Jesień czuć w powietrzu, nie ma dwóch zdań, więc pan Grzegorz naciąga beret na głowę i szczelniej otula się zmechaconym płaszczem. Materiał jest gruby, szorstki i dziurawy tam, gdzie dobrały się do niego mole. Mole! myśli pan Grzegorz. Kto jeszcze pamięta, co to mole? Mole w szafie. Naftalina. Przecież to jest zupełna abstrakcja dla dzisiejszej młodzieży! „Młodzież” wciąż oznacza dla niego dzieciaki w wieku jego syna. Ale on ma już przecież trzydzieści pięć lat. Stary koń, wcale nie dziecko. Pan Grzegorz stawia gruby kołnierz. Chowa dłonie w kieszeniach i porządkuje świat. Najpierw jest młodzież, potem dorośli pokroju jego syna, a potem… już tylko mole w szafie. Ojciec pana Grzegorza zawsze próbował wytłuc je naftaliną, ale bez powodzenia. Pan Grzegorz też to robi, machinalnie, z przyzwyczajenia, choć podejrzewa, że robaki uodporniły się już i w którymś momencie zwyczajnie zaczęły żreć białe cuchnące kuleczki. Na zdrowie! Ucztują i cieszą się życiem, a ja tymczasem mam pogryziony płaszcz jako jedyny człowiek w całym kraju. Bo tylko ja dokarmiam mole naftaliną, gdy wszyscy inni zdążyli już o nich zapomnieć. I mają problem z głowy.

Pan Grzegorz idzie Korkową, wzdłuż cmentarnego muru. Jest wczesny październik, więc słońce wisi jeszcze nad horyzontem, choć powoli dochodzi szósta. Ruch na jezdni duży, mieszkańcy okolicznego osiedla wracają z pracy. Pan Grzegorz zaczyna pracę późno, teoretycznie mógłby siedzieć w domu aż do zmroku, ale ile można oglądać telewizję? Szczególnie o suchym pysku. Nie, lepiej już przyjść, zrobić dłuższy obchód, może się na coś przydać. To jest wielka nadzieja: przydać się.

Znad muru wyłania się krzyż, potem spadzisty dach, a wreszcie cała kaplica. Pan Grzegorz przekracza bramę i wchodzi na podwórze. To teren przejściowy, oddzielający cmentarz od reszty świata. Jego granice z jednej strony wyznacza kamienny mur, a z drugiej – metalowe ogrodzenie. Pod ogrodzeniem ustawiono szereg nowych nagrobków, ale pan Grzegorz nie lubi o nich myśleć, więc szybko skręca w stronę kaplicy. Budynek jest niewielki. Zaniedbany, ale urokliwy. Białe ściany pokrywa miejscami zielony nalot; mech chwyta się każdej poziomej powierzchni, wczepia się w kamień i trwa. Idzie zima. Wszystko to pewnie zdechnie. Ale wróci w przyszłym roku i jeszcze się rozrośnie. Na schodach prowadzących do drzwi leżą świeże wieńce. Pan Grzegorz zerka na ziemię i liczy pety. Ewidentnie był pogrzeb. Szkoda, że już po wszystkim. Czasem udaje mu się pogadać z grabarzami. Zna wszystkich pracowników firmy „Matuzalem”, której siedziba znajduje się o rzut kamieniem od kaplicy. Szczególnie dobrze rozmawia mu się z panem Stefanem. Pan Stefan jest jednym z niewielu ludzi, którzy wiedzą, na czym polega praca pana Grzegorza. W ogóle równy z niego gość. Często chwali się, że złożył do grobu wystarczająco wielu sztywniaków, żeby zaludnić niewielkie miasteczko. „Rozumiesz pan, panie Grzegorzu, wszyscy oni będą na mnie czekać”, dodał kiedyś z uśmieszkiem, który zmarszczył mu cieniutką skórę twarzy. „Będą czekać po drugiej stronie i kiedy już tam dotrę, zgotują mi taką imprezę, że aniołom aureole z głów pospadają!”. Pan Grzegorz uśmiecha się na to wspomnienie. Odpowiedział wtedy: „Tak jest. O ile są zadowoleni z pana roboty”.

Czasem rozmawiają, który z nich ma ciężej. Takie tam gadanie, zazwyczaj na osobności, czasem z piersióweczką w dłoni. Prowadzą wciąż tę sama rozmowę, choć wiadomo, że żaden nie zmieni zdania. „Musimy, wie pan… ciągle z tą śmiercią za pan brat, ręka w rękę. Nieść ciało na ostatniej, że tak powiem, prostej. Niby w walizeczce czy popielniczce, ale w środku przecież jednak człowiek jest. Albo był”. Pan Grzegorz wie, że grabarze muszą jakoś oswoić rzeczywistość; nadać rzeczy nowe słowo, żeby nie oszaleć. Nie krzywi się, gdy pan Stefan nazywa trumny walizkami ani gdy mówi o bojach – ciałach wyciągniętych z wody – i brelokach, czyli wisielcach. Kiwa głową i dodaje nawet, że z jego perspektywy to brelok stanowi większą niewiadomą. Napuchnięty topielec raczej nie nastręcza problemów. „No tak, ale kolega przecież rzadko kiedy musi sobie rączki ubrudzić”, podkpiwa pan Stefan. Ma rację.

Pan Grzegorz daje zwykle za wygraną i przyznaje, że grabarstwo to fach nie do pozazdroszczenia. Unosi piersiówkę albo z szacunkiem muska palcem beret, byle tylko pana Stefana nie urazić. A jednak to ja mam gorzej. Bo grabarze zawsze się przydają. Wasze szczęście.

Wyraźnie słychać szum przejeżdżających samochodów. Zachód słońca rozciąga się po kilku wiszących na niebie chmurach. Delikatny wiatr porusza gałęziami brzóz, kilka liści ląduje wśród petów. Nie ma na co czekać. Pan Grzegorz odwraca się i niechętnie podchodzi do linii nagrobków. Stoją po zewnętrznej stronie metalowego ogrodzenia, poza właściwym cmentarzem, i nie ma na nich żadnych imion. Ot, polerowane, kamienne płyty o różnych odcieniach i wzorach. Na niektórych znajdują się dodatkowe zdobienia i drobne statuetki. Anioły kryjące twarze w dłoniach. Figury Ukrzyżowanego. Nikt pod nimi nie leży, bo to tylko reklama. Na jednym z nagrobków przyklejono kartkę ze spisem cen i nazwą firmy: „Skwara”, od nazwiska założyciela. Pan Grzegorz potrząsa głową w geście cichej dezaprobaty. Wyjątkowo niesmaczne. Po lewej, obok fałszywych nagrobków, znajduje się budynek o przeszklonych ścianach, znacznie mniejszy od kaplicy, ale za to z dumnym napisem „Salon firmowy” nad drzwiami. Właśnie tam przedstawicielka „Skwary”, pani Anielka – zdaje się, że studentka na stażu – przesiaduje czasem i do dwudziestej pierwszej. Jak na dłoni widać ją wtedy przez szyby: poważną, dobrze zorganizowaną dziewczynę o ściągniętych ustach, ogrzaną ciepłym światłem lampy stojącej obok biurka. Cały salon przypomina wieczorami ogromny, szklany znicz, o czym pan Grzegorz wspomniał kiedyś pani Anielce, a ona odpowiedziała swoim charakterystycznym krótkim uśmiechem. Tak, zawsze jest uprzejma, ale syn pana Grzegorza wytłumaczył mu przecież, że firmy uczą teraz młodych pracowników, by okazywali potencjalnym klientom szacunek. A dla sprzedawcy nagrobków potencjalnym klientem jest każdy.

