Wybrałem się do teatru na wyczekiwaną wówczas w stolicy premierę pewnego modnego reżysera. Zobaczyłem tam na scenie, w ścisłym tego słowa znaczeniu, mojego starego. Ubrany w niedopięty na brzuchu garnitur – stał gotowy do odegrania monodramu.

W gruncie rzeczy nie przepadałem za tamtym reżyserem ani zresztą za wieloma innymi rzeczami w ówczesnym teatrze. Byłem tam bardziej zbierać materiał do krytyki, którą miałem wygłosić tym paru osobom, które jeszcze tolerowały wysłuchiwanie moich myśli, a nie żeby szczerze to oglądać. Tym bardziej zdziwił i przeraził mnie na scenie mężczyzna, którego de facto nie znałem, ale o którym wiedziałem, że był moim ojcem, rozpoznawszy go na podstawie kilku mglistych kadrów z wczesnego dzieciństwa.

Scena teatru nie była, według wszelkich wskazań zdrowego rozsądku, miejscem, gdzie mógłbym w jakichkolwiek okolicznościach spodziewać się mojego starego. Tym bardziej na premierze monodramu, którego, co oczywiste, ciężar musiał spocząć na barkach jednej osoby, o której talentach w tym wypadku – przyznaję, że być może nieco uprzedzony – miałem wątpliwą opinię. Co jednak ważniejsze, był to teatr publiczny, który musiał siłą rzeczy wypłacać wynagrodzenia. Mój stary miał natomiast wciąż ważne, kilkudziesięciotysięczne długi alimentacyjne i od dwudziestu lat skrupulatnie unikał jakiegokolwiek legalnego zatrudnienia.

Wierciłem się na swoim miejscu, obawiając się nieco, że pomimo pełnej i przyciemnionej sali oraz tego, że najprawdopodobniej nie miał pojęcia, jak wyglądam, mój stary mnie wypatrzy. Rozglądałem się też po innych widzach. Wyczekiwałem ich reakcji, nawet gdy po chwili zrozumiałem, że ci ludzie nie mieli najmniejszego pojęcia, kim był ten człowiek, ani kim byłem ja, ani kim on był dla mnie, ani kim ja byłem wobec niego. Widzieli tylko podstarzałego mężczyznę z wąsem ubranego w nieco za mały garnitur ślubno-pogrzebowy.

Po milczeniu, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność, chrząknął i charknął tak, że byłem pewien, że splunie flegmą na scenę, czego jednak nie zrobił. Wyciągnął ze spodni pogiętą kartkę i zaczął czytać. Naszła mnie zabawna myśl, że do tamtej chwili właściwie nie mogłem być pewien, że mój stary potrafił czytać. Jeśli wziąć pod uwagę obowiązek szkolny i odsetek analfabetów, nie było to może najprawdopodobniejszą opcją, żeby nie potrafił czytać, ale do tamtej chwili nie było też w moim życiu żadnego jednoznacznego potwierdzenia, że potrafił.

Przedstawił się imieniem, które rozpoznawałem, i nazwiskiem, które było moim własnym. Monotonnym głosem przytoczył początek swojego życiorysu. Miejsce urodzenia, szkoły, do których uczęszczał, zwieńczone zawodówką o profilu elektryka, choroby, które przebył, wyroki wydane na niego w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, zasadnicza służba wojskowa odbyta na statku Marynarki Wojennej i w końcu lista zajęć wykonywanych od czternastego roku życia aż do obecnych, czyli prowadzenia TIRa i gry w teatrze. Następnie przeszedł do opisywania krótkich scenek życia codziennego, które regularnie przerywał hasłem „W pracy w podróży napisałem wiersz” i kilkoma krótkimi wersami, skupiającymi się na pięknie przyrody. Ani na chwilę nie podniósł wzroku znad kartki, ale jasne było, że z niej nie czytał, jego wypowiedź dawno by się na niej nie zmieściła, nawet najdrobniej zapisana. 

