DOROTA_DROZYNSKA

Proza

DOROTA DROŻYŃSKA

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Zofia Borysiewicz

Robaczek

 

I

Spotkał go, kiedy szedł wyrzucić kolejną porcję śmieci w workach wyposażonych w praktyczne uchwyty i pachnących syntetyczną truskawką. Kontenery, zamknięte w estetycznym, murowanym pomieszczeniu, nie pachniały chemią, tylko śmiercią i zgnilizną. Mężczyzna wstrzymał oddech prawie na tak długo, jak bohater filmu nurkujący w zbiorniku wodnym i wkroczył w to nieprzyjazne miejsce, rozświetlone tylko dziurą pod sufitem. Drzwi przytrzymał nogą, bo nie mógł, nie chciał nawet wyobrażać sobie sytuacji, w której zostaje zatrzaśnięty w tej cuchnącej budzie. Truskawkowy worek wylądował na szczycie góry, przez sekundę chybotał się niepewnie, a kiedy człowiek już uwierzył, że się utrzyma, i chciał wyjść, złośliwy przedmiot wykonał ostateczny przechył i hałaśliwie sturlał się ze szczytu. Człowiek zaklął, mimowolnie wdychając śmierdzące powietrze, i właśnie wtedy go zobaczył. Bo spotkał go już wcześniej – pewnie wiele, wiele razy – zapewne wiele razy też go widział – ale dopiero teraz zobaczył.
Robaczek leżał wcześniej na drodze turlającego się worka i teraz, po przejściu tej truskawkowej lawiny, nie wyglądał zbyt dobrze. To był taki zwykły, śmietnikowo-domowy robaczek z chitynowym pancerzykiem. Ten pancerzyk pewnie go uratował, ale nitkowate nóżki miał dziwnie wygięte, a lśniący grzbiet jakby wgnieciony i przesunięty. Mężczyzna był uświadomiony ekologicznie, więc zrobiło mu się bardzo głupio, że uszkodził bezbronne, małe zwierzątko. Trochę się brzydził tych odnóży, ale przełamał wstręt – w końcu się nie ruszały – wziął robaczka na kawałek kartonu i zaniósł do domu. Był pewien, że Internet ma coś do powiedzenia na temat pielęgnowania połamanych robaczych nóżek i zmatowiałych pancerzyków. Robaczek leżał nieruchomo i kiedy człowiek położył go na szafce w jasno oświetlonym pokoju, zauważył, że owad rzuca malutki, dziwnie wykrzywiony cień. Właściwie całkiem bez sensu, że patrzył się na cień robaka, ale wyglądał on naprawdę niepokojąco. Taki nieruchomy. Nie chciał przekonać się teraz, że zaniósł do domu truchło, więc – grzebiąc w Internecie – kątem oka obserwował grafitowe ciałko na tle cienia. W tej nędznej pozycji robaczek nie wyglądał już tak obrzydliwie i właśnie wtedy człowiek stwierdził, że będzie go nazywał Robaczkiem, jak gdyby był jego małym, nieporadnym braciszkiem, który leży teraz rozciągnięty na tle białego prześcieradła – wcale nie brudnego kawałka kartonu. Położył koło niego zakrętkę od butelki wypełnioną wodą i kawałek pokruszonego chleba, po czym przyjrzał się Robaczkowi uważnie. Zdał sobie sprawę z tego, jak mało wie o jego anatomii. Chitynowy, błyszczący pancerzyk, zbiór ohydy i odruchów wymiotnych, czyli odnóża, i jakaś nieokreślona czerń pomiędzy – tyle mógł wywnioskować. Gdyby zobaczył kiedyś brzuch robaczka, mógłby jeszcze drżeć na wspomnienie tej układanki błyszczących kafelków, pełniących jakieś tajemnicze, niewiadome funkcje. Nie wiedział, jak leczyć robaczka, ale ten pomysł opanował go do tego stopnia, że ponownie zagłębił się w Internecie i po namyśle postanowił następnego dnia przygotować domowej roboty gips mający naprostować wciąż dziwnie odstającą, prawą środkową nóżkę.
— Odpoczywaj, Robaczku, nie musisz się mnie bać — powiedział człowiek, wychodząc z pokoju.

