Błaszczuk

Proza

ERNEST MAŁKIEWICZ

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Patrycja Błaszczuk

Byłem ja

 

Zamiast przedmowy (przykład)

Szukam nowości w świecie, gdzie wszystko jest stare już od samego początku, czy raczej byłoby, gdyby taki początek kiedykolwiek zaistniał. Początki – tak samo zresztą jak zakończenia – mają jednak to do siebie, że ktoś je kiedyś wymyślił i wmówił, wmówił sobie i nam, obsesyjnie i nieodwołalnie. Wmówił tak, że nigdy nas nie opuszczą, bo jedyna rzecz, której możemy być pewni, to wieczność. Myśl o początku wywodzi się od innej, a ta od kolejnej – prawie jak w dowodach Tomasza, tylko bez boga na końcu, którego nie ma.

 

I.

Nie zacznę od tego, że wszystko już było, bo to było już u zbyt wielu. To bez sensu; takie fałszywe użalanie się nad sobą, marne usprawiedliwianie, że już zaszliśmy za daleko w historię, że modernizm już był i że post już nie ma żadnych nowości. I może warto byłoby o tym wspomnieć, gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie.

Tyle że nie ma.

Bo nigdy jeszcze nie było mnie.

(Ani więcej młodości i starości niż teraz).

Jestem więc ja i jest może dużo takich mnie, wśród których nic nie czyni mnie wyjątkowym i z których każdy byłby w stanie usiąść teraz i napisać to, co ja. Ale liczę się tylko ja. Jajajajajaja.

Tylko ja, bo to właśnie ja usiadłem i zaczynam pracę, pracę nad dziełem-życiem, bo na dzieło życia jestem jeszcze za młody. Zresztą zawrzeć to, co najważniejsze, na przestrzeni paru pochlapanych atramentem (pikselami) kartek wydaje mi się raczej smutne. Dzieło życia jest tym, co się przez to całe życie robi, a nie to, co się przez miesiąc, rok, dwa zapisuje na byle papierkach. Opus magnum – to już co innego. Doceniamy, ale nie przeceniamy. Wielkie, pewnie, ale nikt nie twierdzi, że warte czyjegoś życia, nie (aż tak) patetyczne.

A jednak wybieram patos może i jeszcze większy, ale za to o ile bardziej osobisty. Zamiast dzieła życia piszę sobie to dziełko-życie, działko śmierci – chuj mnie strzeli, jak czegoś wreszcie nie stworzę. Ot, żeby zająć się czymś, co choć przez moment wydaje mi się pożyteczne, co choć na moment skupia moją uwagę i odciąga od myśli o własnej bezużyteczności, nieważne dla świata czy dla mnie samego.

Mój komputer (nazywa się Kris Kelvin) jest pełen takich plików. Zwykle kończą się po stronie i, przypomniawszy o sobie od czasu do czasu, błagają o ciąg dalszy. Jestem wtedy okrutny, nie wiem tylko czy bardziej dla siebie, czy dla nich. Czytam całość (żaden wysiłek, niespełna dwa tysiące znaków) i odsuwam od siebie na kolejne miesiące, a spod warstw nostalgii przebija się dzika satysfakcja, że nie pomyliłem się sam co do siebie i nie ma już żadnych wątpliwości, że to, czym się właśnie zajmuję, jest zupełnie nie dla mnie.

 

Przykład I. (nieznośny)

Świat przerasta mnie raz za razem.

To wbrew pozorem o wiele gorsze, niż gdyby przerósł mnie raz a dobrze, bo w ten sposób nie oszczędza mi kolejnych i kolejnych zawodów. Z jakiegoś powodu za każdym razem, kiedy postanowię nareszcie się poddać, zawsze pojawia się coś, co sprawia, że jednak odzyskuję odrobinę energii.

Jakbym miał w sobie jakiś niewidzialny węgielek, który tli się jeszcze, nawet zalany wodą, której przecież tam w środku jest aż nadto. I wystarczy najlżejszy powiew powietrza, żeby maleńka czarna grudka zapłonęła – najpierw nieśmiało, prawie niewidocznie, a potem z całą mocą, której nikt by u takiej drobinki nie podejrzewał. A potem znów chlust i płomień się ukrywa, ale nie znika, choć często marzę, żeby tak było.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to właśnie ten cały słomiany zapał i może miałby rację; kto wie, na pewno nie ja, badanie samego siebie wolałbym pozostawić lekarzom, ale dotykanie bolących miejsc to pokusa, której trudno się oprzeć, więc nie opieram się za bardzo.

I sprawdzam, i wtedy wiem, że to na pewno nie słoma, nawet jeśli ktokolwiek inny by tak powiedział. Bo słoma byłaby całkiem zadowalająca, przy pierwszej porażce mógłbym zrezygnować i powiedzieć sobie, że tak właściwie to zrobiłem wszystko, co tylko mogłem, a jak wszystko przeciwko mnie, to ja przecież nie będę przeciwko wszystkiemu.

