komprwizje

Proza | Przekład

KEVIN MALONEY

Numer 3/2018
Gra
Ilustracja: Zofia Borysiewicz
Przekład: Julia Zofia Lange

Hannahs

 

Hannah nr 1 była moją żoną. Małżeństwo ze mną zmęczyło ją i poprosiła o rozwód.

Hannah nr 2 była dziewczyną, którą poznałem na portalu randkowym. Oboje interesowaliśmy się origami, interpretacją snów i wojną meksykańsko-amerykańską. To znaczy ona interesowała się tymi rzeczami, a ja tylko udawałem, bo miała najbardziej atrakcyjne zdjęcie profilowe ze wszystkich kobiet, które na liście zainteresowań i aktywności nie wpisały alkoholizmu.

Na naszą pierwszą randkę wybraliśmy się do miejsca, gdzie można było grać w klasyczne gry wideo za ćwierć dolara. Spędziła wieczór, unikając duchów, rozbijając beczki młotkiem i ratując księżniczki. Ja głównie spadałem w przepaść, co kończyło się głupią muzyczką i utratą jednego z trzech żyć.

– Czy są takie gry, w których dostajesz nagrodę za spadnięcie w przepaść? – spytałem. Zaśmiała się z cichym prychnięciem i zaczęliśmy się całować, opierając się o Pac-Mana. Jej pocałunki smakowały arbuzową gumą do żucia.

Na naszej drugiej randce poszliśmy obejrzeć nieanglojęzyczny film o kobiecie, która odkrywa swoją seksualność, cudzołożąc z pracownikami sklepu spożywczego. Za każdym razem, kiedy na ekranie pojawiały się piersi, Hannah nr 2 krzyczała: „uwaga, cycki!”. Potem odwiozłem ją do domu i całowaliśmy się pod drzwiami. Tym razem jej pocałunki smakowały jak popcorn. Odkryła przede mną swoją technikę francuskiego całowania, która polegała na dotykaniu mojego języka jej językiem i szybkim obracaniem go. To przypominało grę w „chodzi lisek koło drogi” dla trochę starszych dzieci.

Na naszą trzecią randkę pojechaliśmy na wybrzeże Oregonu, spacerować wzdłuż plaży, gdzie znaleźliśmy martwą mewę. Rozcięliśmy ją nożem myśliwskim, który Hannah nr 2 miała w plecaku, i zrobiliśmy sekcję. Wykopaliśmy dwa kapsle, dozownik do taśmy klejącej i działającą zapalniczkę. Później znalazłem patyk i – w ramach romantycznego gestu, którego nauczyłem się z filmów – napisałem nim imię Hannah na piasku. Pokazałem jej napis, na co powiedziała: „och”. Zapytałem, co jest nie tak.

– Kim jest Hannah?

– Ty jesteś Hannah.

– Mam na imię Rebecca.

Hannah nr 3 była striptizerką, chodzącą do tego samego terapeuty, którego poleciła mi Rebecca po moim nieudanym i nieco jednak niepokojącym geście na plaży. W każdy czwartek o szesnastej siedzieliśmy obok siebie na czarnej skórzanej kanapie, udając, że czytamy czasopisma, jednocześnie w tajemnicy próbując dojść do tego, które z nas było bardziej nienormalne. Ja podejrzewałem ją i ona także podejrzewała siebie.

Któregoś dnia nasze wizyty skończyły się o tej samej godzinie, więc poszliśmy do baru się upić. Ponieważ jedyną rzeczą, jaką o sobie wiedzieliśmy, było to, że oboje chodzimy na terapię, rozmawialiśmy o naszych problemach. Powiedziałem jej, że wciąż kocham moją byłą żonę i ciągle nieświadomie nazywam inne kobiety jej imieniem. Hannah nr 3 spytała, jakie to imię. Odpowiedziałem, że nie jestem jeszcze gotowy, żeby o tym rozmawiać. Ona zdradziła mi, że jej największe problemy to uprawianie seksu z narkomanami bez zabezpieczenia, aborcje i próby samobójcze. Zapytałem, ile razy jej się to do tej pory przytrafiło, ale odpowiedziała, że nie jest jeszcze gotowa, żeby o tym rozmawiać.

