jadrak

Proza

JAKUB WIŚNIEWSKI

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Zuzanna Wołejko

Jądra ciemności

(fragment powieści pt. Robak)

 

Ja bracie, jestem takim właśnie robakiem i to o mnie specjalnie napisane. I my wszyscy Karamazowowie jesteśmy tacy, i w tobie, aniele, żyje ten robak, i we krwi twojej rodzi burze!
Bracia Karamazow, Fiodor Dostojewski (tłum. Aleksander Wat)

 

Mam pewien sen. Śnię, że wyrosły mi ogromne jądra.

To bardzo długi i zagmatwany sen, sen-epopeja, sen-saga. Jest jak serial w odcinkach, złożony z wielu krótkich, dynamicznie zmontowanych scen. Nigdy nie potrafię zapamiętać, czy wszystkie odcinki przyśniły mi się naraz czy pojedynczo, czy śnią mi się po kolei, od samego początku, czy od tyłu, od samego końca, a może od środka – budzę się tylko z negatywami w głowie, ostrymi, ale wypranymi z kolorów i wyrwanymi z kontekstu, jak odrzuty z sesji fotograficznych.

Nierzadko te same sceny powtarzają się w innych konfiguracjach, ze zmienioną scenerią lub przekręconym scenariuszem, ale nigdy nie jestem pewien, czy właśnie przyśnił mi się kolejny odcinek snu-telenoweli, czy też za każdym razem śnią mi się wszystkie odcinki naraz, we wszystkich możliwych kombinacjach, a ja zapamiętuję tylko niektóre z nich.

Jedna ze scen wygląda tak.

Idę ulicą. Jestem w miejscu, które wygląda jak skrzyżowanie Sławkowskiej i Grottgera, chociaż nie ma takiego skrzyżowania, a przynajmniej nie w tym mieście. Niebo jest pomarańczowe, budynki zielone, droga czarna. Innych kolorów nie pamiętam. Idę, a właściwie próbuję iść, bo przeszkadzają mi w tym wspomniane gigantyczne jądra.

Nie chodzi o to, że się o nie potykam. Mógłbym się o nie potykać, gdyby zwisały mi między nogami, obijały się o kolana, czy nawet kostki. Ale one całym ciężarem opierają się na ziemi. Muszę ciągnąć je za sobą, jak dwie stalowe kule zatopione w skórzanym, porośniętym włosiem worze.

Z tej sceny pamiętam przede wszystkim dźwięki, jakie wydobywają się z moich ust. Niskie, chrapliwe, głuche – jak stęknięcia kalekiego aktora albo głosy  marynarzy ciągnących szoty. Z każdym krokiem wydaję z siebie dźwięk. Z każdym krokiem umieram na zmęczenie. Do każdego kroku muszę się przygotować, zebrać w sobie, zdecydować się na niego, bo jest mi tak bardzo ciężko.

Wyobraź sobie tempo mojego chodu. Wyprzedzają mnie jeże. Wyśmiewają ślimaki. Kierowcy walców machają do mnie ze śmiechem, oglądając się do tyłu.

Tak właśnie poruszam się w tym śnie. Nigdy nie pamiętam, w co jestem ubrany. Muszę mieć spodnie z przepastnym krokiem. Albo bardzo długi płaszcz. Być może sutannę. Nie wiem. Ale czuję, jak chodnikowe płytki łaskoczą mnie po mosznie. Czuję kurz oblepiający moją skórę. Czuję ból.

Mija mnie mnóstwo obcych ludzi. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Niektórzy udają, że mnie nie widzą, wlepiając nosy w smartfony i poprawiając słuchawki na uszach. Inni obrzucają mnie pogardliwymi spojrzeniami, unoszą kąciki ust lub śmieją się w głos. Jeszcze inni przybierają teatralny wyraz twarzy i ze smutkiem kiwają głowami. Jakaś starsza kobieta z dwójką wnucząt rzuca we mnie banknotem dziesięciozłotowym, szepcząc coś do dzieci, które zatrzymują się w miejscu, z otwartymi ustami i lodami spływającymi im po palcach. Jakiś facet z puszką piwa w kieszeni garnituru i chłopcem, którego prowadzi za rękę, wskazuje na mnie i mówi:

- Patrz, mały! Ale z pana mężczyzna! Mógłby pan spłodzić całą planetę! Czyngis-chan to przy panu marny eunuch!

