Jeszcze dziesięć godzin, myślę. I zaraz potem: to nie jego wina. On nie może odczuć… Jak to powiedziała tamta pani psycholog? Nie powinien mu pan dać odczuć… To nie może się dla niego wiązać, to nie powinno się u niego wiązać… Tracąc tamto, nie powinien równocześnie tracić jeszcze czegoś innego. Czyli raczej nie wysyłać przekazów typu: musisz być teraz dzielny, musisz pomagać tatusiowi, jesteś już duży. Nie obarczać go tym, nie odbierać mu dzieciństwa. Mocno to jest powiedziane, tamta pani psycholog na pewno aż tak mocno nie powiedziała. Nie obarczać go tym brzemieniem, myślę, zaciskając dłoń na sznurku od sanek. Juupii!, krzyczę. Łiiii, krzyczę, szczerząc się jak w reklamie pasty do zębów. Heja, kurwa, ho.

Szybciej, krzyczy, śmiejąc się. Udzieliła mu się ta pastozębowa atmosfera. To dobrze. Zdjęcie sobie zrobię i wyślę tamtej pani psycholog. Patrz, jak, kurwa, nie obarczam. Szybciej, wrzeszczy. No jak szybciej, myślę, pod górkę przecież jest. Przechodzę w jakiś nawet pseudo-trucht. Trzymaj się, krzyczę. Przymykam oczy. To jest pewnie nieroztropne, aby przymykać oczy, gdy się biegnie pod górkę, w lesie, po śniegu, ciągnąc za sobą sanki. Na moment przystaję, łapiąc oddech. Ale super!, krzyczy. Zamykam oczy, teraz najzupełniej roztropnie. Widzę lodówkę, drzwiczki lodówki, słyszę skrzypnięcie, gdy się otwierają. Półeczka na drzwiach lodówki, po lewej stronie. O tam, na dole.

***

Niedziela, mówi do mnie jakiś facet pod górką. Niedziela, co? Aleś odkrył, myślę. Niedziela, powtarza, niedzielę dziś mamy. Spierdalaj, myślę, weź spierdalaj. Sznurek trzymaj!, krzyczę, a potem śledzę wzrokiem, jak pędzi w dół, podskakując na koleinach, które sam przez ostatnią godzinę wyżłobił. Godzina. Jeszcze dziewięć, myślę.

Raz w tygodniu można żonę odciążyć, no nie, odzywa się znów niedzielnik. Właśnie, odpowiadam. Ja to do dzieci średnio, no co tu kryć, kontynuuje. Z takim większym no to jeszcze… A dużo ich macie? Bo my trójkę. No to wziąłem najstarszego, a żona z dwójką młodszych i pogotować może w spokoju, w mieszkaniu ogarnąć. No bo to najmłodsze to śpi ciągle w sumie. A wy dużo macie? Jednego tylko, mówię. Eee, to jest nic! To twoja ma teraz zupełny luz, co? Wolne ma całkiem, nie? Paznokcie se robi pewnie czy coś, dobrze mówię? Zajebiście mówisz, myślę, wykurwiście mówisz. Bo z tymi dziećmi to jest tak, mówi, że najpierw masz taką roślinkę raczej. Potem, powiedzmy, rybkę. Dalej, dajmy na to, kota. A potem orangutana, podpowiadam. Na sankach zresztą. O właśnie, cieszy się, orangutana. No, ten twój wyżej orangutana raczej nie wychynie, myślę.

No mnie mój ojciec to nie wiem, czy kiedyś na sanki zabrał, mówi. Ale teraz to jest takie bardziej równouprawnienie. A nie, zamyśla się, raz mnie w sumie zabrał. Jebnąłem z całego rozpędu głową w taki słupek metalowy na dole. Widać, myślę, to widać. Pewnie mu mnie potem matka więcej nie dawała… Ale w ogóle, my, mężczyźni, mówi. Weź spierdalaj, myślę. My, mężczyźni… Sznurek trzymaj!, krzyczę. My, mężczyźni, średnio się do dzieci nadajemy, nie? No, mówię, fakt. Przepraszam, mówię, chyba mnie tam woła, czy coś.

Chcesz już wracać?, pytam. Chcesz wracać? A może byśmy na koniec razem, mówi. Razem, tato. Na koniec razem. Róbcie dużo razem, mówiła pani psycholog. Wspólnie. Jako rodzina. Dwuosobowa, ale nadal rodzina. Razem.

