Zienko

Proza

JAN KANTY ZIENKO

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Julia Woronowicz

Narzeczona

 

Gdybym jakimś dziwnym trafem mogła opowiedzieć sobie tę całą krakowską historię w chwili, kiedy się zaczęła, czyli właściwie jeszcze nie wydarzyła, a właściwie dopiero zaczynała się dziać, to właśnie w takich okolicznościach, czyli nie mając jeszcze w pamięci tego, co stało się potem, a co będę opisywała teraz jako już wydarzone, bo się stało, wtedy zaczęłabym od pociągu. Pociągu do Krakowa, którym jechałam, pełna tych wszystkich fajnych oczekiwań, które mimo swoich szumnych nazw naprawdę nie obiecują nam nic więcej nad przyjemność i poczucie wyższości. Jechałam, aby szukać mieszkania i być super. Być super w Krakowie, studiować filozofię na tutejszym uniwersytecie, bujać się z tymi wszystkimi fajnymi ludźmi, którzy będą też lubili jazdę pociągiem, znali te piosenki co ja i reprezentowali sobą takie trudne do skarcenia, uroczo próżne gadulstwo. Tak, opis historii zaczęłabym od takiej sceny, że siedzę w pociągu do Krakowa i słucham sobie muzyki w słuchawkach i sobie wyobrażam takie piękne parysko-dziewczyńskie sceny, jak to późnym latem w trenczu (byłam jedyną osobą w mojej szkole, która miała trencz i do niego beret – myślałam, że tak ubierają się wybitne jednostki) chodzę po ulicach, szukam ogłoszeń najmu pokojów, potem w ogóle wynajmuje małą mansardę z oknem na rzekę, lub też na park i siedzę w niej i jem bagietkę z paprykarzem. To byłaby malownicza historia i miałaby dobrze zbudowaną fabułę, bo czytelnik mógłby przejść ze mną drogę od naiwnego dziewiętnastoletniego zachwytu miastem Krakowem i krakowskimi kawiarniami, ludźmi, krakowskimi historiami, krakowskimi kapeluszami, krakowskimi pierdoleniami, krakowskimi nocnymi tramwajami, krakowskimi plantami, krakowskimi starokleparskimi kurwami, co mają klimat i w ogólę kochamy kurwy, bo to jest Paryż i sprzed lat wybierz sobie ilu, tylko barek w kolorze wina brakuje na Sekwanie. Nie, kurwa, co to to nie. Z tego zachwytu przeszlibyśmy potem do pierwszych rozczarowań, a potem do jakiejś malowniczej katastrofy, że sobie nie dałam rady, że żyłam złudzeniem i fasadą, że nie zrozumiałam, jakim stłumionym rozdarciem w sobie musiałabym żyć, żeby gryźć kajzerki i pić kawę w tym już wcale nie ciotkowatym i wcale nie austrowęgierskim, lecz już tylko i wyłącznie kurewsko leniwym i fałszywym miejscu. Dlatego właśnie nie rozpocznę tej historii od dokrakowskiej sceny pociągowej i nie domknę tej historii sceną pociągową odkrakowską, bo mój wyjazd to nie był żaden epizod ani żaden rozdział, ani żadne doświaczenie. Niczego się nie nauczyłam, ani nic mnie w nim nie zmieniło, żadne dojrzewanie, żadne tracenie złudzeń. Pojechałam i tyle, i wróciłam, i tyle, mi to nie robi.