II

Trzeci dzień życia z Robaczkiem był bardzo nietypowy. Kiedy człowiek wszedł do pokoju, w pierwszej chwili myślał, że niewdzięczne zwierzątko opuściło go bez pożegnania, do tego zabierając ze sobą legowisko. Po chwili odkrył zmięty i podarty karton leżący w kącie pokoju wraz z poszarpaną chusteczką. Więcej czasu zajęło mu odszukanie samego Robaczka, ale w końcu odkrył go na jednej z fotografii, które wisiały w pokoju – siedział na ciemnym tle, przez co trudno było go zauważyć. Człowiek spostrzegł, że Robaczek jest większy niż wczoraj. Owad chyba zrozumiał, że został nakryty, bo niemrawo zszedł z fotografii. Teraz nie było już żadnych wątpliwości – urósł, utył, jego pancerz zaczął lśnić jak mokra blacha, a przede wszystkim nie utykał na żadne z odnóży. Człowiek miał przed sobą utuczony, najzdrowszy okaz robaka, całkiem niepodobny do wczorajszego cierpiącego, skulonego Robaczka. Przez chwilę myślał nawet, że to jakiś inny owad, ale żaden złowrogi egzemplarz fauny nie przedarłby się do jego sterylnego mieszkania w bloku. Tymczasem Robaczek, nic sobie nie robiąc z jego rozterek, przegalopował po ścianie tak mocnym krokiem, że aż słychać było rytmiczne uderzenia odnóży o tynk. Człowiek poczuł nieuzasadniony lęk, widząc, jak czarny kształt przebiega po fotografiach jego rodziny, pozostawiając na ich twarzach i ciałach długi, wyraźny cień. Czy to w ogóle możliwe przy takim ustawieniu lampy? Człowiek nie zastanawiał się nad tym długo, tylko poszedł po nowych chleb i wodę dla Robaczka. Owad wyglądał na zdrowego i szczęśliwego. Ucieszył się. To jakby patrzeć, jak twoje dziecko robi w szkole pierwszy przewrót w przód. Wydaje się to straszne i nienaturalne, ale tak musi być. Trzeba zagłuszyć ten nieuzasadniony strach, że za którymś razem usłyszysz trzask jego pękającego kręgosłupa.

