Tomaszewicz

Proza

MACIEJ S. TOMASZEWICZ

Numer 2/2018
Zwierzęta
Ilustracja: Bartosz Kolczykiewicz

Krwawe stado Antarktydy

 

Samice pingwina cesarskiego zdążyły już wrócić z żerowiska i przejąć od samców młode pisklaki. Wróciły wszystkie samice, poza jedną. W tej sytuacji samiec został sam z młodym pingwinem. Nie miał czym nakarmić swojego pisklaka, a żadna inna samica nie mogła mu pomóc. Byłby to wybór pomiędzy pomocą innemu członkowi kolonii, a śmiercią własnego potomstwa. Ten wybór jest dla matek oczywisty.

Samiec stał długo, wpatrując się w biel lodowego horyzontu.

Pisklę zmarło z głodu, a wycieńczony samiec mimo dwumiesięcznego postu ruszył w stronę, z której przed kilkoma dniami do kolonii dotarły samice.

Pingwin maszeruje samotnie przed siebie, nie zważając na lodowato zimny i ostry wiatr, którego prędkość osiąga tu w porywach do 100km/h. W tych trudnych warunkach samiec nie ma szans na przeżycie na tej szerokiej po horyzont lodowej pustyni więcej niż doby.

A jednak udaje mu się przeżyć dłużej, swojego kroku zaś nie zwalnia ani na chwilę.

Po kilkudniowej wędrówce uparty samiec trafia w miejsce, które zawsze napawało pingwiny cesarskie trwogą. Oto widnieje przed nim rozległa oaza nunataków, czarnych skał wydzierających się spod lądolodu. Odważnie rusza w labirynt pełen ostrych skał, oszronionych kości i czaszek fok, pingwinów i wydrzyków, których puste ślepia zdają się obserwować każdy jego krok. Bałby się, gdyby nie to, że nie ma już zapewne nic do stracenia.

Widzi ją z odległości kilkunastu metrów, na szerokiej i białej płaszczyźnie między czarnymi skałami. Zatrzymuje się i wydaje z siebie krótki, gardłowy dźwięk – ten sam, który miał umożliwić im odnalezienie się w wielotysięcznej kolonii, ten sam, który miała wydać zaraz po złożeniu przez nią jaja. Samica nie odpowiada, a samiec nigdy wcześniej nie widział tak głębokiej czerwieni. Zbliża się, ostrożnie, wołając ją po raz drugi. Dostrzega nagle lekkie poruszenie skrzydłem. Nawołuje po raz trzeci, tym razem znacznie głośniej. Z nadzieją przyspiesza, by zaraz paść na brzuch i sunąć w jej stronę po śniegu.

Słyszy krótki pisk, który rozdziera arktyczne powietrze i spod płetwy samicy wyłania się zakrwawiony dziób wydrzyka.

Pingwin na widok ptaka cofa się gwałtownie i zamiera w miejscu z lekko otwartym dziobem. Wydrzyk wyłania się spod samicy; krew na jego dziobie, krew na jego piórach. Patrzy na samca, samiec patrzy w martwe oczy samicy. Wydrzyk, znając zachowanie pingwinów, które unikają konfrontacji, spuszcza samca z oczu, wbija ostry dziób w kark samicy i wyszarpuje z niej ochłap pożywnego mięsa. Połyka go i wydaje z siebie rozkoszy skrzek. Zanurza po raz kolejny dziób w jej ciało, nie zważając na pingwina stojącego niespełna dwa metry od niego.

Pingwin wciąż patrzy na samicę i, nie spuszczając z niej wzroku, rusza w stronę wydrzyka, całkowicie skupionego na swoim obiedzie. Piąte nawoływanie poprzedza pierwszy cios dziobu. Pingwin uderza wydrzyka w bok głowy, a ten skrzeczy boleśnie, zaskoczony postawą nielota. Szóste nawoływanie i drugi cios, wydrzyk skrzeczy po raz kolejny, tym razem znacznie groźniej. Wciąż jest jednak zbyt zdezorientowany, by zaatakować pingwina, który wpada w szał i uderza dziobem na oślep, trafiając raz w martwą samice, raz w wydrzyka. Ten odskakuje gwałtownie od samca, jednak uderzenia, które przyjął, sprawiają, że nie jest w stanie ustać na nogach. Obraz, który widzi jest zamazany i niewyraźny – pingwin poważnie uszkodził mu gałkę oczną. Wydrzyk czuje, że nie wygra tego pojedynku i próbuje zerwać się do lotu. Wtedy właśnie dopada go pingwin i, przygważdżając do ziemi, uderza dziobem w jego głowę, raz za razem. Wciąż nawołuje przy tym swoją martwą samicę.