To teraz sobie wyobraźcie, trzy bite lata codziennie dojeżdżam do liceum w Gdańsku z Rumii eskaemką, co włącznie z drogą na stację daje tak z godzinkę dojazdu. I przez te trzy lata, dwie godzinki dziennie, codziennie jak mantrę wkręcam sobie w głowę przez słuchawki dwie płyty, czyli Czterdziestolecie Piwnicy Pod Baranami i Przychodzimy Odchodzimy, na okrągło i muzykę, i monologi, i skecze, i wszystko co tam było na tych płytach to znam na pamięć i wiem, kim była Janina Garycka, chociaż w żadnym wypadku nie powinno mnie to obchodzić. Po co? Bo wmówiłam sobie tę fascynację i rzeczywiście miałam wrażenie, że mi się to podoba, że jest o mnie i to jest szczyt artyzmu i czucia świata, te głupoty zamieszczone na dwóch płytach. Stworzyli ją niesamowici ludzie, którzy są w mitycznym Krakowie i są niesamowici, aniołowie i anielice ze Zwisu, przez Kraków właśnie. Głupie, prawda? Zwłaszcza, gdy wpierdala się sobie taki element obcy sobie kulturowo na siłę przeciw rodzinie w gruncie rzeczy. Teraz myślę, że wtedy tego nie pomyślałam właśnie dlatego, że nie dało się pomyśleć, że robi się coś wbrew, robiąc to wbrew, bo przemoc zaślepia, zwłaszcza gdy nada się jej aurę artystyczno metafizyczną, oczywiście w znaczeniu nie twórczym, ale biernym, dającym się bombardować tym delicjom na talerzu. Po chuj mnie było wiedzieć, że ktośtam gdzieśtam śmiał się z pomnika marszałka Koniewa? Lepiej było obejrzeć House of Cards, przynajmniej miałabym o czym pogadać i potem może nawet napisać jakiś sensowny tekst o tym, gdybym dobrze oglądała. Ale nie, Preisner, Szałapak, ten pijak Skrzynecki, Litwin, Święcicki, Dymny, Demarczyk, Raj, Kalinowska i reszta wesołych cyganów przy wódce. Ależ fantazja, ależ polot, ależ wolność, a gówno! Towarzystwo wzajemnej adoracji niepotrzebnie podniesione na piedestał i, chwała bogu, o ograniczonym zasięgu. Musiałam trochę polurkować internet, zanim wpadłam na te płyty i inne okołokrakowskofajowskie klimaty, jak dom literatów i tamtejsze dowcipy, Bronisław Maj ze swoją panią Lolą, i tak dalej. Myślę teraz, bo ja już z Krakowa wróciłam tu, do siebie, że dobrze, że to nie trafia do większej liczby osób, tylko do natchnionych studentek polonistyki i najbardziej nieszczęsnej grupy, czyli dzieci artystów i widzów Piwnicy, których, jak przypuszczam, od małego katuje się tą farsą. Nigdy chyba nie pozbędą się tego towarzyskiego piętna i nie dowiedzą, co tak naprawdę mogłoby ich poruszyć. Będą się kolejne lata upijać i psuć imprezy najebani dorywając się do jutuba i puszczając Ta nasza młodość albo Wiersze wojenne. Ludzie, to nie o was, tak bym im powiedziała, gdybym była teraz w Krakowie, ale nie jestem, bo dlatego z niego wróciłam, że gdy tam byłam, nie mogłam powiedzieć tego, co chcę powiedzieć teraz. Czyli w sumie jednak zaczęłam od pociągu, tylko innego i takiego, którym jeździłam wielokrotnie. W sumie to jest kolejka, a nie pełnoprawny pociąg. Wiele razy wracałam nim pijana z imprez w Sopocie, gdzie poznawałam wielu atrakcyjnych starszych od siebie mężczyzn, którzy kupowali mi alkohol tylko dlatego, że byłam pewna siebie, a pewna siebie byłam dlatego, że czułam nad nimi wyższość. Mrzonki. Z samych wyjść jestem dumna, popatrzyłam trochę na życie i pogadałam z ludźmi, ale dopiero teraz, po powrocie z Krakowa, mogę powiedzieć, że jest mi wstyd za wszystkie łzy wylane na bani w powrotnych eskaemkach do Rumii. Wszystkie były sztucznie podsycane tymi piwnicznymi płytami, które próbowałam umieścić w swoim życiu, jako jego opis lub refleksję, wszystko jednak pod fałszywymi przesłankami. Nie o mnie i nie dla mnie to było, trzeba było ryczeć do innych piosenek, wtedy może byłoby szczerze, a nie po krakowsku. Te mizoginistyczne pijackie dziady zmitologizowały się na tyle, żeby popsuć mi szczerość gustu po dwudziestu latach od szczęśliwego końca tej maskarady, którym była śmierć brodatego satyra. Diogenesowi społeczeństwo zrzuciło się na beczkę, a Skrzyneckiemu na wątrobę, obaj jednak byli jednakowo paskudnymi ludźmi. Nawet teraz po wszystkim jest mi głupio, że tyle o tej Piwnicy wiem, a wiem prawie wszystko, nawet jakieś trzecioplanowe ploty. Widzicie, taka idiotyczna fascynacja może was kosztować potem bardzo wiele czasu.

