Wyszedłem na świat i chciałem wszystko powiedzieć w pierwszym zdaniu a potem tylko
słuchać,
aże dzieci dziś pytają, czy jeśli wszystko jest zmianą, to zmiana nie jest esencją i
czy w takim razie dalej nie ma się czym przejmować, a kroki życia są dalej
odświętne.
Największy łobuz spośród dzieci, największy nie znaczy, że najmądrzejszy, zadaje sobie
pytanie o jakość życia: czy żeby przeżyć to życie, potrzebna jest tak wielka
samoświadomość śmierci.
Dziecko nauczycieli zapisuje na klatce schodowej złotą myśl: całe szczęście, że czasami
jest coś, co nie istnieje.
Kto wyliczy wszystkie powody do smutku i pobędzie przez chwilę szczęśliwy?
Czy ów mag, który zagina gałąź ← a ona trzaska i tworzy pył, który zresztą natychmiast
gdzieś się zapodziewa?
A może ta stara mrucząca do słońca: sypnęłabym twoim złotem do rzeki pod mostem!
I jak bardzo jest to dla nas ważne, skoro tak od nas nieodległe, jak cała reszta namiarów
na wszechświat.
Potrzebna nam lekcja dawania lekcji? Tak i nie, zakochani skaczą w przepaść z napisem
„trampolina”, przeczuwając połączenia tego ruchu z innymi: stawiam pięć tysięcy na to,
że małe godziny lotu tych dwojga otworzą szafranowy kwiat ich gestu.
Czy ów mag, który stwarza gałąź ← a ona pęka i gdzieś się zapodziewa, czy ów mag potrafi
sprawić, by napis stał się ciałem?
Stawiam pięć tysięcy, że wcześniej ów mag osiągnął samoświadomość ← a od jeszcze
wcześniej po prostu obserwuje to, co się wydarza, zyskując przydomek szczęściarza
o spokojnym i odprężonym usposobieniu, dla którego ciałem jest wszelki symbol.
Tymczasem diabeł podpisuje cyrograf z samym sobą, tymczasem diabeł mówi sam
do siebie: jestem tylko piłką w grze w dwa ognie, tymczasem diabeł zastanawia się nad nowym
szyldem dla siebie, najlepiej żeby w logo znalazł się napis „trampolina”.
Stara mruczy do szerszenia: a idź do diabła. Co widzi rodzic patrzący na dziecko?
Widzi, że świat jest dynastią, która zamiast rządzić, kwili na wierzchołku fali rozpiętej między
kolejnymi audiencjami u rzeczy, które kocha i które go przerażają,
że u jej dziecka pojawia się platoński wąs,
że na jego schodowej klatce jest tyle różnych cieni i znów jej się myli alegoria jaskini
z alegorią cieni;
która okrągły dzień robi coś dla swoich części, a te równie cierpliwie pracują, chociaż ich
głowę zżuwa drobna Japonka, która raczej nigdy nie uwierzy w słowa gościa, który śni
o zostaniu bogiem pejzażu czy też kina akcji.
On zapisuje w telefonie swój krzyk: potrzebna jest większa rewolucja, rewolucja rewolucji!
Rewolucje natomiast wybuchają i gasną tylko w jednym miejscu, a więc w tobie, który jesteś
we mnie, który jestem w tobie, który jesteś we mnie, który jestem w tobie, który jesteś we
mnie, który jestem w tobie, który jesteś we mnie.
I tak zakres niniejszej rewolucji został przekroczony, jak uczucie wykracza poza zakres
świata fizycznego.
A gdyby teraz ktoś wyszedł na scenę i powiedział, że uratować nas może jedynie pasta do
zębów, konkretnej marki, z tych droższych, uwierzyłbyś?
Ten ktoś wyglądem przypominałby czterdziestoletniego staruszka za ladą McDonalda, ale
uśmiech miałby raczej Boga, takiego, który co drugie zdanie zastrzega: żartowałem.
Uwierzyłbyś?
Uczucia: bulwa ziemniaka opiera się o foliową storę, struna wody nachyla gryf pragnienia,
myśl konwulsyjnie trzyma się kupy, źdźbła trawy jak wierzchołki trójkąta o podstawie nieba
i bokach ze słońca i wiatru.
Uwierzyłbyś? Uwierzyłbyś w wełnobeton wiatru, przybierający na sile klekot cienia? Uwierz,
uwiąż się, uwieś, unieś to bez poczucia językowej grawitacji: uczuciem.
Ten mag, ← który potrafi zasadzić drzewo, ← które potrafi samo połamać sobie gałęzie, ten
mag zwołał w jedno miejsce wszystkich robotników i poprosił ich: zbudujcie mi tu klasztor,
który będzie stadionem, który będzie bunkrem.
Prosił więc małpy z odroślami jabłoni wetkniętymi do fajek,
prosił krzewiastych kloszardów, wymachujących żądaniami nowych stawek minimalnych za
opatentowane sny,
prosił głodujących z pełnymi kieszeniami utensyliów liturgicznych,
rybaków z butelkami napchanymi błaganiem o pomoc, jak superbohaterowie – porcjami
humoru,
zwrócił się na koniec do publiczności: dla każdego i każdej z was znajdzie się bilet!