Siadam za nim na sankach. Daj, mówię, ja potrzymam sznurek. Odbijam się nogami i pędzimy w dół. My, mężczyźni. Patrzę, czy na dole nie ma jakiegoś metalowego słupka, chociaż przecież wcześniej już patrzyłem. Ale gdyby tak w słupek… Ale nie że tylko ja i nie że tylko on, tylko razem. Równiutko. Ale super!, mówię wstając z zaspy. Ale jazda! Chodź, mówię, jeszcze raz razem zjedziemy! Tatuś, kurwa, roku.

***

Sprawdź, o której mamy autobus, mówię. Tylko pamiętaj, że dzisiaj jest niedziela. A która jest?, pyta. Za pięć, mówię. Czyli jeszcze osiem godzin. Od teraz pełny etat. Taka to niedziela.

Trzy minuty, mówi. A to świetnie, mówię. Wrócimy sobie w sam raz na obiadek. Masz, mówię, ty skasujesz bilety, a ja te sanki wtaszczę. Taką mamy logistykę. Wzorowa organizacja. W sam raz na obiadek. Chociaż z obiadkiem jest w sumie problem, no bo niedziela – najgorszy dzień w tygodniu – polega między innymi i na tym, że Włoch na rogu, który robi pizzę na kawałki, ma dzisiaj zamknięte.

Ile można jeść tę pizzę, to inna sprawa. No ale ostatecznie pizza od prawdziwego Włocha, to nie chińska zupka w proszku, nie ma się co biczować. Ale dzisiaj pizzy nie ma. Spageti może zrobię, albo te, nioki. Wczoraj były w sumie… Chociaż nie, przedwczoraj. Z pesto zielonym. To dziś się da z czerwonym. Pomidory zdrowe. Potas.

Ale mam dzisiaj ochotę na nioki!, mówię, aż od tego entuzjazmu podskakują sanki, stojące na sztorc na chybotliwej podłodze autobusu. O, ja też!, wykrzykuje natychmiast, bez najmniejszego zająknięcia. I love you, myślę. I love you, dosłownie. W te słowa. Bo tego się po polsku pomyśleć nie da. No ajlowju ciebie po prostu.

A przedtem to on nic nie jadł właściwie. Nic mu nie pasowało. A teraz zagryza pizzę niokami i jeszcze przejął ten mój debilny dowcip o Wietnamie. Że na przykład jeden pyta, czy mamy sól albo keczup, a drugi przez zaciśniętą szczękę świszczy: W Wietnamie nie mieliśmy soli. On oczywiście nie ma pojęcia, o co chodzi z tym Wietnamem, ale dowcip załapał doskonale. Czyli jakoś się sam obciążył i pozbawił. Obwinił się, osądził i ukarał pizzą na kawałki. Sam sobie powiedział, że musi być teraz duży. W Wietnamie nie mieliśmy mamusi – do tego też jeszcze dojdziemy.

***

Nie, mówię, ja nałożę. No wiem, że już umiesz. Talerze powyjmuj. I telefon mi podaj, bo coś tam, zdaje się dzwoniło. Mój telefon, precyzuję. Patrzę w stronę tamtej szuflady. Zamknięta. Muszę uważać, żeby się kiedyś nie jebnąć z tymi telefonami. No ale przecież zamknięta. Wyciszony zawsze. Spokojnie. Dzisiaj też pewnie trzeba będzie. Za jakieś siedem godzin, myślę, patrząc na telefon.

Kto pisze?, pyta po chwili z tą żenującą nadzieją w głosie. Kasia, mówię. Ciocia Kasia, mówię i w sumie nie wiem, czy to jednak nie błąd. No bo po co tytułować ciocią pannę, którą pewnie kiedyś jednak zacznę posuwać? Jak mu to wszystko jakoś wytłumaczyć? Te dwie naczelne zasady każdej cywilizacji: że jak ktoś jest z rodziny, to go nie posuwamy, ale że jak kogoś posuwamy, to ten ktoś się wtedy staje rodziną. Poznaj, synku, Kasię. Ciocia Kasia jest teraz Kasią, no a Kasia jest teraz twoją nową… Ja pierdolę.

Panna, myślę, odcedzając nioki. Dobre. Ja też dobry jestem kawaler. Za stary na to wszystko. Ale Kasia nie odpuści, nie ma co. I trzeba przyznać, że bardzo to wszystko umiejętnie rozgrywa. Bardzo mnie wspierała i w ogóle… W sumie miała podobną historię, różnica jest tylko taka, że ten jej mąż, były mąż, już, zdaje się, nie…

Wspierała mnie, myślę, mieszając pesto. Nas wspierała w zasadzie. Bo ona zawsze tak: wy, was, wasz, wami… Co u was? Jak się trzymacie? Jak dajecie radę? Nie potrzebujecie czegoś? Zawsze nas tak łączy. Zawsze go tak wklucza w to. W sumie znakomita… Jak to się mówi? Partia?