Tak nabuzowana i zafascynowana znalazłam urocze mieszkanie, zresztą na ulicy Studenckiej, gdzie wynajęłam pokój. Właściciel mieszkania, który faktycznie nie był właścicielem tylko sam wynajmował lokal za jakąś niewiarygodnie niską cenę od kobiety przebywającej w Izraelu, miał na imię Jaromir i był malarzem. Nieudanym, niezbyt wziętym i po rozwodzie, a mieszkał tam także dlatego, że opuścił swoją żonę w domu w Skawinie i zajmował najmniejszy pokój mieszkania na Studenckiej, gdzie miał pracownię. Cały lokal wywiesił swoimi pacykarskimi płótnami, głównie portretami które malował z rzutnika. Wtedy byłam oczywiście oczarowana, kolejny punkt dla Krakowa mieszkam u wolnego ducha artysty malarza Jaromira z brodą i w długim płaszczu. Kompletny luz, nie kazał podpisywać żadnej umowy, płacenie w gotówce, dowcipny i w ogóle. Pozostałymi lokatorami były same panienki, bo Jaromir lubił ustawiać wszystkich i rządzić w mieszkaniu. Same miłe dziewczęta z prowincji i pieniądze ich rodziców. Urządziłam pokój, obszerny z wysokim stropem i widokiem na ulicę, czwarte piętro, po czym poszłam wieczorem do Vis-a-vis, podjarana jak nie wiem co, po raz pierwszy. Ależ się tego teraz wstydzę, zamiast umówić się jak człowiek z kimś z Tindera, albo skoczyć na Dolne Młyny, spotkać rówieśników, to polazłam do tej zapomnianej kapliczki. Byłam ubrana w czarny golf, trencz, czarny beret, czerwoną spódnicę i kozaki. Zamówiłam kieliszek wódki i piwo. Po wypiciu szota (potem dowiedziałam się, że trzeba mówić „bania”) poszłam zapalić n a p o l e. Podczas palenia dosiadłam się do metalowego Piotra Skrzyneckiego i smutnymi oczkami spojrzałam na bukiet fiołków w jego smutnej metalowej rączce, ach wielki człowiek i wstyd, że to nie miasto zapłaciło za jego upamiętnienie w Zwisie. Paliłam już drugiego i gładziłam Skrzyneckiego po bródce, kiedy dosiadł się do nas mężczyzna w kapeluszu. „Dobry wieczór młoda damo”, powiedział do mnie dokładnie tymi słowami. Miał około pięćdziesięciu lat, zamszowe buty pieski, dżinsy i sztruksową marynarkę. Płaszcz musiał zostawić w środku, a gdy tak mówił mi dobry wieczór zauważyłam, że prawdopodobnie koszula, którą ma pod marynarką, jest z krótkim rękawem, co uznałam za objaw nie bezguścia, ale artyzmu i wyzwolenia spod dyktatury korporacyjnego dandyzmu. Przywitałam się miło i zaczęliśmy gadać o Skrzyneckim, po czym on powiedział, że znał go, i że w ogóle był stałym bywalcem Piwnicy do samego końca, ze wszystkimi pijał, na Groble miał wstęp, a Piotra to za rękę trzymał na łożu śmierci. Wtedy nastąpiła moja kolej i zaczęłam tego pana zadziwiać tym, że nie musi mi niczego tłumaczyć ze swoich piwnicznych historii, bo ja to wszystko wiem i jestem zafascynowana do tego stopnia, że mogę z nim pójść na Plac na Groblach i pokazać okno, przez które się Skrzynecki gramolił i pan, uroczy panie pięćdziesięciolatku stawiający mi już drugą kolejkę, najwyraźniej też. Im dłużej rozmawialiśmy o Piwnicy, tym bardziej jemu świeciły się oczy, a na papierosie wspólnie nuciliśmy ulubione numery. Byłam naprawdę zachwycona. W końcu r o z m a w i a ł a m z kimś naprawdę, dzieliłam się spostrzeżeniami i swoją piwniczną fascynacją. Było tak spokojnie i spontanicznie, tak inaczej niż w domu. W Rumii miałam wybór między rówieśnikami, których nie cierpiałam, facetami z Sopotu i domem. Dom to w ogóle osobna kwestia. Rodzice tak silnie próbują stłumić to, że są ze sobą nieszczęśliwi, że zorganizowana i przewidywalna jest każda minuta ich życia. Tydzień ma swój harmonogram, przyprawy w szafce poukładane są alfabetycznie, śmieci posortowane a kot karmiony o konkretnych godzinach. Matka pochodzi z patologicznej rodziny i jest pedantką, tata to porządny człowiek. Z dzieciństwa pamiętam tylko ukrywanie się ze swoimi myślami i dużo kłótni, nieporozumień. Tata sprzedaje kaloryfery, mama jest bibliotekarką. Nie mam jednak ochoty robić jakichś śmiałych powiązań i uważać, że za to co stało się z moimi studiami odpowiada dom, czy tam środowińsko – dziecińsko. Ale wtedy? Nie robiło mi to. Siedziałam w Zwisie i się upijałam.

