światłoczułość2

Proza

ŁUKASZ DROBNIK

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Julia Tyszka

Światłoczułość

 

Wszystkie gwiazdy i planety powstały z mgły. Jest papieros, jest półmroczne wnętrze, masywny bar, ekspres do kawy, są drewniane stoły, serwety białe jak śnieg, są fotografie na ścianach, barwne butelki, refleksy w szybach, jest kurz, dalej jasne światło ulicy, ciepłe majowe powietrze, są odrapane elewacje, jest szara brama, kasztan rzucający cień na stoliki, są ludzie, krzewy róż za murem, są płyty nierównego chodnika, jest szyld – w tej scenerii Agnieszka.

Siada na krześle ustawionym w drzwiach, na granicy dwóch światów, mruży oczy od słońca, przeciąga palcami po bibułce papierosa, zapala. Płuca wypełnia dym, pod powiekami ma czerwień.

Czuje, jakby jej wnętrzności zacisnęły się w węzeł; być może porcja nikotyny pozwoli im się rozsupłać. Nie widziała Iwony o wiele dłużej, niż trwała ich krótka, ale intensywna znajomość. Właściwie przestała o niej myśleć – wspólni znajomi stali się zbyt odlegli, by przypominać o jej istnieniu. Czasem tylko, choć coraz rzadziej, Iwona jak zjawa nawiedza Agnieszkę w snach.

W tych snach laboratorium chemii analitycznej, w której jako studentki pierwszego roku spędziły razem dziesiątki godzin, jest wielkie jak supermarket. Zalane żółtym światłem, sprawia wrażenie labiryntu, w którym rzędy stołów laboratoryjnych tworzą niekończące się alejki. W powietrzu wisi zapach acetonu, a pod kółkami prowadzonego wózka na zakupy przebiegają popękane płytki. Wreszcie za którymś zakrętem Agnieszka natyka się na Iwonę, tak jak się wpada w markecie na nielubianą sąsiadkę, i zaczyna z nią niezobowiązującą rozmowę. Najczęściej zazdrośnie zerka na jej wózek, który — w przeciwieństwie do pustego wózka Agnieszki — jest zwykle zapełniony szkłem laboratoryjnym: kolbami, cylindrami miarowymi, zlewkami, eksykatorami. W jednym ze snów Iwona wyjęła z kieszeni kitla szalkę Petriego, pełną landrynek, zdjęła wieczko i kazała jej się częstować. Agnieszka chciała odmówić, ale tylko popatrzyła na skąpaną w żółtym świetle jasną twarz, szczupłą szyję, wielkie, wiecznie przestraszone oczy i z dziwną tęsknotą wyciągnęła rękę. Ciekawe, czy te sny teraz miną?

Nie dopala do końca, a w wąską ulicę Meiselsa wtacza się znajomy biały samochód dostawczy, który parkuje nieopodal. Gdy pan Władek, wysoki blondyn przed czterdziestką, z tiszertem naciągniętym na pokaźne mięśnie i wystający brzuch, staje w drzwiach knajpy, Agnieszka czeka już na niego za barem. Dzień dobry, a dzień dobry, co tam słychać, a w porządku. Zagaduje do niego przemiło jak zawsze, żartuje, jakby nic się nie stało, bo przecież nic się nie stało, odbiera drobnymi dłońmi karton z pobrzękującą zawartością, składa podpis, wypłaca pieniądze, żegna się.

Wpina kilka spinek w jasne włosy i wraca na swoje miejsce: tam gdzie kończy się ciemne wnętrze pubu, a zaczyna Kraków zatopiony w ciepłym majowym powietrzu jak w bursztynie, pełen połyskujących w słońcu samochodów, ospałych gołębi, meneli, knajpianych stolików i turystów, którzy na razie jeszcze nieśmiało zawłaszczają kazimierskie ulice. Drżącą ręką zapala kolejnego papierosa; nieprzyjemna myśl wraca jak ból zęba.

To był wypadek, jakich wiele. Autobus poznańskiego MPK podjechał na przystanek, wypuszczając kilkoro pasażerów, w tym Iwonę. Nietrzeźwy nastoletni kierowca najwyraźniej zbyt się śpieszył, by zatrzymać się za autobusem, i postanowił go wyprzedzić. Iwona, nie reagując na okrzyk ostrzeżenia, być może zasłuchana w muzykę z odtwarzacza, weszła na pasy, na spotkanie z maską rozpędzonego pojazdu.

Agnieszka wszystkiego się dowiedziała ze zbiorowego mejla od niewidzianej od lat znajomej z roku. Pogrzeb ma się odbyć w poniedziałek. Może powinna pojechać? Podnosi się z krzesła, staje na jasnym tle ulicy. Pewnie jeszcze udałoby się jej załatwić zastępstwo, musi tylko zadzwonić do szefowej; obiecuje sobie, że dopali i się tym zajmie.