Co pisze?, pyta. Może i dobrze. Znaczy, że się życzliwie interesuje. Czy raczej nerwicowo kontroluje? A nic, odpowiadam. Pyta, co u nas. Co robimy. Czy nie chcemy wpaść, mówię, stąpając teraz ostrożniej. Na ciasto, dopowiadam.

Dziś to raczej chyba…, mówi. No raczej chyba, tak jej też zaraz odpiszę, mówię. Że raczej dziś to chyba jednak… Nie, podpowiada. No nie, mówię, chowając pesto do lodówki. Drzwiczki. Po lewej. Na samym dole. Premia gwarantowana.

***

A lubisz tę Kasię w ogóle?, pytam, porzucając jednak tę „ciocię”. W porządku jest, odpowiada. Tylko… Tylko co?, pytam. Nie wiem, czy ona… Czy co?, dopytuję. Ona się chyba, cedzi, troszkę w tobie zakochała. Tak myślisz?, pytam. Czy on musi być taki bystry, czy on musi tak wszystko rozumieć? I ile to tak będzie się dało wciskać mu tę fasolę? A wszędzie piszą, że dziecko jeszcze nie wie, że jeszcze nie rozumie, nie jest dojrzałe, nie jest gotowe. No a dziecko wie i rozumie wszystko mniej więcej od samego początku. A ja, jak byłem w jego wieku, to co, nie rozumiałem? No rozumiałem, znakomicie.

No to się czasem zdarza, mówię chichotliwym, infantylnym, żenującym, obleśnym – a dla niego na pewno też irytującym i głęboko rozczarowującym – tonem. To się zdarza nawet w naszym wieku… No zobaczymy. To przecież tylko ciasto… Na które zresztą nie pójdziemy. No ale fakt, przyznaję, no tak, kto wie. Może i kiedyś… To nie musi koniecznie być Kasia… Ale może kiedyś i ja. Na razie oczywiście nie, ale ostatecznie…. To się zdarza nawet w naszym wieku, powtarzam.

Chociaż to w sumie nie jest prawda, myślę. W naszym wieku nic się już nie zdarza. I nieprawda, że to nie musi być Kasia. Musi. Jeśli w ogóle. No bo niby kto inny? Chyba, żebym się za tamtą panią psycholog zabrał. Fajna nawet. W tych pseudo-skórzanych spodniach. No ja wiem, że takie spodnie to się zakłada, żeby tam się jej to wszystko totalnie nie rozleciało, żeby się trzymało mniej więcej w jednym kawałku. Sam powinienem sobie kupić takie spodnie. I se je nasadzić na łeb.

Nie, mówię, ja pozmywam. Ty sobie czytaj. Czytaj sobie, ile chcesz. Choćby sześć godzin, myślę, bo tyle mniej więcej zostało. Czytaj, myślę. No bo pracę domową niestety odrobił całą w piątek. Teraz to jest niestety, ale w piątek to jednak życie ratowało. Dobrze, że on już tak czyta. To jest czasami jedyna ulga. I wciągnął się, no naprawdę. A tak pół roku temu jeszcze… Jak jeszcze mu to tak sprawnie nie szło… No nic mu wtedy sprawnie nie szło. Wtedy, jak się tamto okazało. Jak ona jednak nie… Jak myśmy to przeżyli? Jak ja to wtedy przeżyłem? Dwadzieścia cztery na dobę. W wakacje. Bez szkoły. No ale ciepło było. Na rowerach wciąż jeździliśmy. Rower wprowadza w trans. Sanki ci tego nie dadzą.

Dwadzieścia cztery na dobę. Jasne, że jej wtedy też musiało być ciężko. Dużo gorzej niż mnie teraz, no bo on był wtedy mały… A w sumie wtedy zdecydowaną większość czasu na niej. Ale też nie było tak, że ja nic. Robiłem, ile się dało. Jak pierwszy raz po tamtym, jak się już okazało, że tym razem to już nie na trzy dni, ale pewnie w sumie na dłużej, a może nawet na zawsze… No jak wtedy pierwszy raz pojawiła się u nas Kaśka, to mnie spytała, czy pralkę umiem obsłużyć. Ja pierdolę, no to nie ta bajka.

A ona zawsze mówiła, jak ja wracałem późno z pracy, a ona tymczasem na maksa, no do spadu prawie, ledwo, kurwa, na nogach: jak byś tak cały dzień musiał z nim od rana, wszystko, no wszystko, bez chwili przerwy, to też byś sobie wtedy wieczorem jednego, małego, symbolicznie, na rozluźnienie.

