komprszachisci1

Proza

MACIEJ BEDNARSKI

Numer 3/2018
Gra
Ilustracja: Natalia Przybysz

Niezliczone godziny Eberharda Schlicka

 

Gdzieś w drugiej połowie minionego stulecia żył w jednej z europejskich metropolii pewien mężczyzna, Eberhard Schlick. W tym okresie jego życia, który szczególnie może czytelnika zainteresować, dobiegał już sześćdziesiątki, ale był z pewnością zażywnym i dobrze zadbanym człowiekiem, nie tkniętym jeszcze przez zakusy starości, pozostającym w pełni sił umysłowych i na przyzwoitym poziomie sił witalnych. Skrupulatny obserwator odkryłby gros cech Eberharda Schlicka, które warte byłyby opisania, niemniej jednak pozwolimy sobie zwrócić uwagę na tylko jeden fakt z jego życia. Był on mianowicie arcymistrzem szachowym i fakt ten, jak sam często potem powtarzał, stanowił o jego naturze. Pomimo wieku, a także minionej już, zwłaszcza według młodych, prężnych graczy świetności, wciąż aktywnie uczestniczył w świecie turniejowym oraz szachowym w ogóle. Młodzi i prężni pochłonięci byli zupełnie walką, trwającą lub oczekiwaną dopiero, ale Eberhard dobrze ich rozumiał. Od czasu do czasu zgadzał się na jakiś pokazowy, ale oczywiście przyjacielski pojedynek z którymś ze swych dawnych, zaciekłych wrogów lub młodych wilków, pragnących dla dobra sportu i rozwoju duchowego pokazać, kto teraz wiedzie prym. Przesiadywał często w starym klubie szachowym, do którego stałych bywalców należało kilku mu podobnych, zasłużonych dla szachownicy. Prócz nich niemal zawsze było tam paru średnioletnich inżynierów, którzy przed powrotem do miru domowego walczyli jeszcze o chwilę spokojnego skupienia, jeden czy dwóch gapiów w rotującym składzie oraz od trzech do pięciu nie zawsze zadowolonych chłopców, przyprowadzonych przez rodziców lub opiekunki na lekcję gry godnej i mądrej. Kluczowe jest, choć mogło nie być wtedy dla Eberharda Schlicka, że pokonywana przez niego w ciągu dnia trasa pozostawała w dużym stopniu niezmienna, z bardzo sporadycznymi odchyleniami wywołanymi proszoną kawą lub ważnym odczytem.

W tym samym czasie, jak to się bardzo często zdarza, żył także inny mężczyzna i pewien niepowtarzalny układ wydarzeń z przeszłości sprawił, że ta sama metropolia stanowiła również jego dom. Mężczyzna ten nazywał się Gregor Ganz i nie był ani arcymistrzem szachowym, ani mistrzem, ani w ogóle nie miał przez większość swojego życia do czynienia z szachami. Można by powiedzieć, że jego życie należało do prawdziwie spokojnych. To znaczy, że niezliczone godziny Eberharda Schlicka spędzone w boju i znoju nad bierkami padającymi w agonii wydałyby się mu ekscesem, którym obdarować dałoby się kilku poczciwych ludzi. Gdyby zapytać Gregora Ganza, nie wskazałby on w tej zwyczajności niczego nieodpowiedniego a wręcz przeciwnie, uznałby ją za rzecz cenną. Jak przystało na poczciwego mieszkańca metropolii miał pracę, rodzinę, dom i akurat tyle wolnego, by od czasu do czasu, ale nie częściej niż raz na dwa tygodnie, odwiedzić bar, posłuchać otwartego koncertu w parku lub przespacerować się wzdłuż jednej z oświetlonych promenad nad rzeką. Miał wyważone zdanie na temat wielu rzeczy, którym nie czuł potrzeby dzielić się z innymi ludźmi, jeżeli nie zmuszała go do tego sytuacja. Ci, z którymi zdarzało mu się spotykać, łatwo wyrabiali sobie obraz zrównoważonego człowieka o bardzo zdrowym poczuciu tego, co odpowiednie. Rolę głowy rodziny pełnił, jak się można domyślić, równie statecznie, stroniąc zarówno od dyktatury, jak i obojętności. „Życie to nie gra”, potrafił czasami powiedzieć, nie po to jednak, by objawić komuś swój wgląd w rzeczywistość i mocą argumentu przekonać doń swego słuchacza, a dlatego tylko, że naprawdę w to wierzył.

