JAN_K_ZIENKO-page-001 (1)

Proza

JAN KANTY ZIENKO

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Michalina Sobieraj

Pomrów wielki1

Ślimaków należy się pozbyć, Herr Leutnant Mateja. To nasi naturalni wrogowie, obmierzłe szkodniki. Fakt, że akurat naszemu pokoleniu przypadło w udziale wykonać tę tytaniczną pracę, bynajmniej nie świadczy o tym, że znaleźliśmy się na pozycji straconej, w charakterze nawozu przyszłości. Stawką jest przecież tych kilka chwil esencji bytu, tak skąpo wydzielanych przez Historię kolejnym pokoleniom marzycieli. Nasze może szczycić się całymi latami szlachetnej walki. Obcujemy z esencją bytu heroicznie! Właśnie w ten sposób – stawiając czoła, za cenę znoju, pozwalamy jej ujawniać się w nas, w chwilach naszej wzniosłości i naszego dostojeństwa. Dlatego nawet chwila zawahania może kosztować nas opadnięcie w uwłaczająco koczowniczą codzienność. To upodabnia nas do obślizgłych wyjadaczy — powiedziałem.

No, ale na pewno nie pomyślałem, ponieważ w mojej głowie, kiedy produkowałem te swojskie zdania, dudniły naprzemiennie tylko dwa słowa: tytoń i czekolada, tytoń i czekolada, tytoń i czekolada.

— Wielka myśl, która znajduje swoich wykonawców tu i teraz, może wywindować ich czyn do wieczności. W sferę, gdzie nigdy nie przestanie się on wydarzać. Praca takiej przemocy zastyga w pomnik. Na jego cokole jest sama esencja, trwający wiecznie gest, na który złożyła się summa wszystkich decyzji. W jej herbie znajdują się emblematy higieny, pożyteczności i rozwoju — powiedziałem.

Na stole przed nami leżały sobie ersatze tytoniu, herbaty i czekolady.

— To zrozumiałe, Snitko — Maciek pociągnął ostatni buch z papierosa, nie spuszczając swoich oczu z moich — dlatego na pewien czas musimy zapomnieć o trywialności. W obecnej sytuacji znalazłaby ona swoje odzwierciedlenie jedynie w podszytym fałszem ornacie chrześcijańskiej nieśmiałości — dokończył i zgasił papierosa na grzbiecie pełznącego po stole pomrowa.

To była pierwsza noc, potem poszliśmy spać. Ostatniej nocy odkryliśmy, że z metalowej rury o segmentach przypominających z wyglądu słoniową trąbę – rury, która kiedyś służyła jako część kuchennego okapu, a która od kilku miesięcy walała się po zanieczyszczonym przez gołębie balkonie – można zrobić komin. Garnek, żyletka, sznurek, sól, zapałki, zapalniczka, kret. Erika i Auf Und Auf Voll Lebenslust, i Königgrätzer, i Sag Mir Wo die Blumen Sind, i Wir Sind des Geyers Schwarzer Haufen, i tak w kółko. Ostatnia noc już nigdy się nie skończy, bo jest bezkresna i nie można po niej podróżować. Pozostanie pomnikiem.

Plask! O kuchenną podłogę uderzył rzucony z impetem znad głowy bezskorupowy ślimak.

Sturmbahnnführer, nie powinien Pan tego robić! — krzyknąłem i obaj z Maćkiem wybuchliśmy głośnym śmiechem.

— Teraz powinieneś mnie zastrzelić, Snitko, ty spierdoksie — powiedział do mnie Maciek, trzymając się fabuły książki, którą wtedy obaj powoli kończyliśmy. Na kuchennym stole od czterech dni stał mały manekin z Ikei, wyprężony w geście faszystowskiego pozdrowienia. Ludzik został podpisany jako „Chudy”. Na podeszwie jednej stopy widniały napis „Max”, a na drugiej „Aue”. Od czterech dni każdej nocy zostawiamy Maxa na chwilę samego, kiedy – wyposażeni w patyki i puste pudełka po papierosach – ruszamy z Maćkiem na długie nocne łowy. Potem, kiedy pudełka są już pełne, wracamy do mieszkania, aby odgrywać przed Maxem widowisko.

