Budzisz się rozmemłany w swoim barłogu, ale jeszcze dosypiasz i tak mijają ci dwie godziny… tak co jakiś czas się lekko budzisz… zasypiasz… budzisz się… zasypiasz… budzisz się… próbujesz sprawdzić tablicę na facebooku i wiadomości z messengera, ale skończył ci się pakiet, a modem leży wyłączony… nie chce ci się wstawać… zasypiasz…
.
budzisz się… wtulasz w poduszkę… uwielbiasz swoją poduszkę i z lubością radością przyjemnością… wciągasz zapach swojego potu z pościeli niezmienionej od dwóch miesięcy… wiesz, że musisz wstać, ale to jest ponad twoje siły, leżysz i leżysz… jaka to rozkosz tak leżeć… ale trzeba wstać… trzeba wstać… trzeba wstaaaaać…

.
mijają po trzy minuty za każdym razem jak sprawdzasz czas w telefonie… szykuje się ostatnie

poleżenie… ale ups, piętnaście minut, oj…

no i wstajesz po pięciu minutach. jeszcze raz wwąchujesz się w barłóg. ten zapach… to jest to.

na piętnastą jesteś umówiony na randewu z pewną dziewczyną, a jest już prawie czternasta. najpierw prysznic… myjesz siebie, myjesz włosy… opłukujesz ciało wodą… wycierasz swoje ciało… siebie… ręcznikiem i wychodzisz z wanny (której używasz jako brodzika). Rześko, świetnie, fajnie… nakładasz kremy… myjesz zęby… zmywasz kremy… lubisz dbać o cerę… golenie?… patrzysz w lustro… nie trzeba. owijasz się w ręcznik i idziesz do pokoju.

sprawdzasz godzinę na telefonie… cała operacja zajęła ci prawie pół godziny… szybko przeglądasz ubrania na suszarce… aha aha… spodnie te co wczoraj… czyli też przedwczoraj… i trzy dni temu… i cztery… są wygodnie rozciągnięte, a do tego nie trzeba nic z nich wyciągać by przełożyć do innych kieszeni… dobra, spodnie wybrane, teraz gacie… otwierasz szufladę z bielizną i wyciągasz też jakąś parę skarpet… szybko wdziewasz majty, potem skiery, następnie spodnie, łapiesz jakąś podkoszulkę z suszarki… wybierasz bluzę… bierzesz tę z kapturem, bo pada deszcz…

klucze?… są w kieszeni… zakładasz płaszczyk i lecisz… ile czasu?… dwadzieścia minut, ale tyle wystarczy… najwyżej się spóźnisz pięć minut… ale to norma… raczej…

wychodzisz z pokoju… klucze… wbijasz na klatkę… ze schodów… ze schodów i jesteś na dole… klucze… i wychodzisz w świat… no kurde, dziwny ten świat… idziesz tak i jest fajnie i widzisz jak ludzie wychodzą z domów… ludzie wychodzą z domów… to ciekawe jak z niektórych domów wychodzi po 50 takich samych mężczyzn… to ciekawe jak z niektórych ludzi wychodzą domy… to ciekawe, że wokół same domy a tylko ty mieszkasz w bloku… gdybyś nie był sobą to zniszczyłbyś ten blok i wybudował dom… ale ci się podoba… fajnie się mieszka w bloku… w domu nie czułbyś swojego zapachu… w domu musiałbyś sprzątać… a po co?… wystarczy regularnie wyrzucać odpadki organiczne żeby się nie wytworzyły pleśnie i wilgoci… a ty boisz się wilgoci… widzisz przed sobą osobę… może to być kobieta albo mężczyzna… widzisz jak tej osobie rosną włosy… widzisz jak rosną paznokcie… jest okrągła jak piłka… ta osoba… ustanie… przyśpieszasz kroku żeby ją ominąć… patrzysz za siebie i widzisz… że rzeczywiście stoi… machasz jej na pożegnanie… z uśmiechem, a ten ktoś patrzy na ciebie tak… jak człowiek by na ciebie spojrzał… ludzie… ludzie…

