dziecko2.2

Proza

JASTEK TELICA

Numer 3/2018
Gra
Ilustracja: Wojciech Zieliński

Syn idealny

 

Na dzień dobry fatalny początek.
Drzwi zawarte.
Czekał daremnie.
— Nie do wiary! — zamruczał wreszcie.
Takie rzeczy po prostu nie mogły się zdarzać. Proste mechanizmy niezawodne. Wysiadają złożone, misterne, a już w pierwszym rzędzie cyfrowe. Nieprawdopodobny przypadek tak go zdetonował, że przed wejściem do kliniki tkwił nieruchomo niby jakiś słup soli. Ale po chwili ruszył głową.
— Czyżby? — sięgnął ręką za uchwyt.
Odruchowo pociągnął. Każdy myśli najpierw o sobie. Natura albo nawyk zrobiły swoje. Nic to nie dało. Więc pchnął, co zadziałało.
— Nie do wiary! — zamachał głową. — A to staroświeckie ustrojstwo!
Może takie było, ale chodziło lekko i bezszmerowo. Ponadto w obecnych czasach praktycznie niespotykane, bo po nowoczesnemu wszystko mechaniczne, usłużne, ręką nie trzeba ruszać, by ptasie mleczko spadło do nadstawionej gąbki. A tu w centrum, zdawałoby się, postępu, podobny przeżytek. Budził co najmniej zdumienie. I przestrzegał przed kolejnymi niespodziankami.
Zatem przybysz do środka wstępował ostrożnie.
Zwiadowca. Badacz przebrzmiałej cywilizacji.
A nuż z murowanego sufitu deska spadnie?
Szedł przed siebie i stanowisko rejestratorki odnalazł łatwo. Ledwie się przedstawił, a ona już wiedziała, w czym rzecz.
— Proszę usiąść — poprosiła. — Pani doktor jest lekarzem prowadzącym pacjentkę. Zaraz przyjdzie, właśnie skończyła obchód.
Wolał postać. Natura kołka.
Jednakże niekonsekwentna, więc przemieszczał się po korytarzu. Biało. Ale bez przesady, blask odbity od ścian i sufitu nie raził w oczy. W gruncie rzeczy przyjaźnie. Poza tym wiele wtrętów pastelowych gaszących rozedrgane emocje.
Jego nosiło. Niepewność przyszłości porażała.
Czuł nieustannie ssanie. Dręczącą pustkę w środku, której niczym nie zapełnisz, przez co nie ma czego światu zaofiarować.
Co czyni bezużytecznym i niespełnionym.
Tak się na swej nicości skupił, że kroków nawet nie usłyszał. Myszka głośniej się skrada.
— Dzień dobry, to ja zajmuję się pańską matką — odwiedzającego dobiegło zza pleców.
Wzdrygnął się.
— Dzień dobry — odrzekł, a później dokonał oceny.
Młoda. To od razu rzucało się w oczy. Umalowana, ale dyskretnie. Bardzo zadbane ręce, a z kieszeni na piersi wystające pióro. Na pierwszy rzut oka, po baczniejszym przyjrzeniu, okazywało się elektronicznym bajerem przeznaczonym do pisania po wyświetlaczu podręcznego tabletu. Niewysoka. I chyba arogancka, choć przy tym nieśmiała. Nieprzystające zestawienie. Bywa. Ludzie zawsze poskładani z kontrastów.
Potwory Frankensteina.
— Pacjentka trafiła do nas w nocy — informowała lekarka. — Ustabilizowaliśmy stan. Może się pan nie obawiać, wbrew wczesnym diagnozom ubytki nie są poważne. To dobre wiadomości.
