Jakby ktoś pytał, to mam na imię Maciek, mieszkam w Kłodzku i uczę języka polskiego w jednym z tutejszych liceów. Moi rodzice od lat mieszkają w Stanach Zjednoczonych i w zasadzie to ich nie znam. W Polsce wychowywała mnie Zosia, siostra mojej matki. Ciotka miała kiedyś własnego syna, ale Marcin, tak miał na imię, zmarł niedługo po porodzie. Po jego śmierci wpadła w straszną depresję. Mniej więcej w tym czasie moja mama urodziła mnie, co komplikowało rodzicom plany wyjazdu do Stanów, a musieli wyjechać, bo ponoć ojciec wdał się w jakiś konflikt z władzami. W Stanach zaś mieszkali dziadkowie od strony mamy, którzy wyjechali tam po 1968 roku. Wpadli więc na pomysł, ze oddadzą mnie cioci, żebym ją pocieszył po stracie syna. Takim sposobem zostałem remedium na smutek i była to chyba najważniejsza rola, jaką w dotychczasowym życiu odegrałem.
Nie mam ani trochę żalu do rodziców za to, że mnie oddali. Po tym, jak Zosia zostawiła swojego męża, który miał skłonność do nadużywania alkoholu, została zupełnie samotna. Na to jeszcze nałożyła się śmierć dziecka. I to w zasadzie ona sama zaproponowała, że się mną zajmie najlepiej jak potrafi. Z kolei moja matka nigdy o dzieciach nie myślała, chyba nigdy nie chciała ich mieć. I potem już żadnego dziecka nie mieli. Żyli samotnie, gdzieś na obrzeżach Baltimore, na wschodnim wybrzeżu. Ojciec, teraz emeryt, był ponoć elektrykiem, a mama pracowała jako pediatra. Nie chcieli mnie, więc mnie oddali komuś, kto chciał. To chyba sprawiedliwy deal. Nigdy potem nie zabiegałem o to, żeby ich poznać i oni w sumie też tego nie robili.
Trzeba zaznaczyć, że Zosia była naprawdę boską mamą i zawsze miałem wszystko, czego tylko potrzebowałem. Jako kilkulatek wierzyłem, że kupiłaby mi wszystko, co sobie tylko zażyczę. Nasze wspólne wyjścia do sklepu wyglądały mniej więcej tak:
– Zosiu (od kiedy pamiętam mówiłem do Zosi Zosiu, nawet wtedy, gdy jeszcze myślałem, że jest moją mamą), a kupisz mi to? – pokazywałem jakąś maskotkę, powiedzmy, Kermitta z Ulicy Sezamkowej.
– Kupię ci, Maćku – odpowiadała.
– A to? – pokazywałem grę planszową ze statkami.
– Kupię ci.
– A to? – trzymałem pudełko z lalką Barbie.
– To też.
– Zosiu, ale ty mi tak dużo rzeczy nie kupuj, bo zostaniemy bez pieniędzy.
No, i wracaliśmy do domu bez niczego, Zosia pewnie nie zamierzała mi żadnej z tych rzeczy kupować, a mnie rozpierała radość, że jestem taki roztropny. Pewnie myślałem jeszcze przy tym, że może mógłbym zostać jej mężem, którego nie miała, ale w sumie to cholera wie. Z dość osobliwą sytuacją, że nie mam taty, a większość dzieci jednak ma, oswoiłem się późno, bo w wieku trzech lat. Wcześniej, zdaje się, mówiłem po prostu, że go nie ma, że odszedł i nie poświęcałem sprawie więcej uwagi. Dopiero wówczas, gdy miałem te trzy lata, nieco starszy mój kolega z podwórka Andrzejek postanowił brnąć w temat dalej i ni stąd, ni z owąd zapytał, czy mój tato umarł na wojnie. Powiedziałem, że nie wiem, nikt mi o tym nie mówił, i co to jest wojna, zapytałem. Andrzejek odpowiedział, że to zabijanie się nawzajem. Bardziej niż kwestia ojca, zastanawiało mnie w tym wszystkim, jaki jest sens w zabijaniu się nawzajem. I może sprawa ojca znów przeszłaby bez uwagi, ale jakieś piętnaście minut później Andrzejek podszedł do Zosi, która na ławce nieopodal rozmawiała z sąsiadką, i zapytał ją, czy mój tato umarł na wojnie.
