Wstałem i poszedłem przysiąść się do dziewczyn. Początkowo wylądowałem pomiędzy samymi facetami, z którymi nigdy wcześniej nie zamieniłem pewnie ani jednego słowa, a co dopiero teraz, po tylu latach. Naprawdę za późno, aby się zapoznawać. Zaraz też zresztą przypomniało mi się, dlaczego już wtedy raczej z nimi nie rozmawiałem. Dyskusja zeszła na temat futbolu. Byliśmy wtedy mistrzami szkoły, ileś tam razy z rzędu. To znaczy oni byli mistrzami, bo ja nigdy do tej reprezentacji się nie mieściłem – żaden tam ze mnie futbolista – chociaż przypomniało mi się, że przecież my – ci, co się nie mieścili – powołaliśmy wtedy jakiś skład rezerwowy, jakiś taki Team B, i też się pchaliśmy do tamtych mistrzostw, a raz nawet kogoś nałoiliśmy, a może raczej zwycięsko zremisowaliśmy, ale z kim, co i czy, to naprawdę nie mam pojęcia. Obie bramki (czyli dla nas było dwa, ale ile dla tamtych – dwa do jednego, dwa do dwóch, dwa do siedmiu?) strzelił Marek po rzutach rożnych. Główką strzelił, miał jakieś metr pięćdziesiąt wzrostu, zawsze główką strzelał, ja mu wrzucałem. Tyle umiałem w piłce nożnej, żeby z rzutu rożnego kopnąć mniej więcej tam, gdzie była głowa Marka. Szczegółów nie pamiętam, anegdotki postanowiłem więc nie opowiadać.

Wziąłem swój kieliszek wina – chłopaki pili piwo – i poszedłem z nim do dziewczyn. Futbol, nie futbol: mnie tam zawsze do dziewczyn było bliżej. Na studiach miałem same dziewczyny, we wszystkich pracach same dziewczyny, do fryzjera czy dentysty faceta też w życiu nie pójdę – i to wcale nie chodzi o to, żeby zaraz coś tam, nie wiadomo co. To jest jak nic, zauważa mój wewnętrzny freudysta, jakiś utajony homoerotyzm. Albo te tam, lęki kastracyjne.

– Idę do dziewczyn – powiedziałem, poklepując jednego z futbolistów po ramieniu. Chciałem klepać serdecznie, ale pewnie wyszło tylko protekcjonalnie. – Dziewczyny mają wino.

Zadzwoniłem porozumiewawczo paznokciem w swój pustoszejący kieliszek, a futbolista zrobił wyrozumiałą minę i zatrzepotał rękami w jakimś niejednoznacznym geście. „Nic nowego”. „Jak zawsze”. „Pewne rzeczy pozostają niezmienne”. No coś tego typu.

Przyszedłem tu wcześniej od innych – pierwszy błąd, chyba że było nim to, że w ogóle przyszedłem. Trzeba się było spóźnić taktyczne – jak większość – ale jakoś nie miałem siły błądzić po tym wciąż odstręczającym mnie mieście, poza tym gdybym chciał się taktycznie spóźnić już po tych taktycznie spóźnionych, to musiałbym przyjść gdzieś koło północy. (Może ona tak przyjdzie?). Przyszedłem więc wcześniej, kiwnąłem tym dwóm, którzy przyszli jeszcze przede mną i usiadłem tak, że obok mnie ani naprzeciwko nie było nikogo – mógł się więc dosiąść, kto by uznał za stosowne. Dosiadanie się do mnie za stosowne natychmiast uznali futboliści, a Kaśka, Aneta i Ola wylądowały w kącie, jakieś sto kilometrów ode mnie, i musiałem teraz wstawać, dosiadać się i nieco przy tym poniżać, ale co mi tam, dwadzieścia lat minęło, wszystko to już jedno. A obok Kaśki, naprzeciw Anety i Oli, było cały czas wolne miejsce, wolne jakby specjalnie dla mnie, na co trochę miałem nadzieję, chociaż – uczciwie mówiąc – miałem jeszcze większą nadzieję, że Kaśka trzyma je wcale nie dla mnie: nie wiedziałem jeszcze, kto w końcu przyjdzie, a kto nie, w te całe kliknięcia nie można nijak wierzyć, no a gdyby jednak przyszła, to jak nic usiadłaby gdzieś koło Kaśki.