Bardzo podobało mi się to, co stało się potem. Już dobrze zrobieni wyszliśmy ze zwisu na spacer po rynku, właściwie to nawet wybiegliśmy. Emil Zając, tak nazywał się mężczyzna z którym tej nocy opluliśmy kiosk z policją i puściliśmy się biegiem Wiślną, wprost na planty. Poły jego czarnego i mojego piaskowego trencza powiewały na późnowrześniowym wietrze i śpiewaliśmy, że ten wiatr nas porwie i poniesie za kołnierze podniesione. Potem dałam mu się pocałować, mimo lekko zażółconego od tytoniu zarostu wokół jego zapieczonych ust. Powiedział mi, że całuje kobietę pierwszy raz od kilku lat. Sama nie wiem, czy mi się to wtedy podobało, ale mieliśmy jeszcze kilka piosenek do zaśpiewania, poszliśmy w kierunku Grobli, a ja zaprosiłam go do siebie.

Jaromir chyba już dawno spał, podobnie jak reszta dziewczyn. Przeszliśmy na palcach przez przedpokój i weszliśmy do mnie. Emil potwornie głośno dyszał, to było czwarte piętro. Czułam, że idąc za mną w ciemności trzyma mnie za pasek od trencza, poza tym świszczący oddech był blisko. W pokoju nie było gdzie usiąść, bo albo idiotycznie oboje za tą samą stroną biurka, albo od razu na łóżku. No to wzięliśmy ze sobą butelkę wina, którą Emil kupił po drodze, i popielniczkę, po czym usiedliśmy na łóżku. Zając wyglądał idiotycznie, siedząc po turecku, a jeszcze na dodatek zdjął buty. Miał czarne skarpety frotte z napisem sport, ale uśmiechał się do mnie rozbrajająco. Koszula była bez rękawów.

– Magda, Magda, jesteś pięknym człowiekiem, jakby anioł przyjechał do Krakowa. Czujesz te rzeczy, rozumiesz, one w tobie są, dobrze, że trafiłaś do Krakowa. To miasto cię zrozumie, roi się od takich kolorowych ptaków jak my, od artystów. Bo Ty przecież jesteś artystką, ja też. Wiesz, cholera, chodzi o czucie świata, hierarchię wartości a nie tylko o twórczość. Tacy włóczędzy, jak my, wiemy to. Tak jak powiedział Piotr, teraz to ty i ja, tutaj w tym zalanym turystami i pracownikami korporacji mieście, jesteśmy wysepką w morzu bestialstwa, szarzyzny, głupoty, łajdactwa, cynizmu, nietolerancji, przemocy.