Pewnego razu traf chciał, że Eberhard Schlick i Gregor Ganz znaleźli się w tym samym czasie i miejscu. Aby jednak czytelnikowi nie sugerować, że do spotkania tego doszło z powodu interwencji sił wyższych lub jakiejś abstrakcji pisanej wielką literą jak Los czy Opatrzność, należy się kilka słów wyjaśnienia. Otóż pewnego ciepłego sobotniego popołudnia Gregor Ganz kierował swój krok do jednego z tych małych, kameralnych barów, którze mieszczą się przy wąskich uliczkach. Jednego z tych, do których niełatwo było trafić, jeżeli nie znało się dobrze okolicznych zaułków, bram i furtek, ale z którego wcale nie chciało się wyjść, skoro tylko znalazło się już w środku. Towarzysze czekali na niego od jakiegoś czasu, toteż kiedy wkroczył do baru, perorowali zaciekle nad pustymi już prawie szklankami piwa. Być może piłby już z nimi, być może kłóciliby się o coś innego, gdyby nie fakt (zawsze jest jakiś fakt), że tego dnia po obiedzie Gregor Ganz pozwolił sobie na drzemkę. Przedmiot sporu nie był błahy, gdyż poszło o przymioty ducha. Dwóch członków grupy nie mogło dojść do porozumienia w kwestii tego, który z nich powinien kierować dalszymi poczynaniami grupy tego popołudnia – jeden zaciekle argumentował za pozostaniem w barze, drugi zaś nie widział w tym sensu, gdyż nad rzeką odbywał się festyn. Ktoś, kto potrafił dodać dwa do dwóch, połączyć małe ze średnim, a średnie z dużym, stwierdził, że to ani chybi spór o tytuł naczelnego stratega. Teraz czytelnik może z pewnością dostrzec jak blisko było już od tej deklaracji do następnej, która wśród opróżnionych szklanek i dymu z niedogaszonych papierosów skierowała grupę dojrzałych, podchmielonych mężczyzn do pobliskiego klubu szachowego, by rozsądzić ważką kwestię.