– Oczywiście, że tak – odpowiedziała mu bez wahania. – Umarł na wojnie.
– A na jakiej? – Andrzejek pytał niezmordowanie.
– Na najgroźniejszej z wojen – zmarszczyła brwi. – Wojnie o swoją tożsamość.
– Nie znam takiej – rzucił mój kolega i pobiegł ślizgać się na ślizgawce.
Wujek Mietek przegrał – zdaniem Zosi – tę najgroźniejszą z wojen na własne życzenie.
– Bo nie chciał jej wygrać, a naprawdę wszystko mogło potoczyć się inaczej – opowiadała mi, jak już byłem starszy. – Nie mógł się pogodzić z faktem, że jestem Żydówką, koledzy dokuczali mu z tego powodu, a on nie potrafił się postawić, pozwalał im mnie lżyć. Jak wracał do domu, wyżywał się na mnie. Kiedy się stawiałam, mówił, żebym wypierdalała, bo nie jestem u siebie. Do dziś się zastanawiam, jak to się stało, że się ze mną ożenił i że to moje pochodzenie początkowo wcale mu nie przeszkadzało. Dopiero jak mu jeden z kolegów zaczął opowiadać, że twoi dziadkowie, komuniści, dostali mieszkanie, które było wcześniej rodziny tego kolegi, stosunek Mietka do mnie zmienił się diametralnie. Czy to możliwe, żeby ktoś mógł ci tak nagadać, żebyś nagle zmienił stosunek do własnej żony? Bo to się z dnia na dzień zmieniło. Nagle zaczął mi wypominać, że w mieszkanie dziadków to nie jest tak naprawdę mieszkanie dziadków, tylko Gadaczów, bo oni tam byli tuż po wojnie, a potem twoi dziadkowie się wślizgnęli jak glizdy i to mieszkanie zajęli. I lżył mnie coraz bardziej, aż się mu postawiłam. Powiedziałam, że jak jeszcze raz wyzwie mnie lub moich rodziców, wyrzucę go z mieszkania, bo należało przecież do mnie. Uderzył mnie w twarz i powiedział, że gówno mogę, że mieszkanie mi zabiorą, bo ono było Gadaczów. Wtedy mu powiedziałam, żeby sobie wobec tego siedział u Gadaczów, jak taki przywiązany do tego, co ich.
I Zosia nigdy więcej nie wpuściła Mietka do swojego mieszkania.Teraz ja tutaj mieszkam, kilka już dobrych lat bez Zosi, która zachorowała na raka jelita i zmarła w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat. Zostawiła mnie samego, kiedy miałem dwadzieścia sześć lat i od tamtej pory mieszkałem i próbowałem sobie radzić z życiem sam. Zosia zapisała mi to mieszkanie przy ulicy Wojska Polskiego, niedaleko miejsca, gdzie w nocy z dziewiątego na dziesiątego listopada 1938 roku, w tak zwaną Noc Kryształową, spalono jedyną synagogę w ówczesnym Glatzu, późniejszym Kłodzku. Dziś na jej miejscu stoi pamiątkowy głaz.
Moje korzenie nigdy nie były mi ciężarem, powodem do wstydu. Żaden z rówieśników nigdy nie czepiał się, że mam pochodzenie żydowskie, choć pewnie wiedzieli o tym od rodziców. Nigdy też nie manifestowałem przywiązania do starowierczych tradycji, mimo faktu, że Zosia zapoznała mnie z jej kluczowymi elementami. Dobrze znałem Stary Testament, czytałem go jednak jak Eddę poetycką, wyłącznie dla rozrywki. Nauczycielka polskiego w liceum pytała mnie, czy wierzę w Jezusa. Powiedziałem jej, że nie, a po chwili dodałem, że w Jahwe też nie. Specjalnie, bo o to nie zapytała. – W co zatem wierzysz? – brnęła dalej. Odpowiedziałem, że wierzę w nic, bo jestem nihilistą i relatywistą. Zrobiła wtedy takie duże oczy i powiedziała, że jeśli jestem nihilistą, to chyba powinienem się zabić, bo to właściwa rzecz dla nihilistów. To była chyba najszczersza rzecz, jaką od niej usłyszałem w trakcie mojej edukacji licealnej.