Jego wypowiedź za każdym razem brzmi inaczej, ale zawsze jest tam Czyngis-chan. I eunuch.

Potem dochodzę do kolejnego, szerokiego skrzyżowania, na którym tłumy ludzi czekają na światłach.

Każde światło jest czerwone. Każda strona skrzyżowania stoi. Samochody utknęły w miejscu. Ludzie spoglądają na zegarki. Sygnalizacja świetlna się nie zmienia. Czuję, że wszystkim się spieszy, ale nikt się nie rusza. Wszyscy czekają na zielone.

Dochodzę do przejścia dla pieszych i ludzie ustępują mi miejsca. Niektórzy odwracają wzrok. Inni gapią się na moje jądra. Stękam, charczę, dyszę. Dochodzę do krawężnika i ocieram pot z czoła. Rozglądam się dookoła. Nikt się nie rusza. Niektórzy rzucają mi krótkie spojrzenia i wykrzywiają twarz. Inni spoglądają w pomarańczowe niebo, na zielone budynki lub w czarną powierzchnię ulic.

Stoję tak przez dłuższą chwilę i stwierdzam, że nie potrzebuję zielonego światła, żeby przejść przez tę cholerną ulicę. Samochody stoją w miejscu. Wszyscy stoją w miejscu. Denerwuje mnie ich obywatelska postawa poparcia dla czerwonego impasu. Denerwuje mnie przejście zakorkowane zasadami.

Obiema rękami chwytam za jądra i zaczynam przepychać je na drugą stronę jezdni. Teraz wszyscy odwracają się w moją stronę. Nie widzę ich twarzy i nie czuję na sobie ich spojrzeń, ale wiem, że się gapią. Patrzą i kiwają głowami ze świętą indygnacją, jak na wielkojędrnego Hioba, boski eksperyment cierpiący niezasłużoną karę. Matki zasłaniają dzieciom oczy. Garniturowcy wyjmują ajfony i robią zdjęcia, kręcą filmy, komponują memy. Oto zwyrodniały przybłęda przechodzi na czerwonym. Zignorował przepis. Nie jest jednym z nas.

Odzywają się klaksony. Najpierw jeden, potem kolejny. Po chwili trąbią wszyscy. Auta przekrzykują się jak małpy.

Nadal wszędzie jest czerwone. Nadal nikt nie rusza się z miejsca. Wszyscy czekają. A ja przechodzę przez jezdnię, jakbym brnął przez rzekę ognia. Idę coraz wolniej. Czuję, że zastygam w miejscu, jak w dojrzewającej magmie. Moim rękom brakuje już sił na ciągłe targanie gargantuicznych jaj. Zostawiam je na ziemi i próbuję przepychać za pomocą nóg. Takim sposobem udaje mi się zrobić jeden, niewielki krok. Potem nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zapieram się stopami o asfalt i całym ciężarem ciała próbuję pociągnąć jądra za sobą, ale są cięższe ode mnie. Ani drgną. Czuję, że wciąż zyskują na wadze. Niedługo zaczną wytwarzać własne pole grawitacyjne. Zaczną przyciągać ludzi, samochody, znaki drogowe i wszystkie czerwone światła tego miasta, jak dwie bliźniacze czarne dziury, mięsne kule mroku, jądra ciemności.

Wtedy budzi mnie narastający dźwięk klaksonów i czerwone światło dnia.

Inna ze scen wygląda tak.

Idę przez Planty. Jest lato, kasztany już dawno przekwitły, a asfaltowymi ścieżkami zapieprzają turyści na segwayach. Ludzie w obcisłych strojach uprawiają jogging. Gołębie napastują gołębice, szukając wody i chleba.

