Mayostatyczne figury górowały nad tłuszczą. Tłuszcza topiła się snadnie. Był upał i lipiec, a ja stał w kolejce, która kończyła się nigdy, ja próbował nie wypaść z rytmu.

Wtedy akurat lubiono się przeceniać i za pół ceny właził ten cały motłoch; nie mógł ja pracować w spokoju, ale mógł znikać i bezkarnie wsypywać okruszki do muzealnych pojemników na resztki, biodegradowalne. Takie kubły stawiano tyle razy, by każdy odwiedzający mógł się o nie spokojnie potykać. Co prawda każdemu musiał wystarczyć jeden kosz, jednak szanowaliśmy ideę, tak odgórnie i przymusowo chyba, i raczej nie grymasiliśmy. Ja bym dał po prostu więcej koszów. Siedem koszów ułomków, jak Jezus, zebrałbym dla każdego ja.

Ale w takie dni, jak tego upalnego lipca, panie sprzątaczki nie patrzyły na mnie krzywo… w ogóle nie patrzyły, bo pracowały na trzy zmiany i nie było już pań do podziwiania, co niezwykle ułatwiało sprawę. Nawet ostentacyjny mayostatyzm nie rozpraszał, a tłum dawał alibi. Każdemu wedle potrzeb, możliwe, że według uznania.

Chodził ja tedy i obrywał figury kawałek po kawałku, metodycznie i mądrze. Дада. Ja się wtenczas mocno zastanawiał, ile na przykład Eltona Johna jest w Eltonie Johnie i gdzie się znajduje ten punkt graniczny, rozstrzygający: jeszcze Elton John czy już nie-Elton John.

Ja studiował fizykę, matematykę wraz z geometrią, historię sztuki i security business. Ja wiedział, co robię, kiedy dzień za dniem przychodził do galerii i obłupywał dzieła wątpliwej jakości (w tym wymienionego już tutaj figurę Johna Eltona). Wiedział ja.

Madame Tussaud była głupia, że tak ufała ludziom, że pozwalała im sobie na dotyk, że nie instalowała kamer ani nie zatrudniła ochroniarza. Gdyby mnie zapytała, od razu ja bym wyjaśnił, w czym tkwi problem, jak również dlaczego ten idiotyczny pomysł nie ma szansy się powieść oraz że naprawdę nikogo nie obchodzą niczyje woskowiny. Możliwe, że zająwszy się odpowiednio wcześniej czymś rzeczywiście potrzebnym (na przykład sadzeniem marchwi albo produkcją chleba), madame wizerunkowej uniknęłaby katastrofy, późniejszej. (W mojej ocenie była to katastrofa.)

Wtedy w Paryżu szła retransmisja rewolucji francuskiej, coroczna. Bułki wyprzedawano na pniu. Drzewa gilotynowano, no ale bez pnia. Pnie dawały poczucie wspólnoty z pramatką, łączyły nowe i to trochę starsze, poprzedzające monarchię. Ona by się w tym odnalazła. No ale była głupia. Najgoszej ze wszystkich była głupia.

Tymczasem pszczoły wstydziły się, że zmarnowano ich ciężką pracę. W końcu zrezygnowały z dostarczanych usług i wyemigrowały na Zachód, za chlebem. To były pszczoły, od których zaczęła się rewolucja. One zżarły nasz chlep.

Madame Tussaud była głupia, że tak się wyrażę. Tworzyła woskowe podobizny zmarłych (brała zewsząd trupy i trupy robiły robotę) albo żywych, tylko takich znanych, żeby mniej pracy było, bo zawsze są jeszcze zdjęcia i filmy, na których można się wzorować oraz InstaStories czy inne snapy do wprowadzania poprawek. Prosi się takiego delikwenta o konkretną pozę, o grymas, o detal, a ten nie musi się martwić, że coś wypłynie, no bo jak ma wypłynąć, jak dane się czyści i one znikają. Potem woskowizny wystawiała u siebie w muzeum i спрашивала людей z ulicy, by weszli. A jak brakowało wosku, uzupełniała rzeźby mayo, bo mayonaisse zamawiała we Francji i odbierała w Londynie, dostarczany Uberem przez kanał La Manche. Później mayo dodawała już do wszystkiego, a za nią biedni klienci. Biedni, bo kazała sobie płacić za luksus obcowania ze sztuką. Jakże ludzie dawali się nabrać! Ja się sprzeciwiał temu procederowi, pisał pisma do pana mera, pana burmistrza i panów królów. Działać trzeba było na dwa fronty, bo oficjalnie muzeum zarejestrowano jako kondominium angielsko-francuskie. Niestety, o gustach nikt ze mną nie dyskutował. Ja nie dyskutował więc o uszczerbkach. Po prostu zaczął je robić.

Ja nie mógł sobie pozwolić, by szpetne, wyprane z emocji i całkiem sztywne postaci uchodziły za obiekt pożądania. Ludzie nie rozumieli, że John Elton nigdy nie uściśnie ich ręki, bo nie są godni obcowania z lordem, albo że lord ma swoje życie prywatne i ograniczone dobą; że nie znajduje przyjemności w tym, by ktoś go macał, lub też, że komponuje i śpiewa, a tłum go wielbi, tłum z daleka. Śmieszyło mnie to nabożeństwo, z jakim zwiedzający przechodzili przez kolejne (coraz wyżej ustawione) progi muzeum. Przerażała skala zjawiska. Każdy chciał symulakra i każdy traktował go jako swego prawdziwego idola. To musiał być bunt. A ja stałem się jego hersztem.

Moje ręce zjadały pracę szanownej pani madame, jak buzia zjada czekoladowego zająca albo lepiej! – czekoladowego świętego mikołaja. Czuł się ja wyjątkowo odświętnie. Zaiste, było to święto ciężkiej, mozolnej pracy. Rewolucja pożera własne dzieci. /omnomnom/

Dopisek po latach

Jednak madame Tussaud nie była głupia. W tym czasie, kiedy ja skrupulatnie i uczciwie pracował, ona niszczyła moje plany, otwierając międzynarodowe filie na kilku kontynentach. Było mi niewymownie żal, gdy z jakiegoś brukowca dowiedział się ja, że pani madame szanowna wzbogaciła się, a ja nie. Zacząłem jak ten głupi uganiać się za nią i jej kolekcjami. To mnie wkrótce zgubiło, chociaż idea przetrwała. Dzisiaj ktoś inny mnie skubie. Na pohybel utopii, przeżartej!



Joanna Łaszcz (ur. 1994) – z wykształcenia filolog rosyjski. Zawodowo zajmuje się słowami, ucząc rosyjskiego oraz analizując teksty multimodalne. W wolnych chwilach obmyśla świat. Kocha flamingi, kangury i radio. Publikowała w „Interze-” oraz „Kontencie”.