Dziewczyny wyglądały dobrze, o czym przekonałem się już wcześniej, bo kiedy jedna po drugiej wchodziły, zdołałem ze swojego futbolowego więzienia dokładnie je zlustrować. Nie byłem na szczęście aż tak głupi, aby siadać tyłem do wyjścia. Idąc więc w ich stronę, nie musiałem już się badawczo wgapiać i mogłem z całą swobodą machać w ich stronę kieliszkiem i szczerzyć się w odpowiedzi na gest Kaśki, która poklepała zachęcająco siedzisko stojącego obok niej pustego krzesła. Czyli może jedna dla mnie trzymała… Minęły już raczej dopuszczalne granice taktycznych spóźnień, chociaż trzeba przyznać, że w wypadku Dagmary granice zawsze były gdzie indziej, niż się ich człowiek spodziewał. No ale po dwudziestu latach to kto wie… Ciekawe, jak ona w sumie, pomyślałem, no bo dziewczyny naprawdę dobrze, zrobione na dziś, wiadomo, ale tak czy inaczej. Właściwie wszystkie trzy, bez problemu, no bardzo chętnie w sumie – i to nie że z sentymentu, ale po prostu, jako takie. Ola może nieco za szeroka, ale to jej służy w sumie jakoś, a Aneta z kolei jakaś odchudzona trochę za bardzo, nie że chuda po prostu, ale odchudzona właśnie, ale też bez problemu, nie ma co. Pozostałe dziewczyny, widziane kątem oka, też wyglądały mniej więcej dobrze, czego nie da się – jak sądzę – powiedzieć o naszych futbolistach. Na dwudziestoleciach dziewczyny wyglądają dobrze, a faceci niedobrze. Na trzydziestoleciach jest pewnie odwrotnie, o czym planuję się nie przekonywać. Patrząc na te trzy z odległości już tylko kilku kroków, pomyślałem sobie, że w sumie nie widziałem ich w najlepszym momencie, czyli gdzieś, powiedzmy, koło trzydziestki. (Dagmary oczywiście też w tym momencie nie widziałem). Wtedy oglądałem je w stanie jakiejś nieporadnej niedojrzałości, a teraz mogę oglądać je na progu nieuniknionego więdnięcia, nawet gdyby ten próg miał się rozciągać jeszcze na jakieś dziesięć lat. One też zresztą widywały mnie wtedy w stanie żenującej chłopięcości, a teraz zobaczą mnie w stanie lekkiego, początkowego, bardzo łagodnego, ale już jednoznacznego i dobrze widocznego nadpsucia. Dziesięciolecie matury trzeba było organizować. Piętnastolecie maksymalnie. No ale włosy mam jeszcze mniej więcej, pomyślałem, brzucha mniej więcej nie mam – a te dwa spektakularne osiągi wyróżniają mnie znacznie spośród tamtej ławy futbolowo-piwnej. No bo ja zawsze musiałem być od kogoś fajniejszy i ładniejszy, zauważa mój wewnętrzny freudysta, a nie fajny i ładny tak po prostu.

– Piwo tam piją – wyobraźcie sobie – mówię, wciskając się obok Kaśki i całując ponad stołem Anetę w policzek, mniej więcej.

– Skandal – odpowiada Ola, wymieniając Anetę.

– Zaraz przyjdzie następna karafka – mówi Kaśka, przyciskając mnie do siebie z jakąś serdecznością, może i nawetnieudawaną .

– Jestem u siebie – mówię, lądując z westchnieniem na krześle.

– Orzeł wylądował – rzuca Aneta.

– No a my tu sobie o rozwodach właśnie opowiadamy – wyjaśnia Kaśka – bo Ola się miesiąc temu rozwiodła.

– Gratuluję – mówię. – Jeśli to jest powód do gratulacji.

– No pewnie, że jest – wtrąca się Aneta. – Ja się rozwiodłam ze dwa lata temu. No a jakbyś mnie zobaczył trzy lata temu… Dwadzieścia kilo więcej. A teraz, no sam popatrz.

– Patrzę, patrzę! – zapewniam. – Od godzinki nic tylko patrzę. I dobrze, że nikt nie urządzał siedemnastolecia w takim razie!

– O, to fakt – śmieje się Aneta.

– Ja akurat miałam wtedy z pięć kilo mniej – mówi Ola.

– Pięć to nie dwadzieścia – zauważa przytomnie Kaśka.