Gdy z niemałym hałasem wtłoczyli się do klubu Eberhard Schlick kończył właśnie lekcję z przedostatnim ze swoich uczniów tamtego popołudnia. Był całkiem zadowolony, gdyż trafił mu się chłopiec pojętny, który nie stronił od zadań jak inni. Byli bowiem i tacy, porywiści, bez szachowego temperamentu, którzy gnali bierkami byle dalej do przodu, łapali się na najprostszych ofiarach, bili na oślep. Ten jednak potrafił zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad kolejnym ruchem, a Eberhard widział w tym cudowne efekty rozwiązywania żmudnych zadań szachowych. Niewielu potrafiło docenić wagę przygotowań do gry, fascynując się tylko efektownymi matami. Spokój Eberharda zmąciło przybycie Ganza i jego kolegów, ale arcymistrza nie można było ot tak wyprowadzić z równowagi, toteż zaprosił do stolika w rogu sali ostatniego ucznia. Podchmieleni sobotni szachiści stłoczyli się wokół stolika po przeciwnej stronie sali a dwóch strategów siedzących już nad szachownicą z pełnią powagi rozstawiało bierki. Po chwili przygotowań pretendenci spojrzeli na siebie, uścisnęli dłonie i rozpoczęła się walka. Pomimo skupienia, które wyraźnie udzieliło się również śledzącym bój kolegom, szemrzenie i rozlegające się od czasu do czasu podniesione głosy zaskoczenia, śmiechu lub zachęty docierały do niezrażonego Eberharda, który kontynuował proces dydaktyczny. Po którymś jednak „ha, aleś go zbił, aleś to zagrał” komentującym ruch godny co najwyżej ligi podwórkowej nawet arcymistrz mógł stracić cierpliwość. Istotnie, Eberhard Schlick właśnie w tamtym momencie poczuł w sobie coś, z czym nie miał styczności już od bardzo dawna. Schlick w swoim skupionym i zaplanowanym świecie arcymistrza długo już nie doświadczył irytacji. Dlatego też, jak być może zgodzi się czytelnik, postąpił w sposób nie do końca schlickiański i postanowił, całkiem jakby ożył w starym wilku duch po drodze zatracony, pokazać hałaśnikom trochę prawdziwych szachów. Można ponownie zadać sobie pytanie, czy traf tak chciał, czy tak się ułożyło, że właśnie tego dnia Eberhard był odrobinę bardziej zmęczony niż zwykle o tej porze w soboty. Jeden z sąsiadów w kamienicy przeprowadzał remont i chociaż w sposób pełen uprzejmości oraz dobrego tonu zapowiadał, uprzedzał i z góry przepraszał, nie mógł uchronić innych od hałasu prac. Arcymistrz zaś w pełni rozumiał, dziękował i nie miał za złe, tak bowiem czynią ludzie cywilizowani. Jednakże arie stukotu, chrobotania i wiercenia pozostawiły w nim chwilową zadrę, która powlekła się za niczego nieświadomym Schlickiem do klubu szachowego. Być może to nie wystarczyło i wydarzyło się coś jeszcze? Nie zawsze jesteśmy jednak w stanie rozpoznać wszystkie czynniki pierwsze interesującej nas konfiguracji.

Schlick zatrzymał się w trakcie tłumaczenia dość interesującego wariantu obrony sycylijskiej, podniósł się w pełni swojej godności i poprosił ucznia, by podążył za nim w stronę stolika, przy którym egzercytowała swoje podwórkowe zagrywki hałastra chmielnych szachistów. Po drodze wytłumaczył mu, że tym razem, wyjątkowo, pokaże mu wartość praktyczną szachów. Było to zachowanie, które zdziwiłoby ludzi znających Eberharda Schlicka, gdyż nigdy nie chełpił się swoją doskonałością, a raczej niewzruszenie doświadczał w pełni świadomego talentu. Zatrzymali się przy kręgu obserwujących starcie i przez chwilę również przyglądali się ruchom na szachownicy. Uczeń odwracał co chwilę głowę w stronę swojego nauczyciela, szukając w jego twarzy zgody lub odmowy na każde kolejne posunięcie. Dostrzegł w niej coś, czego do tej pory na szczęście nie udało mu się wywołać – niezadowolenie. Widząc, że tęgość walczących umysłów się wyczerpuje i pojedynek za chwilę znajdzie swój koniec w banalnym biciu, które miał odsłonić kolejny ruch, Eberhard znacząco odchrząknął. Wszyscy znajdujący się przy stoliku odwrócili głowy w jego stronę i na różne sposoby próbowali okazać zdziwienie, a nawet brak aprobaty dla przeszkadzania w poważnej grze. Upewniwszy się, że udało mu się uzyskać uwagę całego zgromadzenia, Schlick przedstawił się kłaniając lekko i powiedział, że chciałby zmierzyć się z którymś z szanownych panów. Zwrócili jego uwagę swoim zapalczywym upodobaniem do szachów, które wyrażali podczas kończącego się właśnie starcia i pomyślał, że być może któryś z nich miałby ochotę zagrać z arcymistrzem. To mówiąc skierował na chwilę wzrok w kierunku przeszklonej gabloty pod ścianą, w której, jak potwierdził po chwili jeden z kolegów Gregora Ganza, znajdowały się jego liczne puchary i medale. W tym czasie znużeni już walką pretendenci do tytułu naczelnego stratega zdążyli zawrzeć porozumienie, w myśl którego tytuł ten okazał się być mimo wszystko nieistotny wobec innych ważnych kwestii, takich jak kontynuacja podchmielania. Wszyscy spojrzeli więc po sobie i po chwili zastanowienia zgodnie stwierdzili, że zagrać powinien ich najrozważniejszy i najodpowiedniejszy kolega, Gregor Ganz.