— Dobre?
— Oczywiście. Mogło być gorzej.
— Co też pani powiada!
Poprawiła okulary. Z wyglądu rogowe oprawki. Ale prędzej idealna podróbka.
— Pan, oczywiście, wie, w czym rzecz?
— Pierwszy raz słyszę.
Zmieszała się cokolwiek.
Ale zaraz opanowała.
Specjalistów uczono jak radzić sobie z traumami rodzin. Oceniła go, uśmiechnęła nieco szerzej.
— Podejrzewaliśmy rozległy atak. Paraliż, jaki w jego wyniku nastąpił, upewnia co do trafności diagnozy...
— Paraliż? — przewał uczony wywód lekarki i usiadł z wrażenia.
Zdziwiła się. Widać po jej oczach, że oczekiwała odmiennej reakcji. Miała go za jakiegoś strongmana.
— Słabo panu?
— Nie, wszystko w porządku.
— Proszę się uspokoić. Nie dzieje się nic groźnego — położyła dłoń na jego ramieniu. Wspierała. — Nad wszystkim panujemy. Kiedyś to byłby wyrok, nie kryję, ale dzisiaj dzięki nanologii zlikwidujemy skrzepy, udrożnimy naczynia. Przywrócimy mowę i motorykę w stopniu więcej niż zadowalającym.
— To znaczy, że mama nie będzie taka jak przed tym atakiem?
Lekarka pokręciła głową.
— Tak idealnego postępu medycyna jeszcze nie zanotowała. Ale zmiany nie powinny okazać się bardzo istotne. Właściwie niedostrzegalne dla kogoś z boku.
— Ja przebywam blisko.
— Wspaniale!
— Czyli jakie to zmiany?
— Na obecnym etapie tego nie można ustalić — dziewczyna zagryzła wargi.
Lekarze.
Kłamcy!
Wiedziała już wszystko, ale z nawyku wolała nie zdradzać nic. Niby nowożytność, a ukrywanie tajników profesji jak za cechowych mistrzów z mroków średniowiecza, kiedy umiejętności powierzano jedynie bliskim, by obcy na nich nie skorzystali. Teoretycznie nowy świat, a egoizm jak kameleon – zawsze się dostosuje.
— Kiedy dowiem się więcej?
— Będziemy informować pana na bieżąco. A teraz pewnie chciałby pan zobaczyć pacjentkę?
— O ile to możliwe...
Uśmiechnęła się szeroko.
— Ależ oczywiście! Proszę za mną. To blisko.
A jednak okazało się dalej. Spory oddział. W miarę cichy, w duchu minimalistycznym, choć wzbogacony subtelnie stonowanymi obrazami i kwiatami doniczkowymi. Na pierwszy rzut oka nie poznasz czy naturalnymi, czy dla łatwiejszego utrzymania czystości sztucznymi.
Wrażenie profesjonalizmu.
Miało budować zaufanie co do pozytywnego przebiegu terapii.
Które mu minęło, ledwie przekroczył próg sali. Matka leżała w jednoosobowej. Mnóstwo aparatury, ogrom wyświetlaczy, podawany tlen. I jej otwarte usta.
Lecz lekarka uśmiechnęła się ponownie.
— Zostawię pana.
Wyszła.
A jemu w głowie się zakręciło.
— Och, mamo! — westchnął. — Czemu teraz, kiedy wreszcie wszystko zaczęło się układać? Nie mogłaś dobrać sobie lepszej pory? Czemu teraz! — powtórzył tym razem ze złością.
Czuł tak, jakby niebo spadło mu na łeb.