Nie chodziliśmy z Zosią do, nieobecnej tu od 1938, synagogi, nie chodziliśmy też do kościoła, meczetu i cerkwi, ale dużo dyskutowaliśmy o Bogu. Im bliżej końca jej życia, tym częściej. Śmierć napawała ją lękiem, bała się, że będzie samotna w tym wielkim nic, do którego zmierza. Ale przy samym końcu była już zupełnie spokojna, jakby doszła do wniosku, że cisza, która jest tożsama z tym nic, będzie lepsza od wściekłości i wrzasku tego świata. Ja też myślę, że na swój sposób to nic, które miałoby na nas czekać po śmierci, jest uspokajające. Chyba byłoby strasznie, gdybyśmy znów mieli trafić do świata, który byłby podobny temu tutaj. A może czeka nas coś jeszcze gorszego? To byłoby, kurwa, chore, ale z drugiej strony kto powiedział, że Bóg, jeśli istnieje, nie może być zły. Albo uznawać za dobre to, co my uznajemy za złe. W Starym Testamencie taki przecież bywał. Dawał skóry zwierzęce, które nie wiadomo skąd wziął, Adamowi i Ewie i wybił Hiobowi rodzinę, która nic nikomu nie zrobiła.
W tej perspektywie nicość jest rajem, dlatego powiedziałem nauczycielce, że jestem nihilistą. Z czasem jednak trochę zweryfikowałem swoje poglądy. Zrozumiałem, że coś tam jednak jest. Żyjemy w świecie pełnym duchów.
Mieszkanie, w którym teraz mieszkam, składa się z jednego dużego pokoju, jednego małego, sypialni, kuchni i łazienki. W sypialni swój pokój miała Zosia, tam też umarła. Ja zajmowałem mały pokój, teraz trzymam tam książki swoje i Zosi, która bardzo lubiła czytać. Jeszcze w czasach komuny sprowadzała mnóstwo książek, miała znajomych księgarzy w regionie i czasem jeździła na wyprawy, z których wracała z torbą podróżną wypełnioną książkami. Opowiadała mi kiedyś historię, jak na dworcu kolejowym w Świdnicy spotkała młodszego od siebie mężczyznę, który do niej zagadywał o to, gdzie jedzie, co ma w torbie i inne podobne rzeczy. Kiedy pociąg podjechał, chciał pomóc jej z bagażem, ale ledwo dał radę podnieść jej torbę, co go mocno speszyło i w rezultacie, zażenowany, usiadł gdzieś indziej.
Zosia pracowała jako księgowa w spółdzielni rolniczej na obrzeżach Kłodzka i, kiedy nie miała dużo do roboty, czytała w pracy. Miała osobny pokój, więc nawet nie musiała się z tym specjalnie kryć. Najbardziej lubiła czytać polską poezję dwudziestego wieku, jej ulubionym poetą był Leśmian. Kochała jego folklorystyczne zacięcie, wyczucie języka z jego rymem i rytmem, wyobraźnię. Zdarzało się, że mówiła mi, że mam leśmianowską fantazję, że żyję w nierealnym świecie. Jak już poszedłem na polonistyczne studia, w czym duża zasługa Zosi, ona zaraziła mnie miłością do książek. Budziłem się i zasypiałem wśród nich w tym swoim małym pokoju. Na studiach w zasadzie nie musiałem korzystać z biblioteki, wszystko było w domu. Może oprócz nudnych książek językoznawczych. Oprócz poezji uwielbiała rzeczy Franza Kafki, miała wszystkie jego książki wydane po polsku, mówiła, że to najwybitniejszy pisarz.
– Nikt tak nie przeniknął naszej rzeczywistości, jak on to zrobił – mówiła, gdy rozmawialiśmy w któryś weekend, kiedy wróciłem do domu z Wrocławia. – W swoich książkach wywrócił świat podszewką do góry i go opisał. Ubrał w słowa metafizyczną grozę. Albo słowa w metafizyczną grozę.
– Nie opisał, ale napisał świat na nowo – mówiłem do niej. – Rzeczywistość się dopasowała do jego słów, nie na odwrót.
