Umór

Zwykły zakos, kąt pochylenia jeszcze bardziej wyostrzony o serie wcześniejszych
Ujść odoru z bieżących obór, pod oknem rozkładający się martwy ptak,
Wchłaniany w rozpadlinę kolejnego skurczu dnia. Nigdy z nikim nie byłem do końca.
Rozsznurowany but to zerwany trop. Przewiercany kant. W niczym nie można
Odnaleźć skrawka nieco bardziej szerszego sensu, bez sensu udaje się każdemu
Znaleźć namiastkę ołowianych marzeń o jednoczesnym wychodzeniu poza
Kolczatkę miasta i tkwieniu w dziurze po nóżce cyrkla, jego promieniu samych zbyć.
Zduszony domowy mir. Coraz niklejszy potas czasu. Krótka podziałka na linii
Każdego wierzchołka wchłonęła już jego spód, użyźniając nim spieczoną ziemię
Graniastosłupa tego kraju, podrzynającego ci krtań łopatkami gwałtownych
Wtargnięć w płytkie wnęki obecnego przechodzenia obok siebie, łowionego przez

Witryny czy lustra na zapleczach sklepów, przybytków utylizacji i konkretnego
Rozszczepienia jaźni wszelkiego gestu, rodzaju pojedynczych aktywności
Maskujących próchniejący spad. Każdy początek zawiera nagły skręt w przepastne
Zerwania dalszych dróg, rzecz jest lotnym amuletem, oparciem czy nogą stołu,
Przeskokiem w odmęt ciernistych szram, siarczanych odczynów z odplutych
Chwil, którymi wyściełasz poszycie skrzydła uruchamiającego od nowa
Rumor nakładanych na ciebie sprzęgieł, okopconych szkieł, naszych zbliżeń
Na tle mapy wyrwanych drzew. Rogatki nie mają kierunków, zbrylony kurz
Staje się włosienicą wiosła, którego nikt już nie dotyka, nim nie zapadnie w
Senny miał. Rezerwa hamujących gwiazd stale się poszerza w kubiku krwi
Trzymanym pod siedzeniem lub za drzwiami swoich widnych pakamer. Nie

Roi się więc niczego innego, niż tylko pochody pakuł spodziewanych szans
Na wyzbycie wędzidła wrzynającego się aż po kraniec szczęki, bo nie
Chroni nas nawet obluzowana poręcz przy uszczerbionych schodach, kiedy ruletka
Nieustannie kręci się na oczach wszystkich, aż do zatarcia faktury dna, po
Nieoznaczoność kulki przebijającej blat w jednym, białym punkcie. Niesie mnie
Rynna wchłanianych odgłosów, i mimo rosnącego zmilczenia, z którego raz po
Raz wypełza dawna postać naszych zacumowań, każdy z nich jest odrębnym
Ciosem poniżej morowego pasa, przetrąceniem okostnej nieodróżnialnego strychulca
Pory, gdyż wychodzę poza stratosferę swoich blokad tylko na krótko, lecz i to
Wystarczy, aby się przedrzeć przez zmasowane oddechy kotłujących się u wyjścia,
Zależnych od promocji wszelkiego chłamu, owego krzesiwa piekącej pustki,

Tak jakby nigdy nie byli w stanie żyć bez swego zaduchu, wielorodnego
Przechodzenia od jednego w drugi stan spoczynku na muszce lufy wodzącej za ich
Krzaczastymi cieniami niczym samobieżna wnyka, bez żadnych bowiem określeń
I tak w martwiejącej istocie pobywają, rażeni kolejnymi zrywami flag czy
Pstrokacizną odpustowych balonów. Komu przydasz jeszcze jedno zero, temu i tak
Nie ubędzie ciężkości, będzie schodził równie długo, jak cyklon za najbliższy las,
By niczego ostatecznie nie donieść, za nic nie ponieść dodatkowych sankcji,
Puszczony płazem w tę szparę między progiem i wiekiem, w przyboju drzazg,
Śródmiejskich ech, mogący jedynie względem mnie się schować, widoczny do ostatka
Swych sztywnych zbłąkań. Rusza się kąt. Wycieram ramę okna i brzegi szyby, na
Których zostają dwie pojemne smugi, tarasujące skośny wgląd w nachodzące
Na siebie luki, z których rodzi się jedyna pełnia, ów kaloryczny, ssący pat, jak
Odłażący z wnętrza wymachiwanej w powietrzu łopaty porowaty, zrudziały płat.