Dlaczego smutek jest metką na moim karku? Skąd ta prawidłowość: wszyscy
zachwycają się pierwszym bełkotem noworodka, siarczystym przekleństwem rzuconym
przez starą papugę czy śpiewem wieloryba znalezionym na YouTube (nie interesuje mnie
tutaj pisanie wierszy), a nikt nie chce wysłuchać na poważnie, co ma nam do powiedzenia
świat pralek, smartfonów i sonicznych szczoteczek do zębów? (Nie interesuje mnie wiersz
ale to, co po nim zostanie, gdy wyrzucimy go do kontenera z napisem: papier). Pralka jest
mądrzejsza od ciebie człowieczku i więcej umie. Szczoteczka warczy w twoich zębach.
Gdybym był żelazkiem, spaliłbym wszystko co ma metkę z napisem smutek. Zakochani
w sobie lecą w przepaść chwytając się gałęzi wyczarowanych przez ← tę starą mielącą
przekleństwa w ustach, przez tego maga, który jest bogiem dla dzieci i robotników.
Posłuchajmy prawdziwego wiersza:
Słońce zagląda na taras,
na który nie wyszliśmy
obawiając się, że spadnie deszcz
i chociaż jest przekonujące,
jest też zwyczajnie metalową kulą
oprószającą trzech demonicznych ogierów,
to znaczy mnie, ciebie i tego trzeciego:

CARNAP
Ej, kupmy migdałowe.

QUINE
Weź, tylko nie migdałowe. Niech smak lodów będzie bliższy smakowi śmietany, bliższy fundamentalnej wizji lodów.

liczą/zbierają pieniądze

CARNAP
Ja biorę migdałowe. Po co mielibyśmy grać tę samą rolę.

QUINE
Nie wiem.

CARNAP, QUINE
do sprzedawcy, razem, wypuszczając gołębie spojrzeń nad kuwety

Dwie gałki lodów do dwóch rożków, obojętnie jakie.

SPRZEDAWCA
rozrzuca wojska rozżarzonego spojrzenia po kuwetach
Dobra!

Jak szeroki jest prześwit, przez który spoglądacie na wasze życie i co następuje po nim,
żeby nie zapytać: co je sprawiło,
jak odległe szczapy czasu składają się na błysk waszego życia, ile śmieci mieści się
w brzuchu waszego życia, a jak bardzo napięty jest jego szkielet?
Śmieci śmierci to taki głupi żart ze słownika,
ale, ale, ale my wszyscy nimi jesteśmy.
Gdybym mógł cofnąć czas,
nie zrobiłbym tego. Gdybym mógł
ocalić przyszłość przed zapomnieniem,
zapomniałbym o tym w ostatniej chwili.
Nic tak mnie nie rozśmiesza, jak nic.
Zdarzyło ci się zjeść krowę, prawda?
Odkroję dla ciebie najsoczystszy płat
z mojego życia a ty staniesz się moim życiem.

SPRZEDAWCA
drżąc o swoje życie po śmierci

Żeby żyć, muszę sprzedawać. Gdybym, siedząc za ladą, zamarł chociaż na sekundę, świat by się źle skończył.