 

* * *

 

— Tracę pamięć — oświadczyła.
Przełknął gulę w gardle.
— Co to znaczy, że tracisz pamięć?
Matka westchnęła. Zrobiła kilka kroków, zwróciła się w stronę okna, by patrzeć na przemijającą jesień. Dobrze wiedział, że czuje się jednym z przyrodą. Nawet ubiór dostosowany, jak to u niej, wszystko zgrane. O jedności z tłem nigdy nie zapominała.
— Kiedy wstałam rano, to poszłam do kuchni, by przygotować śniadanie. Nabrałam nagłej chęci na coś specjalnego. Cieszyłam się na samą myśl.
— Nie widzę w tym nic złego.
— Miałam w rękach łyżkę. I nóż. Z tych ostrych.
— Uważaj!
— Ale zapomniałam, do czego miałabym go użyć!
Wzruszył ramionami.
— Każdemu się zdarza.
— Nie bagatelizuj, to nie pierwszy raz. Zawsze prezentujesz tendencję do lekceważenia zagrożenia. Już jak byłeś mały, to śmiałeś się, kiedy samochody śmigały tuż przed twoim nosem. Pewnego razu, to nawet palce wyciągnąłeś, a auto mignęło o kilka centymetrów. Myślałam, że umrę ze strachu.
— Nie pamiętam.
— Mały byłeś.
— Widzisz, mamo — nabrał tchu — nic złego się z tobą nie dzieje. Wszystko w porządku, przypominasz takie wydarzenia, o jakich nie mam pojęcia, a ty pamiętasz je ze szczegółami. Pewnie opisałabyś mi spodenki na szelkach, w które wtedy byłem ubrany.
— Skąd wiesz, że na szelkach?
— Bo o tym wydarzeniu opowiadałaś mi kilkakrotnie.
— Zapomniałam.
— Ale spodenek nie?
— To nieważne — zacisnęła pięści. — To było dawno. Na starość przypomina się dzieciństwo.
— Ale to moje dzieciństwo. Ty byłaś dojrzała.
— Nie odwracaj kota ogonem!
Westchnął.
— Pragnę ci przypomnieć, że opisałaś mi łyżkę i nóż. Bynajmniej nie zapominasz o aktualnych wydarzeniach.
— Ja naprawdę potrzebuję pomocy. Powinniśmy wybrać się do specjalisty, żeby mnie przebadał. Coś mam nie tak z głową.
Miała niewątpliwie.
Nudę.
Stąd ciągłe samoudręczenie i czekanie na nadciągającą katastrofę, bo musiało być źle, choć przecież było całkiem dobrze. Zmiany nastąpiły, przebyła ciężki atak, ale prawie ze wszystkim sobie poradzono, obecna medycyna wyczyniała cuda. Prowadząca lekarka pozostawała dobrej myśli.
A on nie mógł. Własne sprawy zaniedbywał. Życie przelatywało mu między palcami.
A to był ostatni czas, by wreszcie coś się spełniło.

 

* * *

 