III

Człowiek wszedł do pokoju podstępnie, z samego rana. Przypomniał sobie, że wczoraj legowisko Robaczka było w bardzo złym stanie, więc wypadałoby je wymienić. Miał wyrzuty sumienia, że nie pomyślał o tym wcześniej i skazał biedną istotę na spanie w tak złych warunkach. Ku swojemu zdziwieniu odnalazł Robaczka nie na legowisku, lecz na własnej, białej poduszce, na której przypominał czarną, błyszczącą plamę. Spał nie tym czujnym, skupionym snem małych zwierzątek, ale niczym pewny siebie, oswojony kot. Rozwalał się na tej poduszce, wyciągał nieprzyzwoicie cienkie odnóża, tarł pancerzykiem o materiał, wywołując przy tym nieprzyjemny szelest. Człowiek przycupnął tuż koło tej poduszki i patrzył jak urzeczony, nie rozumiejąc do końca ani własnego obrzydzenia, ani fascynacji. Robaczek chyba go zauważył, bo poruszył czułkami i ostrożnie stanął na wszystkich odnóżach. Teraz wyraźnie było widać, że jest jeszcze większy – jak gdyby pasł się tym chlebem niczym tucznik. Ale chleb leżał obok nietknięty. Człowiek wycofał się, starannie zamknął drzwi i zajrzał do kuchni, lecz nie mógł stwierdzić, czy coś zniknęło. Usiadł przy komputerze, chcąc skończyć ostatni projekt, ale obecność Robaczka za ścianą nie dawała mu spokoju, przypominała szelest czarnego pancerza na białym materiale. Założył słuchawki, ale wciąż to słyszał. Wreszcie wystukał palcami jakąś melodię na obudowie laptopa, wstał i wszedł do pokoju Robaczka. Znowu zastał go na poduszce, choć tym razem Robaczek nie spał, tylko powoli konsumował wyciągnięty skądś kawałek tuńczyka. Na widok człowieka zerwał się i popędził pięknym, stukającym i iskrzącym się galopem po ścianie. Człowiek z przerażeniem zauważył, że tym razem to nie cień, ale prawdziwy Robaczek przebiegł po twarzach wszystkich fotografii zgromadzonych w pokoju. Mimo tej wstrząsającej sceny nie ruszył się z miejsca, by go złapać, zgnieść, wynieść na szufelce. Był już taki wielki. Jego cień zasłaniał całe zdjęcie, na chwilę wykreślając przedstawione na nich postaci ze świata żywych i pamiętanych. Po przebiegnięciu przez ścianę wślizgnął się do szafy i już tam pozostał. Człowiek wzdrygnął się. Obszedł cały pokój, dotykając fotografii, po których biegł Robaczek. Miał wrażenie, że wyczuwa bardzo dziwny, nieokreślony zapach. Dopiero kiedy wrócił na środek pokoju pomyślał, że to niemożliwe i wrócił do pracy.

IV

Człowiek otworzył oczy i wzdrygnął się ze strachu, widząc Robaczka tuż koło swojej twarzy. Jak na robaka był nienaturalnie wielki i dumny. Mógł wierzyć w swój błyszczący, wytrzymały pancerz, sprężyste odnóża i czułki poruszające się błyskawicznymi ruchami. Nagle Robaczek zeskoczył z poduszki i gdzieś pobiegł. Człowiek wstał i ruszył za nim jak lunatyk. Owad przemierzał po kolei cały dom. Pewny siebie, zdobywał kolejne szafki z jasnej płyty wiórowej, przeskoczył blaszany zlew, pognał po szklanym stole jak po lodowisku. W pokoju był na każdej kanapie i każdym fotelu, otarł się o każdą poduszkę, wspiął się na zasłonę i spojrzał na świat. Potem pomknął po suficie tak szybko, że człowiek nie mógł za nim nadążyć, do tego wciąż się potykał, śledząc podniebne ruchy Robaczka. Zajrzał w każdy kąt mieszkania, jakby widział je po raz pierwszy. I właściwie tak było – po raz pierwszy widział je oczami Robaczka, przewodnika. Teraz biegli przez ciasne zakątki: dziurę za kanapą, w którą wpadają wszystkie ważne rzeczy; ten obszar za sedesem, do którego tak trudno trafić mopem, że w końcu płytki przybierają całkiem inny kolor niż w reszcie łazienki; szpary za szafami i tajemnicze przestrzenie fug i framug drzwi. W końcu nie miał już sił, ale biegł za swoi wielonogim przewodnikiem, w ogóle nie myśląc o tym, że mógłby zatrzymać się i odpocząć. Porwał z blatu kuchni jakąś resztkę jedzenia, zobaczoną kątem oka, a w łazience napił się wody z sedesu. Dopiero widok otwartego pliku na laptopie przywrócił mu równowagę psychiczną. Potrząsnął kilka razy głową, jak człowiek, który właśnie wybudził się ze strasznego snu, stwierdził, że to wszystko było bardzo głupie i usiadł do pracy, by nadrobić zaległości. Po kilku stronach zauważył, że Robaczek nie poszedł do siebie. Stał obok klawiatury i rzucał na nią długi, czarny cień.