– Jesteśmy wysepką – powtórzyłam za Emilem zamroczona alkoholem, półprzytomna i wzruszona.

– Dobry duchu, gdybyś tu była z nami, jeszcze te kilkadziesiąt lat temu, widzę cię wśród piwniczan, w rozwianej pelerynie, jak idziesz za dzwonkiem

– Choć barany bódz, bódz, bódz, Piotr Skrzynecki (tu obrzydliwie mi się odbiło) ciągle wódz! – skonstatowałam natchniona i pewna swego.

– My byśmy wtedy razem… Przecież, kurwa, gdybyś tam wtedy była, to kto wie, może inaczej potoczyłoby mi się życie. Jakbym cię zobaczył wtedy w Piwnicy, taką jaka jesteś teraz, nie zainteresowałbym się Jadwisią, ty byłabyś moją żoną – wymówienie tych słów zajęło mu chwilę, był już mocno pijany i miał zaczerwienione oczy.

Biedaczek się wzruszył. Ja kiwałam się coraz bliżej niego, próbując utrzymać kontakt takimi mądrymi i rozumiejącym oczami, oczami wysepki. Jeśli na początku naszej znajomości byliśmy na etapie piwnicy sarkastycznie inteligentnej, to teraz wpadliśmy w nastrój, a potem repertuar, piwnicy rzewnej i miłosnej. Emil się do mnie zbliżył

– Chryste, ty masz takie same jak on, fiołkowe oczy w ciemnej oprawie. Magda – chwycił mnie za przegub – kiedy na mnie patrzysz, mam wrażenie, że staję się mądrzejszy, wspanialszy… – ostatnie słowa mówił już szeptem i z ustami coraz bliżej mojej szyi.

Kto wie, może, gdybym była trzeźwa, wyrzuciłabym tego starego i głupiego marzyciela za drzwi na ulicę, gdzie jego miejsce, ale wtedy dałam się musnąć wargami. Wtedy również spodobało mi się to muśnięcie i zaczęliśmy się całować. Emil obłapił mnie i odniosłam wrażenie, że nagle wytrzeźwiał i nabrał wigoru. Potem zaczął całować mnie po brzuchu a jego dłoń znalazła się pod moimi rajstopami, posuwając się pewnie wzdłuż cipki. Emil wyraźnie nucił Malinowy Chruśniak, a ja miałam mokro. Na tym jednak skończyła się jego pomysłowość co do gry wstępnej, szybko zatem zobaczyłam jego obrzydliwe szare slipy i penisa, którego najwyraźniej się wstydził – tak prędko schował go we mnie. Przez niespełna dziesięć minut mogłam przyglądać się jak jego zmarszczone i pokryte plamami blade ciało telepie się pod wpływem miarowego ruchu nade mną. Twarz naszła mu krwią, oczy miał szeroko otwarte, po czym złapał mnie za szyję i w rytm pierdolenia śpiewał:

Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną,
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,
Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną.

Wtedy mi to robiło. Po wszystkim Emil wyznał mi, że jest wdowcem, ma syna i doktorat z polonistyki. Napisał też dwie niskonakładowe powieści kryminalne.

