Numer 1/2019
Mniej

Ilustracja: Hania Kmieć

Oktawa Cayleya

Mózg tego pisarza:
zsunąłem się pospiesznie po piątym zwoju gdzieś w okolicach trzeciego wzgórza. Czas naglił.
Masy kresomózgowia wysklepiały się szare i nieprzeniknione
niczym jakieś nieznane góry w zapadającym zmierzchu.
Od strony przedłużonego rdzenia nadciągała już noc:
barwy szlachetnych kamieni, barwy kolibrów, świetliste kwiaty, rozproszone wonie,
nie powiązane ze sobą dźwięki. Powiedziałem sobie, że nie chcąc popełnić niedyskrecji
będę musiał wkrótce opuścić tę głowę.
R. Musil, O książkach Roberta Musila
(tłum. Jacek St. Buras)

Średniej wielkości miasto, ale zawszeć uniwersyteckie. Początek października. Sobota.

W jego wieku ma się już przeczytanych w liceum, pobieżnie albo i nie, MickiewiczaSłowackiego, Shakespeare’a, może nawet współczesnych. Na poły przetrawione spływa to potem znowu z czubków palców, powstają rzymskie tragedie lub czułostkowa liryka, krocząca w szacie zawiłej i nie kończącej się interpunkcji niczym w delikatnych ażurowych koronkach: sprawy same w sobie i dla siebie śmieszne, dla dalszego rozwoju mające niezmierzoną wartość. Owe asocjacje, przychodzące z zewnątrz, i zapożyczone uczucia przenoszą bowiem młodych ludzi ponad niebezpiecznie grząskim gruntem duchowym tych lat, kiedy człowiek powinien dla siebie samego już coś znaczyć, a jednak jest jeszcze zbyt niedojrzały, aby naprawdę coś znaczył. Czy u jednych pozostanie coś z tego na później, u innych nic – obojętne, każdy już się sam z sobą upora, niebezpieczeństwo istnieje tylko w okresie przejściowym. Gdyby wtedy ukazać takiemu młodzieńcowi śmieszność jego osoby, ziemia zapadłaby się pod nim lub runąłby jak przebudzony lunatyk, który nagle widzi tylko próżnię.

Cóż, dzisiejszymi czasy ludzie, jak renklody, dojrzewają późno.

***

Rozległy widok na bardziej nieznajomy pejzaż. Z góry, ale w przybliżeniu, jakby w rozpłaszczeniu, przez co mocno zniekształcony, zwłaszcza na rogach, zawinięty. Taki pojezierny, ze stemplem miasteczka na horyzoncie. I rzecz zastanawiająca…, bo cały w czerni i bieli i popstrzony wszędzie jakimiś wydumanymi poziomicami. Jak mapa, która przylgnęła – na mokro, w skali 1:1 – do własnego pierwowzoru, atoli w mocnym skrócie perspektywy. Po chwili daje się poznać, że to nie poziomice, tylko inskrypcje. Inskrypcje na wzgórzach, w dolinach, naokół jezior, poprzek każdej pochyłości. Podobne – pomyślał – do znaków pisma, którymi obłożono sjenitowy obelisk Ammona stojący na Placu Zgody. Czyli zupełnie nieczytelne dla większości z przechodniów Paryża.

Sztych – proszę ja was – ewidentnie, żywy sztych… Akwaforta.

Po akwaforcie idzie postać. Nieproporcjonalna względem tych wzgórz i dolin, raz za duża, to znowu za mała – jak na średniowiecznych obrazach. Człowiek: to jest człowiek, ale z głową psa, a zamiast nóg ma dwa sztywne ramiona niby cyrkla, którymi powłócząc, grawiuje w tej dziwnej ziemi. Nieraz przystaje, by się rozejrzeć dokoła jak gdyby w popłochu, potem idzie dalej, zgrzytając i skrzypiąc. Teraz oto też stanął, znów się rozejrzał, lecz chyba noga mu uwięzła pod skibą pisma. Mocuje się z nogą. Chce ją wydostać. Coś tu jest nie tak. Nie może. W końcu próbuje rękoma rozewrzeć załamek szrafirunku. Raz, drugi, trzeci. Nic.