V

Przez całą noc myślał o Robaczku, a w snach biegł przez ciemne, śmierdzące śmietniki i nie mógł przestać gnać, przebierać odnóżami, których było tak dużo, tak strasznie dużo. Czuł dziwny zapach, który dochodził ze ścian, i wiedział, że już za tamtym zakrętem, już niedługo, zobaczy go. Wtedy budził się, zlany zimnym potem, i próbował wyrzucić z głowy tę niepokojącą fascynację ciemnością i zagiętymi brzegami rozdarcia w worku na śmieci. Kiedy wreszcie nastał ranek natychmiast pożałował, że tak na niego czekał. Za wielkimi, czystymi szybami bił deszcz, bezlitośnie chłoszcząc chodnik, tynki i blachy samochodów. A nad nim stał Robaczek, który przez noc przeżył zatrważającą przemianę. Stał się tak wielki, że dorównywał człowiekowi wzrostem. Był dumny, nieustępliwy i władczy. Człowiek pomyślał, że powinien dać mu chleba, ale Robaczek już obsłużył się sam, przy okazji nie zostawiając człowiekowi nic do jedzenia. W swoim pokoju pozrzucał ze ścian wszystkie fotografie, dobijając szkła, które nie rozbiły się same przy upadku. Białe ściany były pokryte dziwną mazią. Ze wstrętem do samego siebie człowiek musiał przyznać, ze podoba mu się nowy wystrój. Zjadł jakieś resztki po Robaczku i usiadł po cichu na poduszce fotela, obserwując poczynania niedawnego gościa, a teraz pełnoprawnego domownika, bardzo zajętego niszczeniem jego laptopa. Nie była to łatwa operacja, ale czarne, owłosione kończyny Robaczka nieźle dawały sobie radę z gnieceniem plastiku, wyłamywaniem klawiszy i tłuczeniem ekranu. Człowiek walczył z pokusą, by wziąć kamień i rzucać nim w szklaną zastawę stojącą na szafce. Walczył z nią niedługo i po chwili blat spłynął kolorową krwią dizajnerskich kieliszków i wazonów, w których nie dało się trzymać kwiatów, ale które miały nowoczesną formę. Robaczkowi chyba spodobało się to, co robił człowiek, bo zbliżył się do niego tak, że mężczyzna czuł przez ubranie zimny dotyk pancerza. Jak mógł być tak naiwny, by myśleć, że byle worek ze śmieciami zgniecie taką stal. Robaczek jest wytrzymalszy niż pułk husarii, zwinniejszy niż najwybitniejsi akrobaci, błyszczący bardziej niż stalowa tafla jego stołu. Stał przy nim jak uosobienie dzikiej, pierwotnej siły, jak mroczny rycerz, ale nie taki z kreskówek, który nawet nie ma porządnych sześciu nóg i nigdy nie przeżył zderzenia z gigantycznym workiem na śmieci. Zrobiło mu się wstyd, że nazywał go Robaczkiem. Tak, ten owad ma pełne prawo, by patrzeć na niego z góry za takie haniebne imię. By patrzeć z góry na jego matowy i smętny chitynowy pancerzyk, na te odnóża, którymi jeszcze nie umie się dobrze posługiwać, kiedy tak zrywają się do biegu po suficie. Jest taki słaby i nijaki, że owad w każdej chwili mógłby zgnieść go jednym ruchem potężnej żwaczki. I kto tu powinien przed kim nieruchomieć ze strachu? Na szczęście owad najwyraźniej go do czegoś potrzebuje. Człowiek wpada zaraz za nim w pęd gigantycznych kropli deszczu i w ciemną, aksamitną otchłań śmietnika.


Dorota Drożyńska  (ur. w 1997 r.) – studiuje edytorstwo na UJ, ale lubi wypuszczać błędy na wolność. Po godzinach grafik, włóczykij i idealista. Czasami je rzeczy ze śmietnika.

 

Więcej tekstów w kategorii „Poezja”:

DOROTA KOTAS

AGNIESZKA SMARZEWSKA

ANNA WYBRANIEC