Mija parę długich minut, podczas których wydrzyk zdążył poddać się pingwinowi, błagać go o litość, a przed ciosem, który pozbawił go przytomności, zrezygnować z walki, godząc się z tym, co go czeka. Pingwin przestaje zawodzić i bić dziobem dopiero wtedy, kiedy z głowy wydrzyka zostają tylko czerwono-różowa plama na śniegu oraz skruszone kawałki kości. Wie, że jeden wydrzyk nie był w stanie zaatakować i powalić na ziemię dorosłej, dwukrotnie od niego większej samicy pingwina wracającej z żeru. Ptak skorzystał tylko z okazji i, znalazłszy jego partnerkę, posilił się padliną. Widział ślady zębów jeszcze zanim dojrzał wydrzyka.

Po raz ostatni woła swoją samicę. Podziwia jej ciało, jej skrzydła i krzywiznę jej dzioba. Nawołuje cicho tak, by nikt inny nie usłyszał, po raz ostatni nawołuje jej imię, robiąc to po raz pierwszy dziobem ociekającym krwią. Odwraca się i rusza z powrotem w stronę kolonii. Czeka go długa droga powrotna, ale wie, że nic go nie powstrzyma.

W międzyczasie do kolonii dociera pierwszy pingwin białooki, zwany również pingwinem Adeli. Ptaki te są prawie dwukrotnie mniejsze od pingwinów cesarskich, nadrabiają to jednak agresywną postawą. Stoczone przez tego osobnika walki zdradza bielmo oka, dookoła którego zamiast białej obrączki widać gołą, czerwoną skórę poznaczoną głębokimi bliznami. Kolonii nie jest trudno dojrzeć w nim zagrożenie. Nierzadko pingwiny cesarskie ustępują miejsca swym mniejszym krewniakom, w trosce o swoje młode. Agresywne ptaki mogą nie tylko zaatakować pisklaki pingwinów cesarskich, lecz również wywrzeć na młode wyjątkowo negatywny wpływ. Dlatego też dorosłe osobniki zawsze starają się nie dopuszczać tych niewielkich, ale z całą pewnością groźnych osobników do potomstwa, zgromadzonego w samym środku kolonii.

Na widok pingwina Adeli, część dorosłych osobników zacieśnia krąg, pokrzykując niespokojnie. Żaden z pingwinów cesarskich nie rusza jednak w stronę pingwina białookiego. Pingwin Adeli widzi, że został zauważony i rozumie, że nie dotrze do młodych. Zamiast tego rusza wzdłuż kolonii, idąc kilka metrów od jej granicy, wyznaczonej przez cesarskie samce. Pragnie oszacować jak liczny jest rywal i jaką strategię najlepiej będzie obrać jego stadu, gdy już w więcej osobników dotrze do kolonii pingwina cesarskiego. Pingwin Adeli zastanawia się, jak najszybciej zmusić większego przeciwnika do poddania się. Sam niewiele zdziała, musi więc czekać aż reszta białookich pingwinów dotrze do kolonii. Wtedy dopiero będą gotowe do walki, której wynik jest z góry przesądzony na ich korzyść.

Do tego czasu pingwin Adeli zdąży okrążyć kolonię i oszacuje jej liczebność. To pozwoli jego pobratymcom na wybór najskuteczniejszej formy ataku. Białooki wyczuwa jednak niepokój w kolonii. Nie jest to niepokój spowodowany zimnem, ani tym bardziej jego szkaradnym pojawieniem się pośród cesarskich. Niepokój wywołuje coś, czego pingwin Adeli jeszcze nie dostrzegł.