Pan Grzegorz sypia czasem w salonie firmy „Skwara”, na lekko chropowatej wykładzinie, ze zwiniętym płaszczem pod głową. Nawet teraz ma w kieszeni klucz, który dorobił sobie kilka lat temu. Na lewo. Zawsze wychodzi przed świtem, żeby nikt się nie zorientował. Czasem ma ze sobą piersiówkę, ale wtedy jest niebezpiecznie: istnieje ryzyko zaspania. Gdyby pani Anielka nakryła go w środku, odurzonego i cuchnącego wódką, z pewnością nie byłaby już ani uprzejma, ani uśmiechnięta.

Pan Grzegorz podejrzewa zresztą, że pod jej uśmiechem czai się poczucie wyższości. Proste: ona robi karierę w ciepełku, a on musi wystawać na chłodzie i klękać przy grobach na stare lata. Bardzo trudno mu to znieść, bo gdzieś tam po cichu uważa, że starszym należy się szacunek, a jednak zawsze jest wobec niej przyjazny. Nachalnie przyjazny. Uniżenie. Żenująco. Choćby nie wiem, jak fatalnie się czuł, wyciska z siebie uśmiech i krótkie: „Dzień dobry, szanowna pani, zjawiskowo pani dziś wygląda”. Syn wielokrotnie powtarzał mu, że nie wolno komentować wyglądu innych ludzi, a już na pewno kobiet, ale pan Grzegorz jest pewien, że prawdziwy dżentelmen postępuje właśnie w ten sposób i nie inaczej. Ma przy tym nadzieję, że pani Anielka szepnie w końcu swoim przełożonym dobre słowo na jego temat. Kiedy jej nie ma, zrywa reklamujące firmę plakaty z ogrodzenia wokół cmentarza i z fałszywych nagrobków. Robi to po pierwsze, żeby się wyżyć. Po drugie, bo cmentarz to nie miejsce na takie rzeczy. Po trzecie, bo jest szansa, że ktoś z firmy uzna, że przydałby im się nocny stróż. A ja i tak ciągle tu jestem, szanowna pani. Mógłbym przy okazji mieć pani biuro na oku. Przecież zawsze jestem uprzejmy i szarmancki. Czemuż by nie polecić mnie szefostwu? Wszystko, byle dorobić do pensji.

Kiedyś, późną nocą, która mijała mu pod znakiem piersiówki, rzucił nawet kamieniem w szybę salonu. Po uderzeniu została tylko maleńka rysa, ale pan Grzegorz był tak przerażony swoim postępkiem, że następnego dnia niemal padł pani Anielce do stóp i wycałował jej lekko wytarte czeszki. Był pewien, że widziała winę wypisaną na jego twarzy, że za chwilę doniesie o wszystkim przełożonym, a jego szanse na nową robotę spadną do zera. Ale nie, miała na ustach ten sam uśmiech, co zwykle. Łudzisz się, myślał potem. Takiego starucha nikt na stróżowanie nie weźmie. Kamieniem w okno, no ładnie. Co by ojciec powiedział? Wygarbowałby mi skórę jak amen w pacierzu. I słusznie.

Ojciec pana Grzegorza nigdy na nic nie narzekał. Ani na godziny pracy, ani na warunki, ani na wynagrodzenie. Był opanowany, twardy jak granit, profesjonalny. Nienawidził chuligaństwa, cudzą własność otaczał nabożną czcią. W chwilach największego wzburzenia mruczał coś tylko i spluwał. Robił swoje.

*

Pan Grzegorz pojawił się w prasie tylko raz – w lokalnej „Gazecie Wawerskiej”. Było to po tamtej nieszczęsnej wpadce, której wspomnienie wciąż spędza mu sen z powiek, choć minęło od niej z okładem dwadzieścia lat, a jemu idzie już powoli na siódmy krzyżyk. Tak właśnie działają osrane pismaki. Jak człowiek robi swoje – nic. Ale spróbuj się, kurwa, potknąć, to wgniotą cię w ziemię. Nawet proboszcz parafii, nie wykazał wtedy zrozumienia dla pana Grzegorza. „Nie tak się umawialiśmy, nie, nie. Takiego rozgłosu nam nie potrzeba. Za czasów pana świętej pamięci ojca nigdy by do tego nie doszło. Musimy przemyśleć pewne sprawy, panie Grzegorzu, poważnie przemyśleć!”.

Chciał go zwolnić, ale na szczęście nie dał rady. Pan Grzegorz wiedział, że tak będzie. Ojciec wielokrotnie wałkował z nim ten temat. „Cmentarzami wyznaniowymi, w przeciwieństwie do komunalnych, zarządza co prawda wspólnota wyznaniowa, synu, ale zasady zatrudnienia i obowiązki ogrobników określa artykuł 17 ustawy o cmentarzach i chowaniu zmarłych, zgodnie z którym podlegają oni bezpośrednio władzom samorządowym”. Powtarzał, że proboszcza należy słuchać i szanować, ale bać się go nie trzeba. A ludzie z gminy uznali wtedy, że najlepiej całą sprawę wyciszyć. Rozeszła się po kościach.

Kochany artykuł 17, kochana ustawa. Jeden z niewielu oficjalnych dokumentów, w których pan Grzegorz może znaleźć coś na swój temat – tuż za przepisami dotyczącymi ekshumacji. „Opiekun Pochowanych jest powoływany i nadzorowany przez zarządcę cmentarza komunalnego lub odpowiedni organ gminy”. Ojciec z dumą pokazywał mu ten przepis, wodził ogromnym łapskiem po literach, jakby chciał podkreślić moc każdej z nich. „Jesteśmy w prawie, synu”, mówił, choć pan Grzegorz był jeszcze wtedy Grzesiem i nie rozumiał, że pójdzie w ślady ojca. „Jesteśmy w prawie, bo z artykułem 17 nie ma dyskusji”. Ale teraz pewnie lada chwila zostanie uchylony. Pan Grzegorz głupi nie jest i czuje pismo nosem. Własny syn nazwał go kiedyś – zdaje się – „żywą skamieliną” i strasznie się o to pokłócili. Teraz, przez telefon, trudno cokolwiek wyjaśnić, a przeprosić jeszcze trudniej. Ale chłopak miał przecież rację. Przepisy regulujące ten zawód nijak mają się do dzisiejszej rzeczywistości.