W ogóle nie poszłam na żadne zajęcia, kiedy rozpoczął się październik. Co kilka dni widywałam się z Emilem, co często kończyło się w łóżku, choć jemu czasem nie stawał. Wtedy opowiadałam mu o domu. Byłam zachwycona tym, że zostałam krakowską artystką, do której można przyjść w nocy z butelką wina lub wódki, oraz która nie przejmuje się arogancką i głupią rzeczywistością wokół. Z Emilem nie chodziliśmy nawet do Piwnicy, bo teraz tam nic nie ma, tylko do Zwisu i czasem gdzieś na Kazimierz, zawsze na alkohol. W tym pierwszym lokalu zaczęłam poznawać ludzi, słowem – weszłam w środowisko artystyczne Krakowa. Znali mnie już Andrzej Sikorowski, Mieczysław Święcicki, Jan Nowicki i wielu innych – i wszyscy za mną przepadali. Byłam w Zwisie oczkiem w głowie. W tym czasie Emil opowiadał mi w odcinkach o swojej żonie, która była martwa od ośmiu lat. W sumie nie powiedział nic nadzwyczajnego, coś tam o tym, że poznali się w Piwnicy, że studiowała historię sztuki, a potem pracowała po transformacji w Geant bo taki był czas. Kiedy umierała, na zator, była dyrektorką Galerii Krokus przy Dobrego Pasterza, zresztą zmarła w biurze. Z dnia na dzień mój świat skurczał się do wzajemnych anegdotycznych odniesień pomiędzy mną a Emilem, oraz komentowania jakimś piwniczym cytatem dowolnej informacji lub zaobserwowanego zdarzenia. Doszło to tego, że potrafiliśmy niemal przy użyciu samych gotowych sformułowań z piosenek, monologów i skeczy, rozmawiać bez przerwy przez kilkanaście minut. A gdybyśmy jeszcze podrasowali to Bareją, to kto wie, może mogłabym z Emilem nie zamienić żadnego własnego słowa przez kilka godzin, wciąż rozmawiając. Uważałam to wtedy za szczyt wyrafinowania, artyzmu i krasomówczej lekkości istnienia (naprawdę używałam takich słów). W rzeczywistości nie uczyłam się niczego i nie robiłam nic.

No ale jednak zwiałam. Dlaczego? Powody były trzy. Po pierwsze siedziałam kiedyś sobie sama w kawiarni i usłyszałam rozmowę kilku moich (na oko) rówieśników studentów, którzy rozmawiali szybko i wylewnie na temat filmów, książek i sztuk teatralnych, wyrzucając przy tym z siebie w sumie dziesiątki nazwisk i tytułów, spośród których nie znałam ani jednego. Pamiętam, to było w Bunkrze, a na dodatek byli ubrani zupełnie inaczej niż ja, żadne z nich nie nosiło kapelusza, mieli na sobie uderzająco wygodne ubrania i równie wygodnie się im w nich myślało. Bardzo mnie pociągali, to dlatego było mi za siebie wstyd jeszcze silniej niż powinno. Spakowałam do torby swojego Leśmiana i poszłam do mieszkania wstrząśnięta. Mimo to i tak przez całą drogę w głowie grał mi Garbus Demarczyk. Coś było nie tak, jak chciałam. Po drugie przypadkowo poznałam, też w Bunkrze, uroczego kelnera, który w wolnych chwilach tworzy muzykę elektroniczną, ma piękne małe i geometryczne tatuaże, oraz kilka razy świetnie mnie wyruchał. Emil nie dowiedział się o niczym, ponieważ kelner, Maks, jest jego synem. Nie utrzymują kontaktu odkąd wyprowadził się od swojego, jak mówi, zdziwaczałego ojca. Zrobił to pół roku po śmierci swojej mamy, teraz mieszka sam w sterylnym mieszkaniu, pracuje i w wolnych chwilach tworzy muzykę elektroniczną, unika jakichkolwiek długotrwałych związków z kobietami, ma 26 lat i świetnie mnie kilka razy wyruchał, powtarzam to, bo było świetnie. To mi też nieco naprostowało myślenie o starym Zającu. Po trzecie Emil, w przypływie jakiejś dziwnej piwnicznej manii, po niespełna sześciu miesiącach znajomości, poprosił żebyśmy zaśpiewali razem Duet miłosny pchły i słonia, po czym padł na kolana i mi się oświadczył. Było to już po przygodzie z Maksem, ale nie przeszkadzało mi to mimo wszystko kochać Emila. W końcu erotyczne przygody to coś, co cyganerii zdarza się na porządku dziennym, podobnie jak nieprzemyślane małżeństwa. Zgodziłam się, po czym mieliśmy najlepszy seks odkąd poznałam go w Zwisie we wrześniu. Pamiętam to bardzo dobrze, Emil przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i wpijałam palce w jego lśniące od marcowego słońca plecy, kiedy posuwał mnie na stole w kuchni swojego mieszkania. Okazało się jednak, że tym razem było za fajnie, bo pękła nam guma, a ja zaszłam w ciążę. No to już jako cygańskie narzeczeństwo poszliśmy wspólnie na wizytę do ginekologa. Tam wszystko się potwierdziło, umówiliśmy się na kolejne USG. Emil bardzo dzielnie się mną opiekował i śpiewał dziecku na dobranoc różne piwniczne piosenki, na przykład O Groblach na Groblach, Żal po Piotrze S. albo Konwalie, bzy albo pet. Razem śpiewaliśmy Czas z podziałem na role. Dobrze nam było w tej ciąży, Emil zarabiał na uczelni tyle, żeby nas utrzymać, a ja skłamałam rodzicom, że wciąż studiuję i dostawałam pieniądze na mieszkanie, mimo, że przeniosłam się do narzeczonego. Syn miał dostać na imię Piotr. Miałam wtedy 20 lat, urodziłam się nad ranem 27 kwietnia 1997 roku.