Wybrany został stolik na samym środku sali, jakby z myślą o zdecydowanie większej widowni, choć tego późnego popołudnia obecni byli już w klubie tylko wcześniej wymienieni. Niektórych mógłby zastanawiać brak wzmianki o wahaniach Ganza, który był przecież rozważną osobą i prawdopodobnie długo analizowałby wszystkie za i przeciw danej sytuacji, a zwłaszcza tak niespodziewanej i wymagającej. Co prawda znał on zasady gry w szachy, jak każdy cywilizowany człowiek odebrał swoją edukację w tym zakresie, ale nie grał praktycznie w ogóle. Jednakże w chwili gdy wszyscy koledzy wypowiedzieli niemalże unisono jego imię, zrozumiał, że nie mógłby nie zagrać. Byłoby nieodpowiednie, nie na miejscu czy wręcz nie w porządku, gdyby miał odmówić czując coś, co można by nazwać kolektywnym zawierzeniem. Musiało mu więc to zastąpić jego własny brak wiary. Świadom tego, poczciwy i rozważny Gregor Ganz zgodził się zmierzyć z arcymistrzem szachowym Eberhardem Schlickiem, o którego istnieniu jeszcze do niedawna nie wiedział. Schlick z pewnością siebie nieprzejawianą na co dzień zmierzył wzrokiem wybrańca ludu i bez mrugnięcia okiem wyciągnął do niego rękę. Pomyślał, że za sprawą tej aklamacji jedno jego zwycięstwo stawało się czymś więcej niż tylko wygraną z człowiekiem, o którego istnieniu jeszcze do niedawna nie wiedział. Uścisnęli sobie dłonie i usiedli do stolika. Spokojnemu aż do przesady rozstawianiu bierek towarzyszyła tylko delikatnie wymuszona wymiana zdań, która wymijając kolejne błahostki dotarła do pytania Eberharda o prawą i lewą rękę. Gregor wybrał prawą. Trafił białe. Zaczęło się. Agresywne otwarcie Schlicka spotkało się z bardzo zachowawczą odpowiedzią Ganza. Wymiana bierek rozpoczęła się po krótkiej chwili i trwała krócej, niżby się Eberhard spodziewał. To znaczy, nie chcąc wprowadzić czytelnika w błąd, że zamiast szybkiego końca i banalnego mata, ofensywa Schlicka, nosząca wszelkie znamiona talentu i wyprowadzona wręcz błyskotliwie, została zahamowana. Spojrzał w oczy przeciwnikowi, ale nie dostrzegł w nich ani triumfu, ani żadnego sygnału sugerującego, że coś przeoczył. Widział po prostu człowieka, który grał z nim w szachy i nie ukrywał tego, że go to przejmuje. Gregor nie widział zaś zbyt wiele poza planszą i z każdym ruchem czuł coraz silniejsze napięcie, czekając na przeciwnika i licząc się z tym oczywistym faktem, że to nie jego ruch zakończy partię. Wymiana została wznowiona, towarzyszyły jej zaś jedynie ciche szepty stoczonych wokół obserwatorów. W pewnym momencie, którego nikt się nie spodziewał i który został prawie przeoczony, gdyż nie towarzyszył mu żaden znak, żadna jasność, Eberhard cofnął rękę znad bierki, którą miał właśnie pozbyć się szacha, i powiedział lekko zdziwiony, jakby do siebie: „zdaje się, że dał mi pan mata”. Zapadła cisza. Minęła chwila, zanim przerwał ją głos Ganza, równie zdziwiony: „czy jest pan pewien?”. Niemal minuta upłynęła na z początku skupionym, a potem coraz bardziej gorączkowym studiowaniu przez obu graczy konfiguracji bierek, do której doprowadzili. Wszyscy widzowie wpatrywali się w szachownicę nieco osłupieni, ale nic nie wskazywało na pomyłkę. Gregor Ganz wygrał z Eberhardem Schlickiem. Mimo tego, że chmielni koledzy zaczęli go poklepywać, krzyczeć i bić brawo, Ganz miał wyraz twarzy równie zmieszany co Schlick. W stanie podobnego zmieszania obaj opuścili klub szachowy i chociaż zmierzali w zupełnie różnych kierunkach, towarzyszyło im bliźniacze, narastające w nich powoli zmieszanie tym, co się wydarzyło – ani jeden, ani drugi nie dał jednak tego po sobie poznać, a w niedzielę zdawałoby się, że już zupełnie o tym zapomnieli.