Dostrzega zmianę w układzie kolonii. Obrzeża tworzą pozornie rozproszone grupy, jednak im bliżej centrum, tym te grupy coraz bardziej się zacieśniają. Odchodzi kilkadziesiąt metrów i widzi, że kolonia układa się w wielki krąg, wewnątrz którego znajdują się kolejny krąg i kolejny. Kręgi te pozostają w ruchu, pingwiny cesarskie przemieszczają się między nimi, każdy dąży do centrum, w którym zatrzymuje się na chwilę i wraca do jednego z nieustannie poruszających się okręgów. Adeli kilka razy próbuje dostać się do środka, ominąć pozornie luźne skupiska, lecz za każdym razem pingwiny cesarskie uniemożliwiają mu to, hucząc na niego i zagradzając mu drogę. Dostrzega w ich oczach determinację.

Coś zmieniło się w kolonii pingwinów cesarskich.

Mijają dwie doby, podczas których pingwin Adeli kilka razy usiłuje dotrzeć do wnętrza kręgu. Robi to z pozoru od niechcenia, jednak zawsze na jego drodze staje czujny osobnik. Za każdym razem jednooki ptak skrzeczy zaskoczony, dziobiąc wściekle. Odpuszcza otwartą walkę. Dawniej by nie odpuszczał i dziobał aż do celu. Teraz jednak wyczuwa, że nie może sobie na to pozwolić. Odchodzi, pohukując z wyrzutem, jakby chciał powiedzieć, że nie ma złych zamiarów. Pingwiny Adeli nie są najlepszymi kłamcami.

W pewnej chwili dostrzega szansę na samodzielny atak. Oto jeden z młodych, który zaledwie kilka godzin temu przegoniony został przez swą matkę spod ciepłej i bezpiecznej fałdy tłuszczu, postanawia zawrócić z drogi wiodącej między dorosłymi pingwinami do wnętrza kolonii. Popiskując żałośnie, szary pingwinek rozgląda się za swoją matką. W tłumie dorosłych ptaków nie potrafi jej jednak rozpoznać. Jego ruchy zdradzają powoli narastającą panikę; żaden z nich nie umyka spojrzeniu pingwina Adeli. Groźny białooki wie, że, atakując małego pingwinka, wywoła zamieszanie, które przerodzi się w ogólny chaos w kolonii. Widział to niejeden raz i niejeden raz wywoływał taką histerię. Zawsze ułatwiało to przegonienie cesarskich z ich terytorium. Nigdy jednak nie robił tego samodzielnie. Jeśli mu się uda, zyska szacunek swoich pobratymców oraz względy samiczek, tak lubujących się w przemocy.

Pingwin Adeli cierpliwie obserwuje pingwinka, który usiłuje skryć się pod zwojami tłuszczu przypadkowo napotykanych dorosłych, licząc, że może w ten sposób trafi na swoją mamę. Żaden z nich nie jest jednak jego matką. Pingwinek piszczy coraz głośniej, jego czarne oczy niespokojnie wodzą od jednego pingwina do drugiego. Przyspiesza swego niezdarnego kroku, którego nauczył się dopiero niedawno, usiłuje odnaleźć mamę. Oddala się coraz bardziej od centrum, wchodzi wśród najmniej skupione grupy, zbliża się do granicy kolonii, piszczy i szuka, piszczy i szuka.

Czarne oko w białej obrączce wodzi za pisklakiem. Czeka aż maluch oddali się na taki dystans, który pozwoli dorosłym pingwinom cesarskim usłyszeć jego krzyk, ale nie pozwoli im w porę zareagować.

Pingwin Adeli rusza. Z początku człapie powoli, zaraz jednak rozpędza się i skacze. Sunie na brzuchu w stronę swojej ofiary. Znajdując się niespełna metr za nią, wstaje i wrzeszczy przeszywająco. Chce w ten sposób zwrócić uwagę pingwinka przed sobą i pingwinów za sobą. Pingwinek piszczy przerażony, po czym upada niezgrabnie na śnieg. Białooki upewniwszy się, że patrzą – patrzą, zamarli bez ruchu – zbliża się do małego pingwina, chcąc zaatakować. Wie, że powinien celować w oczy, tak jak w jego oczy kiedyś wycelowano, wie, że dalej powinien zaatakować kark i wie, że przerażone pingwiny cesarskie nie zareagują, bowiem żaden z nich nie rozpozna w maluszku swego dziecka, a dla obcego nie zaryzykują konfrontacji.