Znajdowaliśmy je przeważnie pod zapuszczonymi krzakami, gdzie gniły odpadnięte fragmenty roślin i wyrzucone odpadki. Wychodziliśmy podnieceni, w dobrych nastrojach, długo wiązaliśmy buty, po czym podskakiwaliśmy z nogi na nogę jak bokserzy. Zresztą sam klimat naszych wypraw był sportowy. Potem uważny spacer z latarkami, na skrajami chodników, czujnie. Harcerze. Mimo daty, wieku, celu i środków, nie było w tym ani grama ironii. Ciężar gatunkowy nazistowskiej konwencji dusił jej ślepawe iskry, zanim stały się fajerwerkami beki, zabawą. Jakby co – szukamy kluczy zgubionych gdzieś po drodze. Ale po północy przechodniów nie było, przez cztery noce spotkaliśmy może kilkoro. Nikt się nami nie zainteresował. Dwoma chłopakami oświetlającymi pobocze latarkami, stąpającymi powoli i z pietyzmem. Po całej alei niósł się z rzadka stukot nocnego tramwaju, kiedy my – w kucki – przeprowadzaliśmy pacyfikację kolejnego napotkanego krzaka kosodrzewiny. Nasza mała Ukraina. Pod iglastymi mieszczą się takie wysypiska organicznych śmieci w pomniejszonej skali, punkty gnilne. Jeśli ślimaki akurat się parzyły, a to zdarzało się kilkakrotnie, to patykiem strząsaliśmy taką kopulującą parę razem, wprost do paczki po camelach. W pudełeczku mieściło się ich sześć lub siedem, zależy jak wyrośniętych. Powroty do kuchni były odświętne, paradne.

Najbardziej rozczarowujące okazały się labirynty z soli. Misternie usypane korytarze, które wiły się po znacznej części kuchennej posadzki, to był zbytek. Niepotrzebnie wymyślaliśmy te wzorki i zaułki, bo ślimaki są na tyle durne, żeby wpełznąć w pierwszą ścianę przed nimi. Nie próbowały szukać wyjścia. Kiedy pomrów dotyka pierwszych kilku ziarenek, chowa rogi i wykonuje ciałem taki gest, jakby troszkę grymasił. Ale brnie dalej. Najczęściej przez to grymaszenie pręży się nieco, odgina przednią część swojego cielska od podłoża, jednocześnie pokazując blady spód, i jak w zwolnionym tempie, z całym impetem, zwala się na grubo posypaną ścianę. Statek na wysokiej fali. Wtedy zaczyna się wicie. Sól nie rozpuszcza go od razu, rozpływają się kolejne połacie jego oślizgłej powłoki, a on, w rytm agonii i krewkiej muzyki, pogrąża się w kryształkach i rozkopuje je na boki, niszcząc przy tym architekturę labiryntu. Ślimak obtacza się w soli jak kotlet w tartej bułce. Czasem, niczym z worka, wypełzają z niego jasnopomarańczowe wnętrzności, ale efekt nie jest aż tak interesujący, jak w wypadku żyletkowania. Jak to jest rozpuścić ślimaka? Przecież każdy z was kiedyś widział jak robi to jego babcia:

W ten deseń nacinało się grzbiet ślimaka. Można było wtedy odkroić końcówkę jednym cięciem, żeby ze ślimaka wytrysnęły jego bebechy. Były różnokolorowe i ruchliwe jak kropla rtęci. Oto metoda na te mniejsze i jaśniejsze paskudy, których maści bliżej było do brązu niż do czerni. Te były z reguły zupełnie nieruchliwe w solnym labiryncie. Kuliły się w podkówkę i mogły tak przeczekać nawet do rana. Dlatego wyjmowaliśmy je i rzezaliśmy jak należy. To już je pobudzało. Drugiej nocy ścisnęliśmy pomrowy cienkim sznurkiem i powiesiliśmy na lampie jak doraźnych skazańców. Trzeciej nocy cały transport został ugotowany.

Czwartej nocy Maciek wpadł no to, że można by użyć wszystkich metod naraz. W tamtej chwili noc, która dla mnie nigdy nie dobiegnie kresu, czekała tylko, żeby się w nią zapuścić. Pół godzinki roboty, a po tym to już tylko siedzenie przy stole, wszystkie ślimaki oporządzone. W piecu, rozpalonym przeze mnie na balkonie, spopielała się pierwsza partia. Za chwilę mieliśmy dorzucić koleją – wisielców. Historia powtarza się jako farsa, latarni odpowiadała lampa, a ludziom ślimaki. Nie wiem kosztem czego, ale mordując kupiliśmy dla siebie rozkosz eksterminacji, czyszczenia. Jakbyś wypalał do szczętu swój własny wstręt. Co satysfakcjonowało nas najbardziej? Że to nie było głupkowate i szczeniackie znęcanie. To był kompletny, oparty na znajomości i zrozumieniu duszy rzymskiej, czterodniowy performans czy tam przekrojowa rekonstrukcja historyczna. Trzeba swoje przeczytać i obejrzeć, żeby spektakl był w duchu. Tylko dyletanci bezmyślnie męczą po wsiach jakieś koty albo żaby. Bez głowy wybrukowanej historią nie gęgniesz ani słowa językiem pokoleń, językiem heroicznego realizmu. Nie będzie żadnego pomnika i nie będzie na nim ciebie. Do walki z nudą potrzeba przemocy. Dlatego samotnicy zostają historykami.