+

Budynek, który mieścił w sobie zalane żółtym światłem laboratorium, z zewnątrz był równie posępnie żółty. Agnieszce przywodził na myśl gmach kaliskiego zakładu karnego, a wielodzielne okna, potężne drzwi, czerwone tablice przy wejściu i wysokie, zwieńczone attyką mury tylko potęgowały przytłaczające wrażenie. Weszła w ponury hol, skręciła w ciemny korytarz: zapach chemikaliów, mrowie studentów, część z nich w fartuchach, kurz w powietrzu, dziewczyna z poparzoną twarzą, rzędy drzwi. Wreszcie odnalazła wejście do laboratorium, a przed nim gwarną grupkę przestraszonych dziewiętnastolatków udających, że są pewni siebie. Rzuciła „cześć”, rzuciła jakimś żartem – zawsze była dobra w przełamywaniu lodów. Gdy tak rozmawiała o niczym, jej uwagę przykuła drobna, dziewczęca postać na uboczu.

Iwona podpierała ścianę, wpatrując się w punkt na podłodze. Czarne włosy miała spięte w kucyk, twarz mroźnie bladą. W wyprostowanych, skrzyżowanych rękach trzymała sporą, powleczoną czarną gumą teczkę, na której widniała pomarańczowa, okrągła plama, nieudolnie imitującą kształt piłki koszykowej, nieco lepiej zaś – jej fakturę pełną gumowych wypustek. Iwona podniosła wzrok i ich spojrzenia na moment się zbiegły.

+

Oczy Agnieszki rejestrują zbliżający się w zwolnionym tempie niewyraźny błękitny kształt: w głębi ulicy Meiselsa, pod kompletnie rozmytym szyldem kebabu, na wysokości równie nieostrych parasolek ogródka piwnego.

Barwny ludzki kształt, ostrzejszy z każdą sekundą, leniwie manewruje między zaparkowanymi samochodami, w znajomy sposób dotyka ręką karku, a gdy dochodzi do ulicy Bożego Ciała, słaby wzrok Agnieszki pozwala jej wreszcie rozpoznać wydatne biodra, jasną cerę i grubo oprawione okulary Joanny, która, uśmiechnięta, w zwiewnej niebieskiej sukience do kolan, z płócienną torbą na ramieniu, macha jej na powitanie.

Nie czekając na przyjaciółkę, Agnieszka chowa się w chłodnym wnętrzu. Nalewa piwo do wysokiej szklanki (dla Joanny), a potem do filiżanki (dla siebie); z ulicy dobiegają rozmowy w obcych językach; mężczyzna w średnim wieku, być może Anglik, zatrzymuje się w wejściu, by zlustrować wnętrze (Agnieszka wita go uśmiechem), szczęśliwie jednak idzie dalej. Gdy Agnieszka podaje Joannie piwo w samym progu, ta tylko się śmieje, całuje ją w policzek, a potem bierze pierwszy, zachłanny łyk. Przed oczami Agnieszki staje obraz mokrego od krwi asfaltu, wgniecionej karoserii samochodu, świateł ulicznych, zdeformowanego ciała Iwony.

+

Po rozciągniętej nad ich głowami estakadzie przejeżdżał z drżeniem tramwaj, ulica Poznańska zaplatała się, grzmiąc, w skrzyżowanie z ulicami Libelta, Roosevelta, Pułaskiego. Siedziały na skarpie, na rozłożonych kserówkach z wykładów, zapach ziemi mieszał się z zapachem spalin, zastawiony samochodami gliniasty plac przed nimi pokrywała warstewka listopadowego śniegu. Iwona podała Agnieszce butelkę taniego wina; jej dłoń była czerwona od zimna.

Pamięta wzór jej kurtki: mokradła pełne trzcin, mające zapewnić kamuflaż polującym na wodne ptactwo, i sposób, w jaki paliła: po męsku, trzymając lucky strike’a między palcem wskazującym a kciukiem. Wino było obrzydliwe i szybko uderzało do głowy, ręka marzła od trzymania ciężkiej butelki, a Agnieszka opowiadała Iwonie o swoim współlokatorze, Tomaszu, z którym przyjaźniła się jeszcze od czasów liceum i z którym mieszkało się dobrze, nie mogła narzekać, tylko czasem mu odpierdalało i dostawał szału z byle powodu. Raz oberwało się jej za wyciskanie pasty do zębów ze środka tubki, zamiast z końca, innym razem za opuszczenie kawałka wanny przy czyszczeniu. Dobrze, że nareszcie znalazł pracę – w pobliskim supermarkecie – bo inaczej kłóciliby się bez przerwy.