Jednego, no dobre. I nigdy się nie dowiem, czy wtedy, w tych najgorszych momentach, naprawdę dopiero, jak on poszedł spać, czy jednak również i przy nim. Ile on tego widział? Ile się nasłuchał… No, kurwa, jednego to naprawdę można. Ale jednego. I żeby on się nie kapnął. I nie czuł, że ty liczysz godziny. Nawet jeśli liczysz. Po cichu jakoś licz.

Żeby on nie myślał, że to jego wina, powtarzam sobie, spłukując ze zlewu resztki piany. No ale moja też może jednak nie, co? Chociaż trochę… Bo jak się poznaliśmy, to ona w sumie tyle co nic, no a ja już jednak sporo. Tyle że ja potem dałem spokój, zracjonalizowałem, ogarnąłem to. I siebie ogarnąłem. Jak on się miał urodzić. A jej się to potem rozleciało całkowicie.

I wszystko tak, jakby kto do zlewu wylał. Całe życie. Pracę musiałem zmienić, żeby mieć więcej czasu. I kasy mniej, kiedy potrzeba było więcej. I najgorzej jednak było, póki była jakaś nadzieja. Póki te rozmowy z nią, te interwencje. Albo jak była nadzieja, że tamten wyjazd coś pomoże. Wtedy pierwszy raz z nim sam zostałem. Wtedy się to zaczęło w sumie. I ta nadzieja najgorsza była. A teraz nie ma już żadnej nadziei, myślę, wyciskając gąbkę. No i bardzo dobrze. W Wietnamie nie mieliśmy nadziei.

***

Spałeś?, pyta. Nie, mówię, nie wiem… Drzemałem raczej. Kto to pisał, że jak się nie wie, czy się spało, czy nie spało, to zawsze znaczy, że się spało? Nie wiem, kto to pisał. I nie wiem, czy spałem. Czyli spałem.

Nic mi się nie śniło. Mnie się nigdy nic nie śni. Zasypiam łatwo, nie wybudzam się, nie śni się nic. Pustka. Te godziny dla mnie nie istnieją. Nie ma mnie wtedy. Budzę się – i nie tylko nie wiem, czy spałem, ale nic zupełnie nie wiem. Nie mam pojęcia, gdzie jestem, nie wiem, jaka jest pora dnia – zwłaszcza po tych drzemkach poobiednich. To jest jednak ryzyko, myślę, tak zasypiać, bo w sumie nigdy nie wiadomo, czy się człowiek obudzi. Dziwna jakaś myśl. Jak nie moja.

Ale jak się na niego patrzy, to się od razu wie, kim on jest. Natychmiast się ocenia sytuację. Od razu wszystko wiadomo, nawet jak się człowiek nie całkiem jeszcze obudzi. Można go przez sen nakarmić, napoić, przykryć, uśpić nawet. To jest pewnie taki mechanizm ewolucyjnie do łba wsadzany, że się tak budzisz, nie budzisz, po tym jak spałeś albo i nie spałeś, wokół wojna, bomby, strzelają, dach się wali, a ty go łapiesz, zarzucasz na plecy i wyskakujesz przez okno z tego pożaru. Budzisz się już na dole. Tak to działa.

Siedzi w fotelu naprzeciwko mojej kanapy. Nie ma książki, więc już nie czyta. Długo tak siedzi? Długo spałem?, pytam. Niedługo, mówi, patrząc na stojący przy kanapie zegar. Patrzę za nim. Jeszcze pięć godzin. A ty co, pytam, nie czytasz już? Skończyłem, mówi. I siedzisz tak? Nie chciałem cię budzić, mówi. Nie wiedziałem, czy śpisz. Drzemałem, precyzuję. Poobiednia drzemka. Wiesz tacy Włosi czy tam Hiszpanie…

I wtedy przychodzi mi do głowy, że on w tym fotelu w sumie czuwał. I że on nieraz wcześniej tak musiał czuwać. Wtedy. I że nie chciał jej budzić. I nie wiedział, czy ona śpi, czy nie śpi. Bo ona musiała mieć takie drzemki. Poobiednie, kurwa. A tamta głupia myśl, to jest jego myśl. No po prostu.

To skoro ty już nie czytasz, a ja już nie śpię, mówię, zrywając się, niemal podskakując, dźwigając się do karykaturalnego, żołnierskiego pionu, to może w takim razie… I w książkach piszą, że powiedział przez zaciśnięte zęby, ale to się tak przecież nie da, to się mówi ze szczęką rozluźnioną i rozwartą na granicy zwichnięcia. W takim razie, mówię, może byśmy coś porobili razem!