Przed pingwinem Adeli staje samiec pingwina cesarskiego. Białooki zamiera – tyle krwi widział tylko raz, gdy stracił oko i gdy prawie zdechł na śniegu, w innej kolonii, kilka miesięcy temu. Krew na dziobie cesarskiego zaschła, tworząc pod nim straszliwe, brunatne sople. Takie same sople zdobią jego pierś i skrzydła. Pingwinek momentalnie znika pod fałdem tłuszczu pingwina, który wrócił do kolonii, pozostawiając za sobą krwawy ślad na śniegu.

Adeli opuszcza głowę i cofa się ostrożnie, pohukując cicho. Pingwin cesarski jest zmęczony, rusza jednak powoli i zdecydowanie w stronę białookiego. Ten odwraca się, z niewiadomych przyczyn sądząc, że tchórzliwa kolonia jest jednak litościwa i ochroni go przed sprawiedliwą zemstą.

Kształt kolonii uległ zmianie. Krąg otworzył się z jednej strony, ukazując swe centrum. Wszystkie pingwiny spoglądają na zakrwawionego samca z respektem i trwogą. Na środku kolonii, otoczona z trzech stron przez młode osobniki, leży jego zmarłe pisklę. Młode pingwinki starały się ją ogrzać, starsze pingwiny podchodziły patrzeć ze smutkiem, wiedząc, że nie da się jej już ogrzać. Młode pingwinki liczyły, że z odrobiną empatii uda im się dokonać niemożliwego. Starsze pingwiny wiedziały, że empatia tak nie działa.

Zakrwawiony samiec omija białookiego i rusza powoli w stronę pisklaka. Jego wzrok jest spokojny, jego krok pewny, a jego dziób mocno zaciśnięty.

Szmer tysięcy dziobów rozbrzmiewa w kolonii. I cichnie stopniowo, gdy samiec zbliża się do swego martwego pisklaka. Pingwinek leży w rozkopanym na boki śniegu, w leju, który miał chronić ją przed ostrym wiatrem. Zakrwawiony pingwin widzi muszle, kawałki piór, martwego kraba, wszystko leżące wokół jego pisklaka, jak gdyby w próbie ratowania jej pingwiny sięgnęły po dawno zapomniane sztuczki, które, mimo upływu wieków, wciąż nie działają. Pingwin patrzy na swego pisklaka, rozchylając lekko dziób. Nachyla się nad nim. W kolonii nigdy nie było tak cicho i jedynym słyszalnym teraz dźwiękiem jest przeciągłe wycie wiatru oraz szum fal, które rytmicznie uderzają o brzeg lądu.

Zakrwawiony dziób dotyka dziobu zimnego i pingwin jednym zdecydowanym ruchem skrzydła zasypuje śnieżny lej, przykrywając swą córkę na wieki warstwą wiecznej zmarzliny.

Dopiero po dłuższej chwili zakrwawiony pingwin cesarski prostuje się i, wciągając głęboko powietrze, patrzy po zebranych. Wodzi spokojnie wzrokiem, nie szukając ani akceptacji, ani zgody. Nie szuka przyzwolenia, bo nie potrzebuje przyzwolenia. Pingwiny zdają się wiedzieć, co zaszło, jednak tylko on zdaje się wiedzieć, co należy zrobić, chcąc przerwać tę tysiącletnią udrękę. Tylko on pragnie porwać się na wieczne prawo natury.

Ptaki odwracają się powoli pod jego wzrokiem. Skrzeczą, jakby nic właśnie nie zaszło, wracając do swoich spraw, dzieląc się znów na mniejsze grupy, odciągając młode. To, co przed chwilą stanowiło spójny organizm, teraz znów rozbija się na mniejsze grupki. Pingwin stoi przez chwilę, czekając aż ostatni cesarski ucieknie spod jego wzroku.