Po jej śmierci niemal wszystko jest w mieszkaniu tak, jak było. Nie przestawiałem mebli, niczego nie remontowałem, wszystko stoi tak, jak to zostawiła. Dalej korzystam z tych samych garnków i sztućców. Dzięki temu czuję, jakby dalej była tu ze mną. Nawet pistolet, który znalazłem po jej śmierci, zostawiłem na swoim miejscu.
(…)
***
Tam, gdzie wisi teraz Franz Kafka, wisiał wcześniej Marcin, którego powiesiła tam Zosia. Potem Marcina przeniosłem do kuchni. Zosia, umierając, powiedziała, że jeśli chcę, mogę go zdjąć z tej ściany w pokoju. Obok Kafki powiesiłem zdjęcie Zosi, a potem Stefana. Tego Kafkę, już oprawionego, dostałem na koniec roku od uczniów, z którymi na lekcjach etyki rozmawialiśmy o zwierzętach, a konkretnie o passusie z Biblii, który mówi, byśmy zwierzęta czynili sobie poddanymi. Żeby urozmaicić dyskusję, kazałem uczniom przeczytać dwa opowiadania Franza Kafki Sprawozdanie dla Akademii i Dociekania psa, czyli teksty, w których zwierzęta mają swój głos, mówią do nas, a my dla odmiany możemy posłuchać, co one mają nam do powiedzenia. Te dyskusje o zwierzętach, a przede wszystkim chyba opowiadania Kafki, tak się spodobały, że uczniowie oprawili mi autora w ciemną, drewnianą ramkę i teraz patrzy na mnie tym swoim przenikliwym wzrokiem ze ściany pokoju. Zaglądam mu prosto w oczy i mówię:
– Kafka głupawka.
– Znowu piłeś? – odpowiada.
– Piłem, bo mi smutno. A co? Ty ze wszystkich zdjęć tak gadasz? Jak widziałem cię na książce w księgarni i próbowałem zagaić, to nie odpowiadałeś – odwracam się od niego i siadam na fotelu. – I wyszedłem na głupka, ludzie na mnie patrzyli.
– To sam sobie teraz odpowiedziałeś.
– Ale to są jakieś takie specjalne zdjęcia, które są z tobą gadającym? Że trzeba było je poświęcić albo coś, wtedy zacząłeś się odzywać. Albo specjalne zdjęcia z wbudowaną sztuczną inteligencją i każdy może mieć swojego gadającego Kafkę za sto złotych. Ale jeszcze chyba nie ma takiej sztucznej inteligencji. Hmm, zrobię ci może test na Kafkę. Test – czy naprawdę jesteś Kafką? A jeśli tak, to w ilu procentach nim jesteś. Możesz wybrać kategorię: twoja biografia albo twórczość. Proszę, wybór należy do ciebie.
Cisza.
– Czyżby nasz test na prawdziwość Kafki miał się zmienić w zdemaskowanie oszusta, co? Chyba nawet napisałeś takie opowiadanie – Zdemaskowanie oszusta. To jak: napisałeś, czy nie napisałeś? To jest pierwsze pytanie.
Obrazek milczy. Podchodzę, zdejmuję go ze ściany i mruczę do siebie:
– Co jest? Zepsuł ci się głośniczek, hm? Wyczerpała bateryjka? A może ty zawsze byłeś takim obrazkiem kogoś innego, bo z samym sobą nie miałeś nic wspólnego? Obudziłeś się jednego dnia i skumałeś, że jesteś wizerunkiem jakiegoś gościa, który od dawna nie żyje. Eh, nie chcesz ze mną gadać, to nie. Popatrzę sobie w okno – mówię, wieszam zdjęcie z powrotem na gwóźdź i zaglądam przez okno. Na zewnątrz jest ciemno. Latarnie oświetlają puste chodniki po obu stronach ulicy. Nigdzie żywej duszy, jakby wszyscy gdzieś wyjechali na wakacje w grudniu. Patrzę na fasady kamienic i idę do kuchni, biorę butelkę z resztką wina, siadam na parapecie. Jutro mają wypuścić Maryśkę ze szpitala i tak bardzo się tym denerwuję, co z nią jest, że piję bez umiaru. Jeszcze Kafka się na mnie obraził, ale chujnia, myślę sobie. No i piję jeszcze więcej, do nieprzytomności.