Ciągnę swoje jądra, kulawy ze zmęczenia. Pot spływa ze mnie jak słony wodospad. Mijają mnie rowery, hulajnogi, deskorolki. Tuż obok mnie przetacza się szkolna wycieczka. Gładkie dzieci o białych włosach wytykają mnie palcami i zatykają delikatne, dziecięce noski, jakbym był kupą łajna albo przewróconym koszem. Przedszkolanka coś do nich mówi, ale ignorują ją i dalej się śmieją.

Wokół mnie ludzie wyprowadzają psy. Wołają je po imieniu, głaszczą, tresują i sprzątają po nich kupy. Każdy z psów podbiega do mnie i obwąchuje moje jądra. Właściciele niemiłosiernie ciągną je za smycze, krzyczą i wygrażają, ale zwierzęta nie mogą się oprzeć. Coś we mnie je przyciąga. Podbiegają, obwąchują, kulą ogon pod siebie i uciekają, jakby dowiedziały się czegoś niepokojącego.

Wygląda to zupełnie naturalnie, kiedy przybiega pinczer, chihuahua albo jamnik. Podchodzą do mnie, zaciekawione, ale po bliższym spotkaniu z moim zapachem wchodzą w tryb ucieczki. Od czasu do czasu podbiega jednak doberman lub malamut w sile wieku i wtedy zmiana ich zachowania wygląda groteskowo. Odskakują jak poparzone, kulą ogony i skamlą.

Czuję się jak trędowaty.

Nigdy nie byłem trędowaty, ale tak właśnie się czuję. Tak czuję się w tym śnie.

W tej samej scenie psy ustępują miejsca bezdomnym. Ci krakowscy dygnitarze ducha i portfela, spaleni słońcem franciszkanie po ciemnej stronie mocy, z odpowiedzią na pytanie unde malum? wypisaną na twarzach, upojeni najpiękniejszym narkotykiem świata, uprzejmi, uczynni, wygadani, ale i przebiegli, leniwi, słabi, niektórzy szczęśliwi, bo już pozbawieni nadziei, inni zrozpaczeni, bo wciąż kurczowo się jej trzymają, poorani, pocięci, potłuczeni, jak spalone mapy polskich państwowych kolei losu.

Okupują każdą ławkę nocnych Plant, jak rozkołysani światłem latarnicy, i wytykają mnie palcami. Mówią coś do mnie, ale nic nie rozumiem. Krzyczą do siebie nawzajem. Niektórzy szepczą do siebie samych. Wszyscy patrzą na mnie i na to, co próbuję za sobą ciągnąć.

Czuję, że ich kocham, wszystkich, bez wyjątku, współbraci w udręce, jedynych sprawiedliwych. Ale jestem dla nich tylko rozrywką, darmowym letnim kinem, teatrem bez rzędów. Siedzą z butelkami Amareny na kolanach, z Harnasiami, Tatrami i Karpackimi zachomikowanymi po kieszeniach, i wystawiają na księżyc popsute wiatrem zęby.

Nie rozumiem ich. Mówią w innym, obcym języku. Być może każdy z nich mówi w swoim własnym. Być może nie rozumieją siebie nawzajem. Być może ci szepczący do samych siebie nie rozumieją nawet swoich własnych myśli.

Idę dalej, coraz bardziej wyczerpany, coraz wolniejszy i słabszy. Nie wiem, dokąd zmierzam, ale wiem, że muszę iść. Nie mogę się zatrzymać, bo bezdomni i psy zjedzą mnie swoim strachem i śmiechem. A ja tak bardzo lubię psy. A ja tak bardzo kocham ludzi.

Ta scena zazwyczaj trwa bardzo długo. Ciągnie się w nieskończoność, jak ostatnie klatki filmu, po których powoli spływają napisy.

Kolejna scena wygląda tak.

Jem z nią obiad w restauracji. Jest wczesny wieczór, wiosna, siedzimy na Podgórzu, przy Kładce, w najlepszej makaroniarni w mieście, przy zarezerwowanym uprzednio stoliku, między złotymi żarówkami, świecami i rośliną, której nie umiem nazwać, ale jest przepiękna. Siedzimy naprzeciwko siebie, wyprostowani i cisi. Nie widzę jej twarzy, ale wiem, że się uśmiecha. Bawi ją moja nieśmiałość. Czeka, aż odezwę się pierwszy, a ja wiem, że mogę powiedzieć cokolwiek, bo i tak się roześmieje.