Kiedyś było inaczej. Opiekun Pochowanych naprawdę zasługiwał na szacunek. Pełnił istotną funkcję, chodząc nocą wśród nagrobków, przykładając ucho do marmuru czy piaskowca, dbając o to, żeby nie doszło do tragedii. „Pod koniec XIX wieku na Wyspach Brytyjskich chowano przedwcześnie ponad tysiąc osób rocznie”, tłumaczył ojciec. „A w Polsce na pewno jeszcze więcej, bo zabory i bałagan”. Bałagan – to było dla ojca najgorsze przekleństwo.

Inne czasy. Nauka pędzi naprzód. Jajogłowi umieją człowieka zmierzyć od stóp do głów, zbadać wszystkie jego funkcje, wziąć każdą komórkę pod lupę. Do tego prawo każe grzebać nieboszczyków nie wcześniej niż w dobę po stwierdzeniu zgonu. Trudno o błąd. Szczęście w nieszczęściu. Dobrze, że nikt nie budzi się w zatęchłej ciemności, że nie musi zdzierać sobie paznokci o wieko trumny, łomotać od środka w kamienny nagrobek. Ale Opiekun, który chodzi i nasłuchuje, przestaje być potrzebny, prawda? Coraz trudniej byłoby wytłumaczyć podatnikom, czemu gmina wciąż płaci panu Grzegorzowi pensję. Nawet, jeśli chodzi o nędzne 2200 złotych brutto.

Dlatego w sprawozdaniach i raportach budżetowych gmin pojawiają się sformułowania takie jak „Sprzątanie cmentarza i dodatkowe czynności z nim związane” albo „Utrzymywanie porządku”. Kamuflaż. Zmowa milczenia. Prawda ostała się tylko w artykule 17, który prędzej czy później uchylą. Nie będzie o tym dyskusji w parlamencie, nie będzie konsultacji społecznych, o nie! Nikt się nad sprawą nie pochyli. Po prostu któregoś dnia wprowadzą poprawkę do ustawy – dotyczącą rzekomo zupełnie innych kwestii! – i zapis o ogrobnikach zwyczajnie zniknie. Pogrzebane, zapomniane. Problem z głowy.

Pan Grzegorz idzie alejką, oddzielającą dwie części cmentarza. Patrzy w lewo – na starszą. Odruchowo liczy kolejne nagrobki. Słońce zachodzi, czerwona łuna barwi poszarpane chmury, znicze wschodzą wokół jak przebiśniegi. Tu i ówdzie widać uschnięte kwiaty, rozsypane szkło, kartonowe pudła, puszki. Pan Grzegorz schyla się z trudem, wyciąga z kieszeni 120-litrowy foliowy worek, rozprostowuje go i upycha śmieci do środka. Ludzie nie wiedzą, kto sprząta cmentarze. A przecież ktoś to robi. Opiekun Pochowanych, też mi. Zwykły osrany śmieciarz. Moją dumę wyceniłem na dodatkowe dwie dyszki tygodniowo. Przynajmniej stary byłby dumny, że likwiduję bałagan.

Cmentarz to w istocie bardzo uporządkowane miejsce. Pan Grzegorz przygląda się grobom. Zna ich wymiary, bo ojciec wbił mu je do głowy jak pacierz czy zdrowaśkę. „No, mów!”, rzucał potem ni z tego i z owego. A pan Grzegorz mówił. Każdym zwłokom przypada fragment gruntu o długości dwóch metrów, a szerokości jednego. Głębokość grobu: 1,7 metra. Odstępy między kwaterami: po pięćdziesiąt centymetrów z każdej strony.

Urny z prochami zajmują mniej przestrzeni. Długość: 0,6 metra. Szerokość: 0,4. Głębokość: 1 metr. Odstępy: 0,3.

I ot, cały wybór, ludziska, myśli pan Grzegorz. Urna czy trumna? Trzeciego wyjścia nie ma. Człowieka wolno pogrzebać tylko na cmentarzu. Rozsypywanie popiołów nad łąkami czy w lesie – romantyczna wizja importowana prosto z Hollywoodu – surowo wzbronione! U nas w Polsce jest porządek i dlatego, kochanieńcy, wszyscy traficie właśnie tu. Pod moje czujne oko i ucho…

Jego podeszwy szurają o kostkę Bauma, którą jakiś czas temu wyłożono alejkę. Kolejne nagrobki. Kolejne wypalone znicze. Kilkadziesiąt metrów dalej ciemnieje linia lasu. Wieczór przechodzi w noc, a wraz z nią nadchodzi uspokojenie. Jesienny wiatr odpuszcza, nie wpija się już w ciało pana Grzegorza z wcześniejszą zajadłością. Świat złagodniał, wyciszył się, przypadł do ziemi jak polujący kocur – miękki, milczący, skoncentrowany. Słychać tylko szuranie o tę ohydną kostkę.

„Co pan tak nogą powłóczysz, panie formund?”, pytał nie raz pan Stefan w ramach powitania. A pan Grzegorz odpowiadał tylko: „Żyję, to i powłóczę!”. I już, rozmowa rozpoczęta. Vormund fon Schafende to po niemiecku Opiekun Pochowanych. „Jeśli ktoś tak do ciebie mówi, to znaczy, że zna się na rzeczy”, tłumaczył ojciec.

Pan Grzegorz próbował przekazać jego nauki własnemu synowi. „Ostatnia pomoc. Po lekarzach, po księdzu, po żałobnikach. Nie przejmuj się, że chłód kamienia. To wcale nie jest złe miejsce. Albo nawiedzone. Duchów nie ma”. Piotruś przez jakiś czas zdawał się zainteresowany, ale nie chciał używać ani słowa „Opiekun” ani „formund”. Zamiast tego wymyślił własną nazwę. „Tata jest ogrodnikiem grobów”.

Ogrobnik… łebskie dziecko, słowo daję! Piotruś miał wtedy sześć lat i oczy pełne entuzjazmu. Ale matka kazała mu mówić w szkole, że pan Grzegorz pracuje w ochronie. Albo że pomaga w parafii. Sam już nie pamiętam.

Błyska ogień zapalniczki, żarzy się koniec papierosa. Pan Grzegorz napełnia płuca dymem. Wspomina zaciętą twarz Piotrusia, który był już wtedy Piotrem i z absolutną pewnością tłumaczył, że nie zamierza marnować życia, siedząc noc w noc wśród trupów i wykonując zadanie pozbawione sensu. Pan Grzegorz wytrzymał długo, ale gdy Piotr wspomniał o Alci, zrobiło się niewesoło. „Przepraszam, synu”, mawiał potem często. Do siebie, w myślach. No bo jak to tak, przez telefon?