A tak przy byle głębszym wdechu, przy byle głupim westchnieniu wiatr sobie wleci i jeśli akurat własne ciało złośliwie zbuntuje się, żeby przestać produkować tę trochę słonawą wodę z każdą kroplą tłumiącą żar – wtedy węgielek zapłonie radośnie, chociaż może już nie tak radośnie, bo błyskając trochę błękitem czy zielenią; nie byłem nigdy dobry z chemii, ale w każdym razie wciąż mocno.

Wtedy spadnie kropelka i powie mi, że to bez sensu, że i tak idę w burzę, w ulewę, w sztorm i huragan. Ale w takich momentach wiatr dmie najmocniej, tak mocno, jak gdyby próbował człowieka przewrócić, chociaż tak naprawdę rozpala płomyczek jeszcze bardziej i wtedy…

Wtedy wszystko skończone.

 

II.

Tym razem jednak wracam.

Patrzę i czytam, i zastanawiam się, w jakiej atmosferze powstało to wszystko, ale, dla mnie dzisiejszego, ja z wczoraj (to nie było wczoraj) jestem pewnie równie zrozumiały, co dla jakiegokolwiek innego czytelnika. Nie wiem, czy to zmiana Alicji czy śmierć autora, ale raczej mi to nie przeszkadza. Mogę tak odkrywać sam siebie-niesiebie wciąż na nowo – to pewnie coś o mnie mówi, tylko że nie mi teraz, może mi jutro.

Co ja tu robię po raz drugi albo nawet trzeci (zależnie od tego, co wytnę)? Chyba po fascynacji słowem, a potem poczuciu bezsensu tego, co piszę (ależ to pretensjonalnie brzmi, ja bym pewnie dalej nie czytał) odnoszę wrażenie, że jest coś, co warto zapisać mnóstwem zer i jedynek (tak naprawdę nie znam się na komputerach, ale może tym razem trafiłem i do tego się wszystko sprowadza). Może tak samo jak w tym (nawiasowym) wtrąceniu strzelę dobrze, powiem coś ważnego albo chociaż coś, co jakiś hipotetyczny ktoś miałby ochotę przeczytać. Hipotetyczny ktoś nie będący mną, oczywiście. Miło czasem usłyszeć coś miłego, a ja, mimo że jestem swoim najwierniejszym czytelnikiem, jestem też najzagorzalszym krytykiem (trochę liczę na to, że kogoś sprowokuję tym stwierdzeniem, ale marne szanse; nikt nie będzie czytał).

Zamiast mówić, że wszystko było, stwierdzam, że, ech, to słabe, nie ruszajcie. Takie samousprawiedliwienie, jebany ze mnie hipokryta.

 

Przykład II. (zadowalający)

Nad głową mam niebo, a dzisiaj jakimś cudem widać gwiazdy. Jakimś cudem, bo jestem przecież w mieście, i to całkiem dużym. Ostatnio były tak wyraźne pewnie jakiś miesiąc temu, ale nie tutaj, tutaj nigdy nie są.

Leżę i chciałbym zasnąć, ale nie mogę zamknąć oczu na dłużej niż kilka sekund; coś przyciąga moje spojrzenie ku gwiazdom, czy może nawet nie wszystkim gwiazdom, ale tej jednej konkretnej, która akurat w tym wyciętym prostokącie niebieskiego sklepienia świeci najjaśniej. Nie mogę spojrzeć w żadną inną stronę, wydaje mi się, że jeśli przestanę patrzeć, to oczy mnie nie posłuchają i same odlecą w jej kierunku tylko po to, żeby zatonąć w tym jej blasku.

Wpatruję się więc tak mocno, że gwiazda drży, a może po prostu drży, bo nie może się już utrzymać. Myślę, że to może być statek kosmiczny, że ta obca cywilizacja z sąsiedniej galaktyki postanowiła wreszcie oddzwonić, że to może samolot albo rakieta czy jakiś inny satelita, może dron, jeden z tych, które dziadek wszędzie widzi na niebie.

Niech to będzie cokolwiek, niech to tylko nie będzie spadająca gwiazda, niech nie będzie, bo takie gwiazdy to za duża odpowiedzialność, nie chcę takiej odpowiedzialności, nie chcę życzenia, bo nic się już nie da naprawić, dałem sobie przecież spokój.

Zamykam oczy na chwilę dłużej, nie wiem jak mi się to udaje, ale zamykam, żeby nie widzieć jak spada, żeby nie musieć myśleć o życzeniu, chociaż już dawno pomyślałem, nie chcę.

Nie mogę. Otwieram.

Zniknęła, nie widziałem.

Chciałbym drugą szansę.

 

III.

Palę.

To całe „umrzesz” powtarzane w kółko przez życie (i też przeze mnie) działa w gruncie rzeczy w stronę przeciwną niż zamierzona, czy może odwrotną niż zamierzona przez otoczenie, bo jak tam z tymi przepisami to nie wiadomo i już. W gruncie rzeczy akcyza jest całkiem niemałym zarobkiem, a lekiem na starzejące się społeczeństwo może być po prostu niepozwolenie mu na dożycie tej starości. Gdyby to było zaplanowane, byłby to zajebiście dobry plan, przeprowadzany konsekwentnie od kilkudziesięciu (dwudziestu?) lat. Wychować któreś pokolenie w najszczerszej nienawiści do tytoniu, żeby ten sam nakaz powtarzany był wciąż i wciąż, i z każdej strony, a jedynym sposobem uwolnienia się od niego byłoby zwyczajne go złamanie. Błędne koła są przecież takie super, teorie spiskowe nie mogą być lepsze. Gorsze niż farmaceuci, nie?