Nadeszła pora, by poszła do pracy, ale nie byliśmy jeszcze gotowi na koniec naszej randki, więc poszedłem z nią do klubu, usiadłem z tyłu i obserwowałem, jak cały pokój mężczyzn płaci po dolarze, żeby zerknąć w waginę Hannah nr 3 jak w soczewkę teleskopu. Potem jej zmiana dobiegła końca i poszliśmy do mojego mieszkania wypić butelkę szampana w wannie i uprawiać seks bez zabezpieczenia.

Rano mój telefon zaczął wibrować. To była Hannah nr 1, która spytała czy mogę porozmawiać na Skypie z moją ośmioletnią córką, Olive. Powiedziałem: „pewnie” i wziąłem laptopa do drugiego pokoju.

Łomotało mi w głowie i byłem całkiem pewien, że zapłodniłem striptizerkę ze skłonnościami samobójczymi, ale wziąłem się w garść i zapytałem, jak leci.

Olive wzruszyła ramionami i powiedziała, że nie wie, po czym przycisnęła kawałek papieru do kamerki i spytała:

– Co to jest?

– Kochanie, jest za blisko komputera. Cofnij to trochę od kamery.

Cofnęła kartkę i powtórzyła:

– Co to jest?

Był to rysunek konia. Powiedziałem: „to koń”.

– Nie.

– Osioł.

– Nie.

Próbowałem jeszcze dziesięć razy, ale wszystkie moje odpowiedzi były złe. Nagle usłyszałem za plecami głos, mówiący:

– Spójrz na skrzydła, głuptasie. Przecież to pegaz.

Olive cofnęła swój rysunek sprzed laptopa i zrobiła minę pytającą: „kto to jest?”.

– Jestem Hannah – powiedziała Hannah nr 3.

– To imię mojej mamy – zauważyła Olive.

– O, naprawdę?

– Dlaczego nie masz na sobie żadnych ubrań? – zapytała Olive.

Odwróciłem się, chociaż wiedziałem już, że Hannah nr 3 była całkowicie naga. Oprócz tego miała jeszcze zapalonego papierosa w ustach. Obniżyłem ekran komputera i zasugerowałem Hannah nr 3, żeby poszła coś na siebie włożyć. Przewróciła oczami, jakbym był niesamowicie staroświecki i być może trochę faszystowski.

Otworzyłem laptopa i Olive spytała:

– Czy to twoja dziewczyna?

– Nie – odpowiedziałem.

– Dlaczego nie?

– Dopiero się poznaliśmy.

Olive zastanowiła się, po czym powiedziała:

– Ma rację. To pegaz.

Hannah nr 3 i ja poszliśmy do restauracji śniadaniowej na końcu ulicy, ale kolejka ciągnęła się aż za róg budynku i łączyła z drugą kolejką do innego miejsca ze śniadaniami, więc kupiliśmy jajka, bekon i jarmuż, a potem zrobiliśmy śniadanie w domu.

Kiedy skończyliśmy, Hannah nr 3 powiedziała:

– Hej, chodźmy na plażę.

Powiedziałem jej, że nie mam najlepszych doświadczeń z plażami, więc zamiast tego zaproponowała gorące źródła. Wsiedliśmy w jej jettę i pojechaliśmy osiemdziesiąt mil do Mount Hood. Potem szliśmy pięć mil przez las i usiedliśmy w pniu wydrążonym przez wodę geotermalną. Wszystko było mokre: podłogi, ściany, koryto, które doprowadzało wodę do naszego zbiornika, co sprawiało, że drewno czerniało, a mech wyglądał coraz bardziej psychodelicznie.

– Mam tyle tatuaży, ile miałam aborcji – wyznała Hannah nr 3.

Zacząłem liczyć.

– Oszczędzę ci matematyki. Siedem. Jesteś zażenowany? Wolałbyś nie być tu ze mną teraz?

Zaczęło padać. Deszcz był jak zimne palce próbujące grać na pianinie naszych mózgów. Potrząsnąłem głową przecząco.

Powiedziała, że chce spróbować tego ćwiczenia, podczas którego patrzy się komuś w oczy przez cztery minuty, a potem się w nim zakochuje. Położyłem swoje nogi na jej nogach. Patrzyliśmy sobie w oczy, ale dość szybko okazało się, że nie można patrzeć w oboje oczu jednocześnie. Trzeba wybrać jedno.