Siedziały tak blisko, że widziała gładki ruch klatki piersiowej Iwony, gdy wydychała pełne papierosowego dymu powietrze. Z tej odległości mogła dostrzec, że zielone tęczówki rozbieganych oczu są gęsto pokryte brązowymi plamkami. Iwona skarżyła się na ojca prawnika i matkę lekarkę, którzy zmusili ją do złożenia papierów na medycynę, a gdy się nie dostała, wysłali ją na chemię, by poduczyła się przez rok przed kolejnymi egzaminami. Tak naprawdę chciała iść na polonistykę, marzyła o tym, żeby zostać pisarką, ale gdy przyznała się do tego matce, ta ją tylko wyśmiała, a potem na spotkaniach rodzinnych przedstawiała jej plany jako dobry żart.

To był ich mały rytuał. Szybko się zorientowały, w przeciwieństwie do reszty studentów pierwszego roku, że chodzenie na wykłady najczęściej mija się z celem, a dużo przyjemniej można spędzić ten czas na rozmowach i piciu taniego wina w najbrzydszych zakamarkach Poznania. Gdyby wtedy Agnieszka chociaż podejrzewała, czym jest jej rodzące się do Iwony uczucie, może nie wpadłaby w nie bez żadnej asekuracji, jak w zdradliwą głębinę z pozoru spokojnej rzeki.

+

Agnieszka napełnia piwem opróżnioną filiżankę i wraca do Joanny, siedzącej na niskim taborecie po drugiej stronie wejścia i opowiadającej od dobrej półgodziny o swoim byłym chłopaku, Łukaszu, z którym zerwała kilka miesięcy temu. Napisał do niej znowu. Kolejny raz przedstawił tę samą litanię wyznań, żądań i pretensji. Jak mogła go opuścić w takim momencie, nawet nie zdążył wrócić ze szpitala, jego życie bez niej nic nie znaczy, po prostu musi do niego wrócić, jeszcze wszystko sobie poukładają, zobaczy, będzie jak w pierwszych miesiącach, obiecuje, że będzie brał leki, może na początek niech pojadą w góry albo gdzieś, albo niech chociaż umówią się na piwo, nie może go tak zostawić.

Monolog Joanny przerywają raz po raz klienci, na całe szczęście o tej porze nieliczni: a to wypindrzona kobieta przed czterdziestką prosi o latte, koniecznie bez mleka, a to dwudziestoletni Hiszpan, najwyraźniej nie znając odpowiednich polskich ani angielskich słów, by zapytać o toaletę, składa rękę w pistolet, przytyka do rozporka i wykonuje zamaszyste ruchy biodrami. Joanna pije już drugie piwo, Agnieszka słucha jej, pełna zrozumienia i empatii, lecz jednocześnie czuje, jakby odgradzał je coraz grubszy niewidzialny mur. Nie potrafi wyobrazić sobie pogrzebu, spotkania znajomych z roku: już po studiach, sporo z nich pewnie po ślubach. Oczami wyobraźni widzi słoneczny cmentarz, tłumy ludzi, które zawsze przyciąga śmierć młodej osoby, wśród nich rzecz jasna zrozpaczeni rodzice, siostra, może Tomasz.

Wchodzi klient. Agnieszka niechętnie gasi ledwo zaczętego papierosa o ścianę kamienicy, chowa w miejscu, w którym nie znajdą go kazimierscy żule, i wraca za kontuar. Przygotowując kawę, patrzy na siedzącą na świetlistym tle Joannę, która pisze coś na telefonie ze smutkiem na twarzy. Ekspres wydaje głośny syk, drobinki kurzu w powietrzu tworzą konstelacje, klient, starszy Niemiec, szuka w portfelu drobnych, a Agnieszka zastanawia się, w którym momencie jej relacja z Joanną stała się tak asymetryczna.

Nagle myśli o Kindze (wspomnienia dawno niewidzianych przyjaciół są jak duchy zmarłych), ma dziwną pewność, że jej mogłaby wszystko powiedzieć. Choć to raczej iluzja. Nie widziały się od lat, Kinga mieszka teraz z mężem w Barcelonie, pisze do niej parę zdań raz na kilka miesięcy: o nowej pracy, przeprowadzce do Eixample, kolejnej nieudanej próbie zapłodnienia in vitro. Agnieszka na moment znów jest na ciemnej klatce schodowej jeżyckiej kamienicy, na imprezie, w czasie której Kinga, źle oceniwszy odległość i swoje własne wymiary, wybiła dupą okno na poddaszu, a potem na jednej z dziesiątek udzielanych jej przez Kingę lekcji angielskiego, które w pamięci zlały się w jedną lekcję bez końca, a w czasie których, paląc papierosy (to właśnie wtedy na dobre wpadła w nałóg), w obcym języku mówiły o coraz bardziej osobistych sprawach: Kinga o chłopaku, który wyjechał za granicę i po tygodniu zerwał z nią esemesem, Agnieszka o toksycznej relacji z Tomaszem i Iwoną. Po lekcjach oglądały seriale.