 

Tryl

Zapadnie pełne pokancerowanych rzeczy, bezużytecznych totemów z niedawnych
Wiraży po miejscach pozbawionych band, i każda z nich jest teraz kanciastą
Metą wyściełająca ich dna. Zapadamy się więc bezbrzeżnie. Gromadzimy w sobie
Coraz gęstszy pył. Bez rozmachu. Bez zakreskowanej dniami krwi. W rosnącej
Tragifarsie zapętlonego przybywania znikąd swoich lotnych progów, pleniącej
Się przed każdym nowym krokiem, przy kłykciu mierzonego dławieniami
Zaniku, kiedy zewsząd słyszy się sugestie o jednostajności swego trybu,
Ewidentnym braku przejrzystości w komunikacyjnym paśmie. Usta oderwane

Od głosu. Oczodoły w kształcie szyszek. Jesteś w swej pionowej spirali, rurach
Ześlizgujących cię w przenośne, kościste znamiona dotkliwych oznaczeń, pominięć
Na tablicy zagryzmolonej cieniami władczych, ludzkich plwocin i na
Zupełnej równinie naszej obłoczności krótkowidzenia nieustannie przetaczają
Się cysterny pomrocznego poczucia utkwienia w sęku tego zesztywniałego stąpania
Ku powtarzalnym czynnościom, wytrawianym przez pomór najlichszych
Nadziei wobec jakichkolwiek zmian, gdyż przed obrotem w proch chroni wciąż słyszalny
Tryl, przetwarzanie zastanych ujść jednego, zmatowiałego motywu życia wzdłuż
Ostrza rozpruwających dni. Stężałe maski częstych nachodzeń mamroczą
O twardniejącej kleistości, jakby każda kłoda podrzucana pod nogi była tylko

Kłodą, piramidą pustego osadu bieżących zniesień, i z tego lassa nie
Powstawałby mrowiący wir sinego płodu nieprzechodnich już mas powietrznego
Rozrzedzenia każdego szczegółu, obramowania widmami przybierającymi
Sugestywną postać samoczynnie wyłaniającego się końca. Dokonałem obchodu.
Placet drży od pogłębionych wzdłuż karnego bloku surowych rowów, ziejących
Zatęchłym odorem wydobytej, jałowej gliny, kruszącej się w nozdrzach,
Rozdeptywanej przez kładkę buta. Zastój zenitu. Ospała furmanka wczesnego
Popołudnia. Pęknięta bateria w kranie przecieka kilkoma strugami odkręcanej na
Chwilę wody. Twoich rzeczy nie możemy się nijak pozbyć, choć wynoszę

Gromadzone przez ciebie ślady naszych etapów wchodzenia coraz mocniej w tę
Zmarniałą marę ostatniego etapu. Koniec przemian. Gry bez odniesień, reguł
Nie spodziewaj się więc żadnych, choć i tak nic nigdy nie było dozwolone bardziej
Niż miara knebla. Odkamienianie wewnętrznych brzegów garnka czy
Klozetowej muszli to żmudny pospół, szczerzący się wciąż szarym odbłyskiem.
Jesteś z nami w tym ośmiościanie, rozwidlonym powiewie szorstkiego powoju
Straconych do cna lat, przenikając nas niczym ruchome mury nadjedzonym
Przez czerwie skrzydłem, nieustannie wyprzedzające kroki w tej studni bez echa.