– Czekaj, patrzymy w lewe czy prawe oko? – spytałem.

Zaśmiała się, ja też się zaśmiałem, kiedy nagle ona zaczęła się krztusić i poleciała jej krew z nosa, a oczy uciekły do tyłu i dostała ataku drgawek. Krzyknąłem: „Hannah!”, ale nie mogła mnie usłyszeć, bo dusiła się swoim własnym językiem i uderzała głową o drewno. Wyszedłem z wody i zacząłem wołać po pomoc. Kilkoro nagich hipisów spytało, co się dzieje. Jedna z nich była położną. Zmierzyła Hannah puls i stwierdziła, że potrzebujemy karetki. Jakiś chłopak z dredami powiedział, że w liceum trenował biegi długodystansowe i pobiegł z czyimś telefonem, żeby złapać zasięg.

Trzymałem głowę Hannah, kiedy na siebie wymiotowała. Krew kapała z moich łokci na omszałe deski. Drgawki ustały, ale Hannah zaczęła trząść się, jakby była pokryta śniegiem. Położna pozbierała ręczniki od pozostałych nudystów i zawinęła ją nimi jak nowo narodzone dziecko. Spytała, czy braliśmy narkotyki. Powiedziałem, że upiliśmy się poprzedniej nocy, piliśmy mimozy rano, a potem każde z nas wypiło kombuczę po drodze, ale poza tym byliśmy zupełnie trzeźwi. Włosy położnej były siwe; jej włosy łonowe także, co zauważyłem, kiedy próbowała zmusić Hannah do wypicia wody z czyjegoś bidonu, ale jej zęby zbyt mocno zgrzytały i woda spływała po brodzie, tworząc małe rzeki na zakrwawionej skórze.

Hannah nr 4 była lekarzem dyżurnym w szpitalu, do którego przywieziono Hannah nr 3. Założyła ubranie chirurgiczne, pobiegła na salę operacyjną i próbowała ustabilizować stan Hannah nr 3, ale jej EKG przypominało equalizer na koncercie Slayera. Wsadzili jej rurkę do przełyku i próbowali wyssać narkotyk, który sprawiał, że jej serce biło 240 razy na minutę, ale było za późno. Jej krew zamieniła się w plastelinę.

Nie byłem członkiem rodziny, więc Hannah nr 4 nie mogła podać mi żadnych szczegółów poza tym, że moja dziewczyna nie żyła. Usiadła naprzeciwko mnie i położyła swoją dłoń na mojej. Była bardzo chuda jak na kogoś, kto miał ratować ludzkie życia. Jedynym miejscem, gdzie zostało jej trochę ciała, były kłykcie, które miały rozmiar piłek golfowych. Jasnoniebieskie żyły wystawały jak dżdżownice i pulsowały wraz z biciem jej serca. Pomyślałem o robakach, które będą pełzać po martwym ciele Hannah nr 3, kiedy ją pochowają, i zacząłem płakać. Nie kochałem jej, ale przyjemnie spędzało mi się z nią czas i nie chciałem, żeby ktokolwiek kiedykolwiek umierał.

Lekarka spytała, czy mam jakieś pytania. Powiedziałem, że tak. Czy Hannah nr 3 była w ciąży, kiedy umarła? Czy była w niej wciąż żywa zygota, gwałtownie dzieląca się jak ostatnia osoba na imprezie tanecznej, zbyt pijana, by zauważyć, że muzyka przestała grać? I czy moglibyśmy jakoś ją uratować? Czy mógłbym zabrać ją do domu w szalce Petriego i karmić z pipety jak małego kotka, którego znaleźliśmy z Hannah nr 1 w stodole rok przed ślubem?

Chciałem o to wszystko spytać, ale jedynym, co wydostało się z moich ust, było: „gdzie jest toaleta?”.

Hannah nr 4 wskazała palcem na koniec korytarza.

Zamknąłem się w niebieskiej metalowej kabinie i zwymiotowałem trzy razy. Było to śniadanie, które zjadłem z Hannah nr 3, kiedy jeszcze żyła: małe kawałki jajek i bekonu oraz jarmuż, który wciąż miał ostre, postrzępione krawędzie. Wytarłem kwaśne strużki śliny z mojej brody i zaraz potem zawibrował mi telefon. Hannah nr 1 wysłała mi nawałnicę wiadomości w stylu: „NA JAKIEJ PLANECIE NAGA KOBIETA NA SKYPIE Z NASZĄ CÓRKĄ JEST AKCEPTOWALNA?” i „POWIEM TO W SĄDZIE!!!”.