Joanna, jakby podsłuchawszy jej myśl, sama zamienia się w słuch. Z uwagą obserwuje Agnieszkę zza przybrudzonych szkieł, lecz ta mówi tylko o swojej dziewczynie, nie-dziewczynie, z którą od kilku tygodni umawia się, nie-umawia. Chyba Paulina tak naprawdę nie jest lesbijką, może nie jest nawet bi. Ot, kolejna laska, która chce poeksperymentować, traktując Agnieszkę jak zwierzę doświadczalne. Nie wie, dlaczego jeszcze to ciągnie.

W jej głowie sieć brukowanych i asfaltowanych ulic Kalisza rozkłada się jak mapa, nad nimi wyrastają czerwone dachy i kościoły, Planty rozwijają się jak dywan, Prosna rozlewa leniwą wstęgą, nad rzeką i kanałami rozpościerają się mosty. W myślach znowu mija obszczane bramy na Łaziennej (przed nią centrum kultury, dalej zieleń ciemnego parku), wchodzi w światło krągłych latarń na Kadeckiej, między odrapane elewacje, a chwilę później kroczy w dół schodów do wnętrza jednego z nielicznych kaliskich pubów. Ma nadzieję, że znajdzie tam Tomasza w otoczeniu jego popularnych znajomych.

Zabawne, że nigdy nie spotkała w Kaliszu Joanny, która, rok starsza od Agnieszki, chodziła do pobliskiego liceum, przemierzała te same ulice, umawiała się ze znajomymi w tym samym miejscu pod ratuszem, bawiła w tych samych, nielicznych przecież, knajpach. Joanna okazała się jednak mądrzejsza i od razu spełniła odwieczne marzenie o studiach w Krakowie, zaś Agnieszka — mimo że marzyła o tym samym — uległa namowom rodziców, by studiować w dużo bliższym Poznaniu.

+

Równe kreski białego proszku znikały w lufie zrobionej ze zwiniętego banknotu. Siwy, kolega Tomasza z zespołu, schylając się do blatu biurka, zagarnął za ucho kosmyk długich jasnych włosów. Po nim przyszła kolej na Iwonę. Agnieszka patrzyła, jak przyjaciółka, z udawaną pewnością siebie, bierze rulon w szczupłą, mlecznobiałą dłoń, powtarzając gest Siwego przesuwa palcami drugiej ręki nad uchem (zupełnie niepotrzebne, jej ciemne włosy jak zwykle były spięte w kucyk) i wciąga kolejną usypaną z amfetaminy ścieżkę.

Byli w wąskim pokoju Agnieszki. Większość biurka ze sklejki zajmowały kineskopowy monitor oraz odsunięte na bok klawiatura i mysz, na ścianie pokrytej zszarzałą tapetą wisiały wyjęte z gazet plakaty filmów von Triera i Almodóvara, obok peerelowskiej meblościanki stał niewielki tapczan. Nocne osiedle Pod Lipami widniało za oknem, w szybie odbijały się bursztynowe lampki zaplecione wokół sztucznej choinki. Zza ściany dobiegało dudnienie muzyki przetykane gwarem rozmów i sporadycznymi okrzykami.

Iwona podała Agnieszce banknot (opuszki ich palców zetknęły się na moment), więc ta, z równie udawanym rezonem, przytknęła jeden koniec do nosa, i pochyliwszy się, szybko zassała powietrze pełne narkotyku. Proszek ukłuł od środka, miękka wyściółka jamy nosowej nagle zgrubiała. Siwy za pomocą karty do bankomatu utworzył ostatnią, wątłą kreskę, a nim ją wciągnął, puścił do Agnieszki oko.

Otworzyli drzwi, wpadli do głośnego przedpokoju, a następnie, nieco zbyt ostentacyjnie pociągając nosem, do jeszcze głośniejszej sypialni Tomasza — sporo większej od klitki Agnieszki — w której odbywała się główna część sylwestrowej imprezy. W czterech dawno niemalowanych ścianach, pośród zdezelowanych mebli było kilkoro studentów chemii, paru znajomych z Kalisza, na brudnej ławie stała karafka z tanim winem, na obskurnym czerwonym fotelu w kącie siedział Tomasz.

Zawsze budził w niej respekt, który niegdyś brała za erotyczną fascynację. Prawie dwa metry wzrostu, ciemne, krzaczaste brwi z niewielką kępką pośrodku, wydatna szczęka, przycięte na milimetr włosy, co być może miało maskować zakola, mimo wieku dość głębokie. Gdy ich zobaczył, wstał sprężyście, zamaszystym ruchem wyjął portfel z kieszeni bojówek, a z niego kilka banknotów, które wręczył Siwemu — niech skoczy do monopolowego, bo brakuje alkoholu; może niech zaprowadzi go Agnieszka, bo jeszcze sam nie trafi. Czarny podkoszulek odsłaniał umięśnione ramiona Tomasza, spod pach wyrastały ciemne włosy, było czuć zapach drogich perfum i męskiego potu. Nim wyszli, Agnieszka spostrzegła, że szeroko otwarte oczy Iwony wodzą wzdłuż jego postawnego ciała.