a to tylko droga na przystanek tramwajowy…

nie masz biletu miesięcznego… w tramwaju nie kupujesz jednorazowego bo kochasz ten dreszcz… lubisz czuć się sprytnym kiedy wypatrujesz kanara… i kiedy czujesz że on wsiądzie… niekoniecznie na najbliższym przystanku, może na następnym… i wysiadasz… dziś go nie było… dziś przez całą drogę tramwaj był pusty… podskakiwał za każdym razem kiedy przejeżdżał jakąś istotę… która chciała być zmiażdżona… przepołowiona… podskoczył szesnaście razy… siedziałeś i opierałeś brodę o dłoń a łokieć o kolano, myśląc o tym jak te istoty się czuły, uwalniając się z kieratu… o tym jak koła tramwaju odcinały ich głowy od ciał i jak te dwie połówki były wobec siebie obce… jak głowa patrzyła na ciało nie będąc nie należąc już do całości a będąc tylko głową… jak ciało na głowę nie należąc już do całości a będąc tylko ciałem… jak tej całości już nie ma… jak głowa jest głową… jak ciało jest ciałem… głowa psa mogła zagryźć jego ciało… ciało kota mogło zadrapać jego głowę… bez całości części ciała mogły działać bezmyślnie…

twój przystanek… wysiadasz… a no tak pada… zakładasz kaptur… idziesz… fajnie się tak idzie w deszczu… ludzie są pozamykani i nie obserwujesz zbędnych przytłaczających interakcji… ludzie wokół ciebie płaczą… a ty idziesz uśmiechnięty… wokół ciebie rosną grzyby… rosną do dwóch metrów… ślimaki wychodzą z nor… zrzucają skorupy… skaczesz przez kałuże i grona ślimaków… kiedy ludzie wokół ciebie wściekle po nich depczą… to uczucie które się unosi nad wszystkim jest jak bity pies… ono skomle… ono trzaska… ono mięknie… ono pęcznieje… ono dogorywa… ludzie wokół ciebie idą do siebie a ty idziesz do kogoś innego… ulicą pełznie… wielki ślimak… wielki jak samochód… wielki jak samochód…

dochodzisz pod kawiarnię… wchodzisz… rozglądasz się… widzisz ją… dosiadasz się… witasz się… ona się uśmiecha… ty odwzajemniasz uśmiech… ale przez moment… bo po co się uśmiechać za dużo…

– pijesz kawę? – tak. – a jaką? – …americano – lubisz americano? – tak.

patrzy na ciebie… uśmiechasz się na moment…

– a ja kupię sobie piwo.

idziesz do baru… zamawiasz piwo… patrzysz za siebie… patrzysz na nią… uśmiechasz się…

bierzesz piwo… siadasz przy niej… pytasz:

– jak podoba ci się pogoda? – okropna.

– tak? ja lubię deszcz – aha.

wypijasz łyk piwa… taki duży…

– kurde, dzisiaj myślałem nad tym że śmiesznie by było, gdyby Polacy zamiast skupić swoją uwagę na Janie Pawle II uznaliby za świętość Czesława Miłosza, to wtedy organizacje pisarzy polskich byłyby dzisiaj takie jak dzisiaj kościół katolicki tylko nie aż tak. pomyśl że tuszowano by w dużej mierze przypadki przemocy domowej alkoholizmu i gwałtów.

nerwowo się zaśmiała…

– ale czy byłoby tak dużo pisarzy jak księży? – spytała…

– tak, przecież praktycznie każde miasto ma pisarza, ale niekoniecznie dobrego. praktycznie w każdym kilku mieszkańców wydało tomik poetycki, prozaicy to już rzadsze przypadki ale też się zdarza.

– aha.

– moment, muszę iść do toalety.

– ok.

wstajesz od stolika… podchodzisz do baru… pytasz gdzie toaleta… pracownik ci wskazuje… idziesz gdzie trzeba… wchodzisz tam… podchodzisz do pisuaru… odpinasz spodnie… sikasz… miło… spuszczasz wodę… zapinasz spodnie… idziesz umyć ręce… myjesz… suszysz… wychodzisz…

wracasz do stolika… ona na ciebie patrzy…

– opowiedz mi co u ciebie – mówisz.

– a nic takiego – na pewno? – tak, posprzątałam u siebie, za godzinę idę do pracy.

– pracujesz w knajpie, co nie?

– tak.

– kiedy idziesz?

– tak jakoś za 20 czwarta wyjdę.

ok.

… mówiłeś co chciałeś… czasem pro forma prosiłeś ją żeby coś powiedziała… pytałeś ją o zdanie… ale głównie mówiłeś i robiłeś co chciałeś… randewu się skończyło…

raczej nie myślisz że się spotkacie następnym razem…

ale i tak ci się podobało…

żegnasz się z nią… zakładasz kaptur i idziesz do sklepu…



Filip Matwiejczuk (ur. 1996) – studiuje polonistykę na UJ. Mrągowianin. Publikował wiersze w „MULTImediach”, „8. arkuszu Odry” i „Małym Formacie”.