Już trzeci dzień z rzędu do nikogo się nie odzywasz. Nie dlatego, że nie chcesz, tylko dlatego, że nikogo nie ma. To znaczy są, istnieją w pewien sposób, ale tylko dla ciebie. Nie odwzajemniają twojej chęci nawiązania relacji ontologicznej, co by to nie znaczyło (przemądrzałe frazesy, które przyczepiły się do ciebie, kiedy pobieżnie skanowałeś wzrokiem jakąś książkę, i nie chcą się od ciebie oderwać). Istnieją więc tylko jako obserwowani, czy też może raczej obserwowalni, bo przecież nie wpatrujesz się w nich intensywnie, nie wnikasz w ich istotę, tylko ślizgasz się po nich wzrokiem, zatrzymując się na tym, co potencjalne. Istnieją, a właściwie istnieli, wtedy, tam, w mieście. Tak, wtedy byli, ale teraz nic nie zostało z tej ich i tak widmowej obecności, bo znajdujesz się w tym momencie na otwartym terenie i, gdzie sięgnąć wzrokiem, jest pusto. Znajdujesz się na terenie otwartym. Może i otwartym, tylko w jaką stronę? We wszystkie, czyli w żadną. Nigdzie nikogo. Wtedy, te trzy dni temu, otaczali cię z każdej strony, ale mimo że było ich tak wiele i zdawali się znajdować na wyciągnięcie ręki (czasami nawet ocierali się o ciebie na zatłoczonych przejściach dla pieszych), to umieszczeni byli jakby za szybą, która nie jest nawet zrobiona ze szkła, bo nie można jej zbić; jest zrobiona z tworzywa odporniejszego na twoje walenie pięścią, które zresztą jest zbyt mizerne, by nazwać je waleniem; to raczej niemrawe pukanie, więc nie ma się co dziwić, że nie przynosi żadnych rezultatów.

Ostatni raz odezwałeś się do tej dziewczyny, która sprzedała ci w Dreźnie bratwursta. Szybkimi, energicznymi ruchami wrzuciła go z rusztu na papierową tackę, a obok niego z dwóch wysokich tubek szczodrze wycisnęła duże kleksy – jeden czerwony, drugi, jakże by inaczej, musztardowy. Danke, powiedziałeś, choć przecież nie musiałeś, było to zupełnie zbędne. Po prostu podała ci, następnemu z kolejki, zestaw obowiązkowy, jedyny jaki miał do zaproponowania ten prowizorycznie rozstawiony biznes gastronomiczny. Wydało ci się czymś dziwnym tak wąskie menu, ale z drugiej strony… Tanim kosztem mogli sporo zarobić na tym festynie, który akurat odbywał się w stolicy Saksonii. Jedno danie w ofercie niewiarygodnie przyspiesza proces przygotowania. Te same ruchy, raz, dwa, jak automat. Znasz to niestety dobrze ze wszystkich swoich dotychczasowych prac. Do dziewczyny nie trzeba było nic mówić, wystarczyło tylko wyciągnąć rękę z monetą, żeby srebrny krążek w mgnieniu oka zmienił się w tackę z kiełbaską. Nie trzeba było nic mówić, jak zwykle. Ale nie, ty musiałeś jeszcze podziękować, bo tyle już się w tobie zebrało, że dłużej byś nie wytrzymał. Zapracowana dziewczyna i tak ci nie odpowiedziała, nie spojrzała nawet na ciebie, ale to nie szkodzi, zupełnie nie szkodzi, sam dla siebie musiałeś powiedzieć to danke.