Noc była mroźna, bezśnieżna, niebo nad Poznaniem raz po raz rozświetlały fajerwerki. Gdy szli przez osiedle do monopolowego, Siwy opowiadał jej o swoim zespole Fosforescencja, którego jest frontmanem, o tym, że długo nie mogli znaleźć perkusisty na miejsce Tomasza, że jak następnym razem Agnieszka będzie w Kaliszu, musi się odezwać, może akurat będą grali koncert, że ma zajebistą fryzurę, gdzie ona tak nauczyła się upinać włosy, że szkoda, że nie poznali się lepiej, zanim wyjechała do Poznania.

Gdy wrócili do ciasnego mieszkania na parterze, Siwy zadał jej jakieś pytanie. Nie odpowiedziała. W niewielkiej ślepej kuchni, z której Agnieszka co rano przeganiała zapalonym światłem nieliczne karaluchy, na laminowanym blacie siedziała Iwona, obejmując szczupłymi udami biodra Tomasza. Całował ją łapczywie, wczepiając wielkie dłonie w nagle rozpuszczone czarne włosy.

Agnieszka stała chwilę nieruchomo, czując, jak fala gorąca przebiega w górę jej tułowia, uderza do twarzy, jak serce tłucze w piersi, choć może to od spida, nie była pewna, jak powinien działać spid, odpowiedziała coś Siwemu bez sensu, a w końcu z siatkami w rękach poszła do dużego pokoju. Odstawiła torby na stole (zachłanny gąszcz rąk natychmiast zaczął do nich sięgać po puszki i butelki), po czym ostrożnie usiadła na odrapanym czerwonym fotelu w kącie. Czuła, jakby zanurzała się pod wodę, powietrze w jej płucach rezonowało w rytm głośnej muzyki. Siwy zapytał, czy dobrze się czuje. Zignorowała go, wodząc wzrokiem za Tomaszem i Iwoną, którzy przechodzili właśnie przez przedpokój, by zamknąć się na klucz w sypialni Agnieszki.

Minuty składały się w kwadranse, kwadranse w godziny. Goście w końcu wyszli, pijany w sztok Siwy legł na tapczanie (zdążył wybełkotać niedwuznaczne zaproszenie, nim zasnął ciężkim snem), a Agnieszka sączyła nie wiadomo które piwo, nie mogąc przestać sobie wyobrażać, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Tej nocy nie zmrużyła oka.

Coś, co miało być przygodnym seksem, szybko przerodziło się w związek. Iwona, wbrew protestom rodziców, wyprowadziła się z rodzinnej willi na Grunwaldzie, zamieszkała z Tomaszem w jednym pokoju, ściana w ścianę z Agnieszką, zaczęła pracę w tym samym supermarkecie, wkrótce nadeszła wiosna. Ciekawe, czy ich związek przetrwał; czy Tomasz opłakuje teraz tragicznie zmarłą dziewczynę.

+ +

Jest lakierowany blat, popołudniowe światło, cichy gwar rozmów w sali obok, głośny śmiech Jakuba, są jego mocne nadgarstki, szklanka pełna piwa na blacie, postaci patrzące z zawieszonych na ścianach zdjęć, jest błysk szyby jadącego samochodu, rzewna muzyka z głośników, klientka przy barze, kołatanie serca, zapach parzonej kawy, szelest zgniatanego paragonu, są ludzie na ulicy, są gołębie, jest ukradkowe zerkanie Agnieszki na telefon.

Jakub wpadł tylko na chwilę, umówił się ze swoją dziewczyną, Odą, na późny obiad, ale wkurwiła go esemesowo i uznał, że należy mu się piwo na ochłonięcie. Albo dwa. Agnieszka się śmieje, podnosi szklankę Jakuba, by przetrzeć blat, i znowu spogląda na ekran telefonu.

Paulina nie odpisuje, choć wysłała jej wiadomość jakieś dwie godziny temu, jeszcze jak była Joanna. Agnieszka próbuje o tym nie myśleć, wsłuchuje się w opowieść Jakuba o wyjątkowo upierdliwym tłumaczeniu, to tłumaczenie śni mu się po nocach. Odkąd wprowadzili się z Odą do Krakowa zeszłego lata, właściwie cały czas mają zlecenia, równie dobrze mogliby wciąż mieszkać w Poznaniu, skoro i tak tylko gapią się w laptopy.

Z jakiegoś powodu Jakubowi także nie mówi o śmierci Iwony. Może chodzi o to, że jest w niej w tej chwili zbyt wiele sprzecznych uczuć? A może wstydzi się tej dziwnej obojętności? Z drugiej strony, co właściwie miałaby powiedzieć? Po tylu latach to zupełnie obca osoba (chociaż obcy ludzie z reguły nie nawiedzają nas w snach).