— Za chwilę zostaniesz połączony w celu odbycia konsultacji. Rozmowa jest monitorowana w celu ochrony danych osobowych oraz udokumentowania procesu rehabilitacyjnego, który dzięki twojemu zaangażowaniu zostanie usprawniony w dalszych etapach. Dziękujemy za współpracę.
Poprawił się na fotelu, sięgnął po herbatę.
— Życzymy pozytywnego załatwienia sprawy — usłyszał jeszcze.
Miły głos. Dbano o takie szczegóły, choć wystarczyłby prosty ping. Ale to za mało. Niespołeczny chłód. A brak relacji interpersonalnych utrudniał życie we wspólnocie. Zatem pilnowano powszechnie, by nawiązywać nić porozumienia. Ludzki dobrostan polega na realizowaniu potrzeby bycia częścią czegoś większego. To daje jednostkom zadowolenie. Osobno popadają w stany chorobowe. Każdy do zdrowia potrzebuje drugiej osoby. Choćby wymyślonej.
Po namyśle jednak odstawił herbatę.
— Dzień dobry — na ekranie pojawił się już specjalista. Profesjonał. Odziany stosownie, zawodowo, ale bez przesady. Ubiór to pierwsze wrażenie. Najważniejsze. Na ścianach w tle pastele. — Miło mi pana widzieć ponownie.
— Dzień dobry — odpowiedział machinalnie.
— Mam dla pana dobrą wiadomość — inspektor po drugiej stronie wyświetlacza uśmiechnął się. — Pańskie podanie o przyznanie rehabilitanta familijnego zostało rozpatrzone pozytywnie. Otrzymało wręcz priorytet w realizacji. Hm — chrząknięcie — pan źle się czuje?
Petent patrzył w drugą stronę. Nie nawiązywał kontaktu. Separował się.
— Proszę wybaczyć, naszły mnie nagłe wątpliwości.
— A czego dotyczące? Możemy jeszcze raz omówić całe zagadnienie.
— Nie chcę panu zabierać czasu.
— Po to jestem.
Interesant sapnął.
— Wyda się to panu dziecinne.
— Proszę śmiało. Znamy pańską sytuację. A zajmujemy się nią dlatego, że jest niełatwa.
— A ja właśnie czuję, jakbym szedł na łatwiznę. Odczuwam niepewność związaną z etyczną stroną całego przedsięwzięcia.
— Ale nie prawną?
— Pamiętam pańskie wyjaśnienia. Nie bardzo chwytam te wszystkie kruczki, ale zdaję się na pana.
— Dziękuję. Łącząca nas sprawa zalicza się do tych złożonych. Stąd rzeczywista. Prawda zawsze skomplikowana, kłamstwo łatwe, jako droga na skróty. Na pewno słyszał pan o toczącej się dyskusji. Wzbudziła niejakie kontrowersje, ale dla ludzkiego dobra należało podjąć odpowiednie kroki, zwalczając złe samopoczucie. Depresja to choroba społeczna.
— Nie martwi mnie strona proceduralna.
Rozmówca po drugiej stronie ekranu zamyślił się.
— Takie wątpliwości bardzo dobrze o panu świadczą. To żadna łatwizna. Każdy ma ustawowo zagwarantowane prawo do poszukiwania własnego szczęścia. O ile innym nie szkodzi. Urzędy po to pracują, by w tym dążeniu dopomagać. Staramy się.
— Bardzo to doceniam.
— Pan chce być idealnym synem. A my jesteśmy po to, by pomagać w samorealizacji. Co w tym złego?
— No nic.
Profesjonał widział, że coś trapi rozmówcę. Był jednak przygotowany do takich sytuacji. Uśmiechnął się życzliwie. Ni śladu zniecierpliwienia.
— Rozważmy więc jeszcze raz całą sprawę. Czy pańska matka potrzebuje opieki? Wiemy, że tak. Czy pan może poświęcić jej cały czas?
Syn milczał.
Inspektor westchnął.
— Proszę się nie obwiniać, nikt nie może. Co z pańskim szczęściem? A już mniejsza z nim – czy pan będzie czuwał całą dobę? Owszem, medycznie stan pacjentki został ustabilizowany. Ale czy psychiczny również? Rehabilitacja to nie tylko poprawa działania narządów, ale także umysłu. Powiem górnolotnie: duszy. Bez połączenia tych dwóch aspektów nic się nie uda.
— Wiem o tym. Moje zastrzeżenia są żenujące.
— Bynajmniej! — gorąco zaprzeczył inspektor. — Podziwiam pana za ich posiadanie. Są więcej niż rzadkie. Oczywiście istnieją inne formy wsparcia. Może warto rozważyć usługi oferowane przez Przystanie Dojrzałej Wiosny?
— Wolałbym oglądać mamę w jej własnym domu. Nie pozbywać się jak zbędnego balastu.
— Dom jest bardzo ważny, wsparcie rodziny nieodzowne. Bez pana nic się nie uda. My pana nie wyręczamy, tylko pomagamy, na ile możemy. Pan przecież będzie musiał sporządzać raporty. Uważa pan, że to za trudne?
Syn się uśmiechnął.
— Akurat z tym poradzę sobie idealnie.
Rozmówca się roześmiał.
— Przecież na razie usługa zostaje przyznana czasowo, na trzy miesiące, zgodnie z rozporządzeniami. Po tym czasie będzie mógł pan jej nie kontynuować. Zresztą wtedy ponownie zaistnieje konieczność rozpatrzenia przedłożonego podania. To procedura nowa, prawda że refundowana, ale wiemy, że droga.
Akurat to wszyscy wiedzieli. Można było uzyskać usługę, płacąc krocie, ale rzadko kogo było stać na podobny wydatek. Astronomiczny. Choć zdarzali się tacy. Petent znał podobnych szczęśliwców, chociażby partnerkę, z którą wszystko ostatnio lepiej się układało, i z którą wiązał niebłahe nadzieje.
Sapnął.
— Przekonał mnie pan — zwrócił się do inspektora. — Teraz wszystkie żywione obawy wydają mi się wręcz głupie.
— Proszę pana — tamten się zaśmiał — gdybym tylko z takimi miał do czynienia, realizowałbym prawo do osobistego szczęścia w pracy.
— Ale tak dobrze nie ma — dodał petent, rozluźniając się i pozwalając sobie na stonowany śmiech. — Dziękuję panu za wyrozumiałość i okazaną pomoc.
— To mój obowiązek. Cieszą mnie pańskie uprzejme słowa. Motywują do bardziej wytężonej pracy. Wdzięczność to fundament relacji społecznych. Wysyłam całą dokumentację, proszę jeszcze raz uważnie się z nią zapoznać. Ze swojej strony zapewniam, że dobrze mi się z panem współpracowało. Życzę udanego dnia.
— I nawzajem — odparł usługobiorca.
Wyłączył wyświetlacz.
Nieco mu ulżyło.