Rano przypominam sobie, jak przepraszałem Kafkę na kolanach i prosiłem, by znów był moim kolegą. Mówiłem, że to wszystko z nerwów, bo wciąż nie wiem, co się dzieje z Maryśką. Mówiłem mu, że zna Maryśkę, wisiał tam przecież cały czas, kiedy przychodziła. Chyba też wie, w jakim ona jest stanie, powinien mnie zrozumieć. Ale chyba nie zrozumiał, bo się nie odezwał. Poszedłem do kuchni, zdjąłem zdjęcie Marcina i z nim próbowałem rozmawiać, ale on też mi nie odpowiedział, choć bardzo go prosiłem. Pytałem, gdzie jest Zosia, czy są razem, czy widzieli gdzieś Stefana, czy był Stefan gdzieś razem z Bolkiem. Zosia poznała Stefana, wie, jak wygląda. Odstawiłem zdjęcie Marcina z powrotem na miejsce. Patrzył gdzieś w dal z przerażonym i niemowlęcim wzrokiem, jakby wiedział, że już idzie po niego nieuniknione. Zawiesiłem z powrotem Franza Kafkę i w pijackiej złości, a może nawet rozpaczy, że nikt nie chce ze mną rozmawiać, dorysowałem mu markerem na szkle wąsy, takie, jak miał Hitler. Teraz je zmazuję i mówię na głos: – Przepraszam.
A w głowie mi kołacze jeden z podpunktów kafkowskich Rozważań o grzechu, cierpieniu, nadziei i słusznej drodze, numer czterdzieści cztery – „śmiesznie się dla tego świata wystroiłeś”.
(…)
***
Wieczorem dzwoni do mnie Marysia. Wypuścili ją ze szpitala, chce do mnie przyjść.
– Przyjdź – mówię i w międzyczasie układam sobie gadkę, żeby ją jak najbardziej delikatnie zrugać za krzywdę, którą sobie wyrządziła. Delikatnie, bo tak czy siak będzie teraz miała mnóstwo problemów prawnych za to, że – jakby nie patrzeć – próbowała zabić swoje dziecko.
Dzwoni dzwonek do drzwi. Próbuję udawać twardziela, ale kompletnie mi nie wychodzi. Otwieram drzwi i odruchowo mocno przytulam zakapturzoną Maryśkę z rozmazanym pod oczami makijażem. Rozklejam się przy tym mimowolnie i wyjącym jak jakaś strażacka syrena głosem, którego się jednak wcale a wcale nie wstydzę, pytam:
– Po co to, kurwa, Maryś, zrobiłaś, no po co? – siąpię przy tym nosem, bo zaczyna mi lecieć gil. Pytanie jest zbędne, bo Marysia nic mi nie odpowiada. Zresztą, jak na takie pytanie odpowiedzieć? Chciałam zabić dziecko w brzuchu, bo nie chciałam go mieć. Przecież to, kurwa, oczywiste. Dlatego po chwili, wciąż siąpiąc nosem, dodaję:
– Nie odpowiadaj, nie musisz.
Stoimy przytuleni przez kilka minut. W okolicach obojczyka bluza zupełnie mi przemokła jej łzami. Marysia, w przeciwieństwie do mnie, płacze po cichu, od czasu do czasu łkając nieco głośniej. Po tych kilku minutach łapię ją za ramiona i patrzę jej prosto w oczy.
– I co będzie? – pytam.
– Sraka – mówi, wycierając nos czarnym rękawem bluzy. – Będę miała sprawę w sądzie o usiłowanie aborcji na własną rękę. Wypuścili mnie po konsultacji z psychiatrą, który widywał się ze mną w szpitalu. Stwierdził, że mogę wyjść, bo nie ma już zagrożenia. Obiecałam, że już nic głupiego nie zrobię.
– Nie zrobisz? – pytam i zaraz potem gryzę się w język, bo to dość bolesne pytanie. Widzę to po oczach Maryśki, która po nim posmutniała jeszcze bardziej.
– Nie zrobię – odpowiada po chwili, lekko zirytowana. – Możemy usiąść? – pyta szorstko.
Siadamy na fotelach, podaję jedzenie. Zrobiłem makaron z porem w sosie śmietanowym, jedną z nielicznych potraw, które potrafię zrobić. Na stole obok talerzy stawiam szklanki i wodę.
– Masz wino? – pyta Maryśka.
– Mam. A pijesz w ciąży?
– Nie – mówi cicho.