Mówię:

– Nie widzę twojej twarzy.

Jej śmiech mi się podoba. Jest jak tańcząca reklamówka. Unosi się i opada. Odlatuje kawałek dalej i znów wraca na swoje miejsce.

Odpowiada, że przecież siedzimy naprzeciwko siebie. Pyta, czy jestem krótkowzroczny. Pyta, czy noszę soczewki. Odpowiadam, że nie. Śmieje się. Pyta, czy ma przysunąć się bliżej, żebym dojrzał jej twarz. Odpowiadam, że tak. Nachyla się w moją stronę.

Nie wiem, co to za zapach, ale nigdy wcześniej go nie czułem. Jednak nadal nie widzę jej twarzy. Widzę jej szyję. Jest delikatna i jasna, jak skórka camemberta. Niemal przezroczysta. Wiem, że jeszcze nie mogę jej dotknąć.

Pytam o jej pracę. Nie pracuje. Studiuje. Chodzi na wolontariat. Na dwa wolontariaty. Na trzy. Pomaga starszym ludziom nie zwariować. Pomaga dzieciom chodzić. Każde zdanie okala salwą śmiechu, jakby budowała falochron wokół swoich nagich myśli. Czasami nie wiem, czy żartuje, czy mówi serio. Wiem, że na mnie patrzy.

Mówię:

Gdzieś ty się podziewała?

Nie widzę jej twarzy, ale wiem, że się rumieni. Teraz śmiech brzmi inaczej, jest cichszy i głębszy. Jej dłonie lądują na stoliku i bawią się serwetką. Zaczyna układać origami –  żurawia, niedźwiedzia albo słonia. Nie wychodzi jej. Mnie serwetkę w palcach i odkłada ją na bok. Nie poddaje się. Wyciąga następną. Ma bardzo długie palce. Porusza nimi jak pianistka. Każdy palec gra swoją małą rolę. Są cienkie jak patyczki, ale czasami zaciskają się niespodziewanie mocno. Kiedy nie używa najmniejszego palca, wystawia go na bok i unosi do góry, jakby żył własnym życiem i próbował mi coś pokazać.

Nie maluje paznokci. Nie pachnie jak rozlewnia perfum. Nie widzę jej twarzy, ale nagle czuję, że bardzo chciałbym ją uratować z jakiegoś pożaru, z wojny albo zamachu. Wstydzę się, bo wiem, że nie potrzebuje ratunku. Ale bardzo chciałbym.

Mówię:

– Czy zostaniesz potem ze mną?

Nie mówi nie. Znowu się śmieje. Prawie słyszę, jak szybko mruga oczami. Zmienia temat, traci ciepło, ale nie odsuwa się ode mnie. Nie traci zapachu. Nie ucieka w siebie.

Cały cichnę. Topnieję. Czas się uspokaja. Dzień wydłuża. Jest mnie coraz więcej. Dostałem przepustkę do jej szyi. Dostałem nieskasowany bilet.

I z wielką ulgą stwierdzam, że wcale nie chcę w nią wbiegać, że nie muszę jej pokonywać, rozbrajać, wykupywać, podbijać, rozkrawać na kawałki, odznaczać na listach, diagramach i słupkach. Z wielką ulgą stwierdzam obniżenie ciśnienia, ulotnienie pary, lewitowanie ciężarków. Żadna ręka mnie w nią nie pcha. Po prostu chcę z nią być, bo lubię jej głos, szyję i śmiech. Nic we mnie nie szczeka, nie sapie, nie dyszy. Nic się nie buntuje. Oddycham jak drzewo.

To najpiękniejszy moment, jaki pamiętam z tego snu.

Bo jeszcze nie wiem, że to sen. I nie widzę jej twarzy. I nie widzę swoich rąk. W ogóle mało widzę.

Ale potem ona pyta:

– Gdzie ten kelner?

A ja mówię, że nie wiem. Patrzę na jej dłonie, które przewracają kartki menu. Rozglądam się dookoła, ale widzę tylko żarówki, rośliny i kontury ścian.