***

Rzucaj, mówi. Rzucaj, twoja kolej. Miałem stać dwie tury, mówię. To już minęły przecież, niecierpliwi się. Teraz ty!

Angażuj się, myślę. Angażuj się, kurwa! Nie podkładaj się. Chyba, że bardzo subtelnie. Ale przede wszystkim – angażuj się. Walcz, jak o życie. To jest najlepsza metoda w sumie również dla mnie. Tak było w szkole. Te wszystkie obłędnie nudne lekcje… Szło to szybciej, tylko wtedy gdy się człowiek naprawdę w to wkręcił. Tak rzadko się to udawało… Trzeba było oszukać nie tyle nauczyciela, co raczej samego siebie. Trzeba się było autentycznie przejąć tym losem Antygony albo wahadłem matematycznym, albo układem pokarmowym ryby. Wtedy mijało szybciej. Tylko wtedy. Paradoks nudy. Nie ma żadnego innego papierosa, którego zapalenie mogłoby przyspieszyć przyjazd autobusu.

Rzucam, mówię. Rzucam… Czar rzucam! Rzucam czar, oznajmiam, nerwowo przeglądając swoje karty czarów. To jest czar „Zawładnięcie”, mówię, odkrywając kartę. Oddawaj talizman! Rzucam czar „Odbicie”, odpowiada ze śmiechem. Drugi raz się dzisiaj tak śmieje. Pierwszy raz był jak jebnęliśmy w śnieg z sanek. Rzucam czar „Odbicie”, powtarza. To ty oddawaj! Miecz Światła oddawaj! No i nadal twój ruch. Ale niezła próba, chwali.

Rzucam jedno oczko, przesuwam się jedno pole, losuję kartę, walczę z tym goblinem. Możesz wymienić, podpowiada. Wiem, mówię. Pamiętam. Wymieniam na punkt siły. I że robię teraz ruch ponurym żniwiarzem, też pamiętam, oświadczam. Bo jedynka była.

Trzy, mówię. Kostucha idzie prosto do ciebie! Rzucaj. Piątkę rzuca. Kostucha się teleportuje. Do kogo? No a niby do kogo? We dwóch gramy. Sam rzucaj!, śmieje się. Jedynka. Nie żyjesz!, cieszy się. Nie żyjesz! Spokojnie, mówię. Zmieniam ten rzut, mówię, wrzucając do pudełka ostatni punkt losu. Szóstka. Zyskuję punkt siły. Drugi w jednej rundzie.

I wtedy się wkręcam. Naprawdę. Bez udawania. Robię wszystko, co się da, aby go dorwać i zabić. Czarami odbieram mu przyjaciół. Kradnę mu ten talizman. Zmieniam go w żabę. Ostatecznie docieram do Korony Władzy z ostatnim punktem życia. Udaje mi się czar „Rozkaz”, a wtedy on znowu rzuca „Odbicie” – bo po drodze przeleciała cała talia kart czarów i tasowaliśmy ją od nowa – i punkt życia tracę ostatecznie ja. Game over.

Ale super rozgrywka była, mówi. Bo normalnie to się słabo gra w dwie osoby. We trzy gra się o wiele lepiej. No tak to się może nie bawmy, myślę. Że lepiej w trzy osoby. Bo ja ci tu nie odpowiadam, żebyśmy w takim razie ciocię Kasię zaprosili, no nie? Ale dzisiaj to jednak super, ciągnie. Szczęście miałeś, mówię, że cała talia przeleciała i znowu miałeś „Odbicie”. Szybko dziś te czary leciały. Tak to jest, jak się wylosuje dwóch czarodziejów przeciwko sobie, mówi.

I wtedy wznoszę się na takie wyżyny, osiągam taki poziom, że obawiam się, czy mnie żywcem do nieba nie pochwycą. No niech ma, niech się cieszy. Niech ma choć tyle. Słuchaj, mówię, patrząc na zegarek, mamy jeszcze trochę czasu. Sporo czasu, prawdę mówiąc, myślę. Cztery godziny. Żądam rewanżu!

***

No i nie wiem, co dalej. Dotarłem tak daleko i nie mam już pomysłu. Ani siły. Idźcie dalej beze mnie. Z tą nogą nie pójdę już ani kroku dalej. Gangrena się wdała. Zostawcie mi manierkę z wodą i strzelbę. Będę się ostrzeliwał, jak długo da radę. Żywcem mnie nie wezmą. Niejednego skurwiela zabiorę ze sobą.