 

Tonus

Wszystko, co utracone, nadal uparcie trwa w zwodowanych zamachami
Ramion czasu bruzdach, wyszarpywanych nagle przez jednodniowy zjazd w
Sam dół leju, stanięcie naprzeciw drewnianej skrzynki, w której jest już
Tylko proch. Feromony rozkładu. Rozgrzebana widłami doznań przeszłość,
Skupiona w placu, domu i frontowym wejściu przez ścieżkę zasypaną
Tłuczniem. Rusztowania stojące na balkonie. Wnętrze obniżone tak, że każdy
Z pokoi wydaje się mniejszy. Wydobycie z zapaści, odgrzybione rogi i
Odsuszone podłogi. Czternaście lat niebytu ogniskuje się w wypalającym teraz
Ich skórę gorzkim promieniu, gdyż kolejne odjęcie, cmentarny kondukt,
Stypa na piętrze i powrót pod drzwi, wrzuciły cię z powrotem w tę zastygłą kipiel,

Mrowiącą stany na przemian ległe, kalibrujący nieustannie strach tym, czy kiedyś
Będzie jeszcze jakieś dalej, jak za dolną powałą, gdzie ongiś leżały tory
I jeden wyszczerbiony peron, co zostało zrównane z porastającym je teraz perzem i
Budynkiem stacji podzielonym na dwa osobne mieszkania. Kroki są mniej
Skrzypiące. Zapach mniej gryzący, intensywnie jednorodny. Piwniczna wędzarnia
Zamieniona na narzędziowy składzik. Schody prowadzące do poddasza
Nadal utrzymują ciężar stąpań, więc stajesz się coraz bardziej przezroczystym
Cieniem, kłębem kolczastego drutu w tym obchodzie po bezpowrotnie sprutej
Starej przestrzeni, wystroju, z którego odratowano kilka sprzętów. Postronki
Napięte jak płócienny ekran. Wypatrywanie widma siebie na progu czy
Pod ścianą, wywoływanie dawniejszych postaci na okopconej płytce jaźni,
Żarłoczne wchłanianie szczegółu czy nowego kształtu, zaraz u początku do połowy
Żętego ogrodu, odsłaniającego sąsiedzką zagrodę, aż po jego horyzont, demarkację

Tego okulałego życia ściąganego przez gęste popioły twoje i wasze, najdłuższych
Mieszkańców tego kresu. Doznawajmy w miarę, niknięcia to dzienny przerób,
Kodowany nieustannie nimi porządek, zgrzytliwa kabura pełna wyziębionych
Spłonek. Obwód niszy kurczy się po każdym trąceniu linii, rdzawe opiłki
Zeskrobane z krat w każdym powidoku, skuty z tynku kąt szczerzy się ceglastym
Garbem i zaprawa tego stanu tężeje niczym w żyle lit. Przemiał pogłębia dno.
Pod palcami lepki osad z dotykanej poręczy, jakby nieustannie schylało się po
Nie wiadomo skąd rzucany porowaty odblask nieużywanej od lat motyki, rwane
Bicie dochodzące wprost ze studni wygina ją w betonowy kark. Szorstki

Porost sfałdowanych łęgów przedłuża zaś chwilowe powstawanie nowych szram,
Obroża pulsu w skroniach zwiększa swój docisk, kiedy mimowolnie wytracasz
W sobie każdą prostą, którą mógłbyś zejść w inny poziom wezbrania jak najdalszego
Nasłuchu, roztrącając się metą każdego zostawianego śladu. Oto cierpki przebyt
Rozsadzający swym napięciem spłowiałe tła, kneblujące cię od lat martwymi
Nań rzutami pierwszych doznań rozłąk, opuszczeń nie dłuższych niż wysokopienna,
Mamrocząca nocnymi marami kra. Wydłubana do cna małżowina zwidujących się
Pałub, wdrążonych w przeguby stukopytnych zwarć, puchnie od stałego nacieku.
Środek zera zapełniony butwiejącymi polanami. Wiata daje nam dodatkowy tor.
Liszaj wprasowany w szorstki tynk jak benzynowa plama. Nachodzą ustania.



Maciej Melecki (ur. 1969) – autor tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie ( 2005 ), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995 – 2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Bezgrunt (2019). Laureat Literackiej Nagrody Czterech Kolumn (2010) i Poetyckiej Nagrody Otoczaka `2009 –  przyznawanej za najlepszy tom wierszy w danym roku (2010).  Mieszka w Mikołowie.