Zmęczony widocznie tymi usiłowaniami, staje, raz jeszcze spogląda dokoła w popłochu i… zrazu zaczyna się śmiać. Wybucha wręcz zdrowym, serdecznym, nielękliwym śmiechem. – Czy naprawdę wybucha? – Po chwili zdejmuje z karku głowę psa, odrzuca ją do jednego z jezior, tak małego, że wystają uszy. A śmiech, choć bez głowy, dalej stacza się po wzgórzach. Potem zdejmuje tułów z cyrkla. Odchodzi na rękach. Trwa to jakiś czas, podczas gdy „nogi” osobno powoli przechylają się i upadają. Bez dźwięku.

Z boku czyjaś ręka ściąga mapę jak szmatkę z szyfonu i mnie ją. To jest koniec.

***

W samym środku popołudnia, idąc na umówione spotkanie, próbował sobie przypomnieć dzisiejszy sen. – Rzadko miewa sny, to jest: rzadko je pamięta. O te niesforne, które pamięta, dba jak o stare souveniry. – Być może z próżności. Sam nie wiedział.

Wszedł do Klubu Poselskiego. Zapytał o godzinę. Zamówił piwo i usiadł w kącie za stolikiem, którego politura czasy swej świetności dawno już – widać – przesunęła w sferę baśni. Klub Poselski wziął swoją nazwę bynajmniej nie od jakichś posłów, którzy tu mieliby byli zbierać się „na jednego” w czasach, kiedy lakier lśnił, ale od nazwy ulicy. Podrapał się po głowie, bo skąd się wzięła nazwa ulicy – ? – nie wiedział.

Z głośników sączył się Brel. Nie mógł nie poznać… Od razu stanął mu w pamięci obraz matki. Jego matka – jeśli tak można powiedzieć – była chyba jedną z najwierniejszych – tak to sobie czasem wyobraża – kochanek Brela. Jej miłość trwała już ćwierć wieku i nie tylko przez czas ten wcale nie osłabła, ale mogła się nadto (sama przed sobą) pochwalić tego rodzaju namiętnością, której głód rośnie jeszcze w miarę nasycenia, w porządku co najmniej arytmetycznym. Nawet najwcześniejszym wspomnieniom jego dzieciństwa asystował nieodmiennie francuski akcent i ta muzyka, odtwarzana wciąż z płyt kolekcjonowanych zachłannie przez matkę niczym widome znaki dawno minionej rzeczywistości, do której on nie miał dostępu, a która, wbrew pospolitej oczywistości przemijania, jednak nie mija. Niekiedy ojciec, w chwilach uprzejmej złośliwości, których było zawsze sporo, a z czasem coraz więcej, nazywał ją Fifi. Matka wtedy zawsze milkła, a z jej szarych oczu przebijało na poły nonszalanckie pytanie, którego jednak nigdy – o ile można wiedzieć – nie wypowiedziały jej wargi. Ojciec umarł dwa lata temu. Od jego śmierci z oczu matki znikł wyraz tego pytania. W zamian pojawiał się za to ów cień, którego jakby fanatyczność tak bardzo go intrygowała, a nierzadko i przysparzała niepłytkich o nią obaw, gdy jeszcze był w domu.

Pił piwo. Czekał.

Ciekaw był tego człowieka, na którego czekał. Blanka mówiła, że jest dziwny. Blanka to rudowłosa dziewczyna Odysa, faceta, z którym dzieli pokój (uprzejmie robią to pod jego nieobecność).Studiowała klasyczną i częścią dlatego, a częścią dla swego pełnego zawadiackiej impertynencji stylu bycia względem płci brzydkiej, nazywano ją w gronie Sofrozyną. To ona właśnie wymyśliła tego „Odysa”. Ten studiował chyba wszystko, co było można. Musieli tedy spotkać się podczas którejś z jego licznych podróży po wielu morzach-wydziałach. A zresztą: pozostaje zagadką, jak to się dzieje, że właśnie ci, a nie inni ludzie, właśnie tu i wtedy, a nie gdzie i kiedy indziej, akurat się spotkają… Tych dwoje miało przynajmniej jakiś roboczy mit na własny użytek. Nie sposób dociec, na ile wspólny.

Więc mówiła, że jest dziwny. – Znam go od pół roku, a nie wiem nawet, jak ma na imię. Przedstawia się tylko z nazwiska. – Inteligentny niewątpliwie, zarazem wysubtelniony do przesady. Zdolność złośliwego czynienia bystrych spostrzeżeń. Raczej milczący, trudno przy nim się jakoś rozgadać. Dandysowska poza, z tą staroświecką niby-to-elegancją. Przy tym natura, jak najbardziej dodatnio mówiąc, głęboka. Nie zajmuje się niczym, co jego samego w pełni nie zajmuje. Cóż jeszcze?…, a, dobrze tańczy. – I mam tu na myśli taniec, a nie te małpie ruchy – przy czym uznała za stosowne dać mu porozumiewawczego, że niby jeszcze młokos, szczutka w nos.