Odwraca się, chcąc ruszyć tam, gdzie ruszyć powinien, na jego drodze staje jednak pingwin Adeli. Skrzeczy, głośno i zdecydowanie. Przyciąga uwagę cesarskich, które z początku tylko słuchają, następnie patrzą, by w końcu podejść powoli, by móc usłyszeć i zobaczyć jeszcze więcej. Pingwin Adeli okrąża go, skrzecząc niespokojnie, nie zwraca się jednak do niego. Dźwięk przetacza się przez całą kolonię, a w jej najdalszych zakątkach jest powtarzany tym ptakom, które go nie dosłyszały. Białooki staje w końcu przed zakrwawionym cesarskim. Skrzeczy krótko i ciszej, a w tonie tego skrzeku pobrzmiewa rozkaz.

Spod zakrwawionych fałd tłuszczu wychyla szara główka. Pingwinek, który najwyraźniej przespał ostatnie chwile, wychodzi ostrożnie, wyraźnie rozespany, ze strachem patrząc na pingwina Adeli. Białooki znów skrzeczy głośno w stronę kolonii. Z tłumu wychodzi samica i, osłaniając małego pingwinka własnym ciałem przed pingwinem białookim, cofa się z nim ostrożnie za zakrwawionego samca. Ten opuszcza wzrok i wpatruje się w ślady na śniegu, które przed chwilą tak niezgrabnie wydeptał mały pingwinek, wychodząc spod jego karmazynowego fałdu tłuszczu, jedynego bezpiecznego miejsca, w którym mógł się skryć. Podnosi powoli głowę i patrzy po kolonii. Wszystkie pingwiny również na niego patrzą. Jednostajny krzyk przebiega przez kolonię pingwinów. Pierwszy Zakrwawiony Pingwin Cesarski Antarktydy odwzajemnia ten krzyk. Pierwszy raz pingwiny cesarskie mają przywódcę. Po raz pierwszy złamią antarktyczne prawa natury.

Rozsądek podpowiada, że należy przygotować się do marszu. Instynkt podpowiada, że należy ruszać natychmiast. Niczego nie planować, odpocząć i posilić się dopiero po zwycięskiej walce, albo nie odpoczywać i nie posilać się już nigdy.

Wiatr podpowiada, że prawa łamać nie wolno.

Pingwiny ruszają, kierują się krwawym śladem. Każdy z nich chce wziąć w tym udział. Ptaki opuszczają swoją kolonię. Wiedzą jednak, że jeśli uda im się do niej powrócić, to odzyskają ją z łatwością. Niezależnie od tego, kto ośmieli się ją zająć.

Kilka kroków przed pochodem idzie Zakrwawiony, z Adeli przy boku. Witar, przenosząc ostry lód, próbuje ich powstrzymać przed pogwałceniem odwiecznych praw rządzących tą lodową krainą, wieje im prosto w dzioby, chce zawrócić je do kolonii, jak gdyby wiedział, że całe to przedsięwzięcie nie ma prawa bytu. Pierwszy raz jest tu zagłuszany przez odgłos miarowo stawianych kroków.

Pingwiny w końcu docierają do czarnego labiryntu nunataków. W głębi skalnego labiryntu ich oczom ukazują się wydrzyki. Siedzą licznie na skałach, patrzą na kolonię z gór. Nie wydają z siebie żadnego dźwięku, ale pingwiny dopiero teraz uświadamiają sobie, w jakiej ciszy nagle się znalazły. Wiatr nie ściąga ich do domu, na to jest już za późno.

Zwalniają tylko na chwilę. Zaraz mocniej zwarte wznawiają kroku, wydeptując na śniegu jeszcze głębsze ślady.

Wreszcie pingwiny dostrzegają martwą samicę i resztki wydrzyka. Mijając ich, rozstępują się na kilka metrów, nie chcąc zadeptać miejsca, w którym ona spoczywa. Idą dalej przez dolinę wśród czarnych nunataków. Coraz baczniej rozglądają się na boki. Coraz ostrożniej wypatrują drapieżnika.

Ryk gwałtownie rozrywa ciszę. Spomiędzy nunataków przed nimi płynnym ruchem wyłania się wielka amfitryta lamparcia.

Czekała na nich.