Pytam, czy długo już czekamy. Ona mówi, że dwadzieścia minut. Odpowiadam, że pójdę sprawdzić, czemu nikt do nas nie przychodzi.

I próbuję wstać.

I nie mogę wstać.

Nie mogę się ruszyć. Coś przytrzymuje mnie w miejscu. Jakby ktoś przywiązał mnie do krzesła liną, której nie mogę poczuć.

Rośnie niepokój, ta nieokreślona, śliska substancja, z której zbudowane są sny. Obłapia mnie jak makbetowe wiedźmy. Tuli się do mnie jak tresowane pająki.

Patrzę na nią, ale nadal nie widzę jej twarzy. Wiem tylko, że przestała się śmiać. Widzę cienką żyłę na jej szyi. Nie widziałem jej wcześniej. Słyszę jej oddech. Wcześniej był wolniejszy. Wcześniej w ogóle go nie słyszałem.

Nic nie mówię. Poruszam nogami, kopię stolik, zapieram się o podłogę i próbuję podnieść. Manewruję całym ciałem, kręcę szyją, brzuchem, ramionami. Przez przypadek uderzam kolanem o stolik. Dzwonią sztućce. Przewraca się świeczka. Gorący wosk na obrusie. Nadal nie mogę wstać. Nadal nie widzę jej twarzy. Widzę tylko dłonie, które odsuwają się ode mnie i nikną gdzieś w oddali.

Wtedy patrzę w dół i przychodzi moment czarnego odkrycia. Wiem, czemu nie mogę się ruszyć.

Między mną, krzesłem, podłogą i każdą nogą stolika odpoczywają, rosną i pulsują dwie wielkie kule mięsa, zanurzone w mastifowych fałdach skóry, przykryte obrusem i niewiarygodnie ciężkie. Zaklinowały się. Nie czuję ich. Są bezwładne, jak ospała, lepka roślina. Nawet nie wiedziałem, że tam leżą. Jestem z nimi zespolony. Są częścią mnie, ale nie mogę nimi ruszać. Nie mam siły ich podnieść. Nie mogę ich odpiąć, odsunąć, odczepić. Są jak syjamski brat bliźniak, który umarł, ale nie mogę go pogrzebać, bo sam wtedy umrę, noszę go więc ze sobą jak czerwone mięso upadłych aniołów, jak worek lawy, jak bagaż zszyty z właścicielem.

Ona już się nie śmieje. Jej szyja nie jest już biała. Jej dłonie nie są delikatne. Jej głos zniknął. Nie przychodzi mi w sukurs. Nie wyśmiewa. Nie przedrzeźnia. Nie dzwoni po karetkę. Nie idzie po kelnera. Siedzi tam, cicha, po drugiej stronie stolika, który robi się coraz dłuższy, jak drewniana autostrada łącząca dwa krańce jałowej planety.

Nie tracę nadziei. Nadal próbuję się uwolnić. Pocę się z wysiłku. Dyszę jak maratończyk. Nogi krzesła stepują po podłodze. Kolor posadzki się zmienia. Teraz jest czerwony.

Jestem zły. Stwierdzam, że wszystkiemu winna jest obsługa. Ten lokal nie jest przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych. To krzesło jest za małe. Ta świeczka za gorąca. Wszystko jest nie tak.

- Kelner!

Wołam. Nikt nie przychodzi. Ona się nie śmieje.

- Kelner!!

Wołam. Nikt nie przychodzi. Ona się nie śmieje.

- Kelner!!!

Wołam. Nikt nie przychodzi. Ona się nie śmieje. Mój głos odbija się od nagiego ciała nieskończenie długiej skały i spada jak zdenominowany szekel, rozpaczliwie poszukując dna.

Sierpień 2017, Kraków

 


Jakub M. Wiśniewski – muzyk, tekściarz, autor techniczny. Publikował m.in. w „Dzienniku Polskim”, „Grey Wolfe Publishing” i „ha!arcie”. Tworzy w języku polskim i angielskim. Wokalista projektu Kirszenbaum.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

MACIEJ S. TOMASZEWICZ

ALEXEJ SEVRUK

DOROTA KOTAS