Rzeczy

Pojechaliśmy wczoraj z ojcem do Luszowic, do starego domu pod lasem.
Pokazał mi pole, zasypaną studnię i pokój, w którym się urodził.
Dziś szukam w sieci przepisu na prosty chleb i żaden mi nie odpowiada.
Jesteśmy tacy niezdecydowani. Nie mamy pojęcia o chlebie.
O fizyce, dziejącej się w kuchniach i łazienkach. O chemii, dziejącej się

w naszych sercach. Nikt jeszcze nie wymyślił na to skutecznej
tabletki. Zresztą sam nie wiem, czy mógłbym ją przyjąć, bo najpewniej
weszłaby w konflikt z innymi, które mi aplikują o poranku i tymi,
które biorę tuż przed zaśnięciem. Rano napisali do mnie ludzie
z zagranicy. Chcą zaliczki za pracę, której jeszcze nie wykonali, a na którą

umawiamy się od tygodni. Czemu nie, myślę sobie, tym bardziej,
że przy ostatnim zleceniu nieźle się spisali. To naturalne, że najpierw
powinni fest pojeść i popić, przecież nie będą na głodzie pisać aplikacji,
za pośrednictwem której zamierzam ściągnąć ulewę nad pobliską gliniankę.
Przyjdźcie jutro, odpisuję. Odblokują pasiekę i kurnik, coś się znajdzie.

Że mamy czas

Wczoraj zamknęli świat. Tym razem naprawdę. Sprawy ludzkości
toczą się w nie najlepszym kierunku. Nie ma chleba w piekarni
i wody w studni. Przestań histeryzować, mówię do siebie i macham
na do widzenia sklepikarce. Trąbo jerychońska, po co komu
chleb, kiedy jest miłość. Ona nie będzie zaglądać ci do lodówki.

Nie złoży obietnic. Nie zapyta o drogę. Wody sobie nabierzesz
do woli z kałuży, a najesz się słońcem. To nie będzie jeszcze filmowy
magiczny autobus, nie dom, o jakim myślisz od dawna, ale już prawie.
W końcu dociera do mnie, że myślę o sobie w trzeciej osobie.
A niech to, szczęśliwcu. To właśnie dla takich jak ty wymyślono

piątki. Szkoda tylko, że dowiaduję się o tym wszystkim w momencie,
kiedy po raz pierwszy w historii odwołano wiosnę, schadzki, zakupy
i grille. Dlatego w czterech ścianach tym razem planuję rozróbę.
W łóżku otworzę knajpę, a w kuchni harcówkę. Wiem, że to dziwne,
ale od rana czuję się bardzo odświętnie. Wyobrażam sobie, że wciąż mamy czas.

Mali pomocnicy

Szukaliśmy i jest. Medalik z Maryją Panną odnalazł się w pojemniku
po lodach, w którym mrozimy pietruszkę. Na wieczku opakowania
wyrysowana apteka i sklepik detaliczny w dobrach rymanowskich
w pamiętnym roku pańskim, w którym wybuchła niewyobrażalna zaraza
na brzegach Rudawki. Jacyś ludzie, sobie obcy. Odwróceni do siebie

plecami. Zabudowania w tle mogłyby towarzyszyć czemukolwiek,
ale nie historii o miłości, jak nasza. W oczekiwaniu na koniec świata
popracowałem nad jakością oddechów. W szklance cytryna jak małe słońce,
kiedy na korytarzu gra rożek lub klawesyn. Ale nie poznaję tych dźwięków,
są mi obce. Do tego zaniedbałem się w piśmie, w mowie opuściłem,

w oficerskiej mesie, w luku. Niewielkim prześwitem światło wchodzi
nam na głowy. Dziś z ud masz niepojętą radość. Dziś tam początek bierze
twoje ciało, które zamieszkuje pszczoła. Właśnie wyfruwa przez pępek,
żeby rozpocząć swój ośmiogodzinny dzień pracy. Zdążyła już przyjąć pierwsze zlecenie.
Najpierw naprawi Kodaka, potem zapyli ruter. A my nadal sobie leżymy.

Sobie, sobie

Świata nie ma i nigdy nie było. Nie było ziemi, nieba, zwierząt,
ale i ludzi. Myślę tak sobie za każdym razem, kiedy czuję nadciągającą
wilgoć, słone powietrze. Jakby oceaniczny zapach. Jakby jesień,
ale wczesną. Myślę też sobie, że budowałem nieprawdziwe relacje
i wchodziłem w niedoskonałe związki. W wolnych chwilach

konstruowałem budki, żeby ptaki znalazły dla siebie schronienie.
Nie miałem dotąd zbyt wielu wolnych chwil. Myślę sobie, że powinienem
mieć ich znacznie więcej. Mógłbym założyć pasiekę albo powołać
szkółkę drzew. Nadzorowałbym pas zasiany sosną pospolitą w szkółce
leśnej Nadleśnictwa Białowieża albo w Puszczy Knyszyńskiej.

Nie miałbym pojęcia do czego służy mowa wiązana, czym jest kultura
łużycka i styl nowoorleański. Znałbym za to gatunki lasotwórcze.
Oprócz sosny rozpoznawałbym świerk, modrzew, grab, klon, jesion, olszę
i brzozę. Całym sobą ukochałbym jesion. Jego naprzeciwległe liście.
Złożone, nieparzystopierzaste. O sobie i innych wiedziałbym tyle, co nic.



Robert Król (ur. 1981 w Jaśle) – autor książek poetyckich: Gatunki śniegu* (2003), Lida (2004), Habitat (2005), Pamięć podręczna (2009), Czternastki (2010), O wchodzeniu w ogień (2014), Polka (2018). Laureat ogólnopolskich konkursów m.in.: o laur Czerwonej Róży, im. Rafała Wojaczka, im. Stanisława Czycza, im. Haliny Poświatowskiej, im. Witolda Gombrowicza. Publikował m.in. w „Odrze”, „Ricie Baum”, „Fragile”, „Kartkach” „Toposie”, „Ha!arcie” i „Gazecie Wyborczej”. Stypendysta Jasła (2006, 2018), Krakowa (2009) oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2016). Nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej w 2019 roku za poemat Polka.

Marta Basak (ur. 1993) – skończyła Wydział Grafiki ASP ze specjalizacją z ilustracji i aneksem z malarstwa. Zajmuje się także działaniami społecznymi – interesuje ją budowanie wspólnoty w oparciu o kontekst lokalny i potrzebę chwili. Najważniejsze jest dla mnie rozbudzenie empatycznego, wrażliwego spojrzenia na świat i drugiego człowieka, szukanie poezji w codzienności.