Niemal nikt nie wie, że zawód istnieje. Skoro tradycja nie przejdzie z ojca na syna, Opiekunów zwyczajnie zabraknie. Nikt przecież nie zgłosi się na ochotnika. Nikt nie przyśle swojego… sywi, listu motywacyjnego, czy jak to zwą. A czas jest bezlitosny, kurwa jego mać. Pewnego dnia ostatni ogrobnik wykituje i będzie po sprawie. Szkoda gadać! Ale z drugiej strony, niemal natychmiast nadchodzi inna myśl: I dobrze, krzyżyk na drogę. Nie ma co płakać po molach z szafy. Chmura dymu wisi w powietrzu. Potem atak kaszlu.

Ojciec pana Grzegorza nie widział problemu. Jego chrapliwy głos nie pozostawiał miejsca na sprzeciw. „Nazwałem cię Grzegorz, bo Grzegorz znaczy czujny. Musisz być czujny na cmentarzu”. Nie da się dyskutować z mocą własnego imienia.

*

Za czasów ojca nowej części cmentarza w ogóle nie było. Rosły tu drzewa: dziki splot sosen, dębów, świerków, olszyn i leśnej drobnicy. Wszystkie wycięto, żeby zrobić więcej miejsca dla trupów. Gdy skończono uprzątać teren, ktoś poszedł po rozum do głowy i zasadził wzdłuż alejki rząd młodych brzózek o cienkich pniach. Dojrzalsze brzozy, rosnące po drugiej stronie, zerkają teraz z góry na tych wyrostków. Naturalna kolej rzeczy. Za czasów ojca był las. Ja pamiętam jeszcze pustą łąkę. Potem będzie już tylko cmentarz. Nagrobki zaczęto ustawiać od strony tylnego ogrodzenia, to jest najdalej od ulicy. Najpierw pojawił się jeden nieśmiały rządek, potem tu i tam zaczęły wyrastać pojedyncze pomniki. Z biegiem czasu łączyły się w pary, potem w grupy, niczym schodzące się kolumny wojska. Natarcie idzie zawsze w jedną stronę – z ciemności do świata żywych. Pan Grzegorz przystaje na środku alejki i omiata spojrzeniem pole bitwy. Wyobraża sobie chrzęst kości, tarcie metalu o metal; zbroje, miecze, przyłbice. Ale wokół panuje cisza. Z lewej nadciąga fala śmierci, mrugająca nielicznymi światełkami zniczy; na środku pusta przestrzeń, jeszcze niezdobyta; dalej w prawo kaplica, wątły mur i jezdnia, a potem już tylko światła w oknach osiedla. Oblężona twierdza, w której nadal trwa bankiet. Pan Grzegorz wyciąga piersiówkę i bierze nieśmiały łyk. Stary powiedziałby: bałagan we łbie. Po diabła mędrkujesz? Trzeba brać się do pracy.

Pan Grzegorz rusza między nowe groby, wyczulając przy tym wszystkie zmysły. Czy ktoś puka? Czy ktoś woła o pomoc? Czy w nocnym powietrzu unosi się choćby najcichszy odgłos drapania, sugestia szlochu? Maca zimne płyty; więcej tu lastryko niż marmuru. Kładzie dłonie na rozpulchnionej ziemi, tam, gdzie płyt jeszcze nie ustawiono. Pozwala, by jego myśli dryfowały na ciepłej chmurce żołądkowej gorzkiej. Groby nacierają na osiedle, martwi podbijają kolejne połacie gruntu, wciąż więcej, zawsze dalej, mimo, że przecież jest stała rotacja. Miejsc pochówku nie można zdobyć na własność. Tylko się je dzierżawi. Jeśli co dwadzieścia lat ktoś nie wniesie zastrzeżenia i nie uiści opłaty – działka przepada. Lokal przechodzi z rąk do rąk. Inaczej już dawno utonęlibyśmy w grobach. Cmentarze rozrosłyby się i połknęły miasta, pola, drogi. Ostatni człowiek wykopałby sobie dół na szczycie najwyższej góry, a może nad samym oceanem. Rozejrzałby się po nieskończonej połaci lastryko i umarłby z żalu. Pan Grzegorz też się rozgląda. Widzi światełka, które tańczą jak świetliki. Czuje na plecach dreszcz, więc bierze kolejny łyczek na rozgrzanie.

Jest. To właśnie tu pochowano dziś najnowszego rezydenta. Grób rodzinny, stoi od dawna, dlatego jest już płyta: duża, dorodna, niemal wykraczająca poza normę. Odsunięto ją ostrożnie, a po wszystkim zasunięto z powrotem. Nad nią pomnik przyozdobiony aniołem, który chowa twarz w dłoniach – ewidentnie modny wzór. Wszędzie go pełno, ale pan Grzegorz i tak czuje nagłe ukłucie smutku. Tandeta, ale wcale nieźle zrobiona, ot co. Porządna robota. Całość niemal ginie pod stertą wieńców, bukietów i pojedynczych kwiatów. Do tego ślady butów, rozchodzona trawa, błoto. Musiało być spore zgromadzenie. Czyżby ktoś sławny? Wyryte dużymi literami imię i nazwisko nic mu nie mówi. Czy normalny człowiek może mieć tylu bliskich? Ciekawe, jak by to było, nie wracać do pustego mieszkania, gdzie jedynym towarzyszem jest ekran telewizora. Chuj! Taka była popularna, a skończyła, gdzie skończyła. Pan Grzegorz wyciąga z kieszeni płaszcza szmatkę, którą następnie składa na czworo i rzuca na ziemię. Klęka ostrożnie, wspierając na niej kolano. Potem drugie. Wyuczonym, profesjonalnym gestem ściąga beret i przysuwa ucho do płyty nagrobka. Przymyka oczy.

Nic. Puka dla pewności. Jest tam kto? Przez moment ma wrażenie, że słyszy skrobanie i podrywa głowę jakby zimna powierzchnia sparzyła go w policzek. Ale nie. Wiatr musiał przynieść z lasu liść, który potarł o chropowatą płytę i stąd chrobot. Trzeba się upewnić. To właściwie dewiza formundów, złota myśl każdego ogrobnika. A może i dobry slogan, gdyby ktoś chciał zareklamować nasze usługi społeczeństwu. „Opiekun Pochowanych: trzeba się upewnić”. Wcale niezłe, słowo daję. Wstaje z cichym stęknięciem, przechodzi kilka kroków, wraca po szmatkę, przekłada ją na drugą stronę nagrobka, klęka, znów przykłada ucho. Hej, pani szanowna. Nie pomóc pani? Jestem. Czuwam.