Właśnie takie chwile odmierzały w twoim wewnętrznym zegarze czas między jednym okresem milczenia a drugim. Chwile, w których nie wiadomo jakim cudem przypominałeś sobie, że potrafisz jeszcze mówić, i to w dodatku w obcym języku, którego uczyłeś się kiedyś, gdzieś, w jednej ze szczęśliwie opuszczonych już szkół. Zjadłeś tego wursta, gorącego, poparzyłeś sobie całe podniebienie, ale przynajmniej, choć na chwilę, ukoiłeś w sobie egzystencjalny niepokój (dokładnie tak, przecież różnego rodzaju wydumane lęki dosyć skutecznie można wykorzenić dobrym albo przynajmniej znośnym jedzeniem), a potem poszedłeś oglądać orszak książęcy na Auguststrasse, który szedł sobie, zupełnie tak jak ty, znikąd donikąd, po to tylko, żeby iść, żeby wypełnić czymś miejsce od początku do końca muru, tak jak ty musiałeś wypełnić sobą jakoś to miejsce od urodzenia do śmierci i jak przemielona i rozpuszczona wstępnie przez ślinę, a potem przez jej żołądkowy odpowiednik, kiełbasa zmierza z jamy gębowej do odbytu po to tylko, żeby czymś tą drogę wypełnić, bo jelita nie mogą za długo stać puste, o nie, tyle, jak na razie, zdołałeś się dowiedzieć podczas tej swojej dziwacznej podróży. Musiałeś, musiałeś już coś zjeść, bo byłeś tak głodny, że kiedy patrzyłeś na kompleks pałacowy Zwinger, to nie potrafiłeś o nim stwierdzić nic oprócz tego, że jego nazwa kojarzy ci się tylko i wyłącznie z kanapką z jednej z tych sieci fastfoodowych restauracji, w której żywiłeś się w każdym kraju, jaki do tej pory odwiedziłeś. O ile był lepszy od tej nadmuchanej bułki z sałatą z papieru porządny, niemiecki wurst ociekający tłuszczem, z chrupiącą skórką i różowym wnętrzem. Co tu dużo mówić – to jedna z najlepszych rzeczy, jaka przydarzyła ci się w tej podróży.

Kiedy już otarłeś sobie rękawem resztki tłuszczu z kącików ust, oddaliłeś się od festyniarskiego tłumu i wszedłeś do jakiegoś kościoła, sam nie pamiętasz czy protestanckiego, czy katolickiego, gdzie spadkobierca saksońskich kantorów grał na organach monotonne, ciągnące się preludia, a kiedy te w końcu się kończyły, następowały po nich gęste fugi, których głosy komasowały się w trudną do rozdzielenia zbitkę. W odróżnieniu głosów na pewno nie pomagała fatalna akustyka, przytłumiająca i zbliżająca do siebie barwy poszczególnych rejestrów tak, że splatały się w jeden, posrebrzany przez meistra Silbermanna ornament powietrza. Uśpiło cię to. Zasnąłeś na twardej ławce, z głową pochyloną do przodu, i ocknąłeś się dopiero wtedy, kiedy koncert się skończył, a nieliczni ludzie, którzy pozostali do końca, zaczęli nie tyle klaskać, ile niemrawo klepać jedną dłonią o drugą. Ten wyrażany przez dłonie pomruk uznania stopniowo cichł, aż umilkł zupełnie, a cisza, jaka po nim nastała, towarzyszy ci do tej pory, kiedy to po wyjeździe z Drezna i dojechaniu na jakąś przypadkową stację włóczysz się pasem awaryjnym drogi szybkiego ruchu. Co ci pozostaje? Jakie masz inne wyjście? Wszyscy są daleko, w promieniu kilkuset kilometrów nie ma osoby, do której mógłbyś się zwrócić z prośbą o pomoc, do której mógłbyś przyjechać, z którą mógłbyś porozmawiać.