Przez głowę Agnieszki przebiega seria obrazów: listopadowe popołudnie, kiedy przemoczony deszczem Jakub po raz pierwszy usiadł przy barze, ich bezskuteczne próby odnalezienia wspólnych poznańskich znajomych, jego narzekania na wieloletni związek z Odą; pierwsze papierosy wypalane z Grześkiem w kaliskim parku (Jakub zawsze kojarzył jej się z Grześkiem), ich wyjazdy nad Bałtyk ze znajomymi z liceum, budzący ją co rano szum morza. Wreszcie jedna z wielu nocy w mieszkaniu na osiedlu Pod Lipami, w czasie których Agnieszka leżała bez sił na podłodze swojego pokoju, spazmatycznie płacząc.

Przez uchylone okno wpadało ciepłe wieczorne powietrze, niosąc ze sobą zapach drzew i osiedlowego kurzu, a zza cienkiej ściany dobiegało przesadnie głośne pojękiwanie Tomasza, który — jak co noc — posuwał Iwonę. Agnieszka, nie podnosząc się z dywanu, sięgnęła po leżący na tapczanie telefon i napisała do Grześka. Wiadomość była krótka: że ma już dosyć; że nie wie, czy dłużej da radę. Z miejsca do niej zadzwonił, mimo że był już wtedy w Anglii, landrynkowym od naćpania głosem uspokajał, że wszystko będzie dobrze; mówił, że ją kocha; obiecywał, że za kilka lat będą się z tego śmiać.

Grzesiek wyjechał na Wyspy, ponieważ nie dostał się na studia. Szybko poznał tam dziewczynę, która namówiła go, by nie wracał. Razem odkrywali barwny świat psychoaktywnych substancji. Wysyłał coraz dziwniejsze mejle o psychodelicznych doznaniach, seksie po dragach, wyostrzonych zmysłach, telepatycznej więzi ze znajomymi, którą rzekomo udało mu się nawiązać na grzybach. Pewnej nocy, na jakimś festiwalu wzięli z dziewczyną o kilka specyfików za wiele i oboje uwierzyli w Jezusa.

Teraz Grzesiek jest baptystą i marzy o tym, by zostać pastorem. Agnieszka nie pisze mu już wszystkiego: w swoich wiadomościach nie wspomina o porażkach z kolejnymi dziewczynami, bo boi się, że jako żarliwy chrześcijanin będzie miał na to jedną diagnozę. Widują się z reguły raz w roku, w okolicy świąt, i za każdym razem jest dziwnie dobrze. Jakby nie dzieliły ich lata sporadycznych spotkań, Jezus, orientacja Agnieszki, jakby znowu byli nad morzem i budzili się do jego szumu.

Przy barze nagle tworzy się kolejka, uniemożliwiając dalszą rozmowę. Jakub dopija drugie piwo, stwierdza, że i tak jest już prawie spóźniony, i, posławszy przyjaciółce całusa, wychodzi na ulicę. Agnieszka obsługuje kolejnych klientów, jak automat wyrzuca z siebie wszystkie „proszę” i „dziękuję”, przygotowuje kawy i drinki, nalewa piwo do szklanek, nakłada na talerze wyjmowaną spod klosza szarlotkę. Co chwila spogląda na leżący pod blatem telefon.

+

Tomasz krzyknął w drzwiach ciasnego pokoju Agnieszki, żeby wstawała. Zaspana podniosła się z łóżka i ruszyła w stronę przedpokoju – zaniepokoił ją zagadkowy chlupot (powieki kleiły się od snu, siatkówki odbierały zamazany obraz). Stanęła w progu i oniemiała.

Niewielki przedpokój pochłonęła piętrząca się woda, ciężka od resztek jedzenia i odchodów wypływała z łazienki, szczęśliwie omijała, widocznie nieco wyżej położoną, sypialnię Agnieszki, niosąc patyczki do uszu, nici dentystyczne i rozmokłe tampony do ślepej kuchni, do pokoju Iwony i Tomasza. Minęła sekunda, nim senny umysł Agnieszki pojął, że powódź bierze swój początek z zatkanego sedesu, który wypluwa z siebie wodę spłukiwaną w toaletach wyższych pięter, z całym dobrodziejstwem: niedojedzoną żywnością, ekskrementami, środkami higieny.