Spuściłem wodę w toalecie i spojrzałem na siebie w lustrze. Moje oczy były czerwone i było w nich widać pęknięte naczynka. Moje ramiona były pokryte krwią z nosa. Przez zamieszanie w gorących źródłach wziąłem cudze ubrania. Miałem na sobie koszulkę zespołu Grateful Dead, birkenstocki i cudzą bieliznę. Nie miałem spodni.

Telefon znowu zawibrował, więc wyrzuciłem go do kosza i poszedłem szwendać się po korytarzach aż znalazłem pomieszczenie, które okazało się kaplicą. Na ścianie wisiał krucyfiks i portrety zakonnic, które założyły szpital w 1843 roku. Jedna z nich, Matka Józefa od Świętego Serca, miała męską twarz, przypominającą George’a Washingtona. Była otulona czarnym habitem i miała na szyi drewniany krzyż, który wyglądał jakby ważył tysiąc funtów. Zastanawiałem się, czy nie miała na imię Hannah, zanim została zakonnicą. Zastanawiałem się, czy każda kobieta na tym świecie nie była „Hannah” w przebraniu: o krok od zostawienia mnie, ataku drgawek, udzielania lekcji anatomii za pomocą pocieszającego gestu dłoni albo niebycia Hannah wcale.

Pomyślałem, żeby się pomodlić, ale zamiast tego patrzyłem w oczy Matki Józefy. Nie wybrałem żadnego z nich. Po prostu patrzyłem przed siebie dopóki obraz się nie rozmył, a jej oczy z niego nie wypłynęły i zacząłem liczyć. Kiedy minęły cztery minuty, zdjąłem portret z gwoździa i wyszedłem na deszcz. Czekałem na autobus, a kiedy przyjechał, zapłaciłem za bilet i usiadłem na tylnym siedzeniu, przyciskając obraz do piersi. Usłyszałem odgłos przypominający powietrze uciekające z dętki od roweru, a chwilę później jechaliśmy drogą prowadzącą przez przedmieście pełne tanich, nowobogackich domków wybudowanych na wzgórzu. Każdy z nich trzymał się na słowo honoru.

Ściskałem obraz mocniej i mocniej. Chciałem znowu być w gorącym źródle z moją ładną dziewczyną-striptizerką i chciałem znowu być w związku z moją byłą żoną, i popychać moją córkę na huśtawce, mówiąc do Hannah nr 1:

– Mamy dobre życie. Prawda? Tak bardzo cię kocham.

Jak wiele jeszcze Hannah będę musiał pokochać, zanim Jezus zejdzie na ziemię, powyciąga nas z niej jak warzywa i zabierze do nieba? Zamknąłem oczy i zacząłem czekać na sąd ostateczny albo na mój przystanek. Nieważne, który z nich nadejdzie wcześniej.


Kevin Maloney – urodzony w Portland w 1976 roku. Mieszkał w Vermoncie, obecnie rezyduje w North Portland. Pracował jako wspólnik w TJ Maxx, sprzedawca w sklepie spożywczym, nauczyciel przyrody, farmer ekologiczny, pomocnik elektryka, korepetytor i sprzedawca pluszowych maskotek. Dziś jest projektantem stron internetowych i pisarzem. Ukończył Johnson State College. Jego pierwsza powieść „Cult of Loretta” została opublikowana w maju 2015 roku przez „Lazy Fascist Press”. Jego teksty pojawiały się w pismach takich jak „Hobart”, „Barrelhouse”, „The Literary Review”, „Vol. 1 Brooklyn” i innych.

Julia Lange – urodzona w 1997 roku, pochodzi z Gliwic. Studiuje scenografię na warszawskiej ASP oraz polonistykę na UW. Interesuje się teorią dramatu, planuje licencjat o niesceniczności dramatów romantycznych. Być może kiedyś zostanie reżyserem teatralnym, na razie czasami coś pisze i tłumaczy, jeśli akurat kot na niej nie leży.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

WIESŁAW MYŚLIWSKI

JASTEK TELICA

STANISŁAW BUTOWSKI