Czy coś ich łączy? – pomyślał. I szybko machnął ręką, jakby się opędzając od uprzykrzonego owada. – A cóż mnie to obchodzi? – Brzydka kelnerka zgarnęła pusty kufel. – Jeśli nie przyjdzie za kwadrans, nie czekam dłużej! – Gdzieś od strony podświetlonego pułapu, na którego ekranie pełgały minotaurowe cienie kręcących się tam i sam postaci, napłynęły słowa piosenki:

La vie ne fait pas de cadeau
Et nom de Dieu c’est triste
Orly, le dimanche,
Avec ou sans Bécaud!

Uśmiechnął się. – Lubi tę trąbkę, która zaraz wejdzie.

Ostentacyjnie zapalił papierosa, jakby tym gestem chciał zagarnąć coś z owych prezentów, których skąpi życie. I utonął spojrzeniem w przestrzeni małego dziedzińca, zawalonego jakimiś gratami i z drzewem po boku, na który wyglądało wraz z nim okno w bezczelnie secesyjnej kratce. Utonął w obliczeniach własnych myśli.

***

Jeśli weźmiemy liczbę zespoloną swoiście jako parę liczb rzeczywistych, z których jedna będzie po prostu wzbogaconą o pewien element urojony, czyli taki, którego kwadrat daje –1, to za pomocą ściśle zaksjomatyzowanej konstrukcji potrafimy utworzyć teoretycznie biegnący w nieskończoność ciąg (w istocie bardziej drzewo rozgałęziające się symetrycznie albo labirynt) przestrzeni liniowych nad ciałem liczb rzeczywistych, z których każda następna będzie dwa razy tyle wymiarowa, co poprzednia. Mniejsza o to, że nie znajdą one interpretacji geometrycznej… Całość tedy, w tym ciągu, ułoży się w jakiś dowewnętrzny niby-łańcuch, którego liczby rzeczywiste będą dopiero pierwszym, zewnętrznym ogniwem. Tyle że każda algebra wyższego rzędu, po liczbach zespolonych, wykazuje, by tak rzec, coraz mniejszy entuzjazm algebraiczny. Już w liczbach Hamiltona odpada warunek przemienności mnożenia, czyli że nie tworzą one – w ścisłym tego pojęcia znaczeniu – ciała. Można by więc powiedzieć tak: im większy stopień złożoności, nota bene czysto formalny, tym większe upośledzenie tych konstrukcji. – Ale jak to upośledzenie, kiedy znajdują zastosowanie w rzeczywistości?

Wyciągnął z kieszeni książkę, zresztą powieść, i na wyklejce okładki jął prowadzić jakieś pogmatwane obliczenia z mnóstwem tajemniczych znaków, jak ze snu Newtona. Cały się zapamiętał w tej pracy. Gdy skończył, odsunął dowód na odległość ręki, przypatrując mu się niby jakiemuś dziełu sztuki abstrakcyjnej, w którym chodzi nie tyle o dostępny sens, ile o przemodelowanie widzenia.

I stało się, że wiersze i kolumny ożyły, wyrwały się na wolność…

Pozostając za stołem, szedł teraz drogą, której nie wyznaczają żadne przybliżone krawędzie i perspektywa, ale barwy. Trzeba niemało ostrożności, aby się na niej utrzymać, gdyż z każdym krokiem droga coraz inaczej migoce – jakby kto z tyłu ruszał reflektorem – i przybiera kolor inny w zależności od kąta ustawienia oka. Gdy zakręca, trzeba dopasować wzrok, po prostu aby się nie zgubić, a gdy nadchodzi rozwidlenie drogi, naprawdę nie jest wiadomym, co zrobić. Barwy rozszczepiają się regularnie – na tysiące, na miliony: taka zorza – z których każda, wbrew prawom optyki, pieści się światłem z tą samą, równie trzeźwą, intensywnością.

Znużenie, jak zwykle, przyszło szybko. Zdawało się, że wstąpił oto w jakieś światłorządne grzęzawisko, w którym nie można było nie opaść z sił i ochoty.