Pan Grzegorz ma już rzecz jasna zarezerwowane miejsce na cmentarzu, którym się zajmuje – takie prawo formunda – w nowej części, w jednej z bocznych alejek. „Potwarz”, powiedziałby ojciec i miałby rację, ale nie warto narzekać. Dobrze, że spocznę tu, gdzie kiedyś była łąka. Tu, gdzie bawiła się Alcia, nie zważając na ponure sąsiedztwo. Wspomnienie dziewczynki sprawia, że oczy zaczynają go piec, więc z całej siły myśli o czymś innym. Tak jest, miejsce już czeka. Zadbał o to – rozmówił się z proboszczem – kilka lat temu, po tym, gdy trafił do szpitala i był pewien, że umiera. Przeleżał kilka dni w malignie. Męczyły go zwidy: obrazy pustych grobów, szum drzew. Przykładał ucho do samej ziemi, bo bał się, że błaganie o pomoc może dobiec z dowolnego miejsca na świecie. Planeta jest przecież stara. Żywi z pewnością chodzą po coraz grubszej warstwie umarłych. To logiczne: w centrum Ziemi jest jądro, wyżej płaszcz, następnie skorupa, a potem już tylko ciała. Dłonie wysuwały się spod trawy, spomiędzy kamieni; szeptały, chrobotały, sięgały coraz wyżej. Ale kiedy próbował je chwycić i pociągnąć, wyślizgiwały mu się i rozpływały w powietrzu. Wciąż biegał z miejsca na miejsce, słuchał i słuchał, robił, co mógł, ale nie umiał pomóc. Gdy oprzytomniał, usłyszał, że miał zapalenie wyrostka robaczkowego. W czasie rekonwalescencji dzielił salę z bankierem, przedsiębiorcą i studentem. Oglądali razem telewizję. Powiedział im, że pracuje w ochronie.

W porządku, wystarczy. Uznaje, że dołożył już wszelkich starań i może wstać, zatem podnosi się powoli, ostrożnie, uważając, żeby nie przeciążyć bolących kolan i krzyża. Rusza z powrotem w stronę alejki. Czuje pod stopami ciężką, gliniastą glebę. Zgarnia do worka jeszcze jeden pęknięty znicz, podnosi oczy – i zatrzymuje się w pół kroku. Czy to możliwe? Jak mógł przegapić ziejący w ziemi otwór?

Omal nie wpadłem, jak słowo daję! Dziura jest głęboka, porządnie wykopana, schludna. W sam raz, żeby skręcić kark. Nie oświetlają jej żadne znicze, jest niemal niewidoczna. A jednak, skoro już ją zauważył, nie może oderwać spojrzenia. Marszczy brwi, chucha w palce. Najwyraźniej na jutro zaplanowano kolejny pogrzeb. I to na rano. Następna działka gotowa na zasiedlenie. Grządka, w której zasadzą ciało. Ha, ha! A on, pan Grzegorz, przyjdzie tu wieczorem, żeby klęknąć, przyłożyć ucho do rozpulchnionej ziemi i nasłuchiwać.

Zwyczajna sprawa, a jednak wciąż nie może pojąć, czemu otwór pozostawiono niezakryty. Przedziwne. Nie może pozbyć się wrażenia, że chłód, który bije z głębi ziemi, wsuwa mu się pod poły płaszcza, pod skórę, pod żebra. Czy naprawdę przeszedłem przed chwilą tuż obok? Czemu tak stoję jak kołek? W czym rzecz? Niespodziewanie zjawia się niedorzeczna myśl, że ktoś wykopał ten grób w czasie, gdy pan Grzegorz nasłuchiwał, zatopiony w rozmyślaniach. Że ktoś jest na cmentarzu.

Parska, kręci głową, unosi piersiówkę w milczącym pozdrowieniu i bierze większy łyk. Patrząc pod nogi, ostrożnie wymija dziurę. Po chwili, gdy wraca na kostkę Bauma, zaczyna tupać, żeby strząsnąć z butów ziemię. Wyrostek robaczkowy – ślepa kiszka. Podobno do niczego niepotrzebna. Gorzki uśmiech. I tylko chłód wciąż nie chce ustąpić; podąża za nim krok w krok.

*

Pracuję od pięćdziesięciu lat, ojcze. To dłużej niż cię znałem. Wcale nie bałaganię, jestem sumienny, przykładam się do obowiązków. Czasem się napije, niech będzie, ale na żonę nigdy ręki nie podniosłem, na Alcię i Piotrusia tym bardziej. Słowo daję! Robię, co do mnie należy.

Trzymam się w pionie, tak jak mnie uczyłeś, ale czasem chciałbym się, kurwa, wydrzeć, że „po co to?”, rozumiesz? Nasłuchuję od pół wieku, a tylko raz jeden faktycznie kogoś wyciągnąłem. Lekarze nie umieli sprawy wyjaśnić, facet dostał za mocne środki przeciwbólowe, czy coś, w każdym razie uznali, że zmarł na stole, a dwie doby później jego organizm wrócił do pracy, jak gdyby nigdy nic. No więc zaczął drzeć się jak opętany, walić pięściami w trumnę. Byłem na posterunku. Krzyczałem, że go słyszę, że biegnę po pomoc. Rozkopali ziemię i go wyciągnęli. Podziękował mi? A chuja tam, skąd. Zresztą tak się przeraził, że trafił potem do zakładu, biedaczysko. Ale nieważne. I tak byłem szczęśliwy. Nowy duch we mnie wstąpił, dostałem pary na kolejny miesiąc, rok, dekadę roboty. Po niej przyszła jednak druga dekada, trzecia. Przyznam się, owszem, tęskniłem do tamtej chwili; chciałem znów usłyszeć wołanie i się przydać.

Tamto drugie? To już było dawno po Alci, dawno po tym jak zostałem w domu sam. Wódka? Przestań, po diabła takie pytania. Nie piłem więcej niż w inne dni; dla rozgrzania, tak jak teraz próbuję się rozgrzać. Fałszywy alarm nie wziął się z flaszki, tylko właśnie z tej całej tęsknoty się wziął. Naprawdę byłem pewien, że kogoś słyszę. A potem dziennikarze, telefony, pytania… nagle się, kurwie syny, obudzili. Kilku nie chciało uwierzyć, kto ja w ogóle jestem i co robię! Otarłem się o prawdziwą sławę, taka ich mać.

Dwie akcje na pięćdziesiąt lat. Mniej niż jedna na pokolenie.

Pan Grzegorz dociera do ogrodzenia dzielącego starszą część cmentarza od ściany lasu. Lekko powłóczy nogą, bo odkąd przyklęknął, coś kłuje go w lewym kolanie. Drzewa szumią cicho na nocnym wietrze, powoli wschodzi księżyc. Pan Grzegorz nigdzie się nie spieszy, uspokaja oddech, przykłada do ust piersiówkę. Stara się nad sobą nie użalać. Nie on jeden jest przecież w trudnej sytuacji.