Kolejne dni upłynęły pod znakiem tego samego, spokojnego tempa, które było udziałem zarówno Eberharda Schlicka jak i Gregora Ganza. Nie zmieniły się ich nawyki ani trasy, powiedzenia ani preferencje, formy spędzania czasu ani też nic innego, co widoczne byłoby gołym okiem dla ludzi z którymi się spotykali. Zdecydowanie bardziej wnikliwy obserwator, o jakiego niełatwo w dzisiejszych czasach, zauważyłby jednak coś, co można by określić mianem mikrodewiacji. Odstępstwa od normy tak niewielkie, że nawet dla samego zainteresowanego pozostawały one zupełnie transparentne. Przygaszony wzrok siedzącego samotnie Schlicka, który przy rozmaitych okazjach zawieszał się na krótką chwilę, dręczony nieistotnymi myślami stanowił coś równie niezauważalnego i niezrozumiałego, jak atakujące znienacka i wycofujące się równie nagle poczucie Ganza, że coś bardzo nieokreślonego nie pasuje, choć oczywiście nie wiedział do czego pasować by miało. Eberhard dalej podążał swoją codzienną trasą, a Ganz wciąż pozostawał tym samym rozważnym, poczciwym człowiekiem. W którymś jednak momencie, znacznie wcześniej niż można by przypuszczać, ale jednak trochę później niż chcieliby niecierpliwi, mikrodewiacja Gregora Ganza, ta drobna zmiana w jego bardzo porządnej konfiguracji zaczęła się powoli rozrastać. Można by pewnie powiedzieć, że zaczęła dochodzić do głosu czy też, że Gregor Ganz coraz lepiej zdawał sobie sprawę z tego, z czym wiązało się wcześniej niezidentyfikowane poczucie niedopasowania. Wiedza ta jednak przygnębiała go tylko i czuł jak krok po kroku coraz silniejszy zgrzyt w ułożonym dotychczas obrazie świat utrudnia mu wszystko to, co sobie cenił najbardziej. Gregor Ganz postanowił działać. W dzień po podjęciu decyzji udał się więc popołudniu do klubu szachowego, by odnaleźć arcymistrza Eberharda Schlicka. Niestety tak się akurat złożyło, że tego dnia zdążył on już wyjść z klubu, ponieważ ostatnimi czasy udzielał mniej lekcji i nie przesiadywał już z innymi nad szachownicą tak długo jak niegdyś.