Po jednym z wierszy złożył kartkę i zwracając się po raz pierwszy bezpośrednio do publiczności, oznajmił: „Mam dwa hobby”. Zszedł ze sceny, by po chwili wrócić z czarnym, plastikowym wiadrem pełnym wody chlapiącej na boki. Po chwili wniósł kolejne, każde coraz większe. Była w tym pewna techniczność, jakby przedstawienie zostało na jakiś czas zawieszone, a on – oddelegowany do roli robotnika. Reszta widowni też odczuła to rozluźnienie, zaczęły się szepty, wymiana pierwszych nieśmiałych pytań i pochwał, ale docierało to do mnie jak zza szybki, byłem zbyt skupiony na kontrolowaniu oddechu. Mój stary też westchnął od dźwigania tych wiader. Wskazał ręką na ich rząd, który ustawił na scenie i powiedział „Odra”. Ktoś, kogo ledwo widziałem, szepnął, najpewniej do swojej randki, „Radykalna kreacja rzeczywistości”. To była przerażająca wizja, mój stary jako jedyna rozrywka na całej randce.

Podszedł do pierwszego z wiader i podwinął rękawy. Wyciągnął z niego oburącz miotającą się rybę. Starając się nie wypuścić jej z rąk, opowiadał o jej cechach fizycznych, łuskach i pysku, a także o tym, jak taką rybę najskuteczniej złowić. Na koniec upuścił ją do wiadra z wysokości swojej klatki piersiowej i przeszedł do kolejnej. Publiczność była wstrząśnięta. Kolejne ryby były coraz większe, a pluski były nagłaśniane. Jako że rozmiary ryb rosły nieproporcjonalnie do rozmiarów wiader, pojawiły się szepty, a nawet krzyki, że to niemoralne je tam trzymać i w ogóle używać żywych stworzeń do przedstawienia.

Po zwleczeniu ostatniego wiadra salę wypełnił potworny ryk. Scena była pusta. Mój stary wjechał na nią na budowlano-żółtym quadzie, wciąż w tym samym garniturze, całym już mokrym, uzupełnionym o kask motocyklowy. Do pojazdu podczepiono srebrną taśmą mikrofony, chyba żeby zapewnić równomierną dystrybucję ryku silnika, także w tylnych rzędach. Mój stary otworzył klapkę kasku i powiedział przez kolejny, ukryty tam mikrofonik: „Hobby quady”. Pociągnął kilkakrotnie za gaz, tak jak to robi się na motorze, i zjechał ze sceny.

Dźwięki silnika nie ustawały. Po chwili wrócił z drugiej strony sceny, jadąc odrobinę szybciej. W jakiś sposób ją okrążył, przejeżdżając za kulisami. Każde kolejne okrążenie pokonywał coraz szybciej, przekręcając kierownicę i przechylając masę ciała tak mocno, jak tylko mógł. Za każdym razem zakreślał łuk coraz bliżej krawędzi. Szybko stało się dla mnie jasne, że nie istniał żaden margines błędu. Publiczność była w ekstazie, zupełnie nieprzejęta możliwością wypadku, ale ja miałem całkiem dobre powody, żeby nie ufać mojemu staremu z czymś tak fundamentalnym jak bezpieczeństwo. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko kulić się w fotelu i nie myśleć o latających odłamkach metalu. Wszyscy inni szaleli. Mój stary wzbudzał piski kobiet i skandowanie mężczyzn. Doprowadzał widownię teatru do poziomów przyjemności, które można było określić już tylko jako nieprzyzwoite.

Na kolejnym okrążeniu pojawił się z kaskiem w ręce zamiast na głowie. Na jeszcze następnym rzucił nim w publikę, zupełnie od niechcenia, jakby wcale w nas nie celował, tylko odrzucał go byle gdzie. Ktoś wstał i złapał ten kask w locie, samemu niemal przewracając się do tyłu. „Prawdziwy kask,” krzyknął, kimkolwiek był, „ze trzy kilo jak nic”! Ten okrzyk zagłuszany przez silnik i ten kask złapany jak piłka na meczu przekręciły licznik. Ludzie szaleli jak wycieczka szkolna na kolejce górskiej. Mój stary nie zwracał na to uwagi, był skupiony na swoich okrążeniach. Ja chciałem już tylko, żeby to wszystko się skończyło. Mój stary jakby wysłuchał moich próśb, zwolnił i zatrzymał się, zszedł z quada i ukłonił się. Gromkie brawa i kilka omdleń.

Skulony przedzierałem się przez tłum, który z jakiegoś powodu wykraczał poza salę, zapełniając lobby i szatnię, i parł w kierunku sceny. Nie przyszłoby mi to do głowy, ale im bardziej się oddalałem, tym częściej słyszałem, że do mojego starego wprost nie sposób było się dostać.



Marek Baraniecki – pisarz totalizator, student w przejściu, młody Wrocławianin z Północy. Grejpfrut, tylko że rapowy. Publikował w szkolnym kiblu i na klatce schodowej.