Oglądał kiedyś w TVN reportaż o ginących zawodach. Konkretnie o właścicielu podupadłego zakładu szewskiego, którego historia wzruszyła młodą dziennikarkę. Dziewczyna skrzyknęła ekipę, wywlekła starszego pana na światło dzienne i zrobiła z nim wywiad. Początek materiału: zacięta mina, ponure spojrzenie, zmarszczki, rezygnacja. Zakończenie: łzy wzruszenia, warsztat znów otwarty, młodzież (prawdziwa młodzież!) wali drzwiami i oknami, bo nagle wypada chodzić w połatanych butach.

„Ciesz się, póki możesz, bo długo to nie potrwa!”, ostrzegł widocznego na ekranie staruszka pan Grzegorz. Tak jest, świat przypomniał sobie, że szewcy istnieją, a odstawione dzieciaki z wielkich miast ruszyły, żeby ich wesprzeć, ale było to działanie wbrew samej naturze świata. Transfuzja, która tylko odwleka zgon, bo nurtu wydarzeń nie sposób zatrzymać. Zresztą, niech spróbują z formundami zrobić taką samą akcję. Zobaczymy, czy widzowie będą równie zachwyceni! Pan Grzegorz śmiał się z własnego pomysłu.

A teraz stoi w zimnym blasku księżyca w pełni: największego znicza na świecie. Zdaje sobie sprawę, że bardzo chciałby poczuć w powietrzu zapach świec: gęstą, drżącą woń, która potrafi rozgrzać. Rozgrzać! Owszem, brzmi dziwnie, ale taka prawda. Świece pachną ogniem. Po prawej rozciąga się ogrodzenie, nad którym klekoczą gałęzie drzew. Po lewej – linia nagrobków. Drżące na nich tu i ówdzie niebieskie światełka siłą rzeczy nie pachną. To znicze elektryczne. Piotr tłumaczył kiedyś, że są lepsze od normalnych, bo nie kopcą grobów i można im wymieniać baterie. Że to bardziej ekologicznie. Potem okazało się, że ich diody i kabelki niezwykle trudno zutylizować, kiedy już się zepsują. Czyli trochę tak, trochę siak. Pan Grzegorz nigdy się do nich nie przekonał. Jedne i drugie skończą w kontenerze, a zawsze milej, jak coś się naprawdę pali. Zgarnia kilka niedziałających urządzeń do worka, który powoli zaczyna mu ciążyć. Gdzieniegdzie między grobami rosną pojedyncze dęby o poskręcanych konarach. Tuje. Świerki. Czarne kształty na tle granatowego nieba, po którym ślizga się księżyc.

Pan Grzegorz nieruchomieje. Tam, daleko z przodu, między grobami a płotem. Kształt czy cień. Plama. Spokojnie, spokojnie. Zwierzęta czasem pojawiają się na cmentarzu. Wiewiórki, szczury. Przyłażą z lasu, szczególnie nocą. Raz czy dwa razy przez bramę wślizgnął się bezpański pies. Tyle, że z tej odległości, w świetle księżyca trudno oszacować wielkość kształtu. Trudno stwierdzić, czy naprawdę się poruszył. Czy to był człowiek? Czy wciągnął stopę za nagrobek, za którym kuli się teraz, by zniknąć panu Grzegorzowi z oczu? Ktoś na cmentarzu. Nocny gość. To bardzo nietypowe. Lepiej łyknę dla odwagi, bo wcale mi się ten koleś nie podoba, jeśli faktycznie czai się za nagrobkiem. Nie, wcale się nie czai. Siedzi. Wolno siedzieć.

Okoliczni mieszkańcy udają zazwyczaj, że cmentarza w ogóle nie ma. Jeśli już o nim myślą, to w kategorii problemu. Który zresztą już raz próbowali rozwiązać. Zabawna historia. Zarząd wspólnoty osiedla z przeciwnej strony ulicy wynajął prawników, żeby udowodnić, że krzywizna gruntu się nie zgadza. Że groby leżą na zbyt podmokłym terenie i stanowią zagrożenie epidemiologiczne. Chcieli cmentarz najzwyczajniej w świecie usunąć! Pan Grzegorz oczywiście śledził przebieg wydarzeń. Wmawiali sędziemu, że soki z ciał przesączają się do gleby i ciekną podziemnym strumyczkiem – kap, kap, kap! – prosto do wód gruntowych. Nikt nie chce takich sąsiadów. A przecież są cisi i spokojni, jak słowo daję. W procesie brał udział przedstawiciel dewelopera, który dekadę wcześniej wzniósł osiedle. Zeznawał coś o robotnikach, którzy chorowali i słabli, ktoś podobno niemal wykitował. Rzekomo przez złe fluidy w ziemi. Nawet pana Grzegorza próbowali przekupić, żeby zeznał, że grunt jest podmokły. Wspólnota znalazła jego nazwisko w spisie osób zatrudnionych przez gminę i uznała, że zajmuje się utrzymywaniem porządku wśród nagrobków. Niezłe mieli miny, gdy poznali prawdę. Osiedle nazywa się „Elizjum”. Kiedy pan Grzegorz znalazł to słowo w słowniku, śmiał się do rozpuku nad opróżnioną do połowy flaszką.

Cmentarza oczywiście nie zamknięto. Inspektor sanitarny jednoznacznie potwierdził wersję władz kościelnych i samorządowych: wszystko jest w porządku, nic się nie przesącza. Zdaniem pana Grzegorza nie mogło być inaczej. Umarli byli tu pierwsi. Na długo przed „Elizjum”. Mieli prawo zostać, choćby nie wiem co.

Nie warto się bać, można rzucić okiem. Alejka ciągnie się niemiłosiernie, drzewa sięgają konarami zza ogrodzenia, ale przecież za nagrobkiem nikogo nie ma. To tylko cień księżycowy. Złudzenie. Fatamorgana. Groby i krzewy odbijają dźwięki z opóźnieniem, na różne sposoby: rośliny łagodnie, kamień zgrzytliwie. Dlatego wokół słychać kroki kilku osób, choć idzie przecież tylko pan Grzegorz, muskając palcami ogrodzenie, żeby zachować równowagę. Powoli zbliża się do celu. I znów wydaje mu się, że kogoś widzi. Ma wrażenie, że drugi zestaw kroków brzmi znajomo.

„Piotrek?”, woła pan Grzegorz.

Bez odpowiedzi. Nie, przecież Piotrek nigdy nie tupał tak głośno.

Wódka szumi jak świerk. Niemożliwe.

„Ojciec?”