W ten sposób rozpoczął się dość dziwny okres w życiu Gregora Ganza. Następnego dnia udał się ponownie do klubu, jeszcze wcześniej niż poprzedniego dnia, ale znów nie udało mu się zastać Schlicka. Stały bywalec, któryś z zasłużonych dla szachownicy, powiedział mu, że Eberhard owszem był, ale rano. Wspomnieli arcymistrzowi, że szukał go pewien mężczyzna, który mówił, że grał z nim niedawno i że przyjdzie dzisiaj jeszcze raz. On zaś zachował się odrobinę dziwnie zdaniem zasłużonego, ponieważ wcale nie wyraził ochoty na to spotkanie i najpewniej przyjemną grę, ale spojrzał się tylko z ukosa, podziękował za informację i wyszedł z klubu dość prędkim krokiem. „Myślałby kto – zaśmiał się stały bywalec – że odechciało mu się grać na stare lata”. Ganz był wyraźnie niepocieszony takim obrotem sytuacji, ponieważ jednak czuł coraz cięższe brzemię na swoich barkach, postanowił nie poddawać się i regularnie zjawiał się w klubie szachowym popołudniami, a jeśli tylko mógł i nie kolidowało to z obowiązkami wobec pracy czy rodziny, spędzał tam cały dzień. Niestety wciąż rozmijał się z arcymistrzem i zaczęło kiełkować w nim, całkiem do niego niepodobnie, podejrzenie, że Eberhard Schlick unika go celowo. W jakiś sposób zawsze wiedział, kiedy ma wyjść, właśnie tak, żeby się nawet w drzwiach z nim nie minąć. Raz jeden udało mu się spotkać Schlicka w klubie, zanim jednak zdążył po przywitaniu, sztucznym i wyraźnie niechcianym, powiedzieć, o co mu chodzi, arcymistrz najmocniej przeprosił go i wyznał, że bardzo się spieszy. Ganz nie potrafił sobie wyobrazić, gdzie właściwie ten starszy mężczyzna spieszył się wczesnym popołudniem w niedzielę, ale byłoby całkiem nieodpowiednie, gdyby próbował wnikać w sprawę drugiej osoby. W końcu jednak wewnętrzny zgrzyt, którego wcale nie pielęgnował i nie chciał, ale który znosić musiał, doprowadził go do momentu, w którym zaczął aktywnie wypytywać ludzi z klubu szachowego o to, czy wiedzą kiedy pojawi się Schlick, czy są z nim umówieni, czy uświetni najbliższy turniej. Oni zaś starali się odpowiadać zgodnie z prawdą, ponieważ dla wszystkich była to pocieszna historia o tym, jak roztargniony arcymistrz i najwyraźniej gapowaty podopieczny ciągle się ze sobą mijają.

Gregorowi Ganzowi udało się znaleźć Eberharda Schlicka na jednym z turniejów, które tylko w tym celu odwiedził. Schlick, dostrzegłszy go, spiął się momentalnie i widać było w jego oczach, że przybycie Ganza wyraźnie go spłoszyło . Był jednak arcymistrzem i występował w tamtej chwili w warunkach dla siebie najbardziej naturalnych, dlatego też zdołał zebrać się w sobie i w sposób graniczący z obcesowością zapytać, o co Ganzowi chodzi i dlaczego go śledzi, a być może nawet prześladuje i czy nie mógłby go zostawić w spokoju. Ganz odparł, że chciałby tylko jeszcze raz rozegrać z nim partię szachów, na co Schlick zareagował zupełnie po nieschlickiańsku – emocjonalnie. Wzburzył się, zaczął machać rękami i trzęsącym głosem powiedział mu, że nie ma zamiaru grać z nim w szachy, po czym odszedł szybkim krokiem i najpewniej opuścił budynek, w którym odbywał się turniej, gdyż Ganz już później go nie znalazł. Tak irracjonalna reakcja zafrapowała Gregora, ale jego wewnętrzna walka z dysonansem stawała się coraz bardziej nieznośna i wiedział, że musi próbować dalej. Chciał już za wszelką cenę pozbyć się tego brzemienia, które mąciło jego wypracowany spokój i wyważony tok myśli, z którego był zawsze bardzo zadowolony. Dłużej tak nie mógł. Posunął się więc do tego, by pewnej soboty miast wchodzić do klubu szachowego, do którego się na ten dzień nie zapowiedział, a w którym zresztą stał się już postacią całkiem rozpoznawalną, zaczaił się w jego pobliżu na Schlicka. Plan polegać miał na podążeniu za nim do jego domu tak, aby zdobyć jego adres i napisać list, w którym by wszystko był w stanie wyjaśnić i być może nakłonić go do jeszcze jednej partii. O ile jednak udało mu się dotrzeć za arcymistrzem do miejsca, w którym ten mieszkał, zapamiętać adres i nie zwrócić na siebie uwagi podejrzliwego ostatnimi czasy Eberharda, o tyle list nie okazał się rozwiązaniem. Ganz poświęcił kilka kolejnych popołudni, by z typową dla siebie rozwagą uporządkować gęstniejący bałagan myśli, zanim usiadł do pisania. Zdążył nawet osiągnąć pewien wgląd co do natury swojego postępowania w ciągu ostatnich tygodni i choć niełatwo bylo mu się pogodzić z faktem, że opuścił swój charakter, z którego był przecież zadowolony, to przyznał się również do tego na którejś z kilku stron swojego listu. Nie przyszło mu jednak do głowy, co nie powinno nas dziwić, bo przecież nie jest to coś, czego byśmy nie oczekiwali, że Eberhard Schlick, otrzymawszy ten list, po pewnym czasie podarł go na strzępki swoimi drżącymi rękami nie zaglądając nawet do środka.