Stołem, niewidziana, podobna jemu w tej chwili, orbitowała tłusta plama muchy.

***

–Ty, zdaje się, czekasz na mnie – powiedział ktoś, lekko się kłaniając. – Lesstor, przez dwa „s”. Przepraszam za małe spóźnienie.

Chwilę trwało, zanim oprzytomniał. Spojrzał w górę i z początku dostrzegł tylko jakiś minotaurowy cień, który zaiste że umiał mówić. Wstał (a papieros zwiądł mu w dłoni prochem) i zaraz pożałował, że wstał, bo mu się zakręciło w głowie. Cień przechylił się w lewo i znikł gdzieś pod stołem. W tej samej chwili poczuł jakby szturchnięcie z prawej. To oczywiście oznaczało, że dotknął ramieniem krzesła. Usiadł. Powoli, powoli wracał do Klubu.

Poczuł się, jakby go ktoś przyłapał.

Powiadają, że podobnie dzieje się z człowiekiem, gdy po raz pierwszy widzi kobietę, przeznaczoną, by go pogrążyć w zgubnej namiętności. Twierdzą, że istnieje pomiędzy dwojgiem ludzi taka chwila pochylenia się, nabierania sił, wstrzymywania oddechu – chwila bezwzględnego milczenia nad napiętą do ostateczności intymnością.Swoisty pozyton czasu. Nie da się powiedzieć, co zachodzi w takiej chwili. To niby cień, który rzuca przed siebie namiętność. Cień organiczny; rozluźnienie wszystkich dotychczasowych napięć, a zarazem stan nagłego, nowego zawiązania, w którym zawarta jest już cała przyszłość – inkubacja skoncentrowana na ostrość ukłucia szpilką… Z drugiej strony jest to tylko nic, głuche, nieokreślone uczucie, słabość i trwoga…

– Gggniewko, przez „w”. Dobrze…, dobrze mi cię poznać.

Podczas gdy przybysz zamawiał mokkę, mógł się trochę, wciąż dochodząc do siebie, przyjrzeć jego sylwetce, z głębi której zaczęły się wyłaniać najpierw kolory, potem rysy twarzy, na końcu spojrzenie. I rzecz dziwna, ta twarz wydała mu się znajoma.

Z rozproszonych myśli, próbując wyłowić czas i miejsce będące ewentualnymi świadkami zawieruszonego gdzieś kiedyś spotkania, z początku doszedł do wniosku, że to chyba jakieś déjà vu. Ale wrażenie nie dało się ugłaskać. Wtedy przypomniał sobie twarz Roberty, swojej starszej siostry, zmarłej jako dziecko na jakąś dziwną chorobę jeszcze przed jego narodzeniem. Tej siostry nigdy nie widział, jedynie zdjęcie, zrobione przez ojca, który miewał dawnymi czasy, zrywami, napady pasji fotografowania. Siostry, która, chociaż miała swój grób na cmentarzu, istniała raczej w sferze domysłu aniżeli naprawdę. W każdym razie nie mówiło się o niej.

Ależ tak! – oczywiście – to ta sama twarz, tylko starsza i nie w czarnych włosach. Nawet oczy te same, jak z miki.

***

– Piękna jesień – powiedział Lesstor. – Dawno już takiej nie miałem. Chłodna, ale słoneczna, taka… krystaliczna wśród więdnących barw. Dziwnie orzeźwia, gdy wychodzi się rano z domu. Niby nic, a jednak się dziwię. Jak to człowiek nigdy nie zna sam siebie!

– „Dom nad porami roku, wyspa na morzu”…

– Właśnie. Czyś zauważył, że jesień zdaje się czasem jakby odpowiadać na ludzkie nastroje? Uderzyło mnie to niedawno i tak się głowię, jak to być może… Nie wiem też dlaczego, ale nie umiem sobie wyobrazić jesieni (w planie alegorii) inaczej niż jako kobiety. A właściwie: jako przestrzeni leniwie wyrozumiałego wzroku tej kobiety.

Gniewko zaśmiał się w duchu. – Przejdzie z pierwszym śniegiem. Choć…, właściwie…, miejska zima też baba.

Wymienili się myślą oczami.

– Zakładam teatr – zmienił temat jak kartkę papieru – amatorski, ma się wiedzieć. Przyjdź jutro na Miodową, poznasz ludzi…

– Ja?… i teatr? Myśl dosyć oryginalna. Nie umiałbym zagrać nawet wołu w jasełkach.