Tak naprawdę to nie. Tak naprawdę ulegam temu wszystkiemu z braku silnej woli albo z braku chęci jej posiadania. Życie to dar, nie niszcz go bezmyślnie.

Robię to całkiem umyślnie.

Jaki jest pożytek z daru, z którego nie można dowolnie korzystać? Wzbudzanie poczucia winy jako najlepsza metoda wychowawcza. Tylko że ono nie jest moje i z największą przyjemnością zwrócę je nadawcy, czy może lepiej – nadawcom. I’m in control of what I do, i nikt inny nie ma prawa być. Chyba że Rimbaud ma rację, mówiąc „ja to ktoś inny”, co pewnie brzmi lepiej po francusku.

Słowa, słowa, maski, a przed każdym inna, żeby tylko nie pomyśleli sobie o mnie źle. Jestem tak absolutnie i absurdalnie nieodkrywczy, że to aż zabawne, choć w gruncie rzeczy nie mnie to oceniać. Tak dużo oczekiwań do zawiedzenia, a największe moje własne, bo wszystkie inne już checked on my list, a całkiem długaśna była. Dobrze-niedobrze, że nie tylko ja się tym zajmuję nieomal zawodowo.

Tak więc po jakichś czterech miesiącach przechodzę (miałem napisać przechodzimy, ale wspomniałem już pewnie, że liczę się tylko ja) do tego, o czym miało być, ale nie rozpędzę się zanadto. Ważne, żeby nie wymagać od innych, co najwyżej od siebie (bo patrz nawias wyżej), milusia lekcja przejebanych lat. O kim to będzie?

Chill.

Mamy czas.

Dlaczego palę?

Chill.

 

Przykład III. (nieklasyfikowalny)

Wyszedłem wieczorem na spacer, spojrzałem w niebo. Inna gwiazda akurat spadała i pomyślałem, chociaż miałem nie.

Niespodzianka, nic się nie zmieni.

Nie cierpię przesądów.

 

IV.

(autocenzura, bo to ani ważne, ani ciekawe, ani nawet dobrze napisanie. ani.)

Przykład IV. (chaotyczny)

W pociągu obok mnie ktoś czyta Bułhakowa, to wydanie z Wyborczej, z tej serii literatury dwudziestowiecznej, którą od dawna chciałem mieć, ale jak wychodziła, to nawet o tym nie wiedziałem, byłem zupełnie niezainteresowany.

Przypominam sobie jedną z najgorszych rzeczy, które kiedyś napisałem, bo na najgorszą trudno się zdecydować, przecież tyle tego było i za dwa dni pewnie doliczę też to, co właśnie piszę, ale na razie to nieważne, na razie jadę i nie mam czym się zająć. Myślę, że zajmę się dziełem życia, chociaż chyba na to za wcześnie.

To chyba miało być o czymś ważnym, ale wiem już, że nie umiem.

Wielu rzeczy nie umiem, ostatnio nawet nie umiem pisać w jednym stylu i wróciłem do tego, co kiedyś; piszę to, co czytam, czy może piszę tak, jak czytam, a jest jedna książka, którą czytam aż za często.

Finis, pociąg się zatrzymuje.

 

V.

No to jeszcze raz od nowa, może tym razem nie będę aż takim pretensjonalnym, pogardzającym wszystkim i wszystkimi zgorzkniałym dupkiem. To musiało być w sumie zabawne, jak się czytało takie och-jak-poważne wypociny szesnastolatka, jeszcze z tym „wyluzuj”, ale nie po polsku, bo to bardziej jazzy (nawet jeśli rzeczywiście mówię w ten sposób).

Chciałem wtedy napisać o tym, co mi nie wyszło, a wyjść miało. Problem w tym, że zacząłem na tyle wcześnie (bo od tamtego momentu wszystko się ze sobą wiąże), że ten początek to już miałem w głębokim poważaniu, a to, co mnie interesowało, nie było jeszcze nawet na horyzoncie. W początkach liczy się przecież tyko pierwsze siedem i pół słowa (tak słyszałem – wtedy czytelnik ma podjąć decyzję), a dalej powinno się już przejść do tego, co ma jakiekolwiek znaczenie. Zawsze ważniejsze to, co będzie później, bo może ktoś zapamięta.

Początek to tylko taka przynęta i już, zanurza się spławik, czy nie?


Ernest Małkiewicz (ur. 1999) – maturzysta w LXIV LO im. Witkacego w Warszawie. Bibliofil, kinoman, miłośnik sztuk wszelakich. Współtwórca bloga literackiego eProzac (2014–2016).

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

RICHARD ANTONIOUS

JAN KANTY ZIENKO

JAKUB WIŚNIEWSKI