– Spokojnie, spadnie ci – zapewnia Aneta. – Ledwie miesiąc masz od rozwodu teraz.

– A ty się nie rozwiodłaś? – pytam Kaśkę.

– Ja nie. Ale przymierzam się. Research robię. Dziewczyny bardzo chwalą. A ty?

– Co ja? Nie, ja nie… Ja się nigdy nie ożeniłem nawet…

– Biedaku!

– To się nawet rozwieść teraz nie możesz – smuci się Aneta. – A to jest jakby zacząć drugie życie.

– No to ja mam cały czas to pierwsze – odpowiadam.

– A dzieci masz jakieś?

– Nie mam – mówię. – A wy?

– Ja jedno – mówi Aneta. – Ale  z tym drugim facetem na szczęście dopiero.

– Ja dwójkę z tym pierwszym niestety – rzuca Ola.

– Ja też dwójkę – mówi Kaśka. – I to mi trochę…

– Opóźnia research? – podpowiadam.

– No tak, właśnie.

– A ty masz kogoś w ogóle? – pyta Ola.

– Miewam – mówię. – No ale nie żeby…

– Nie żeby zaraz?

– Właśnie.

– I książki jakieś podobno napisałeś?

– No tak, coś tam właśnie…

– Nie czytałam jeszcze – przyznaje Aneta.

– Ja też nie.

– Ani ja.

– No to może sobie o dzieciach i rozwodach jednak pogadamy? – proponuję.

I tak to idzie przez kolejną godzinkę. Dziewczyny są zorientowane. Informują mnie o dzieciach i rozwodach wszystkich na sali, z różnych części stołu. Okazuje się, że wszystkie dziewczyny mają dzieci i gdzieś tak połowa się rozwiodła, podczas gdy chłopaki niemal wcale się nie rozwodzili, a i dzieci też na ogół nie mają. Mój wewnętrzny statystyk zaczyna się zastanawiać, z kim dziewczyny mają te dzieci, i z kim się rozwodzą, jeśli nie z chłopakami. Nudne się to zaczyna robić. Zastanawiam się, ile jeszcze kieliszków wina muszę wypić, aby nareszcie spytać Kaśkę o to, o co ją chcę spytać. Tymczasem Ola chyba już wypiła wystarczająco dużo kieliszków, bo pyta mnie, czy jest w tym kącie stolika ktoś, z kim nigdy nie spałem.

Nie przychodzi mi niestety do głowy żadna błyskotliwa odpowiedź. Zdefiniuj „spałem” – to by było najlepsze. Mruczę więc coś bełkotliwie, że sobie to wszystko spróbuję przypomnieć w drodze po następną karafkę wina. Idę, przypominam sobie. Z Kaśką nie spałem, z Anetą, no, oczywiście tak, była taka faza, z samą Olą w sumie też, ale jakoś tak nie do końca, bo my się spotykaliśmy w pierwszej klasie, więc się głównie za ręce trzymaliśmy, co milsze było w sumie niż wszystkie te tam późniejsze wyskoki. A potem, na jakiejś imprezie, która się nazywała imprezą po latach (po trzech czy pięciu mniej więcej)… Czyli w sumie raczej nie wtedy, kiedy powinniśmy. Przechodząc koło chłopaków, kątem ucha słyszę, jak jeden mówi: „Gdybym za każdy wyrwany siwy włos, dostawał sto złotych, to mógłbym nie pracować”. A drugi mu na to: „Jakbym ja miał jeszcze jakiekolwiek włosy, to naprawdę bym się nie przypierdalał do koloru”. O, tu się jednak powinienem dosiąść, tu powinienem wrócić z następną karafką. Ale wracam jednak do Kaśki. Ola i Aneta gdzieś zniknęły. („Palić poszły”. „One palą?”. „No Aneta poszła Olkę przewietrzyć”).

– Pamiętasz Szczawnicę? – pyta Kaśka.

– Jasne – mówię i to jest wtedy kłamstwo, ale zaraz przestaje nim być, no tak, pamiętam, z Kaśką prawie jednak też, a właściwie nie żadne tam prawie, tyle co nic w sumie.

– Szkoda, że nie poszliśmy wtedy za ciosem….

– Fakt – mówię.

– No ale ja wiem, o co ty chcesz spytać – mówi Kaśka.

– Tak?