Czy nie tego właśnie chciałeś? Czy nie chciałeś przypadkiem odwrócić się od wszystkich i poszukać samego siebie? To przecież właśnie dlatego po rzuceniu którychś już studiów z kolei i po rozczarowaniu co do kolejnej z tych kiepskich propozycji, jakie miał ci do zaproponowania ustanowiony już we wszystkich aspektach przed twoimi narodzinami świat, postanowiłeś zapakować się w turystyczny plecak i ruszyć przed siebie z kwotą dwustu euro, która uzbierała się wraz z kolejnymi urodzinami, bo mimo że już dawno przekroczyłeś wiek, w jakim przystaje dostawać pieniądze, dostajesz je nadal, od wszystkich możliwych krewnych. Nie miałeś innego pomysłu na to, co zrobić z tymi kłopotliwymi upominkami, więc kupiłeś sobie za część z nich bilet na autobus do Pragi, zapakowałeś do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy (nie za dużo, przecież miałeś się z nim cały czas przemieszczać) i powiedziałeś, że wybierasz się trochę pojeździć po świecie. Dobra, dobra, uśmiechnęli się powątpiewająco, przecież wiemy, że skończy się tak jak zwykle. Wybierasz się na wielką wyprawę, a wrócisz po paru dniach, głodny i niewyspany. Niech sobie jednak mówią, co chcą, teraz i tak ich nie usłyszysz. I to nie tylko dlatego, że masz rozładowaną komórkę, stary model, jeszcze bez dotykowej klawiatury, bez dostępu do sieci, nie możesz więc sprawdzać swojego położenia na internetowych mapach, nie możesz wyszukiwać informacji o miastach, do których przyjeżdżasz, odłączony jesteś nie tylko od ludzi, ale także od tej protezy mózgu, którą jest internet, i jesteś zdany tylko na siebie. Teraz nie tylko nie słyszysz ich, ale nie słyszysz nikogo. Oczywiście każdego dnia docierają do ciebie jakieś dźwięki, odgłosy ulicy, ale przecież dobrze wiesz, że nie są one skierowane w twoją stronę, więc możesz je spokojnie pominąć. Tym bardziej, że są w obcym języku, wtedy zdają się tylko szumem podobnym szeleszczeniu trawy, bzyczeniu owadów, szczekaniu psów. Te bezimienne psy szczekają, a samotna karawana, w której jesteś zarówno uciążliwym bagażem, jak i zwierzęciem jucznym, jedzie dalej. Jednak, czy naprawdę nic nie słyszysz, czy naprawdę jesteś sam? Może tak ci się tylko wydaje. Przecież kiedy tylko na jakiejś łące w słoneczny dzień albo w hostelu w deszczowy dzień zamykasz oczy, od razu odzywają się w tobie te przeżycia z twoich marnych dwudziestu paru lat, które odcisnęły w tobie najtrwalsze ślady. Zamykasz oczy i słyszysz echa jakichś kłótni z rodzicami, słyszysz głosy tych, którzy po kolei odmawiali ci, wprost lub, najczęściej, nie wprost, uczestnictwa w ich życiu, albo którym tego uczestnictwa odmawiałeś ty. Aż nie ostał się w zasadzie nikt poza tymi, z którymi łączyły cię słabiutkie więzy rozcieńczonej krwi. Niby rozcieńczona, a i tak jej szum w żyłach nie pozwala ci zasnąć. Myślałeś, że kiedy oddalisz się od swojego domu, od ludzi, którzy nie pozwalali ci się skupić, których obecność była momentami bardzo natarczywa, z całym tym ględzeniem o niczym i ciągłym narzekaniem; myślałeś, że kiedy oddalisz się od tych, którzy i tak nie chcieli mieć z tobą nic wspólnego i z którymi nie chciałeś mieć nic wspólnego ty, to odnajdziesz siebie, swój rdzeń, coś, czym jesteś tylko ty i nikt