– Jednak przyjdź. Na razie jest tylko parę pomysłów i ździebko zapału. Chciałbym zacząć Marzycielami. Na me całkiem usilne indagacje o twoją personę Blanka nie rzekła wprawdzie nic, mówiła, że się właściwie nie znacie, ale że „bardzo być może warto poskromić tego osobnika”. Ona, jakby tu rzec, ma w tych sprawach pewne doświadczenie.

– To mi pochlebia. Ale ja naprawdę…

– Naprawdę… „wszystko jest możliwe”, jak napisał pewien dramaturg.

– Możliwe jest tylko to, co jest możliwe, nic ponad to.

– Możliwe…, ale skąd wiesz, co nie jest? Często chodzi tylko o brak przygotowania lub zwykłe lenistwo. A jeszcze częściej o brak wyobraźni. Ja mówię: przygotujmy się więc! Ja mówię: otwórzmy myślom drogę do obrazów. Do zaobrazowania się. To nie musi być teatr. Ale musi w tym być pewna… głęboka forma zmysłowości.

– To się da zrobić. Zatrudnij ze dwie nimfomanki…

– Mój drogi! – aż zgrzytnął zębami – do tak kiepskiej ironii nie upoważniałby cię nawet sen, gdybyś go miał w nocy, tak zły, że po nim nie zmrużyłeś oka do świtania…

Przyszło małe zatamowanie. Zgrzyt wybrzmiewał… W Klubie ucichło, jak kiedy kto rzuci „psst!”. Gniewko poczuł mrówki i aż się skurczył na krześle. Rozejrzał się i nie mógł pojąć, kiedy wszyscy wyszli. Zrobiło się całkiem pusto. – Mój Boże!…, może to naprawdę ona.

Lesstor patrzył w bok na ścianę ozdobioną starym afiszem teatralnym.

– Ale ja miałem dziś sen…

– Zostawmy sobie samym swoje sny – przerwał. – Wszystko, co mógłbyś mi teraz powiedzieć, wiem. Inaczej nie przyszedłbym tutaj. Nie szukam rozrywki. Timeo Danaoset dona ferentes – i uśmiechnął się jakoś tak koślawo.

… – Wiesz?

– Oczywiście z pewnymi niedokładnościami. Widziałem te wzorki, nim zamknąłeś książkę. Jesteś matematykiem?

– Co, matema…? A…, tak…, trochę. Zacząłem studia rok temu i wiem już tyle, że Galois to ze mnie nie będzie.

– Ha, zwłaszcza, że chwilowo nie mamy żadnych królów do zabicia, prawda… Cóż, może przynajmniej Marcinkiewicz?

– Niestety, nowego Katynia – tu kaszlnął znacząco – też chwilowo nie mamy, ani także uniwersytetu w Wilnie.

– Prawda, nie macie. Z tą matematyką…, jednak…, Pitagoras, owa kometa samijska, być może miał rację. Sam się tym kiedyś trochę interesowałem… Liczba jest mądra, nawet – a może szczególnie liczba urojona. Niezależnie od jakiejkolwiek historii.

– Zgadzam się z Hardym, że rzeczywistość matematyczna istnieje realnie. I to poza nami.

– Tak… Trzeba tylko umieć być podobnie realnym, podobnie niezależnym. To trudne, lecz nie niemożliwe. Pytanie tylko: czy chcesz? Pytanie: czy umiemy?

Znowu na chwilę zapadła cisza– (…) – bo też jak odpowiedzieć na podobnie zasadniczą kwestię, która, gdy ją wyłuskać z ust, okazuje się już prawie głupstwem.

Ale zabrzęczał telefon i, mimo dość niezręcznej sytuacji, Gniewko odłączył się na moment od towarzysza, aby porozmawiać z matką. Takie tam matczyne dyrdymałki: musiał zapewnić ją, że wszystko z nim dobrze, że zdrowy, że jada obiady… Nie lubił tych rozmów o niczym, lecz postanowił zmuszać się do nich, gdyż nie miał siły jej ranić. Przy okazji zapytał o Robertę…

Odpowiedziała mu głucha czarna dziura, po czym matka rozłączyła się.

***

Rozmowa nie chciała się znowu zawiązać. Przyszły antreprener siedział, podpierając głowę na ręku i gapił się w zagratowany dziedziniec, jak gdyby był sam. Wyglądał tak dużo młodziej niż mógł być w rzeczywistości. Właściwie to wyglądał nadzwyczaj ponętnie.