– Tak. I możesz tak nie patrzeć cały czas w stronę drzwi. Daga nie przyjdzie.

– Kliknęła, że przyjdzie – mówię, opuszczając gardę, bo co jej tu będę po dwudziestu latach pierdolił, że nie patrzę i nie chcę o nią spytać.

– Dzwoniła do mnie – ciągnie Kaśka. – Wczoraj dzwoniła. Pytała, kto będzie. No, pytała, czy ty będziesz. A jak jej powiedziałam, że będziesz, to ona…

– Bez sensu – mówię. – Chętnie bym ją zobaczył. Po prostu. Dwadzieścia lat minęło. Ja się już dawno na nią nie gniewam.

– Ja tam nie wiem, o co ty byś się niby miał na nią gniewać – mówi Kaśka. – Ale ona przez tyle lat… No załamało ją to wtedy. Ty już na studiach byłeś. Ona wróciła do Pawła. Nie wiem, co mu powiedziała, ale nigdy im się później nie układało.

– No nie zdecydowała się – mówię. – Szkoda. Wtedy wielka szkoda. Ale co tu, po tylu latach…

– A on jej to zawsze wypominał, ten Olsztyn – ciągnie Kaśka. – Zawsze to wyciągał i jeszcze się z niej naśmiewał.

– Jaki Olsztyn? – pytam.

– No ten, w którym koczowała dwa dni i całą noc na dworcu.

– Zaraz…

Czekając na ciebie zresztą, ale co ja ci tu będę teraz po dwudziestu latach wypominać… No taki miałeś kaprys, a potem ci ten kaprys minął, ratownik, kurwa, znad jeziora. No przepraszam, nie moja sprawa… Ale ona tak wtedy płakała… A Paweł za każdy razem potem: Jedź se do Olsztyna…

– Wolsztyna – mówię.

– Olsztyna – mówi Kaśka, ale zaraz przerywa, bo wracają Ola z Anetą.

– I jak? Policzyłeś już sobie? – pyta Ola.

– Policzyłem – mówię. – Z Dagmarą nie spałem.

– A to się nie przejmuj – śmieje się Aneta. – Z nią nikt nie spał.

– Nawet Paweł – rechocze Ola.

– Zwłaszcza Paweł – dodaje Aneta. – No, a przyjdzie Daga, tak w ogóle?

– Nie przyjdzie – mówi Kaśka. – Coś jej wypadło.

– A ona dalej z tym Pawłem? – pyta Aneta.

Niemożliwe, myślę, ja jebię, niemożliwe.

– A tego to nie wiem – przyznaje Kaśka. – Rok temu jeszcze tak, nie zaraz, półtora roku… Ale nie układało im się najlepiej.

Niemożliwe, myślę. Żeby przez jedną literkę. Jak to płakała? Nie zdecydowała się, taka jest prawda. A mnie w końcu wyjebali z tego ratownictwa, bo całymi dniami przesiadywałem na dworcu w Wolsztynie. Komórek nie było. Niemożliwe, że przez jedną literkę. A ja tyle godzin na tym dworcu wtedy.

***

Dworzec wygląda nadal tak samo. To znaczy dworzec w moim rodzinnym mieście, bo tamten w Wolsztynie to nie mam pojęcia, nie byłem już potem, dwadzieścia lat tam nie byłem. A ten tutaj nadal taki sam jak zawsze. W całej Polsce dworce wyremontowali, a ten tu został jak jakiś skansen. Specjalnie dla mnie. Abym pamiętał, dlaczego stąd uciekłem. Dziwne zresztą, jak niewiele w sumie osób stąd uciekło, jak niewielu musiało na to wczorajsze spotkanie zjeżdżać. Ktoś niby z zagranicy, parę osób tak jak ja pociągiem skądś tam, dwóch chłopaków razem z Poznania samochodem, ale  połowa nadal mieszka tutaj. Nigdy więcej, pomyślałem. Nigdy. Żadnego dwudziestopięciolecia, żadnego trzydziestolecia. Choć wczoraj oczywiście ściskałem chłopaków – bo w końcu jednak do nich wróciłem – i bełkotałem, że musimy częściej, że stary, kurwa, tyle lat… Nawet jakieś tam piwo piłem w końcu, a w kiblu pytałem jednego z futbolistów, czy kojarzy, gdzie jest Wolsztyn (kojarzył), czy wie, że tam są też jeziora w pobliżu (wiedział). Jasna sprawa, stary, Wolsztyn, zajebista rzecz.