Cisza. Pan Grzegorz przystaje. Kształt odkleja się od nagrobka, oddala i znika, wtapia w tło i okazuje się jedynie cieniem konaru jednego z roślejszych dębów. Głupi jestem! To nie były ani kroki Piotrka ani ojca. Brzmiały jak moje, jakby ktoś utykał. A zatem: echo odbite od krzewów, nagrobków i drzew. Problem z głowy.

*

Powoli skręca w lewo, w jedną z najstarszych alejek. Zgarnia z ziemi puste pudełko po papierosach. Pod nogami ma nierówne, betonowe płyty, spomiędzy których wyzierają kępki trawy. Z każdym krokiem coraz ciężej, wór śmieci nie chce współpracować, nocne powietrze gęstnieje, biały znicz na niebie przysłaniają chmury. To najgorsze miejsce na całym cmentarzu. Wymiary grobów ulegają zmianie. Długość: jedynie 1,2 metra. Szerokość: 0,6. Głębokość: 1,2. Odstępy: 0,3 i 0,4 metra. Dzieci do lat sześciu.

Pan Grzegorz kuśtyka naprzód. Zatacza się. Przystaje. Obiecał sobie, że tej nocy tego nie zrobi, ale spędza kilka długich chwil przy jednym z nagrobków. Wspomina łąkę. Alicja. Alcia. Córeczko. Potem idzie dalej. Gdzieś z głębi czaszki wypływa kolejne wspomnienie, absolutnie nieproszone i niepożądane. Sprzed wielu lat. Dziwne, co też człowiekowi zapada w pamięć. Było wtedy lato. Długi, jasny wieczór. Przechadzając się po tej samej alejce, pan Grzegorz usłyszał, jak pewna starsza pani próbowała pomóc wnukowi pogodzić się z grozą śmierci.

„A czemu te groby są takie małe?”, pytał chłopiec.

„Bo tutaj leżą dzieci”.

Dłuższa przerwa.

„Ale dlaczego one leżą?”

Co teraz?

„Bo śpią”.

Pan Grzegorz pokiwał wtedy głową z uznaniem. Ani on ani babcia nie przewidzieli jednak wizji, która wyrosła w głowie dziecka. Rezolutek przemyślał to, co usłyszał i zadał jedyne rozsądne pytanie.

„A co będzie, jak otworzą oczka?”.

Dreszcz. Że też, kurwa, nie mogę o czymś innym myśleć właśnie tu, właśnie przy niej. Oczy pieką, swędzą, trzeba je wytrzeć zgrabiałą dłonią; palce drżą. Cholerna ziemia wszystkich pochłonie, ziemia i ciemność, ale przynajmniej wyrosną nad nami drzewa, jesteśmy nadal częścią świata. Wszystkich ludzi należy grzebać. Takie jest prawo. Z jednym wyjątkiem. Pogrzeb w morzu. Za daleko, żeby wrócić do portu. Mija ustawowa doba. Trzeba wyrzucić ciało przez burtę; ciemna woda, spienione fale. Zieleń przechodzi w czerń. Tradycja wynikła z konieczności. Pan Grzegorz otrząsa się, jakby poczuł na twarzy lodowate krople, jakby stał na samym środku bezkresnego oceanu. Od horyzontu po horyzont – stal.

Ale nie, tak naprawdę wciąż stoi przy grobie Alci. Niedługo po jej śmierci proboszcz zaproponował, że przeniesie go na Powązki, gdzie zwolnił się etat dla formunda. Oczywiście odmówił. Córka już odpoczywa, a żona… zresztą sam ojciec wie. Gdzie ja się mam niby podziać, jeśli nie tu?

Żona. Kobiety. Po kilku latach samotności zaczął podejmować nieśmiałe próby nawiązania kontaktu. Zbudowania z kimś relacji od zera. Tyle, że prędzej czy później wszystkie partnerki pytały go, co chciałby robić. A on po prostu chciał milczeć. „Posiedźmy sobie w ciszy”. Nie dodawał „jak w pracy”, ale one musiały podświadomie rozumieć, o co mu chodzi. Nie miał do nich żalu.

Krąży po starej części cmentarza, choć ma tu oczywiście najmniej do roboty. Powinien wrócić tam, gdzie groby są świeższe. Ale trudno odejść, choć ziąb robi się tak siarczysty, że właściwie nie czuć już stóp ani dłoni. Piersiówka wysuwa się spomiędzy palców i bezgłośnie ląduje na kępce trawy. Pan Grzegorz z wysiłkiem wrzuca ją do worka na śmieci, po czym orientuje się, co też właściwie zrobił, sięga ręką do środka i zaczyna szukać. Nic z tego, jak kamień w wodę, trzeba by wszystko wyrzucić i dokładnie przepatrzeć. Niech to jasny szlag strzeli. No nic. Chyba dość już dziś wydudliłem, może nawet kapkę za dużo. Ale czasem wolno. Jestem przecież, do kurwy nędzy, na wylocie.

Trzeba pożegnać stary rewir z alejkami wyłożonymi porządną, godną szacunku płytą. Wiatr szarpie plastikowy worek. Dźwięk kroków odbija się od milczących pni drzew. Księżyc wędruje po niebie, a pan Grzegorz zbliża się do wielkiego, kanciastego kontenera.

„Czemu nie wprowadzicie segregacji?”, dopytywał swego czasu Piotrek. Jakby to było takie proste. Jakby to ode mnie zależało.

Teraz najtrudniejsze. Trzeba worek unieść i wrzucić do środka. Kiedy zrobił się taki ciężki? Przecież obchód nie trwał dłużej niż zwykle. Co tam właściwie jest w środku? Moja piersiówka, ot, co. Ale poza nią? Szkło, plastik, zwiędłe kwiaty. Wcześniej były to ważne przedmioty. Znicze, mające upamiętniać bliskich. Butelki, co pomagają zapomnieć. Teraz wszystkie przeistoczyły się w śmieci. Cudowna przemiana: z przedmiotów w odpady. Wyrzucone – zapomniane. A przecież problem narasta. Nikt nie chce myśleć o tym, czego się pozbywa. Ani o tym, że jeśli nie utoniemy w morzu grobów, zaleje nas w końcu lawina śmieci.

Pan Grzegorz pamięta materiał, który puścili w wiadomościach zaraz po reportażu na temat ginących zawodów. Chodziło o wyspę plastiku, która znajduje się gdzieś na Oceanie Spokojnym. Prądy morskie z czasem zbijają wyrzucane do wody śmieci w jedną, ogromną masę. Ma już, zdaje się, powierzchnię trzy razy większą od Francji, pięć razy większą od Polski. Pan Grzegorz przełączył kanał i skoncentrował się na przetykanym reklamami odcinku tego czy innego serialu, ale potem, gdy przymknął oczy, zaczął wyobrażać sobie, że unosi się nad falującym, plastikowym bezkresem; nad sprasowanymi resztkami cywilizacji. Długo nie mógł zasnąć. Nieznośna świadomość: nieważne dokąd pójdę i co będę robić, nie ucieknę od faktu, że w tej samej chwili, nieustannie, gdzieś na odległych, zimnych falach dryfuje plastikowy nowotwór, który ciągle rośnie. Nikt przed tym nie ucieknie.