 

* * *

 

Całus.
Po czym pobieżna ocena.
Uśmiech szeroki, entuzjazm w zachowaniu. Bardzo widoczna żwawość. Prężne ruchy. Krzepa. Zdrowe rumieńce. Wydaje się, że porządek wzorcowy.
Aż go w dołku ścisnęło.
— Cześć, mamo. Wpadłem, żeby zobaczyć jak się masz.
— Doskonale! — zapewniła.
— A nie męczysz się za bardzo?
— Ostatnia diagnoza cię zmartwiła?
— Nie, wszystko w normie. W zasadzie lepiej. Po prostu sam wolę trzymać rękę na pulsie.
— Nie martw się. No leć już, wiem, że masz swoje sprawy.
— Dla matki zawsze znajdę czas.
— Nie zawstydzaj mnie. Siedzisz u mnie całymi godzinami, siebie zaniedbując. Nie chcę być samolubna.
Poczuł się zażenowany.
Kwitła.
I to go martwiło?
— No leć już, leć — ciągnęła. — Życie przepływa ci między palcami. Wcale z niego nie korzystasz. Przyjdź później. Wynagrodzisz mi wszystko. Pospacerujemy, jak to wczoraj uzgodniliśmy. Czuję się młoda.
— Trochę mnie to martwi. Nie chcę recydywy.
Nieco się zmartwiła.
Zacisnęła pięści.
— Ale mówisz, że diagnoza pozytywna?
— Przepraszam! — pocałował ją w nadstawiony policzek. — Przyjdę później. Ale proszę, nie przemęczaj się.
— Przecież stale masz mnie na oku i na chwilę go ze mnie nie spuszczasz.
Jeszcze bardziej go ścisnęło, a kiedy wychodził, to czuł się niezręcznie. Jak świnia, nie przymierzając.

 

* * *

 

Sprawozdania sporządzał bardzo rzetelne. Zdrowie matki było z nimi związane, a nie zniósłby jego zagrożenia i to przez własne zaniedbanie. Ponadto czuł, że w ten sposób coś jej wynagradza. Bo nie ma co ukrywać, stracił komfort psychiczny.
Oczywiście nie musiał szczególnie się wytężać. Wystarczyłoby, gdyby przysiadł raz w tygodniu. Instytucja nie wymagała częstszych niż raz na dziesięć dni, ale on musiał trzy razy więcej od reszty. Nieustające poczucie winy go zjadało.
Nie szło mu lekko, a wszystko przez to, że funkcjonowanie sobie utrudniał. Rutyna sprawdziłaby się akuratnie. Taką proponowano w załączonym formularzu. Czyli najprościej byłoby zacząć od ustnego przekazu. Porozmawiać otwarcie. Posłuchać, zdobyć informacje, zanalizować. Takie uzyska od rehabilitanta łatwo. Odhaczyć punkty.
Nie umiał się na to zdobyć.
Postawił na improwizację. Włączył komputer i mozolnie wgłębiał się w suche informacje. Część z nich musiała mu umknąć, to nieuniknione, zaś pośród nich to, co najważniejsze. Czyli jej odczucia. Ale w gruncie rzeczy tak wolał.
Sprawdził słowa kluczowe, zapoznał się z tematyką. Przeczytał żarty. Jej śmiech. To zabolało najmocniej. Wpisał komendy i wprowadził nowe zalecenia. Stawał się coraz sprawniejszy, więc cała procedura nie zabrała mu więcej niż pół godziny. Wytwarzał własną rutynę, a system dostosowywał się do niej. I sprawdzał się znakomicie. Elastyczny. Ludzki niemalże. Naprawdę został dopracowany i wyglądało na to, że potrafił uczyć się sam z siebie. A także pomagać. W końcu do takiego celu został zaprojektowany.
Ale człowiek korzystający z niego, bynajmniej nie czuł się tak, jak jego szczęśliwy pan.
Prędzej jak marionetka pozbawiona chęci życia.