Niewiele pingwinów widziało ją w całej okazałości i przeżyło, by móc opowiedzieć o niej w kolonii. Mówiły, że jest jak ryba, szybka i zwinna w wodzie. Inne opowiadały o jej ryku, czarnych ślepiach i szeregu ostrych jak mróz zębów. Pingwiny uważały, że głodna amfitryta potrafi zjeść cały świat. Wierzyły, że nie da się przed nią uciec. To ją uznawały za śmierć, straszniejszą niż Głód i Wiatr.

Straszliwa, jak nazywały ją pingwiny, była jeszcze większa, niż ją sobie wyobrażały. Jej płasko zakończony pysk, z szeroko rozstawionymi, małymi oczkami, wypełniony zębami, jest jeszcze straszniejszy niż myśleli. Ciało, pokryte rzadkim szarym futrem, jest tłuste, a mimo to Straszliwa porusza się na lądzie znacznie zwinniej niż pingwiny.

Ryk rozrywa ciszę po raz drugi, kolonia drga niespokojnie, przetacza się przez nią szmer niepewności. Jak mają wygrać z samą śmiercią, ze Straszliwą, z pyskiem z mrozu i przecinającą rykiem Wiatr? Widzą jej pogardliwe spojrzenie. Widzą wyczekujące spojrzenia wydrzyków.

Zakrwawiony rusza powoli w jej stronę, a pingwiny, które z lękiem patrzyły na pysk Straszliwej, ujrzały na nim cień zaskoczenia. Ten cień w zupełności im wystarczył.

Ryk rozrywa ciszę po raz trzeci, urywa się jednak żałośnie i zagłuszony zostaje nagłym wrzaskiem pingwinów, które całą chmarą zmierzają w stronę amfitryty. Idą powoli, amfitryta syczy groźnie, szykując się do ataku. W jej oczach nie ma już jednak pogardy ani głodu, zęby nie wydają się aż tak ostre.

Młody pingwin, idący w jednym z pierwszych rzędów, przez sekundę z rozbawieniem wspomina bajki głupich starych, o tym, że Straszliwa jest śmiercią i może pożreć cały lodowy świat. Przyspiesza kroku, krzyczy.

Część pingwinów idzie wolno w jej stronę tym samym krokiem, którym szły przez pustkowia Antarktydy, którym weszły w labirynt nunataków, tym krokiem, który nie ugiął się przed wiatrem. Część pingwinów biegnie w szale, wrzeszcząc i machając skrzydłami, jak gdyby chciały wznieść się w powietrze, by zaraz pikować mocno w dół, wdzierając się dziobami w jej ciało. Część pingwinów sunie po śniegu, chcąc dotrzeć do Straszliwej szybciej niż inne. Zakrwawiony kroczy z nienawiścią w oczach, nie zważając na inne ptaki, nie zważając na biegnącego z dzikim skrzekiem Adeli, nie zważając na nic poza amfitrytą.

Ryk rozdziera ciszę po raz czwarty, ale ledwo słychać go przez krzyk pingwinów, przez ich trzepot skrzydeł. Amfitryta rzuca się do tyłu, chcąc uciec przed pingwinami. Waha się jednak przez chwilę, spogląda najpierw w stronę swego legowiska, a następnie w stronę oddalonego o kilkanaście metrów brzegu. Ta chwila wahania wystarczy. Pierwsze pingwiny wstają ze swych brzuchów i rzucają się na nią wściekle.