Kaśka wyszła, nie wiem kiedy, pewnie wtedy, gdy w kiblu dyskutowałem o pojezierzach polskich. Ola uwaliła się jeszcze bardziej, ale ostatecznie poszło jej raczej w płacze niż w śmiechy. Karol się do niej dosiadł i coś jej tam pierdolił, że nie ma sensu tkwić, że trzeba do przodu, że mądra decyzja. No, sama prawda, chłopaku, dawaj, na zdrowie. A z Anetą pożegnaliśmy się całkiem miło przy barze. Płaciliśmy właśnie, a ona wtedy odwróciła się do mnie i jawnie mnie zlustrowała, od góry do dołu, i powiedziała, że bardzo dobrze wyglądam, chociaż zrobiła to pewnie głównie po to, abym ja jej powiedział, że ona to wygląda naprawdę dobrze. No to trzymaj się, jeszcze jest w porządku, jeszcze mamy zęby i włosy, jeszcze nie wstyd się z nami na mieście pokazać. Ech, ta twoja sztuczka z kostką lodu. Nie mam pojęcia, jaka to niby moja sztuczka.

Aneta. Pierwsza moja prawdziwa dziewczyna. Jeśli liczyć, że Ola nieprawdziwa. W porządku się to poukładało w sumie. Nie mogę narzekać. Jakąś tam młodość miałem, jakieś przygody nazbierałem. Ale tak jak z Dagmarą, tak jak Dagmarę, to jednak nigdy wcześniej ani nigdy później, no niestety. I nie musiałem sobie z tego zdawać sprawy teraz, na tym zasyfionym dworcu, z tą żenującą walizką na kółkach przy boku, bo wiedziałem o tym przez cały czas, przez te dwadzieścia lat, zawsze wiedziałem. Jeśli jedna litera… Dwadzieścia lat. Może Aneta ma rację, może faktycznie jeszcze nie wstyd. Napiszę do Kaśki. Numer telefonu wezmę.

Rzuć go, mówiłem. Rzuć wszystko, mówiłem. Zostaw go. Ze mną bądź, mówiłem. Nie z nim. Zostaw go, mówiłem. Klęczałem przed nią na podłodze, ona na fotelu, wciskałem się w nią, wtulałem, całowałem ją, gryzłem, lizałem, zjadłbym najchętniej. Kocham cię, mówiłem, kocham cię. Pewnie nie ten jeden raz w życiu, musiałem to pewnie niejeden raz jeszcze różnym innym mówić, taka to była konwencja, ale żadnego innego razu nie pamiętam, więc się liczy jakby jednak tylko jej.

Śpiewałem jej. Całe płyty. Bez talentu. Dark side of the moon, na przykład, nie wyrabiając w tych wyższych partiach. Rysowaliśmy sobie litery palcem na plecach. Ja cały czas pisałem to samo. Ona napisała to tylko  raz, ostatniego dnia, kiedy już wiadomo, że on jutro wraca, a ja jutro wyjeżdżam. I jeszcze jeden raz powiedziała, że ona też. Ja też, powiedziała. Ja bardzo też.

Siedzieliśmy godzinami w wannie, paliliśmy jakieś świeczki na brzegu wanny. Stawialiśmy na pralce magnetofon kasetowy, wyłaziłem z wody raz na pół godziny, by zmienić stronę. Dolewaliśmy ciepłej. Suszyliśmy się na balkonie, ja półnagi, ona zawsze ubrana. Miała koszulkę w poziome paski. Trzy odcienie zieleni, cztery może. Oliwkowy, miętowy i taki trollowy. Orkowy, mówiłem. Siedzieliśmy na balkonie, na ósmym piętrze z dziesięciu, w bloku, z widokiem na inny blok. Jeździłem jej po brzuchu wyjętą z drinka kostką lodu. Moja sztuczka z kostką lodu, no tak.

I miał być tylko ten tydzień – no i w końcu był tylko tydzień – ale ja nie mogłem, nie dałem rady, od razu wiedziałem, że spróbuję, że zawalczę. Cztery lata w jednej klasie i nigdy nic, ani słowa z nią nie zamieniłem. I nagle, nie wiem jak, przypadkiem, tamten wyjechał, ostatnie wakacje, ja zaraz na studia, koniec lata, za chwilę wjadą hitlerowskie czołgi.