Dla Gregora Ganza, po tygodniu spędzonym na próżnym czekaniu, stało się oczywistością, że nie otrzyma żadnej odpowiedzi na swoją wiadomość. Wtedy właśnie w jego głowie pojawił się pomysł, który jeszcze jakiś czas temu odrzuciłby bez wahania i który wciąż zdawał mu się najprzykrzejszą ostatecznością. Był jednak zdezorientowany, gdyż zdarzenia ostatnich tygodni rozbiły jego uporządkowane życie, i zdesperowany, by odzyskać swój dawny spokój. Pewnego popołudnia wszedł na strych w swoim domu i otworzył kluczem skrzynię, w której zwykł przechowywać rupiecie oraz rzeczy, do których nie powinno się mieć na co dzień dostępu. Spośród bambetli nagromadzonych przez trzy pokolenia wyciągnął zawinięty w szmatę ciężki przedmiot o niepozostawiającym wątpliwości kształcie. Nie odwijając szmaty schował go do przepastnej kieszeni swojego płaszcza, zamknął skrzynię i zszedł ze strychu. Następnie wyszedł z domu i zdecydowanym krokiem skierował się w stronę domu Eberharda Schlicka. Wiedział dobrze, że go tam zastanie, gdyż, jak mógł się już o tym przekonać czytelnik, miał dostatecznie dużo czasu, by przeanalizować i poznać jak własną kieszeń niezbyt skomplikowaną rutynę arcymistrza. Kiedy dotarł do drzwi i zapukał trzy razy, musiał chwilę odczekać zanim usłyszał powolne kroki i ruch zasuwy wizjera po drugiej stronie. Klamka opadła w dół i ku zdziwieniu Ganza, ze środka lekko wychylił się Schlick.

Proszę mnie zostawić w spokoju i odejść — powiedział zmęczonym głosem Schlick.

Proszę zagrać ze mną jeszcze jedną partię — powiedział stanowczo Ganz — tylko o tyle mi chodzi.

Nie chcę z panem grać. — Eberhard nie mógł się nawet sfrustrować porządnie i widać było po nim, że uleciała gdzieś z niego cała witalność zażywnego, starszego mężczyzny. — Dlaczego mnie pan tak męczy, co ja panu zrobiłem?

Wtedy Ganz wyciągnął z płaszcza szmatę, z której wystawała lufa rewolweru.

Jest mi naprawdę bardzo przykro, że musiało do tego dojść — zaczął Gregor — ale trzeba rozegrać tę partię.