– To na chuj ci wino?
– Nieważne.
Nic więcej nie mówię. Czuję się obrzydliwie w tej sytuacji. Zupełnie nie wiem, co mam mówić, jak się zachować, o co mi w ogóle chodzi. Mam tak w jej towarzystwie po raz pierwszy. Szukam w głowie czegokolwiek, żeby móc się tego czepić i zagaić rozmowę, która przypominałaby którąkolwiek z naszych poprzednich rozmów. Nie znajduję niczego, bo w głowie mam zupełną pustkę. Zdaję sobie sprawę, że nic nie będzie jak przedtem. Jest, kurwa, zupełnie inaczej. Wpatruję się w nią, jak ze zwieszoną głową dłubie widelcem w makaronie. Tuż za nią stoi sprzęt grający z porozrzucanymi płytami. To mi nasuwa pomysł.
– Słyszałaś nowego Nicka Cave’a? – pytam. – Nagrał strasznie nierówny album. Może posłuchamy?
– Jak nierówny, to po cholerę chcesz go słuchać? – Maryśka nawet nie podnosi głowy, żeby na mnie popatrzeć. Za wszelką staram się myśleć o tym, jak jej pomóc, ale nie mam żadnej koncepcji. I wychodzę na idiotę, na którego nawet nie warto spojrzeć.
– Puszczę tylko te kawałki, które mi się podobają.
– Nie puszczaj mi niczego – mówi cicho Maryśka. – Nie przyszłam słuchać muzyki. Moglibyśmy poleżeć na kanapie? Głowa mnie boli, chyba od siedzenia. – wstaje i ściąga kaptur, włosy ma zmierzwione jak cholera, wygląda, jakby dopiero wstała z łóżka po kilkudniowej orgii przy akompaniamencie rocka psychodelicznego i narkotyków. Do tego brak tej czwórki w uzębieniu, który odbiera jej wszelką powagę. Nie zdziwiłbym się, gdyby z powodu tej czwórki jednak zdecydowali się nie wypuszczać jej na wolność.
Kładziemy się, ale w pozycji horyzontalnej wcale nie jest mi łatwiej, choć miałem taką nadzieję. Patrzę w sufit i wciąż nie wiem, co mam mówić. Tym razem Maryśka odzywa się pierwsza.
– Pojebane gówno to wszystko – mówi.
– No, tak jest – przytakuję.
– Ciesz się, tobie nic nie grozi. Dałabym sobie wyłamać drugiego zęba, żeby to wszystko mi się nie przydarzyło – obraca się w moją stronę. – Ty cały czas możesz sobie żyć tak, jak żyłeś. A mi się wszystko pojebało, jak nigdy. Nie trafiłam – podciąga bluzę i pokazuje mi zsiniały szew pod pępkiem.
– I co? Żałujesz, że nie trafiłaś? – pytam. Nie odpowiada, patrzy się w ścianę. Patrzy na Kafkę. – Pomogę ci z wszystkim – mówię.
– Ale to nie jest twój problem, Maciek. – Maryśka wciąż patrzy na tego Kafkę.
– Nieważne, że nie mój – łapię ją za rękę. – Ale ja chcę. – rzucam frazą à la rozwydrzony bachor, który czegoś chce i na głos artykułuje swoją chęć.
– Nie masz wrażenia, że ten Kafka na tym zdjęciu żyje? – moja kumpela najwyraźniej nie zwraca uwagi na moją deklarację lojalności w jej cierpieniu.
– Bo żyje, mówiłem ci kiedyś – odpowiadam.
– Co ty pierdolisz? – odwraca się i patrzy mi prosto w oczy. – O Kafce mi nie mówiłeś.
– Mówiłem, na pewno. O tym, jak po śmierci Zosi siedziałem na fotelu i gapiłem się w tego Kafkę, a on do mnie mówi: – Patrzcie no na starego żuka.
– Aa, to już pamiętam – przerywa mi Maryśka. – Powiedziałam ci wtedy, że za dużo siedzisz w domu i czytasz. I ci odwala.
– No właśnie. Tak powiedziałaś. – potwierdzam.
– I coś jeszcze powiedział? – pyta.
– Nic, obraził się, jak chciałem mu zrobić test na Kafkę i przepytać go z własnej biografii i twórczości. Od tamtej pory się nie odzywa.