 

* * *

 

Minęły trzy miesiące, w związku z tym zbliżał się termin podjęcia ostatecznej decyzji.
A on ją odwlekał.
Bił się z myślami.
Z jednej strony dostrzegał pozytywne strony wsparcia ze strony rehabilitanta familijnego, z drugiej – nie umiał go zaakceptować.
Okazywał się trochę niedostosowaną jednostką. Z pozoru społeczna natura, lecz w głębi…
Z ogromną niechęcią zasiadł przed wyświetlaczem, ręce mu się trzęsły. Po obowiązkowej procedurze, wszystkich powitaniach, nie umiał zwalczyć gnębiących go wątpliwości.
— Czy zatem podjął pan decyzję? — mówił inspektor wyraźnie pozytywnie nastawiony do całego procesu. — Przyznam, że pańskie akcje stoją bardzo wysoko. Współpraca z panem jest czystą przyjemnością. Rzadko miewamy tak obszerne relacje i pomocne zalecenia. Ludzie najczęściej pozostają pasywni. Koledzy zazdroszczą mi współpracy z panem. Im o wiele trudniej pozytywnie się motywować. Ale widzę po panu, że coś jest nie tak.
— Proszę wybaczyć, ale źle się z tym czuję.
— A dlaczego?
— Jakbym oszukiwał własną matkę. Ona naprawdę myśli, że ten rehabilitant to ja.
— Przecież o to właśnie chodzi, by nie rozpoznała zastępstwa. Terapia by ucierpiała, gdyby podejrzewała kogoś innego. Jednostka zastępcza musi doskonale naśladować pierwowzór. Ba, przyzna pan, że udaje się jej właśnie dlatego, że poprzez zalecenia i rzetelne śledzenie postępu procesu, pan bierze w nim udział. Idealny przykład współpracy, że tak ośmielę się zauważyć.
— I z tym mi właśnie najgorzej.
Inspektor się zmartwił.
— To nic złego, wie pan, prawo...
— To akurat wiem.
— Widzę, że przydałoby się panu wsparcie.
Petent się zaśmiał.
— I dla mnie jakiś rehabilitant?
— Przecież nie zauważyłby pan różnicy, w tym rzecz. Przyznam się panu, że czasem zazdroszczę naszym klientom. W gruncie rzeczy są szczęśliwi, a czy nie o to idzie? Ale oczywiście w pańskim przypadku myślałbym bardziej o jakimś wsparciu psychologicznym. Żywione przez pana wątpliwości doskonale o panu świadczą, ale stanowią niejakie obciążenie.
— Przynajmniej je czuję. Tak chyba lepiej?
Rozmówca zastanowił się.
— Bardzo ciekawe ujęcie tematu. Najbardziej, jak rozumiem, doskwiera panu okłamywanie matki? Nie nazwałbym wprawdzie tak naszego działania, skoro rehabilitant odtwarza pańskie naturalne zachowanie, ale o to zastępstwo panu idzie?
— Rzeczywiście, bardzo precyzyjnie określa pan moje odczucia. Okłamuję ją.
— Czy nie dla jej dobra?
— Takie ujęcie mnie nie przekonuje.
— Więc proszę pomyśleć o tym w następujący sposób: zapewnia pan matce szczęście kosztem własnego komfortu psychicznego. Czy to nie jest cena, jaką warto poświęcić, by czuła się spełniona? Realizuje po prostu przynależne jej prawo.
— Jeśliby tak patrzeć na tę sytuację...
— To nie kłamstwo, bo pan cierpi. Nie ułatwia pan sobie sprawy, nie zaniedbuje obowiązków i nie redukuje wymagań.
— Tak jest.
— Widzę, że pana przekonałem. Poświęca się pan dla niej, w gruncie rzeczy to cecha idealnego syna.
Klient sapnął. Wcale tak tego nie czuł.
— Zostawmy to na razie. Muszę przemyśleć tę sprawę i z samym sobą dojść do ładu.
— Ale dostrzega pan postęp w rehabilitacji mamy?
— Jest niewątpliwy. Z każdym dniem lepiej, coraz lepiej. Ślepy by zobaczył. Stała się silniejsza, nie tylko mentalnie, ale również fizycznie.
— Ze zdrowym duchem powiązane zdrowe ciało. A zatem decyduje się pan na złożenie wniosku o przedłużenie usługi z naszej strony? Pańska postawa zachęca nas do tego, by spieszyć panu z pomocą.
Interesant zamyślił się.
Odpowiedź sama nie zechciała się udzielić. On musiał ją wypowiedzieć. Okoliczności skłaniały do zajęcia stanowiska.
— Dla mamy to dobre...
— Oczywiście, że tak! — zawołał inspektor.
Chwila milczenia.
— Zrobię to dla niej.

