastianie. Waham się, czy nie lepiej było iść na pociąg, ale podobno to niedaleko, w pociągu mam jeszcze robotę, a tak to sobie zjem szaszłyk.
W pewnej chwili Szkot się zatrzymuje:
– Źle poszliśmy, musimy kawałek wrócić.
Jednak stoi w miejscu, czyta mapę.
– Jak to się w ogóle nazywa? – pyta mnie Sebastian.
– Pyszna Szamka – mówię.
– Tam od Grzybowskiej. Grzybowska pierwsza następna – mówi Szkot.
– Do Grzybowskiej – odzywa się junior – to można tędy przejść. Chyba wiem, o który blok chodzi.
– Blok? – dopytuje szef.
– Tak, to jest w bloku. Znam okolicę, bo tutaj mieszkałem, w tym budynku.
– Ale to biurowiec?
– Teraz tu są biura, bo dobudowano wieżowiec, ale wcześniej to był normalny budynek z balkonami, rosły pelargonie. A tutaj…
– Dobra – mówi szef – prowadź!
Junior prowadzi w jakąś boczną podejrzaną uliczkę, która zaraz się kończy.
– Trylinka – mówi – te kostki nazywają się „trylinka”, zawsze tu były.
Jest tak podekscytowany, jakby to nierówne coś pod naszymi butami pochodziło z czasów Zygmunta III Wazy.
– Na pewno wiesz, gdzie idziemy?
– Jasne, mieszkałem w tym domu, a tu…
– No dobra, to idźmy, żeby nam wszystkich szaszłyków nie zjedli.
Za uliczką jest kawałek asfaltu, zastawiony słupkami. W blaszanej budzie salon gier nieczynny od dekady. Samochody zaparkowane na każdym skrawku, wszędzie pełno płotków, płoteczków oraz innych przeszkód. Pierwszy zaczyna ociągać się Marco.
– Na pewno wiesz, gdzie idziemy?
– Tak, tak…
Głupia sprawa. Junior, jedyny z nas autochton, a brzmi nieprzekonująco. Tak jak wtedy, kiedy mówi, że na pewno będzie działać, a potem się nawet nie kompiluje. I junior łata, przewraca swój kod do góry nogami, tak że jest tylko gorzej, i inne rzeczy, już przetestowane, również zaczynają się sypać.
– Jak tak dalej pójdzie, to zaraz do przedszkola wejdziemy – stwierdza Sebastian.
– Nie, nie – uspokaja junior – chciałem tylko skrócić drogę przez boisko. Tylko nie wiem, czy jeszcze jest ta dziura… O, widzicie? Tędy. Tylko trzeba zrobić krok…
Ścieżka, którą przyszliśmy, biegnie mniej więcej metr poniżej poziomu boiska. Z podmurówką parkanu będzie z metr dwadzieścia – taki trzeba zrobić krok. Oczywiście można, fizycznie to betka dla naszego teamu (drugie miejsce w triathlonie na integracji „Ponurzyce 2015”), tylko jakoś nie bardzo wypada.
– Ale co to ma być? – obrusza się Marko – come on?!
– Właśnie, może poszlibyśmy normalną drogą, nie na skróty?
Sebastian odciąga juniora od dziury, zjawia się pomocny Szkot z telefonem i zaczyna juniorowi tłumaczyć, jak trzeba iść. Wszystko jest bardzo proste. Trzeba tylko dojść do Grzybowskiej. Junior z żalem rezygnuje ze skrótu.
– No dobra, chodźmy w takim razie tędy.
Wzdłuż ścieżki rośnie zasikany żywopłot, za nim jest wąska uliczka obstawiona samochodami, a dalej długi komunistyczny piętnastopiętrowiec. Przedzieramy się przez ten żywopłot.
– Tamta to Grzybowska – pokazuje Szkot ulicę przed nami. – A my musimy iść tu, zaraz za tym… Jak to się nazywa?
Szkot pokazuje na mapie w telefonie niezwykle ważny znak orientacyjny.
– Nie wiem… słup? – zgaduje Sebastian.
– Słup – mówi Szkot juniorowi, a ten znów zaczyna:
– Chodziłem do tej szkoły…
Uliczka kończy się furtką i szlabanem. Junior próbuje otworzyć furtkę, ale zamknięta. Szarpie, zamienia się ze Szkotem i ten też szarpie. Sebastian szuka guziczka, który otwiera furtkę. Jest zwykle trochę wcześniej, żeby nie można było sięgnąć z zewnątrz. Parkingowy wychyla się z budki:
– Przejście z drugiej strony.
– Z drugiej strony czego?
– Z drugiej strony terenu. Ten pan zaraz urwie klamkę.
Szkot opamiętuje się i przestaje szarpać.
– Ale jakiego terenu, z jakiej drugiej strony, gdzie mamy iść?
– To jest teren wspólnoty budynku.
– Tego budynku?
Oglądamy się. Budynek jest długi, cholernie długi.
– Sorry, tej bramy nie było – tłumaczy się junior. – Może jednak chodźmy tą dziurą?
Sebastian woła do parkingowego:
– Ale my do Pysznej Szamki!
Parkingowy znika w budce i po namyśle podnosi tajną dźwignię; drzwiczki zaczynają brzęczeć. Szkot szarpie w jedną, w drugą, otwiera.
Od razu robi się jakby jaśniej, jakbyśmy wyszli z garażu. Szef syczy na juniora:
– Ale ty prowadzisz! Ale ty prowadzisz!