Przez moment patrzyła na Tomasza, który w milczeniu, w samych bokserkach, zbierał wodę do wiadra i wylewał do wanny. Niegdyś umięśniony brzuch pokrywał teraz tłuszcz wyhodowany w czasie codziennych sesji oglądania telewizji we dwoje, na głowie miał nieład dawno nieścinanych włosów. Gdyby nie był w kaloszach, odmęty sięgałyby mu kostek. Iwony nie było, pewnie Tomasz wysłał ją po pomoc, a może poszła do pracy na poranną zmianę. Nie mając sił, by zadawać pytania, Agnieszka wzuła czekające na nią w drzwiach gumowce, sięgnęła po drugie wiadro i sama wkroczyła do zatopionego przedpokoju.

Kilka tygodni po potopie w M2 wróciła z samotnej wizyty w kinie w sam środek niezapowiedzianej imprezy. Dźwięki prymitywnej muzyki słyszała już dobre dwadzieścia metrów od bloku. Weszła do budynku, by iść dalej brudnym korytarzem, przy wtórze coraz głośniejszego tanecznego beatu i niemiłosiernego wycia.

Popchnęła klamkę, a łomot muzyki uderzył ją w uszy. Przed jej oczami stanęło dwoje otwartych na oścież drzwi: prawych, prowadzących do półmrocznej, pełnej dymu sypialni Agnieszki, w której dwaj młodzi mężczyźni palili papierosy, i lewych, za którymi był jasny pokój Tomasza i Iwony, w tej chwili pełen nieznanych Agnieszce osób. Jedna z nich — trzydziestoletnia blondynka z różowymi pasemkami — wpatrywała się w ekran monitora i trzymała przy rozwrzeszczanych ustach trzonek drewnianej łyżki.

Agnieszka przywitała się ze wszystkimi (Tomasz i Iwona ledwie ją dostrzegli), a następnie, bo co miała zrobić, poszła do sklepu po piwo i przyłączyła do wątpliwej zabawy. Oparta o ustawioną w kącie komodę ze zdumieniem patrzyła, jak Iwona śmieje się wraz z resztą z coraz bardziej prostackich żartów, a potem jak chwyta drewnianą łyżkę, by wyskomleć do niej jak do mikrofonu tekst piosenki Madonny. Z każdą godziną robiło się głośniej, prymitywne dowcipy coraz częściej ustępowały miejsca zupełnie nieartykułowanym wrzaskom, wreszcie któryś z sąsiadów litościwie wezwał policję.

Jeszcze tej samej nocy zrobiła Tomaszowi awanturę. Wykrzyczała, że ma dość takiego traktowania, że ona też tutaj mieszka, że nie jest w stanie dłużej znosić jego władczych zachowań. Po krótkiej kłótni trzasnęła drzwiami do swojego pokoju i z dziwną ulgą poszła spać.

+

Barmanka, która ma przyjść na wieczorną zmianę, spóźnia się kilka minut. Nie czekając na nią, Agnieszka nalewa sobie pierwsze piwo. Patrząc w spienioną zawartość szklanki, ma wizję, że płynie z nurtem rzeki, głęboko pod powierzchnią zielonkawej wody. Otoczona przez wodorosty powoli gubi ubrania, na jej skórze – jedna po drugiej – wykwitają błyszczące łuski, a woda, całkiem bezboleśnie, wlewa się do płuc.

Gdy jej zmienniczka wreszcie wpada do knajpy z przepraszającym uśmiechem, z naręczem zakupów w papierowych torbach, Agnieszka wychodzi zza baru i daje się zaprosić do stolika dalekim znajomym.

Słucha opowieści Ali, przeplatanej wtrąceniami jej narzeczonego, Marka, na temat przygotowań do ślubu, który mają świętować na jednej z barek na Wiśle, i planowanej podróży poślubnej na Bałkany. Pije piwo za piwem, żartuje, opowiada anegdoty o bywalcach knajpy, coraz rzadziej zerka na telefon, by w końcu całkiem się poddać. Alkohol wreszcie rozluźnia zbite w kiść trzewia, spowalnia nieco serce, niemal pozwala zapomnieć o żółtym laboratorium, koszmarnych zakątkach Poznania, ścianie cienkiej jak papier, smaku taniego wina, powodzi topiącej mieszkanie, równoległych kreskach proszku, niespodziewanej śmierci na przejściu dla pieszych.

+

Ceglastoczerwony płomień oznaczał wapń. Agnieszka zdjęła drucianą ezę znad palnika i zapisała wynik w protokole. Zawieszone pod sufitem lampy rzucały żółty, niezdrowy blask na laboratoryjne blaty, fartuchy, twarze, papiery. Na każdym ze stołów płonął rząd palników, barwiąc ognistymi refleksami gąszcz laboratoryjnego szkła: kolb, biuret, probówek.

Wzrok Agnieszki mimowolnie ciążył ku drugiemu końcu sali, ku drobnej postaci w białym fartuchu, pochylonej nad błękitnym płomieniem. Niedawno ścięte czarne włosy Iwony sięgały teraz ledwie za ucho, spod kitla wystawał kołnierz eleganckiej fioletowej bluzki. Jakby czując na sobie obcy wzrok, odwróciła się, by spojrzeć na Agnieszkę dużymi, zielonymi oczami — bez cienia dawnej życzliwości.