ZŁODZIEJ
drżąc o swoje życie po śmierci
Kupiłbym, gdybym nie musiał kraść. Żałuję niektórych promocji.

UCZCIWY KLIENT
drżąc
Zasnąłem raz w sklepie, przyciąłem sobie drzemkę, miałem szybki sen i natychmiast go zapomniałem.

KRWATEC
Eżejcie z gananije bez měra! Kei-
[wystawia sztukę, przechodząc na język zakupów]

mroźny dzień w małym mieście
wilgotny dzień w dużym mieście obok
komunikator

SET z KSIĘGI RODZAJU:
A może pojedziemy na festiwal owsa?

DAWID, król Izraela:
Nie mogę w tym miesiącu
i w następnym

A gdzie to?

TEODORET z CYRU
No a gdzie indziej, jak nie w Starym
Ja tam będę

PETER PAUL RUBENS
kilka godzin później
Czemu gadasz zagadkami, zamiast że jedziesz do Starego ze swoim owsem?!

PIERROT
Daj spokój
Masz swoje sprawy
Pomyślałem, że albo nie domyślisz się, albo domyślisz i zacznę się wdzięczyć, że nic nie mogę jeszcze
powiedzieć, że obiecałem milczeć itd.

A ty wtedy dalej byś naciskał
I skończyłoby się na śmiechu

DZIECKO
Haha xd
Ciekawe, czy słowa „rządzić”
i „żądza” nie zradza jedna głoska

AUGUST
No
A inna słów „zaglądać” i
„zagłada”

program QUINE
Ładnie
„Ładnie”

Kto siedzi na widowni i czy widownia ma coś do powiedzenia?
W epoce telewizji, której już nie ma, siadaliśmy na kanapie
i prowadziliśmy dialog z telewizorem. Telewizja odpowiadała
na nasze potrzeby. Umierało się z miłości, konało z nudów,
popełniało harakiri z nienawiści, gniło się z niewiedzy, odchodziło
w zapomnienie z własnej głupoty, mordowało się od rana do wieczora.
To wszystko cały czas w nas tkwi. Odszedłem od tak wielu bliskich
mi ludzi. Gdybym mógł cofnąć czas, nie zrobiłbym tego, gdybym
mógł zatrzymać czas, zadrżałaby mi ręka. Kiedyś myślałem,
że ludzie przestają istnieć, gdy tylko przestaję na nich patrzeć.
Co noszę w sobie? Noszę ładunek, który kiedyś wybuchnie.
Co da nam nieśmiertelność? Dadzą nam ją kwiaty na naszym grobie.
Widownia pęka ze śmiechu i rozpada się. Posłuchajmy prawdziwego wiersza:

Mroźny dzień w małym mieście
i upalny w brudnej metropolii.
Nie spotykają się. Gdyby mogli
cofnąć czas, nie zrobiliby tego.

Ludzie na widowni szepczą a przecież gdzieś, kiedyś muszą wybuchnąć.
Salwa braw to ostateczna klęska.
Kiedy mówiłem „kocham”, myślałem,
że żartuję. Moje ulubione słowo to:
„niechcący”. Niechcący włożyłem
do ust truskawkę.
Niechcący uderzyłem głową w mur mając kask na głowie
Niechcący obudziłem się i zaplanowałem, że niechcący pójdę spać
Niechcący zjadłem obiad na mieście, chociaż całe miasto trawił grzech niezaniechania
Niechcący wykonałem swoją robotę do końca chociaż od początku nie miała ona sensu
Niechcący uśmiechałem się uprzejmie przez cały dzień i niechcący splunąłem za siebie
Udało mi się przewieźć przez cztery stacje metra zielonego robaczka
i wysadzić go na krzaku przy metrze Słodowiec
przytuliłbym chodnik, który niechcący chroni przed moimi stopami ziemię



Piotr Janicki i Adam Kaczanowski – urodziliśmy się – bezpretensjonalna arytmetyka – w 3950 roku. Jesteśmy czworonogiem, czymś pomiędzy labiryntodontem a gankiem, i jeszcze chustką. Synowie ludowej piosenki i trenu. Ja napisałem mniej, a ja więcej. Mowa wybiegła naprzeciw nam. Nasze ciała się różnią, ale serca wyjmujemy, by położyć je na chłodnym kamieniu.