Drugi raz się oczywiście nie udało zaangażować. Litościwie wygrał. Minęła ledwie godzina. Jeszcze trzy. Trzy godziny. To jest całe życie. Na trzy godziny w pociągu albo w samolocie trzeba wziąć dobrą książkę. Samo gapienie się przez okno sprawy nie załatwi.

Przy trzech godzinach do końca, to ja już nie chcę odpocząć, ja już nie chcę się zająć swoimi sprawami. Ja zresztą nie mam żadnych swoich spraw – w każdym razie w niedzielę. Chciałbym już tylko przejść na stand-by. Tryb oszczędzania energii. Przewinąć te trzy godziny do przodu. Może być na podglądzie. Jak kiedyś, na tamtych starych magnetowidach.

Nie, on nie chce jeść. Nie, nie ma żadnej pracy domowej. W piątek robił. Pytałem już o to. Paznokcie nie trzeba obcinać. Włosy były myte wczoraj. Czy tam przedwczoraj. Ma strój na wf. Ma kredki zatemperowane. Ma naboje do pióra.

Nie, nie chce grać trzeci raz. Nie, w nic innego też grać nie chce. Nie, w karty też nie. Nie, nie w kości. Puzzli układać nie chce – nigdy tego nie lubił. Nie, czytać też teraz nie będzie. Może przed samym snem jeszcze najwyżej. Nie, na spacer też iść nie chce. Ciemno jest i zimno. Nie będzie rysował. Rysował?! Nie ma pięciu lat! Nie chce nic oglądać. Nie, Gwiezdnych wojen też nie. Żadnej części. On też już by chciał na stand-by. Może on też liczy godziny. Ale chyba nie odczuł dzisiaj? Chyba nikt mu nie kazał dzisiaj być dorosłym, być dużym, rozsądnym i odpowiedzialnym? Chyba nikt mu nie kazał jakoś przesadnie wspierać tatusia, co? Po prostu ma trochę dość, myślę, to wszystko.

Nie, na komputerze też nie chce. Mama mówiła, że przed snem się nie powinno. Mama. Wielka wielbicielka zdrowego stylu życia. Że już za późno. Czyli może jednak by chciał? Nie, nie jest wcale późno. Zima jest, ciemno od piętnastej. Dlatego się tak wydaje. Jeszcze nie jest tak późno. Ze trzy godziny do snu mniej więcej. Nie, dziś raczej nie później. Jutro szkoła. Poniedziałek jest jutro. To tylko dzisiaj taki super dzień mamy. Tyle czasu razem. Tyle czasu tylko dla siebie.

No to skoro jeszcze nie jest za późno, no to może on by mógł ewentualnie. W Fifę. Brazylią. Na trzecim poziomie. Ale razem, tak? We dwóch? Każdy po połowie?

***

No, mówię, ale drugie miejsce to też jest sukces. I króla strzelców mamy! No, daj spokój. Drugie miejsce! Wicemistrzostwo świata! Wielki sukces. No, przestań już. Dwa do dwóch w finale, ale mecz! Dwie bramki w dogrywce, wyobrażasz sobie? Jakie to emocje. Nie płacz już, dobra? I te karne na koniec. Co mówi Dariusz Szpakowski? Karne to jest loteria. Taki pech z tym słupkiem.

No weź już nie płacz, rzucam. Weź już przestań. Możesz się opanować? No ogarnij się już, co? No nie strzeliłeś, dobra, trudno. No w słupek rąbnąłeś. Co z tego? To jest gra tylko. Jutro też zagramy.

Nie, dziś już nie!, krzyczę. Mówiłem wcześniej, że nie. Nie ma już tyle czasu. Dwie godziny zostały. Przestań! Po prostu przestań! To tylko durna gra!

Ile ty masz lat!?, wrzeszczę. Dziesięć. Prawie dziesięć lat masz! I będziesz płakał teraz z powodu jakiejś gierki? Płakał będziesz? Wył mi tu będziesz? Trzeba było? No może i trzeba było. A co ty myślisz, że ja celowo szmatę w dogrywce puściłem? Co ty myślisz, że to moja wina? Co? Może to moja wina, że twoja… twoja drużyna… Co ja pilnować jej miałem? Drużyny twojej? Naszej… Robiłem, co mogłem! Karnego w ćwierćfinale obroniłem! A co ty myślisz, że mnie jest łatwo? Że łatwo było w dziesiątkę dowieźć to jeden zero w półfinale? Łatwo mi było?