Jak się czuliśmy? Czwartej nocy przy stole, pod sam koniec roboty? W pamięci obydwu na zamek maszerował niemiecki chłopski bunt, landsknechci łupili Rzym, pod szyją zaginał się krzyż z żelaza, psy ścigały dorodnego jelenia, po lesie teutoburskim rozlegał się ryk, pluton grenadierów wypadał z transportera biegiem wprost w nawałnicę żelaza, koń stawał na minie, panowanie przejmowała forma bytu robotnika, stukały podkute buty, miecz prezentował się w zwodzie, wynaleziono naboje płaszczowe, Ernst Jünger pierwszy raz brał LSD, wdychało się najpiękniejsze dziewczęta Hiroszimy, budowano strażnice za Kaukazem, niemieckie mniszki ocierały krew mirakelmana, a stary profesor Kumpf rzucał bułką w róg izby, żeby zabić diabła. Cug był pierwszorzędny. Wtedy ktoś zadzwonił do drzwi. Dzwonek zabrzmiał ćwierkotem wszystkich wróbli, które zastrzeliłem w dzieciństwie. To byliśmy my. My, którzy nigdy nie zrobiliby tego, co zrobiliśmy. Wrócili z przechadzki i tak się sobie przyglądamy.

Płaskorzeźba przedstawia scenę rodzajową. Grupa składa się z dwóch młodzieńców siedzących przy kuchennym stole. Jeden z nich, znajdujący się po prawej stronie, ma w dłoni telefon z którego – co sugeruje sposób, w jaki trzyma go przy głowie – najprawdopodobniej wybrzmiewa muzyka. Mężczyzna rozkoszuje się jej dźwiękiem. Drugi zwraca głowę w kierunku oglądającego relief. Jego usta są nieznacznie rozchylone, oczy szeroko otwarte. Prawą dłonią niedbale trzyma kubek, zaś lewa spoczywa na stole. Pod nim widoczne są nogi obu chłopców, wyłożyli je przed siebie i z perspektywy widza wyglądają one na skrzyżowane. Nad głowami młodzieńców znajduje się kuchenna lampa, do której przymocowane zostały cztery sznurki. Na końcu każdego z nich wiszą (najprawdopodobniej) martwe pomrowy wielkie. Za plecami mężczyzny trzymającego kubek widoczna jest kuchenka gazowa, a na niej duży, parujący garnek. Na stole, symetrycznie między siedzącymi naprzeciwko siebie chłopakami, można dostrzec kukiełkę lub manekina z podniesioną prawicą. Zabawka skierowana jest przodem do dużego balkonowego okna, które stanowi tło dla grupy przy stole. Za oknem rozpościera się widok na osiedle. Świta. Od zewnątrz, tuż przy szybie okna, wznosi się zakrzywiony komin z którego wątłą smugą wydobywa się dym. Widzimy jedynie sam szczyt komina, ponieważ resztę zasłania nam suszarka na pranie, stojąca w przejściu między kuchnią a balkonem. Oglądający może odnieść wrażenie, że składa grupie kuchennej niespodziewaną wizytę. Następuje moment rozpoznania, najprawdopodobniej za kilka sekund mężczyźni wstaną, aby przywitać się z odwiedzającymi. Żeby spojrzeć na nich i dowiedzieć się, kim są. Mimo to scena niepokoi. Zupełnie jakby widz nie powinien był się tu znaleźć. Albo jakby oni nie powinni tego robić.


1 Plenimy się wszędzie. W nocy byłyśmy na drzwiach twojego domu, w twoich trampkach do koszenia trawy zostawionych na zewnątrz. Srebrne ślady naszej zaschniętej mazi, pokryty nią cały ganek, drzwi, szybka w drzwiach. Świt zagnał nas pod drzewa i kamienie, teraz pośpimy. Ale jutro w nocy znów przepełźniemy wszystko, będziemy się kochać w twoich butach i ścigać po ogrodowym stole. Na żółtym tynku twojego domu – my, grzybożercy i kanibale, nagie ślimaki obojnaki, będziemy się skręcać lubieżnie, ciec i rozmnażać. Wiemy, że nie możesz oderwać od nas oczu, kiedy tak zwisamy zaplątane na pasmach własnego śluzu.


Jan Kanty Zienko (ur. 1996) – student MISH na UJ. Do tej pory publikował w „Helikopterze” i „Machinie Myśli”. Bardzo lubi słuchać radia i czytać bebechorealistów.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

AGNIESZKA SMARZEWSKA

DOROTA DROŻYŃSKA

ŁUKASZ DROBNIK