 

* * *

 

Ella czekała.
I on też. Aż przebierał nogami, tak paliło mu się do umówionego spotkania.
Bo rano trochę brakło czasu. Całus i zapewnienie, że później sobie wszystko wynagrodzą, bynajmniej nie jakimś tam spacerem.
A układało się lepiej, coraz lepiej. Nie do pomyślenia jeszcze niedawno, kiedy siadywali obok i milczeli po prostu, niezręczni, pogubieni. Odnosił wtedy wrażenie, że ona chce po prostu znaleźć się gdzieś indziej, bo tu jej najgorzej na świecie. Z nim. Rozstanie byłoby łatwe, to nie jakieś łańcuchy, by ich nie potargać. Można w cywilizowany sposób powiedzieć sobie „cześć” i się rozejść. Każde znajdzie dla siebie jakieś szczęście.
Ale ciągnęli to.
On, bo chyba ją kochał.
A ona? Może po prostu nie potrafiła powiedzieć „nie”? Albo, co gorsza, litowała się nad nim, sama się mordując.
W tamtym czasie czuł, że coś między nimi zaległo i nie pozwala ruszyć w przyszłość. Miotali się, mając przepaść przed sobą, w której stronę przecież nie wolno podążać.
Aż nagle coś się stało, co odmieniło wszystko.
Cud!
Postawili na poprawę relacji.
Zaczęli więcej ze sobą przebywać. Już się nie odsuwała. Miała dla niego czas. Coraz więcej. I słuchała. Coraz uważniej. Opowiadała dowcipy, szczerze uśmiechała. Zapominała o dystansie. Ich związek z dnia na dzień stawał się coraz bardziej kompletny.
Rozwijał się.
Po prostu życie. Cieszył się. Oczywiście, jak to bywa, raz mówili sobie tylko „cześć”, by przy późniejszym spotkaniu gadać do upadłego, obejmować i tulić. Łaknąć swego towarzystwa.
W zasadzie to było idealne.
— Idealne — powtórzył na głos.
Po czym zbladł.
— To niemożliwe — szepnął. — Jak to? Dlaczego?
W jednej chwili nie mógł znieść tego wszystkiego, co mogło to znaczyć.
I zapewne znaczyło.
Robiła to oczywiście dla jego dobra!
Ta cała zmiana w jej zachowaniu stała się oczywista i prosta do wytłumaczenia.
Ogarnęły go mdłości.


Jastek Telica – pisze przede wszystkim szeroko rozumianą fantastykę. Opublikował powieść Serce gryfa (Novae Res, Gdynia 2014).

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

MACIEJ BEDNARSKI

KEVIN MALONEY

ADAM KACZANOWSKI