I need a drink, myślę, bo to jest kolejna rzecz, której się nie da po polsku pomyśleć. To się nawet nie myśli tak w całości, pełnym zdaniem. To jest jakieś takie urywane coś. Need a. Z cytryną. Bo z cytryną to jest drink. A bez cytryny to jest łojenie wódy.

Dwie godziny, myślę. No posłuchaj sam siebie. Dwie godziny. No, w sumie. Bo, mówię, w sumie… Ale są dwa warunki. Wieczorem szybki prysznic, a teraz natychmiast przestajesz płakać. I potem już nigdy nie będziesz płakać. To znaczy, w sensie, gdybyśmy znowu nie wygrali. Chociaż wygramy. I znowu Brazylią. I teraz ja gram pierwsze połowy. To jest pięć warunków, mówi, pociągając nosem, ale też się może jakby uśmiechając.

Trzy-cztery-jeden-dwa. Tego zdejmij. Tych zamień miejscami. Ten na skrzydło. Ten na środek. Za napastnikami. Kogo mamy w grupie? Szwecja, Nigeria, Korea Południowa. A jak wyjdziemy z grupy to pewnie wpadniemy na Hiszpanię albo Anglię. No, chyba że u nich wyjdzie Japonia. Bo Maroko to raczej chyba bez szans, nie? Spokojnie, myślę, najebiemy ich. Wszystkich ich najebiemy.

***

Miał być prysznic, mówi. E, co tam, mówię, patrząc na zegarek. Godzinkę jeszcze mamy. Weź sobie kąpiel, wody sobie napuść, płynu sobie nalej, piany narób. Posiedzisz tu ze mną?, pyta. Posiedzę, mówię, ogolę się na szybko przy okazji. A na kolację co być chciał? Może dżemówki, mówi. No pewnie, myślę, czemu nie? Druga godzinka przy komputerze, po drodze miska lodów. Lody zimą przy komputerze, a na kolacje kanapki z dżemem. Czemu nie?

Dopóki się człowiek codziennie goli, myślę sobie, mydląc policzki, to znaczy, że się trzyma. I po to się właśnie goli. Żeby wszyscy widzieli, że jest ogolony. Że, proszę, znowu się dzisiaj ogolił. Przewagę moralną się w ten sposób zyskuje nad samym sobą potencjalnym, nieogolonym.

Ciekawe kiedy ja się zacznę golić, mówi po dłuższej chwili, przylepiając sobie brodę z piany. Jeszcze z pięć lat, mówię, a zaczniesz tak trochę. A za kolejne pięć to już tak regularnie. Codziennie no. Nie ma się do czego spieszyć. To jest koszmar. Co?, pyta. Golenie? No golenie, tak, a co myślałeś? No nie wiem, mówi, że ogólnie. Że życie dorosłe całe, tak? No na przykład, mówi. A nie, to nie, odpowiadam, trąc ostrzem podbródek. To jakoś idzie, jakoś to jest. Jakoś człowiek daje radę. Tylko nie trzeba wymagać za dużo. Od świata. Ani od siebie.

Aha, mówi. A ja, jak będę dorosły, to też będę dawać radę? To na pewno, mówię. Ciekawe czy też będę mieć dzieci? Czemu nie, mówię. Jak będziesz chciał, to będziesz mieć. Dobrym ojcem byłbyś, mówię. No tylko najpierw…. Co najpierw?, pytam. Najpierw chyba trzeba mieć żonę, mówi. No żonę jak żonę, mówię, ale w każdym razie trzeba poznać odpowiednią osobę. A jak będzie nieodpowiednia? No to trzeba szukać dalej, mówię. No a jak się znajdzie osobę i się myśli, że ona jest odpowiednia, a potem się okazuje, że jednak nie jest? Tak też się czasem zdarza, mówię, skrobiąc policzki. Ale wtedy to jest tak… Wtedy… Jak jest już dziecko… To się okazuje, że właśnie to dziecko jest twoją odpowiednią osobą, no i chodzi o to, abyś ty też był odpowiednia osobą. Dla swojego dziecka. Rozumiesz? No i tyle.

Aha, mówi. No, aha, myślę, otóż to. Zakręć już, mówię. Gąbkę weź i się szoruj. A jak szybko zjesz dżemówki, to sobie jeszcze w badmintona zagramy, mówię, wklepując balsam w policzki. Jak to w badmintona?, dziwi się. No normalnie, mówię. Wujek, kurwa, na imieninach. Zaraz będzie pokazywał sztuczki karciane. Ale gdzie?, pyta. No w salonie, mówię. Dwa krzesła się ustawi. Do jednego się przywiąże kij od mopa… Mamy mop chyba? A do drugiego rurę od odkurzacza. I sznurek się rozciągnie. No co ty na to? Bajer, mówi. Ale bajer!