Amfitryta chwyta w pysk i wyrzuca pingwina na trzy metry w górę, w fontannie gorącej krwi. Zębami dosięga już kolejnego ptaka, chwyta go mocno i chce powtórzyć ten sam manewr. Czuje jednak dzioby na swoim pysku, dziób chwytający ją za nozdrza, dziób wbijający się w jej oko. Zaciska mocno szczęki, miażdżąc atakującą ofiarę. Otwiera je natychmiast, chcąc sięgnąć po kolejna, jednak zamiast tego wyje przeszywająco z bólu, gdy kolejne dziesiątki dziobów łamią to, co do tej pory było prawem natury. Miota swoim tłustym cielskiem, chcąc się uwolnić. Czuje, jak ogonem uderzyła w kilka pingwinów, czuje pod sobą ich ciała, przygniatane jej ciężarem. W ich miejsce przychodzą jednak następne, wskakują na nią z każdej strony, atakują ją ostrymi dziobami. Zalewana jest kolejnymi falami ptaków, które szarpią jej ciało, wyrywając na początku kępki futra, by dalej rwać jej obnażone mięso. Krew, która tryska z jej ran zdaje się tylko przyspieszać ich zajadłą walkę, wspomagać ich nienawiść i ich wściekłość. Jej szczęki dosięgają jeszcze kilku pingwinów. Część z nich zabija, część z nich rani. Wciąż jednak wyje boleśnie, nieprzywykła do bólu. Miota się żałośnie, starając odciągnąć pingwiny w stronę wody. Rzuca się, wzbijając w górę tumany czerwonego śniegu. Wie jednak, że nie ucieknie. Pingwinów są tysiące, a ich krzyk napawa ją grozą. Rzuca się żałośnie w śniegu, wyjąc z bólu. Widzi pingwina innego niż cesarskie, tego mniejszego, jak skacze w stronę jej oka, wbijając w nie swój mniejszy dziób. Jest to jedna z ostatnich rzeczy, które widzi.

Żer pingwinów cesarskich trwał prawie godzinę. Amfitryta zdechła po dziesięciu minutach od ataku. Pingwiny nie zauważyły tego i nie przerwały. Wskakiwały na tłuste cielsko. Szarpały dziobami ogon i pysk, płetwy i grzbiet. Te odważniejsze chwytały w swoje zęby jej język. Pozostawiły amfitrytę jako kłębek kości, szorstkiego futra i straszliwych szczęk w ciemnej kałuży krwi. Dookoła niej leżały martwe pingwiny, zagryzione, bądź zmiażdżone przez ssaka. Wydrzyki wciąż siedziały wysoko na skałach, patrząc w ciszy.

Kolonia oddycha ciężko i jednostajnie. Wdech i wydech, wdech i wydech. Ptaki patrzą na siebie i widzą, że każdy z nich pokryty jest krwią w tym samym stopniu, co Zakrwawiony. Skrzeczą krótko, nawołują. Odpowiada im cisza. Żaden z nich nie przyznaje się do bycia tym Zakrwawionym. Patrzą na siebie i widzą krew amfitryty, która równo pokrywa ich ciała. Wdech i wydech. Wdech i wydech i odległy płacz. To nie wiatr.

Pingwiny zerkają po sobie, starając się określić źródło cieniutkiego popiskiwania pełnego strachu. Po chwili zauważają, że dochodzi on z legowiska martwej amfitryty.

Patrzą na nie przez chwile i ruszają powoli w jego stronę.

***

Pingwiny w powolnej ciszy powracają do kolonii. Idą niezgrabnie, tak jak zawsze, w ich kroku nie ma już jednak strachu. Sunąc przez skute lodem i poznaczone nunatakami tereny Antarktydy, znaczą ją krwawym śladem. Na czele kolonii kroczy pingwin Adeli, zwany również białookim. Idzie szybciej, niż pozostałe pingwiny, nie należy bowiem do nich, chociaż i jego futro pokrywa krew. Chce dotrzeć do kolonii jako pierwszy i przekonać swe stado do odszukania nowego miejsca. Wie, że przed nim trudne zadanie – pingwiny Adeli są nie tylko agresywne, lecz również uparte. W starciu z pingwinami cesarskimi nie mają jednak najmniejszych szans. Adeli widzi to w oczach zakrwawionych ptaków. Nie wierzy w nic innego. Nie wierzy, że żałują. Nie wierzy, że sam żałuje.

Wydrzyki odlatują w ciszy, gdy ostatni pingwin cesarski opuszcza legowisko Amfitryty Straszliwej. Nigdy nie słyszały, by wiatr wył w ten sposób na skutych krwią i lodem wybrzeżach Półwyspu Arktycznego.


Maciej Staszek Tomaszewicz – absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zawodowo pisze. W wolnych chwilach pisze.

.

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

DOROTA DROŻYŃSKA

JAN KANTY ZIENKO

ARTUR DUDZIŃSKI