więcej, odnajdziesz w sobie coś, czego nikt ci nie narzuca. A odnajdujesz tylko głosy i twarze innych, które pokazują się na czarnym tle, kiedy zamykasz oczy. Tylko nieliczne zatrzymujesz na powierzchni, a prawie żadnych nie wydobywasz tak, by odsłoniły się jeszcze bardziej. Myślałeś, że kiedy odnajdziesz siebie, kiedy samemu będziesz w stanie doświadczać życia w stanie czystym, to może dotrzesz nawet (nie przeszłoby ci to przez gardło, ale strumień myśli wszystko zniesie) do głębi swojej duszy. Jednak coraz bardziej okazuje się, że składasz się z innych, tylko oni cię wypełniają, tylko w ich stronę kierujesz swoje myśli. Widocznie świadomość, tak samo jak jelita, nie może stać pusta, od razu coś się do niej dobija. A szkoda, bo tak samo, jak dobrze, by było już nie głodować, dobrze by było też nie myśleć o tym wszystkim, co nie pozwala ci odnaleźć siebie. Siebie, czyli tak naprawdę kogo, czego? Tak naprawdę, tak najbardziej, chciałbyś okazać się czystym patrzeniem nie wypełnionym nikim i niczym innym poza krajobrazem, który widzisz i który nie odsyła do czegokolwiek poza sobą samym. Chciałbyś się pozbyć ciężaru świadomości, pamięci, uciążliwej zdolności kojarzenia znaczeń. To paradoksalne – swoje „ja” pragniesz odnaleźć w wyzbyciu się samego siebie. Na dłuższą metę jest to jednak niemożliwe. W życiu przydarzają się tylko pojedyncze sekundy, które dorastają do tego ideału. Reszta jest nieustannym napełnianiem się lepszą lub gorszą (najczęściej gorszą) zawartością po to tylko, żeby po chwili ją rugować i zastępować jej miejsce czym innym. Zbieraj się więc i idź dalej naprzód, uciekaj od tego, co chce w ciebie wejść, żeby szukać, jeśli to możliwe, siebie. Być może jesteś jeszcze za blisko innych, a może, wprost przeciwnie, podpowiada ci coś, chyba przede wszystkim głód i pusta kieszeń, może jesteś właśnie za daleko. Może jednak droga do poznania samego siebie nie leży na równinie samotności. Może chodzi o to, by lgnąć ku tym wpływom, którym chcemy instynktownie podlegać i uciekać od tych, którym podlegać nie chcemy. Co jednak jest trudne, bo tak wiele tych, od których chcesz się uwolnić, a tak mało, właściwie w ogóle brak tych, ku którym chcesz lgnąć. Czy masz jakiś powód do powrotu poza tym, że jeśli dłużej się tu pokręcisz, zdechniesz z głodu? Na razie nie, ale przecież ciągle jesteś jeszcze młody, ciągle możesz w październiku rozpocząć swoje życie od nowa, chociaż i tak nie spodziewasz się po nim zbyt wiele. Nie masz innego wyjścia, niż stale zaczynać od początku, więc trzeba w końcu złapać tego stopa.

Wstajesz z przydrożnego kamienia, na którym usiadłeś na chwilę, żeby odpocząć, i podchodzisz do pasa awaryjnego na słabo uczęszczanej drodze szybkiego ruchu. Na horyzoncie pojawia się samochód. Nie poznajesz jaki, poznasz dopiero, jak zbliży się na tyle, że będziesz mógł dostrzec markę. Gdybyś umiał rozpoznawać marki samochodów na odległość, to przecież nie jeździłbyś autobusami i autostopem, tylko samemu wsiadłbyś w jakieś auto. Tego jednak nie masz, bo nie tylko nie rozróżniasz marek samochodów, ale też nie rozróżniasz znaków drogowych i dlatego nie zrobiłeś, i prawdopodobnie nie zrobisz już prawa jazdy. Nie zatrzymuje się. Ale może kolejny się zatrzyma.