Kiedy leżałam na porodówce przy Kopernika i zwijałam się z bólu, Emil najprawdopodobniej opijał narodziny syna w Zwisie ze swoimi kolegami z nieboszczki Piwnicy. Kiedy poród wszedł w ostatnią fazę niespodziewanie spomiędzy moich nóg dał się słyszeć przytłumiony, ale wyraźny odgłos dzwonka. Myślałam, że jakaś moja dziwna faza, w końcu byłam na zastrzyku przeciwbólowym, jednak po minie położnej wywnioskowałam (a kiedy się rodzi to nie jest takie proste), że ona też to słyszy. Potem dostrzegłyśmy, że spomiędzy moich rozwartych na dziesięć centymetrów warg sromowych wydostaje się na zewnątrz smuga niebieskawego papierosowego dymu. Wiedziałam już, co to znaczy. Przerażona położna odsunęła się od mojego krocza, ja z bólu i przerażenia wbiłam zęby w poduszkę, a nagle z mojej pochwy, jednym bolącym mnie nieopisanie susem, wyskoczył maluteńki, ubrany w czarną pelerynę i słomkowy kapelusz z piórkiem, Piotr Skrzynecki. Miał proporcje niemowlaka i ewidentnie się zataczał, trzymając w jednej ręce dzwonek, którym hałasował, a w drugiej zapalonego papierosa. Spadł na podłogę, po czym podniósł się na krótkie nóżki i zaczął się wydzierać „Proszę Państwa, Proszę Państwa! Proszę Państwa, Proszę Państwa!”, i tak w kółko. Położna uciekła w róg sali, a Skrzynecki wydreptał przez drzwi na korytarz nie przestając bełkotliwie krzyczeć. Chyba przypalił pani udo – powiedziała do mnie położna, a ja straciłam przytomność.

Obudziłam się, nienawidząc Piwnicy Pod Baranami i wszystkiego, co kojarzyło mi się z tym przeklętym kabaretem. Kiedy wypisali mnie ze szpitala, Emil próbował mnie nawet zatrzymać, ale zerwałam zaręczyny kiedy gonił mnie po Plantach, bo biegłam na dworzec. Zziajał się, stary piernik. Rzucił mi potem jeszcze w plecy z daleka, że i tak mogę sobie jechać, bo on ma już co robić, bo bobas Skrzynecki odnalazł się wczoraj, urzęduje w Zwisie, reaktywuje kabaret i podobno nawet stawia. Ja pokazałam mu faka i wróciłam pociągiem do Rumii. W drodze powrotnej słuchałam Kate Bush.


Jan Kanty Zienko (ur. 1996) – student MISH na UJ. Do tej pory publikował w „Helikopterze” i „Machinie Myśli”. Bardzo lubi słuchać radia i czytać bebechorealistów.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

STANISŁAW BUTOWSKI

ERNEST MAŁKIEWICZ

MILENA ORŁOWSKA