Zostaw go, mówiłem. Bądźmy razem. Zawsze tak może być. Za rok, za dziesięć, za dwadzieścia. Ja już miałem umówioną robotę wakacyjną. Miałem być ratownikiem nad jeziorem. Musiałem zarobić parę groszy, aby móc pojechać na te studia do Krakowa. Ja też, powiedziała, ja bardzo też. Szybko zatrzasnęła za mną drzwi. Nie było komórek. Zadzwoniłem z dołu domofonem.

Idź już, powiedziała, ja też, ale już idź. Przyjedź do mnie, powiedziałem. Zostaw go, przyjedź. Sto razy to powiedziałem. Przyjedź tam do mnie. Jutro jadę. Od poniedziałku będę czekał na ciebie codziennie w samo południe. Codziennie. Od poniedziałku. W samo południe na dworcu w Wolsztynie. Wymówić się tego nie da. Przez domofon.

Piach tam gryzłem z rozpaczy. Codziennie na dworcu. Nie zdecydowała się, myślałem, nie zdecydowała się. Jedna literka. Przez domofon. Ja też, powiedziała, ja bardzo też. Litera. No nie wierzę.

Nie wierzę, widząc ją tam, na peronie. To ona. Nie ma wątpliwości. To ona. Nie mogę powiedzieć, że się nic nie zmieniła, bo trochę się jednak zmieniła. Ma krótkie włosy. Zgrabne. To jest jeszcze bardziej wzruszające, że się trochę zmieniła, bo się widzi tamtą w tej, a nie że tak wprost, na talerzu, że identyczna. Widzi mnie, ja ją widzę. Nie umiem się uśmiechnąć chyba. Walizkę ciągnę. Podchodzę.

– Musiałam przyjść – mówi. Nie patrzy na mnie.

– Skąd wiedziałaś…?

– Jest jeden na dobę pociąg do Krakowa. Przyszłabym jutro, pojutrze – mówi.

– Słuchaj – mówię, puszczając walizkę, machając niezgrabnie ręką, nie mając odwagi jej dotknąć. – Dobrze, że jesteś. Szkoda, że wczoraj… Tyle rzeczy mam ci do powiedzenia…

– A ja mam ci do powiedzenia tylko jedną rzecz – mówi. – Spierdalaj. Rozstałam się z Pawłem wreszcie, po tych wszystkich latach. I mam wrażenie, jakbym się z tobą w końcu rozstała. Chuj z tobą. Chuj ci na grób.

I teraz jest ten moment, że ja mogę coś powiedzieć. Że Wolsztyn, mogę powiedzieć. Nie Olsztyn. Że czekałem, mogę powiedzieć. Nie zrobiłem cię w chuj wcale. Że bez sensu mnie od dwudziestu lat nienawidzisz. Że może i racja, może i chuj ze mną. Ale wannę pamiętasz? Balkon pamiętasz? Mogę powiedzieć, że ja też, że ja bardzo też. Że komórek nie było. Że domofon. Że przyjdź może na dwudziestopięciolecie. Że rzuć wszystko, skoro jego wreszcie rzuciłaś. Rzuć wszystko i wsiądź ze mną do tego jebanego pociągu. Że jak będziemy jechać razem, to nam się może stację nie popieprzą. Że nie może być przecież tak, że te dwadzieścia lat w dupę z powodu takiego czegoś. To jest ten moment, że mogę coś powiedzieć. Coś mógłbym właśnie teraz powiedzieć.



Maciej Miłkowski (ur. 1980) – prozaik, tłumacz, krytyk literacki, felietonista krakowskiej „Gazety Wyborczej”. Opublikował dwa zbiory opowiadań: Wist (2014) i Drugie spotkanie (2017). Jego opowiadania tłumaczono m.in. na angielski, niemiecki, niderlandzki i rosyjski. Niedawno ukazała się powieść System Sulta (2019) nakładem wydawnictwa Nisza.

Marta Basak (ur. 1993) – skończyła Wydział Grafiki ASP ze specjalizacją z ilustracji i aneksem z malarstwa. Zajmuje się także działaniami społecznymi – interesuje ją budowanie wspólnoty w oparciu o kontekst lokalny i potrzebę chwili. Najważniejsze jest dla mnie rozbudzenie empatycznego, wrażliwego spojrzenia na świat i drugiego człowieka, szukanie poezji w codzienności.