Pyszna Szamka zajmuje obszerny lokal w następnym piętnastopiętrowcu. Biesiadnicy przy długich ławach próbują przekrzyczeć kapelę katującą covery. Obsługa uwija się jak w ukropie i marzy o tym, żeby dać komuś w ryj. Telewizory pokazują zdrowych ludzi w ruchu.
Szukam kumpli z poprzedniego projektu i znajduję ich przy rzutkach. Ale to już nie to. Kiedy projekt się kończy, znajomości usychają, pozbawione wspólnych zmagań, absurdów i kurwic. Dostrzegam Szłapaka, najfajniejszego zioma z tej ekipy. Flegmatyczny, serdeczny i oblatany wita mnie jednak roztargnionym uśmiechem; rozmawia po angielsku z jakimiś dwoma głazami z centrali. Przy pierwszej okazji wtrącam poprawne zdanie, chwilę się przysłuchuję i spierdalam.
Marco wyłamał się i je sałatkę, szef i Sebastian – szaszłyki. Jasnożółte piwo stoi w wysokich, szpetnych tubach. Nalewam sobie; Żywiec albo Heineken. Toczą się dwie większe i kilka mniejszych rozmów, jednak całe obszary spowija smętne milczenie. Wiele zależy od tego, gdzie się siedzi, a przy tym stole usiedli gdzie popadło, nie było czasu się zastanawiać, inni też siadali. A jak się raz usiadło, to już nie bardzo idzie się przesiąść. Siedzę przy ścianie, niemal na środku. Ile to przepraszania i prześlizgiwania się.
Junior gada jak najęty do Starego Janka. Stary Janek to największy kumpel Głowy i zarazem jego anatomiczne przeciwieństwo. Jak Głowa kościsty, tak Stary Janek zwalisty, gruszkowaty, z małą głową gdzieś tam daleko na końcu. Chodzi w burych marynarkach, których nie dałby rady zapiąć, nawet gdyby chciał to zrobić, spod nich wystają napięte na brzuchu kamizelki z włóczki. Jego spodnie mają na kolanach kieszenie mogące pomieścić segregatory. Stary Janek słucha juniora z sympatycznym uśmiechem.
– Znalazł cię! – krzyczy szef.
– Co mówisz?
– Znalazł cię!
– Co ty, ja jestem z Wołomina!
Przy trzecim browarze musimy jednak z Sebastianem wydostać się zza stołu, żeby pójść do toalety.
– Jezus – mówię.
Podchodzi junior:
– Co tu dają?
– A ty nie za potrzebą?
– Nie, tylko się przechadzam.
– W ogóle coś pijesz?
– Dostałem talon.
– To dobrze. Szaszłyk polecam.
– Będę musiał spróbować. A jaki jest charakter potrzeby?
– Co?
– No – junior zawiesza głos – czy jedynka czy dwójka?
– Nie no, jedynka.
– To może – proponuje junior – pod krzaczkiem?
– Tutaj? Nie, nie.
– Nie – mówi Sebastian – tu nie ma krzaczków.
– Krzaczki akurat się znajdą – upiera się junior.
– W klombie pod hotelem?
Junior nie odpuszcza:
– Z tyłu jest boisko.
– Na boisku będziemy sikać?!
– Czemu nie? Tam już nie ma szkoły.
– Daleko?
– Parę kroków.
– Dobra – mówi do mnie Sebastian – nie wiem, jak ty, ale ja chyba nie wytrzymam.
Junior prowadzi nas jakąś uliczką i tak jak zeszłym razem dochodzimy do dziury w płocie.
– Tędy byśmy wyszli, gdybyśmy wtedy poszli tamtym skrótem.
Wszystko nam dokładnie tłumaczy – gdzie jesteśmy i jak tu było kiedyś.
Można by już od biedy sikać – jest raczej odludnie, jeśli nie liczyć mieszkańców rozświetlonego piętnastopiętrowca. Junior namawia jednak, żebyśmy się jeszcze chwilę wstrzymali.
Idziemy po trawie wśród starych drzew. Opowiada, że jego koleżance z klasy jakiś facet chciał tu zabrać psa.
Dochodzimy do ogrodzenia z prętów, wydzielającego w ramach boiska nieduży kwadrat terenu. Jednego pręta brakuje.
W środku rosną chwasty tak wysokie, jak my, a wśród nich sterczą dwa przedpotopowe wentylatory. Odłazi z nich płatami kreda.
– I co?! – krzyczy junior, kiedy sikamy w tym zielsku. – Jak wam się tu podoba, co? Zajebiście, nie? Sebastian, powiedz, że tego nie spierdoliłem. Ten jeden raz, kurwa, powiedz, że nie spierdoliłem!
Sebastian jednak nie gada z siusiakiem w ręku, taką ma chyba zasadę, albo nie ma ochoty odnosić się do czegoś tak prozaicznego. Tym bardziej że przecież nie sika się tak, już nie.
Wracamy; trawa wydaje się mokra, jakbyśmy obsikali całe boisko. Junior nie przestaje mówić:
– Nie koszą. Nigdy nie kosili, ale była rozdeptana, tu się grało. Teraz się nie gra. Nie spierdoliłem tego.
Nagle przystaje, unosi ramiona i krzyczy na całe gardło w stronę piętnastopiętrowca:
I didn’t fuck this up!



Dominik Bielicki (ur. 1976) – autor książek z wierszami: Gruba tańczy (2008) oraz Pawilony (2017). Laureat Nagrody Literackiej Gdynia (2018). Debiutował w „Filipince”. Mieszka w Warszawie.