Słuchaj, Gniewko– powiedział po chwili, nie odwracając głowy – o zmierzchu istnieje chyba zawsze parę chwil bardzo szczególnych. Ilekroć to obserwuję, nawiedza mnie zawsze to samo wspomnienie. Byłem jeszcze dzieckiem, kiedy pewnego razu o takiej godzinie bawiłem się w lesie. Moja niańka oddaliła się, nie wiedziałem o tym, wydawało mi się, że czuję ją w pobliżu. Nagle coś zmusiło mnie do podniesienia oczu. Poczułem, że jestem sam. Zrobiło się nagle tak cicho. A gdy się rozejrzałem, zdawało mi się, że drzewa stoją milczącym kręgiem wokół mnie i patrzą na mnie. Rozpłakałem się. Poczułem się tak bardzo opuszczony przez dorosłych, wydany na łup martwym tworom… Co to takiego? Nieraz czuję to znowu – owo nagłe milczenie będące jak mowa, której nie słyszymy.

– Zapóźnione spojrzenie.

– …?

– To tak, jak gdy ktoś, kto wyrusza w drogę, ogląda się jeszcze (durny Orfeusz) na skraju miasta czy lasu w stronę, umownie mówiąc, miejsca, które opuszcza, przy czym czyni to nie z sentymentu, pożegnał był się już bowiem trzy razy, ale jakby z czystego przyzwyczajenia. A może nawet: z roztargnienia…? Takie spojrzenie potem odchodzi z nim razem. Z tym kimś, kto, wiemy na pewno, starszy jest od najstarszego pradziadka, jakiego jeszcze niańczą nasze albumy rodzinne, a mimo to czujemy z nim jakąś bliskość, mglistą a nieodzowną. Starszy jest niejako od samego siebie… Inaczej mówiąc, jest to głos przeszłości. Świata, który istniał bez nas (i to nawet mimo, że może i byliśmy gdzieś tam obok), a tobie mogłoby się zdawać, że jest to twoje, właśnie twoje, wspomnienie, i będzie istniał bez nas, by znów stać się przeszłością. Albo jeszcze inaczej mówiąc, jest to… miłość: umykająca marzycielka.

– Lecz teraz przecież nie istnieje bez nas… – przerwał Lesstor.

– Owszem, nie istnieje bez nas. Nie stanowi to jednak dowodu, a co najwyżej pewną okoliczność, którą można, choć wcale nie trzeba, zauważyć. Zresztą, cóż to jest to „teraz”? To jest dopiero hipoteza. Jest się bodaj zawsze w przygotowaniu… Trafić na właściwy moment, na to jedyne spięcie, być akurat w pobliżu, to chyba wszystko. Człowiek z natury jest awangardystą… A przy tym ów moment, jeśli ma się szczęście, może trwać lata. I to bez zbędnych wydarzeń.

– A ty, do czego się przygotowujesz?… Muszę przyznać, że, jak na matematyka, wysławiasz się dość malowniczo.

Z głośników popłynął Młynarski: Niedziela na Głównym.

– Hmm, w tej chwili do odejścia. Niech tylko zapłacę.

***

Gdy wrócił do stolika, zastanawiając, skąd mu się wzięły te słowa, nikogo przy nim nie było. Trzepnął się po udzie. – Ba, Miodowa, ale ile? – prawie krzyknął, aż się jakiś starszy pan w pince-nez obejrzał, uniósłszy czemuś lewą rękę.

Schował książkę do kieszeni. Wyszedł.

Było już ciemno. Na Poselskiej po swojemu chwierutała mgła, przez którą słabosilnie przebijał księżyc, jak z miki. – Tam…, tam jest Itaka! – stanęły mu w głowie słowa Odysa wyrzeczone „na sposób aktorski” po którejś z kolei, dawniej, szklaneczce mojito.

Szedł do siebie. Z jakiejś wieży, nie wiedział z której, biła ósma. Postawił kołnierz. Przetrajkotała dorożka. Nie dostrzegł tego, że fiakier ma twarz Brela i pince-nez na nosie.

Idąc mocnym krokiem, bo jesienne zimno, myślał głośno, czy już się obudził, czy nie… Miał wrażenie, że idzie go kilku.



Jacek Demian – urodzono w Olsztynie. Internowano w Krakowie. Wydano tomik Dotyk. Drgnienie (w Łodzi).


Więcej tekstów w kategorii Proza: