Pogrobowiec

Historia, jakich wiele; dwór, na dworze król i spiskujący dworzanie. Władca jest młody, niedoświadczony, podobno słabego charakteru. Umiera w tajemniczych okolicznościach, pozostawiając ciężarną żonę. Królowa-wdowa, dzięki pomocy grupy lojalistów, ucieka przed samozwańczą wszechwładzą kanclerza-regenta.

Łowcy głów, wynajęci na okoliczność czystki dynastycznej, partaczą robotę i giną z rąk garstki dzielnych rycerzy, ostatnich, którzy wytrwali w starych afiliacjach. Znalazłszy bezpieczną przystań w wiejskim dworku na południu kraju, królowa powija syna, którego wychowuje w przeświadczeniu, że jest potomkiem barona zaginionego na wojnie. Unikając wścibskich oczu, żyją spokojnie, zwłaszcza nieświadomy niczego malec, gdy tymczasem partia ich stronników czuwa niestrudzenie, planując wiekopomną zemstę.

Mijają lata i wreszcie nadchodzi ten dzień. Chłopiec przestaje być chłopcem, osiąga wiek dojrzały, jego członki stają się mocne i gotowe na wyzwania zbliżających się dni. Lojaliści uznają, że czas siewu dobiegł końca, nadeszła pora krwawych żniw. Pogrobowiec staje się symbolem konserwatywnej rewolucji; wszyscy zwolennicy starych dobrych czasów sięgają po broń. Wybucha wojna domowa.

Jednak tyran nie próżnował. Jego legiony są dobrze wyszkolone, wyposażone w najlepszą stal i obwarowane w potężnych twierdzach. Stary porządek przegrywa jeszcze raz, lecz znowu nie z kretesem. Młody królewicz udaje się na wygnanie w obce strony, by snuć kolejne nierealne plany odbicia tronu. Umiera w nędzy, przeżarty alkoholizmem i chorobą weneryczną, z umysłem zatrutym poczuciem krzywdy i żądzą odwetu, ten niegdyś szczęśliwy syn zaginionego barona.

 

Dickens w bibliotece

Usiłowałem właśnie skręcić kark jednemu z moich bohaterów, gdy zbliżył się do mnie Dickens, by grzecznie zapytać:
– Przepraszam, czy to właściwa półka?
– Niestety nie. Regał z drugiej strony, trzecia od góry, po prawej – odpowiedziałem, starając się nie okazywać irytacji w towarzystwie nobliwego starca. Nestor podziękował i poszedł szukać swego miejsca, a ja wróciłem do mojego prawie trupa.

 

Konkret

Piotrek szedł chodnikiem. Blond włosy opadały mu na ramiona, okalając twarz: czoło gładkie i duże, głęboko osadzone zielone oczy, wydatne kości policzkowe, wąskie usta i nieco cofniętą żuchwę, porośniętą kilkudniowym zarostem. Lekko się uśmiechał, ale samymi wargami, nie odsłaniając idealnie równych białych zębów. Dłonie trzymał w kieszeniach jasnobrązowego płaszcza. Przebierał szybko długimi nogami skrytymi pod powierzchnią sztruksowych spodni, skarpetek w hamburgery i pary skórzanych półbutów. Sprawiał wrażenie całkiem zadowolonego z życia.

Na skrzyżowaniu dwóch ulic, Zamkowej i Reymonta, spotkał Magdę, koleżankę z liceum. Zachwycili się zbiegiem okoliczności, wypytali, co aktualnie porabiają i, jak zwykle w takich przypadkach, zeszło na ludzi z dawnej klasy. Piotrek zdawał właśnie sprawozdanie o kumplach, którzy razem z nim poszli na socjologię, gdy zauważył, że Magda przygląda mu się uważnie, jakby z nutą obawy.

– Co jest?
– Ty… nie masz nosa!

Słysząc tak absurdalne stwierdzenie, Piotrek wybuchnął śmiechem, ale sięgnął do twarzy, żeby pociągnąć ten (jak mu się wtedy wydawało) żart dalej. Zdziwił się bezbrzeżnie, gdy zamiast dobrze znanego garbu natrafił na pustkę. Pomacał dokładniej przestrzeń między oczyma, ale nie znalazł niczego. Z przerażeniem spojrzał na koleżankę i wtedy dotarła do niego nowa rzecz: Magda w ogóle nie wyglądała. Chciał jej o tym powiedzieć, ale nagle otoczyli ich smutni panowie.

Skrzyżowanie było puste, żadnych aut, żadnych przechodniów. Zupełnie niezwykła rzecz w godzinach szczytu w centrum miasta.



Kazimierz Fajfer (ur. 1999) – pisze od 2015. Debiutował opowiadaniem w antologii Flash fiction (Ha!art, 2016), współautor powieści kolaboratywnej Pizza Polska (Ha!art, 2019), ostatnio publikował w „Tlenie Literackim”. Rzucił MISH, żeby pracować w magazynie (budynku, nie czasopiśmie) i szlifować debiut książkowy. Teraz studiuje filologię angielską.