Czym innym właściwie jest życie niż nieustannym czekaniem na kolejne? Na następną szansę, następne spotkanie, następną noc, następny dzień. Bez momentu zatrzymania. Bo ten albo jest tak krótki, że mija niezauważony, jak samochody na autostradach, albo, co dzieje się znacznie częściej, w ogóle się nie zdarza. Nakierowanie na przyszłość, które niby powinno być otwarciem na nieskończone możliwości, okazuje się wprowadzeniem w pustkę, w której nie czeka nic poza dalszym, jeszcze szerszym otwarciem, z którego znów nic nie wynika, i tak ad infinitum. A chciałoby się, żeby w końcu te beznadziejne otwarcie się zwęziło i do czegoś doprowadziło. Tyle lat, z którymi musisz coś zrobić… Czasami wydaje ci się, że żyjesz pośród nieskończoności, jesteś nieśmiertelny, ale nie ma w tym nic upajającego, to uczucie ciężkie, przygniatające, bez wyjścia. Gdzie w ogóle teraz jesteś? Kiedy tak podążasz kolejnymi drogami chaotycznym zygzakiem, to na wschód, to na zachód, to wypuszczając się naprzód, to cofając się, przekraczając swobodnym slalomem granice, niby oglądasz coś pierwszy raz w życiu, ale tak naprawdę masz wrażenie, jakbyś cały czas widział to samo. Każdego dnia te same lasy, te same drogi, te same samochody. Praga ostatecznie była jak Kraków, Wiedeń jak Budapeszt, wszystko to mieszało się ze sobą w szwankującej pralce pamięci. Kiedy więc zamykałeś oczy w jakimś schronisku i zasypiałeś, to śniła ci się pokrętna synteza wszystkich tych miast, do Hradczan nie dochodziło się mostem Karola, tylko budapeszteńskim mostem samobójców, z którego, nie wiedzieć czemu, nie rzuciłeś się, chyba tylko dlatego, żeby dowiedzieć się co dalej. A dalej, przynajmniej we śnie, ulicą Nerudy (nie Pabla, tylko Jana, tego właściwego, jeśli można tak to ująć) szło się w stronę zamku, który okazywał się Wawelem, lecz spoglądało się z niego nie na Wisłę, a na Dunaj, jak z Kahlenbergu. Wszystko ci się już myliło. Nie robiłeś zresztą żadnych zdjęć, żeby utrwalić ulotne wrażenia w stałych formach, nie prosił cię też o życzliwe pstryknięcie ani jeden turysta. Cała ta twoja wycieczka była zaprzeczeniem studenckiego czy też para-studenckiego (bo przecież od paru tygodni nie miałeś już naklejki na legitymacji) wojażu, podczas którego akumuluje się niezapomniane przeżycia po to, by mieć się czym potem pocieszać podczas godzin spędzonych w biurze, oraz po to, by na siłę przekonywać się, że siedzenie tam wcale nie jest takie złe, skoro można się stamtąd wyrwać na dwa wakacyjne tygodnie. Albo żeby opowiadać o tym potem swoim przysłowiowym wnukom, w zasadzie w takim samym celu, w celu przekonania ich, że skoro już są na tym świecie, to chociaż większość życia spędzą zamknięte w dusznych pomieszczeniach, przynajmniej na dwa tygodnie w ciągu roku będą mogły się wyrwać z kieratu pracy i zakosztować wolności. Ty żadnych przeżyć w sobie nie zatrzymywałeś, bo w żadnym miejscu nie odnajdywałeś tego, co odnaleźć chciałeś. Odnajdywałeś tylko znaki przeszłości pozostawione przez historię, której już nie było, która była martwa, która nie mogła ci nic podpowiedzieć, bo zmieniło się wszystko – struktura społeczna, stosunki ekonomiczne, technika. Odnajdywałeś też chaotyczną współczesność na dworcach autobusowych, gdzie zza jednych reklam wyzierały inne reklamy, gdzie walały się porozrzucane ulotki. Sam kiedyś rozdawałeś ulotki i naklejałeś plakaty. Żeby zrobić to ostatnie, trzeba było najpierw, w zależności od tego, czy reklama miała zawisnąć na banerze, czy na słupie z ogłoszeniami, wdrapać się na drabinę albo od razu z ziemi