– Jak mi mówiłeś, że kilka razy widziałeś syna Zosi, to wydało mi się to strasznie chore i nie do uwierzenia, ale ci trochę uwierzyłam, bo masz w sobie jakąś, cholera, dziwną wrażliwość, która sugerowałaby, że może jesteś jakimś reptilianinem, który penetruje rzeczywistości równoległe, ale w tego Kafkę to ci chyba ni chuja nie wierzę. Za dużo czytasz i masz omamy, Maciek – mówi poważnym głosem. – Albo schizofrenię – dodaje.
– To nie wierz – mówię i puszczam jej rękę, którą nie wiedzieć czemu cały czas mocno trzymałem. Patrzę na jej rozczochrane, zielone włosy i myślę sobie, że ją ubóstwiam i nigdy nie mógłbym marzyć o lepszej koleżance. Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, z wypiekami na twarzy oglądałem amerykańskie seriale, w których bohater miał koleżankę, która zakradała się do niego do pokoju przez okno, a potem leżeli i rozmawiali o swoich uczuciach, przeżyciach i innych takich. Najczęściej tak się kończyły te odcinki, że po mnóstwie perypetii, którymi naładowany był serial, często dość nieprzyjemnych, ta końcówka, kiedy dziewczyna i chłopak leżeli na łóżku i gadali była dla mnie jak noc po ciężkim dniu. Marzyło mi się wówczas, a nie znałem jeszcze Maryśki, żeby mieć taką koleżankę, leżeć obok niej w takim platonicznym związku i rozmawiać o Dostojewskim albo milczeć. Wprawdzie Maryśka przychodziła do mnie drzwiami, jak człowiek, ale i tak czułem i chyba wciąż czuję się lepiej niż ten amerykański nastolatek.
Zupełnie nie chce mi się wierzyć, że kilka dni temu, jak gdyby nigdy nic, wbiła sobie nóż w brzuch.
– Kurwa, to wszystko jest strasznie nierealne – wykrzykuję nagle z dziwną ekspresją, której sam po sobie się nie spodziewałem. – Widmowe jakieś, jak sen Raskolnikowa w malignie. To dziecko i to, że sobie wbiłaś nóż w brzuch, żeby go nie mieć. To jest megapojebane, Maryśka. Bardziej niż ten gadający Kafka, który, wierz mi lub nie, naprawdę gada. Tak sobie teraz myślę, że chyba nawet on by ci takiego losu nie wymyślił, gdyby cię znał. Napisałby może, że rodzi się z ciebie jakiś pół-kociak, pół-jagnię, które twierdzi, że jest twoim ojcem. I byłoby to dla mnie realniejsze niż rzeczywistość. Zwłaszcza, że nie wiem, nie powiedziałaś mi, kim jest ojciec dziecka, moja droga Rosemary – mówię, a kiedy mówię, próbuję, żeby ta końcówka zabrzmiała nienachalnie, żeby zabrzmiała luźno, bo wiem, że jeśli sama mi do tej pory nie powiedziała, kim jest ojciec, to coś musi być na rzeczy, coś niekoniecznie dobrego. Po tej mojej tyradzie Maryśka patrzy mi przeciągle w oczy i mówi poważnym głosem:
– Ty jesteś ojcem.
Uśmiecham się.
– Ojej. Dobrze, miło mi, mogę być ojcem, ale mi chodziło o ojca prawdziwego, Maryniu.
– Ty nim jesteś – powiedziała z emfazą na to inicjalne ty, a mnie to ty inicjalne zmroziło, bo mam wrażenie, że ona nie żartuje, bo mówi to tak, jakby naprawdę myślała, że to ja. Jest jakaś prawda w tym jej ponurym głosie. Drapię się po głowie i przez chwilę siedzi mi w głowie myśl, że ona jest chyba nienormalna, że coś się z nią stało bardzo niedobrego.
– Ale jak? Przecież my nigdy.., eh – urywam przy trudniejszym fragmencie. – Dobra, nie chcesz, to nie mów.
Maryśka przybliża się do mnie i szepce mi na ucho:
– Patrzcie no na starego żuka, jak się wypiera.
– Spierdalaj – odsuwam się na brzeg kanapy. – Co jak co, ale schizofrenika ze mnie nie zrobisz – pokazuję jej język, a ona przybliża swoją twarz do mojej. Przy ustach czuję jej delikatny policzek.