No, dosyć bzdur. Worek się sam przecież nie podniesie. A ciężki jest jak jasny chuj. Pan Grzegorz napina mięśnie, ale nie czuje rąk. Plastik szeleści, trzyma się ziemi jak przyklejony. Ani drgnie.

Pan Grzegorz próbuje znowu. Napięcie przechodzi z łydek na bolące kolana, aż do krzyża, na którym nie można polegać. Ból promieniuje. Znowu nic. Stary mówił, że nie wolno się mazgaić.

„Ty kurwo!”, krzyczy pan Grzegorz w stronę worka. Wścieka się – to dobrze, wściekłość dodaje sił. „Nie będę tu z tobą sterczał!”. Ugina nogi, ciągnie z pleców. „Mam lepsze rzeczy do roboty, ważniejsze. Tak jest, mam! Wiem dobrze, co tu robię, na co czekam. Co mówisz? Że są przecież rzesze jajogłowych, które badają każde ciało, zanim je ostatecznie okrzykną nieboszczykiem? Że mają maszyny, które przyglądają się z bliska pojedynczym komórkom?!”

Worek drga, unosi się, trzeszczy z niechęcią, a chłód wgryza się w spocone czoło, wpełza pod berecik niczym śliska szczypawka.

„No to masz rację, zasrańcu! Cholerną rację! Tak jest, wiem, na co tu czekam. Znam swoje miejsce. Czekam… na cud!”.

Trzask, chrzęst, szkło pęka w metalowym kontenerze, wór nieruchomieje. Sukces. A panu Grzegorzowi robi się lżej. O, cholerka! Łatwiej się wyprostować, ból w krzyżu odpuszcza. No, no, no. Ma się jeszcze tę krzepę. Nawet kaszleć mu się nie chce po wysiłku. Rusza przed siebie, omija wysoką brzozę i znów stoi przed nową częścią cmentarza. Natarcie grobów trwa. „Elizjum” oblężone. W międzyczasie pogasły kolejne znicze, a księżyc chyba zanurkował w las, bo robi się coraz ciemniej. Prawie nic już nie widać. Ale spokojnie, jestem u siebie. Znam to miejsce jak własną kieszeń. Mogę iść na ślepo. Wiatr podrywa poły płaszcza; jest łagodny, właściwie niemal ciepły.

Niesie ze sobą wołanie o pomoc.

*

Tak jest, nie ma dwóch zdań. Szloch i wołanie z ciemności. Dziecięcy pisk. Ktoś najwyraźniej zostawił dziecko na cmentarzu. Dziewczynkę. Pan Grzegorz w mgnieniu oka kojarzy fakty. Pewnie została tu po dzisiejszym pogrzebie. Zgubiła się w tłumie, zasnęła wśród kwiatów i zniczy. Jesteś pewien? Masz przecież ciarki na plecach. Coś jest ewidentnie nie halo. Czy to aby twoja broszka, staruszku? Wołanie dobiega ze świata żywych, nie z grobu. Formund jest opiekunem pochowanych, nie pasterzem zagubionych. Ktoś inny na pewno się tym zajmie.

Pan Grzegorz czuje dudnienie w skroniach, jakby wokół biły fale wzburzonego oceanu. Tyle że to nie ocean, a wyspa śmieci o powierzchni pięć razy większej od Polski. Plastikowe torby, styropian, słomki do picia, kolorowe opakowania – piętrzy się to wszystko do samego nieba, gotowe runąć w eksplozji gęstej piany. A potem piana różowieje, bulgocze i okazuje się, że wyspa wcale nie składa się ze styropianu i plastiku, lecz z ciał wszystkich tych, których pogrzebano kiedykolwiek w oceanach świata. Wokół dryfują nabrzmiałe, wypełnione gazem boje – balony z fioletowo-zielonego ciała, oraz szkielety, które morska fauna zdążyła już ogryźć do czysta. Ciała obleczone płótnem i sznurami; truchła w żółtych kamizelkach ratunkowych, z zastygłym na twarzach wyrazem przerażenia. Wszystkie splecione są w jedną, podrygującą na falach bryłę. Skoro prądy morskie mogą zbić w całość odpady, czemu nie ludzi? Zmarłych marynarzy wciąż rzuca się za burtę. Podwodne rzeki prą niepowstrzymanie naprzód. Niewykluczone, że w tajemnicy przed światem rozrasta się właśnie Wielka Pacyficzna Plama Śmierci. Znowu słychać płacz dziecka.

Czy to naprawdę twój problem, staruszku?

Owszem.

Nie odpuści i nie odwróci się, zbędny jak wyrostek robaczkowy, zapomniany jak mole z szafy. Ruszy na pomoc przerażonej dziewczynce, bo nikogo poza nim tu nie ma.

Biegnie, nie czując bólu, nie czując kolan; tak jak wtedy, gdy bawił się jeszcze z Alcią i Piotrusiem. Biegnie, jak biegał jego ojciec, żwawy do samego końca. W powietrzu unosi się wspaniały, ciepły zapach świec.

Pan Stefan być może myje właśnie ręce przed późną kolacją, myśląc o wszystkich wdzięcznych duszach, których ciała pogrzebał. Niewykluczone, że pani Anielka przegląda jakieś dokumenty w swoim przyćmionym, bursztynowym zniczu. Ksiądz proboszcz zapewne smacznie śpi. Mieszkańcy „Elizjum” oglądają seriale albo szykują się na kolejny dzień pracy, a ich dzieci leżą w łóżeczkach i oczy mają zamknięte. Piotr siedzi z nosem w książkach gdzieś w odległej zagranicy. A pan Grzegorz leci jakby miał trzydzieści lat; jakby dwadzieścia, dziesięć! Wciąż słyszy wołanie o pomoc, wciąż nie widzi tej, która woła.

Zajmę się tobą. Jeszcze się na coś przydam.

Biegnie, nie patrząc pod nogi.



Jarosław Westermark (ur. 1985) – pisze opowiadania i wiersze, tłumaczy powieści, śpiewa i gra na harmonijce w zespole królduch. Prowadzi w „Przekroju” rubrykę „Dramatyczna kronika kryminalna”. Maluje żołnierzyki, które można zobaczyć na jego Instagramie. W 2016 zadebiutował książką Opowiadania, które napisałem. W drugim kwartale 2020 nakładem wydawnictwa Nisza ukaże się jego nowy zbiór – Dziesięć opowiadań na krzyż.