***

Już, myślę. To już. Szoruj te zęby, krzyczę, a ja to odplączę. W sumie na jutro by to można zostawić, myślę. Mopa używać nie będziemy. Ani odkurzać nic… Cytryna jest? Jest. Jeszcze jest. Siadam sobie na krześle i tak sobie siedzę. Po prostu. Zmyje się jutro rano. Wyszorowane?, pytam. No to buziak i leć spać! Jutro na ósmą… A po południu rewanż w badmintona!

A może byśmy, zaczyna, nakrywając się już kołdrą. Co? No może… No co?, pytam. Może byśmy do mamy zadzwonili?, pyta, odwracając się jakoś bokiem, wstydząc się najwyraźniej. Opowiedzielibyśmy jej, mówi. O całym naszym dniu…

No tak, mówię. Tylko, że tam, gdzie mama teraz jest… Tam, gdzie mama teraz jest, mówię, zgrabnie pomijając fakt, że ogólnie to chuj raczy wiedzieć, gdzie mama teraz jest. To tam ona nie bardzo może rozmawiać przez telefon, mówię. I w sumie to tak właśnie było, myślę, jak jeszcze była w tamtym ośrodku, czyli nie jest to takie znowu straszne kłamstwo. Właściwie to powinna być nadal prawda, bo ona powinna być nadal w tamtym… Ale esemes napisać może?, pyta. A tak, mówię z entuzjazmem, esemes zawsze może. I ty też zawsze możesz. Po to ci ten telefon kupiłem, kupiliśmy, mówię. Mam tylko dwa numery zapisane na razie, mówi. Do ciebie i do mamy. To pisz, mówię. Tylko szybko, a potem śpij. Pamiętasz jak? To ja idę zmywać. Dobranoc!

Ja pierdolę, myślę, wchodząc do salonu. Z aneksem kuchennym i aneksem badmintonowym. Wyjmuję z szuflady tamten drugi telefon. Sprawdzam raz jeszcze czy wyciszony. Kładę go na kuchennym blacie. Kroję cytrynę. Wrzucam dwie ćwiartki do szklanki. Do tej wysokiej.

Po chwili telefon świeci. Przyszło. Napisał. Kochana Mamusiu, czytam. Ja już idę spać, ale bardzo cię kocham. Szkoda, że nie byłaś z nami na sankach. Całusy!!!!!!!!!

Spokojnie, myślę. Spokojnie, kurwa. Ja też cię bardzo kocham, piszę. I bardzo za Tobą tęsknię. Szkoda, że nie mogłam być z Wami… Wykreślam „z Wami”. Poprawiam na „z Tobą”. Śpij dobrze… Jak to było? Jak ona do niego? Orangutanie? Nie. Gibonie… Śpij dobrze, gibonie, piszę. Wysyłam.

Do pełna, myślę. Bezołowiowej. Lodu nie ma. Ale po co lód? Zima jest. Słomka by się przydała. Ze słomką to jest drink, a bez słomki, to jest łojenie… No ale słomek nie wolno. Od słomek duszą się delfiny. Czy coś… Tak mu powiedzieli na warsztatach w szkole. Kazał nie kupować słomek.

Telefon świeci raz jeszcze. Napisałem do mamy!, krzyczy ze swojego pokoju. Tak?, dziwię się. I co u niej? Chyba wszystko dobrze!, krzyczy. Dobranoc! Dobranoc, odpowiadam. Biorę do ręki telefon. Ja też za tobą bardzo tęsknie mamo, czytam. Ale nic się o mnie martw, bo z samym tatą też jest bardzo fajnie. Pa!!!!!!!

Postanawiam darować sobie dramatyczne gesty. Żadnego wylewania do zlewu. Wyciągam butelkę z lodówki i powoli, nad zlewem, wlewam do niej z powrotem wszystko – prawie wszystko – ze szklanki. Chowam butelkę do lodówki. Wyrzucam śmierdzące ćwiartki cytryny do kosza. Odkręcam kran. Zaczynam zmywać.



Maciej Miłkowski (ur. 1980) – prozaik, tłumacz, krytyk literacki, felietonista krakowskiej „Gazety Wyborczej”. Opublikował dwa zbiory opowiadań: Wist (2014) i Drugie spotkanie (2017). Jego opowiadania tłumaczono m.in. na angielski, niemiecki, niderlandzki i rosyjski. Prezentowany fragment pochodzi z powieści System Sulta, która ukaże się we wrześniu 2019 r. nakładem wydawnictwa Nisza.