– Co jak co, ale schizofrenika ze mnie nie zrobisz – mówi, przedrzeźniając mnie.
– Mam na imię Maria i lubię słuchać, jak mi w jelitach pierdzi – podejmuję zabawę w przedrzeźnianie i czekam, aż powtórzy raz jeszcze, ale nie powtarza. Leżymy tak chwilę milczeniu, ona położona na mnie ze swoją twarzą przy mojej, po czym szturcham ją.
– Hej, co jest? Śpisz?
Nie odpowiada, ale widzę, że nie śpi. Gładzę ją po rozczochranych włosach i wdycham zapach jej proszku do prania, bo perfum nie używa. Nie cierpi perfum. Gdy tak leżymy, ja pod Marysią, ona na mnie, myślę o tym, że nasze podejście do życia zawsze było negacją jego biologicznego wymiaru. Nie interesowało nas łączenie się w pary, prokreacja, cały ten pragmatyzm istnienia. Żyliśmy po to tylko, żeby było nam przyjemnie i liczył się wyłącznie ten eudajmonistyczny aspekt życia. A dzieci w żadnym razie nie kojarzyły się nam z niczym przyjemnym i współczuliśmy znajomym, którzy je mieli, bo ci, gdy ich dzieci przychodziły na świat, tracili jakąkolwiek chęć uczestnictwa w życiu kulturalnym, które dla nas było niesłychanie ważnym, jeśli nie najważniejszym pierwiastkiem tej błahej egzystencji. Rzecz jasna, nie wszystkim znajomym to się przydarzało, ale z większością tak było, zdarzało się, że z powodu dzieci traciliśmy z niektórymi kontakt na zawsze. Dlatego. choć nigdy nie powiedzieliśmy tego głośno,  dzieci to było dla nas zło, czyste zło. Przewijanie pieluch, nocne wstawanie, później opatrywanie ran na łokciach i kolanach, wywiadówki, choroby, uzależnienia. Diabeł wcielony, z którym nie mógł się równać żaden black metal i wycinanie loga Bulglur na plecach kolegi. Nigdy w życiu nie rozmawialiśmy o dzieciach. Było po prostu jasne, że żadne z nas ich nie chce.
– Ej, Maryśka – odzywam się znów. – Bo przypomniało mi się coś.
– Co?
– Wtedy, jak piliśmy w Oberży, a potem poszliśmy do mnie…
– Nie pamiętam już nic z tamtej nocy – przerywa mi, ale mimo tego ja kontynuuję.
– Miałaś na plecach siniaki.
– Co? – podnosi się. – Rozbierałeś mnie?
– Nie – odpowiadam natychmiast zestresowany, bo jej oskarżenie brzmi poważnie. – Niosłem cię do łóżka i zobaczyłem.
– Upadłam na jodze, bo mi się zakręciło w głowie. I walnęłam się plecami o kolano Moniki. To były takie ćwiczenia w dwójkach. Któraśtam asana.
– Rozumiem – mówię, patrząc w sufit. Tego, że nie rozumiem, dlaczego kłamie, już jej nie mówię. Bo siniaki miała przecież na biodrach. Wcale nie jestem z siebie dumny, że ją tak głupio podszedłem. Leżymy sobie dalej, a w tle  słychać jakieś pijackie uliczne zaśpiewy. Po chwili z nudów zaczynam nucić Girls just wanna have fun. Bardziej do siebie niż do niej. Gdy kończę, słyszę miarowy oddech Marysi. Śpi. Wydostaję się i idę po koc, żeby ją przykryć. Przykrywam ją i gaszę światło.
– Będziesz dobrą matką – mówię, wychodząc, bardziej do siebie niż do niej. W odpowiedzi słyszę ciche: – Spierdalaj.


Maciej Bobula – poeta, prozaik, nauczyciel, czasem śmieszek, czasem płaczek, stały bywalec lasów i łąk. Bardziej niż w Boga wierzy w demaskulinizację społeczeństw, homoobcowanie, socjalizm i – wzorem ukochanego Dereka Jarmana – w to, że niedługo świat pełen będzie puszystych kaczuszek. Mieszka w Szalejowie Górnym, gdzie przygotowuje różne rzeczy pisemnie.