Od czasu awantury Agnieszka ani razu nie widziała się z Tomaszem. Głównie dlatego, że jak ognia unikała pobytu w mieszkaniu, a gdy już tam była, Tomasz i Iwona bunkrowali się w pokoju. Całe szczęście był maj, tak pogodny jak teraz, siedziała więc godzinami na nadwarciańskich łąkach, wypalając sobie płuca od kolejnych papierosów.

Iwonę widywała głównie na zajęciach. Zdawała się ona żywić do Agnieszki urazę, pewnie o to, że teraz sama musiała znosić napady wściekłości Tomasza. Być może to właśnie chłodne spojrzenie Iwony sprawiło, że Agnieszka zapragnęła nagle, nie czekając do sesji, rzucić studia, zawieźć swój skromny dobytek do Kingi, wsiąść w najbliższy pociąg do Krakowa, tam wynająć byle jaki pokój, znaleźć pierwszą lepszą pracę. Gdy po skończonych zajęciach zapalała papierosa u stóp ponuro żółtego budynku, była już swojej decyzji niemal pewna.

+

Jest noc, Agnieszka przecina po przekątnej pustą ulicę Dietla. Idzie chwiejnie, zbaczając to w kierunku jezdni, to znowu w stronę trawnika, w jej głowie przyjemnie szumi od alkoholu. Ma absurdalne wrażenie, że Kinga i Grzegorz, jej prywatni święci, czuwają z odległych krajów nad każdym jej krokiem.

Dochodzi do mostu, patrzy po skąpanej w bladej poświacie Wiśle; balonie, który przycupnął tuż przy drugim brzegu; hotelu Forum w tle, jak zwykle przykrytym gigantycznym banerem. Pijany mężczyzna sika przez barierkę do rzeki, na rondzie słychać niemrawe samochody, w powietrzu wisi rzeczny zapach.

Kwadrans później Agnieszka jest już w swoim mieszkaniu na Dębnikach. Zapala światło, rzuca klucze na półkę w liliowym przedpokoju, zdejmuje buty i idzie do cichej sypialni. Jakby z zaciekawieniem patrzy na odbicie drobnej postaci w ciemnym oknie i wyjmuje z włosów spinki, pozwalając, by miękko opadły na ramiona i plecy. Nie ma siły wdrapywać się na antresolę, zwija więc w kłębek na ustawionej w kącie sofie, gdzie powoli, bez pamięci zatapia się w sen. Światło niech się pali.

+ + +

Piec kremacyjny otwiera usta, odsłaniając pełne płomieni wnętrze. Żałobnicy obserwują, jak ciało Iwony, w drewnianym opakowaniu, powoli sunie ku światłu. Gdy trumna jest w środku, języki ognia z pewną nieśmiałością zaczynają lizać dębową powierzchnię. Włosy się topią, ubrania spopielają.

Piekielny żar rozbija na fragmenty skomplikowane organiczne struktury. Białka, węglowodany, kwasy nukleinowe, tłuszcze — wszystko o Iwonie — przemieniają się w wodę i węgiel.

Popiół zostaje posłusznie w czeluściach pieca, lecz wodne molekuły idą wyżej. W postaci pary uchodzą przez wysoki komin. Omijając filtry, mieszają się z powietrzem. Wkraczają w nadpoznańskie niebo. Chwilę wiszą nad zalanym słońcem Starym Miastem, by dać się zapędzić powietrznym prądom nad Wartę, przez moment podążać zgodnie z jej biegiem, przemknąć nad bezwstydnie zieloną Cytadelą, wejść nad krajobraz winogradzkich bloków. Pozostać na sekundę nad osiedlem Pod Lipami. Wzbić się wyżej, zebrać w chmury, pozwolić się zanieść wiatrom nad rozległość pól i lasów, nad drogi krajowe i jeziora, nad kominy fabryk i galerie handlowe kolejnych miast, wreszcie dotrzeć nad Kraków i spaść niespodziewanym deszczem na Dębniki, Podgórze, Kazimierz, na wracającą z pracy, wpatrzoną w nagle chmurne niebo Agnieszkę.


Łukasz Drobnik (ur. 1982) – autor minipowieści Nocturine i Cunninghamella wydanych w jednym tomie w (Forma, 2011) oraz krótszych form, które ukazały się lub niedługo ukażą m.in. w "Lampie", "Ricie Baum", "Dwutygodniku", "Dodatku Literackim", "Wyspie", "Fabulariach", "Helikopterze", kwartalniku "Inter–". Angielska wersja Nocturine” zostanie wydana w 2019 r. nakładem amerykańskiego wydawnictwa Fathom Books.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

ANDRZEJ CORYELL

AGNIESZKA KUNA

JAN KANTY ZIENKO