Wzrok Eberharda powoli osunął się na pistolet. Jeżeli jego twarzy nie ogarnęło wtedy przerażenie nieporównywalne z trwającym do tego momentu niepokojem, to tylko ze względu na paskudne zmęczenie materiału. Owe przyzwoite siły witalne, o których wspomnieliśmy wcześniej, jakby zrażone do szachów, opuściły go definitywnie. Pełny zrezygnowania, anemicznym ruchem otworzył drzwi na oścież i nieznacznym ruchem ręki zaprosił Ganza do środka. Zaprowadził go do niewielkiego salonu na parterze, bez wątpienia wyglądającym tak samo od kilku dekad lub nawet pokoleń, gdzie na biedermeierowym stoliku stała szachownica z już rozstawionymi, ślicznymi bierkami z kości słoniowej i hebanu. Gdy tylko usiedli na przysuniętych fotelach, Ganz odłożył rewolwer na stolik obok szachownicy. Idąc za arcymistrzem nabrał pewności, że ten nie miałby siły i odwagi wziąć rewolweru, nawet jeżeli spróbowałby wcisnąć mu go w dłoń. Schlick wylosował czarną bierkę, wyglądał na kompletnie zrezygnowanego; zaczęli grać. Wszystko szło jednak inaczej niż sobie to wyobrażał. Z łatwością odpowiedział na niezdarne otwarcie Ganza, opanował środek szachownicy kilkoma błyskotliwymi przejęciami nie dając przeciwnikowi miejsca ani chwili na reorganizację strategii. Z każdym kolejnym ruchem odzyskiwał wigor, twarz jego zdążyła powrócić do dawnego, pełnego spokojnej godności wyrazu, jeszcze zanim wypowiedział po raz pierwszy: „szach”. Nie musiał jednak wypowiadać tego słowa po raz kolejny. To jedno śmiałe zagrożenie, któremu nie poświęcił zbyt wiele namysłu, w chwilę później zrównało się z matem. Schlick zamrugał oczami i po raz pierwszy od tak dawna spojrzał na szachownicę przenikliwym wzrokiem arcymistrza. Po prostu to zobaczył. Zamrugał ponownie, ale tym razem z delikatnym zdziwieniem, za którym czaiło się zadowolenie.

Dziękuję panu — powiedział Ganz wstając lekkim ruchem od stołu i podając Schlickowi rękę. Ten zaś wciąż skonfundowany uścisnął ją i szybko puścił. Uważny obserwator dostrzegłby u obu graczy momentalny spadek napięcia: jak wygładzają się rysy ich twarzy a oddech zwalnia do nieszkodliwego moderato.

Wygrałem — powiedział Eberhard.

A czy to jest jakiekolwiek zaskoczenie? — odparł Gregor odsuwając fotel.

Wtedy pan ze mną wygrał — powiedział oskarżycielsko Schlick.

Człowiekowi potrafią przydarzyć się nawet najbardziej nieprawdopodobne sytuacje, tak jak tamta wygrana — odparł ze spokojem Ganz — ale życie to nie jest gra i nie może, nie powinno, od jednej gry zależeć. Nawet jeżeli gra jest całym pana życiem. Zwłaszcza jeżeli jest. Teraz zaś, jak mam nadzieję, zarówno moje jak i pańskie życie zostało przywrócone tam, gdzie chcieliśmy.

Gregor Ganz wstał od stołu, ukłonił się i wyszedł zostawiając zamyślonego Eberharda Schlicka na środku salonu. O starym rewolwerze na stoliku najpewniej zapomniał.

Człowiek może czasem otrzymać w udziale taką konfigurację zdarzeń, która nie mając w sobie nic z niezwykłego trafu, którego się wyczekuje lub – wręcz przeciwnie – chciałoby uniknąć, bez jego wiedzy i woli wyznacza dalszą trajektorię o bardziej niezwykłym rysie. Ta zaś może stać się materią opowiadania, jeżeli ktoś będzie stał wystarczająco blisko, by rozróżnić elementy składowe, zachowując jednocześnie dystans wystarczający do tego, by dostrzec krzywą, po której porusza się ów człowiek. Zarówno Eberhard jak i Gregor stali zdecydowanie zbyt blisko, by ujrzeć siebie w ramach owej trajektorii. Dlatego też ani jeden, ani drugi nigdy nie opowiedzieli tej historii nikomu tak, jak właśnie została przedstawiona czytelnikowi.


Maciej Bednarski – student warszawskiego Kolegium MISH. Nigdy nie był na Openerze. Pisze głównie wtedy, kiedy powinien zajmować się innymi sprawami, więc wychodzi jak wychodzi.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

STANISŁAW BUTOWSKI

WALDEMAR BAWOŁEK

WIESŁAW MYŚLIWSKI