zdrapać stary plakat, potem nałożyć warstwę kleju i część po części przyklejać plakat nowy, najczęściej reklamę telefonii komórkowej albo filmu. Z ulotkami szkół policealnych albo językowych wystawało się najczęściej pod uczelnią, w śmiesznej czapeczce i znoszonej koszulce w kolorach firmy. Wyciągało się, jak dziwaczna wariacja na temat żebraka, rękę, nie po to, żeby ktoś cię poratował tym, co ma, tylko żeby za wszelką cenę zabrał od ciebie jedną z tych ulotek. Nie chciały schodzić, więc najczęściej wrzucałeś gruby plik kartek, który ci został, do plecaka i znosiłeś je wszystkie do domu, ale nie żeby palić nimi w kominku, bo przecież nie miałeś kominka, tylko żeby piętrzyły się na twoim biurku – z daleka ich stos nieodróżnialny był od stosu innych papierzysk, kserówek, dokumentów. Tak jak teraz kolejne milczące dni odliczają krótkie momenty, w jakich wydobywasz z siebie jakieś słowo, tak wtedy tego typu prace na rzecz krzykliwej, niepotrzebnej materii odmierzały czas od października do października, czas między kolejnymi kierunkami studiów, z których żaden ci nie pasował, albo żadnemu nie pasowałeś ty. Lądowałeś więc z powrotem w biurze jednej czy drugiej agencji reklamowej, brałeś stos tych ulotek, równie niepotrzebnych jak ty sam, i zespalałeś się z tą pracą w jedno, niepotrzebny facet z niepotrzebną robotą. Ale przyszedł taki moment, że miałeś już tego wszystkiego serdecznie dosyć. Nie żebyś nie miał tak od początku, ale wiadomo, człowiek jest w stanie sporo znieść. Aż w którymś momencie nie może i wtedy musi wyjechać.

Niby miała to być podróż śladami pisarzy, zapakowałeś sobie do plecaka parę cienkich książeczek, żeby służyły ci za przewodniki po na wpół realnych powieściowych światach, ale już w tej Pradze, kiedy zgubiłeś się w drodze na Libeń, poszukując domu Hrabala, zrezygnowałeś z uprzedniego planu. Utknąłeś w jakimś zupełnie martwym punkcie i czułeś się tak, jak za każdym razem, kiedy zabierałeś się do jakiejś roboty typu malowanie sufitu albo wymienianie dętki i po kolejnej bezskutecznej próbie osiągnięcia jakiegokolwiek rezultatu machałeś na to wszystko ręką, zostawiałeś plamy na podłodze i rozkręcony rower, i szedłeś na kanapę robić jedyne, co ci w miarę dobrze wychodziło, czyli leżeć, aczkolwiek i to nie wychodziło ci nie za dobrze, bo na który bok byś się nie obrócił, coś cię bolało.

Zastanawiasz się w ogóle, jakim cudem jesteś tu, w środku Niemiec, w niewiadomym ci zupełnie landzie, może to jeszcze Saksonia, a może już nie, może przybliżasz się do granicy z Polską, może, wprost przeciwnie, zapuszczasz się w głąb Niemiec. Nie masz pojęcia. Nie zwracasz nawet uwagi na tablice drogowe i znaki, bo po co? I tak żaden nie jest w stanie wskazać ci drogi. Bełkoczą tylko coś niezdarnie w zbyt twardo brzmiącym języku, zupełnie tak jak świat. Przejechał jakiś kierowca, po nim jeszcze kilkunastu innych, ale nikt się nie zatrzymał. I co, nie jest to ta romantyczna wyprawa, którą sobie wyobrażałeś? – powiedziałbyś sobie, gdybyś faktycznie coś takiego sobie wyobrażał, ale przecież nic takiego sobie nie wyobrażałeś, więc i nic takiego sobie nie mówisz. Nie spotkałeś w pociągu do Wiednia żadnej Céline o twarzy młodej Julie Delpy, bo przecież nie jechałeś do Wiednia pociągiem, a nawet jakbyś jechał, to i tak byś takiej nie spotkał i nic byś sobie nie wyobrażał. Nikt cię nie zaczepił, żebyś zrobił mu zdjęcie, nikt nie spytał cię o godzinę czy o drogę po to tylko, żebyś mógł chociaż odpowiedzieć, że nie masz zegarka. Byłeś jak powietrze. Nie tyle wiatr targał tobą, ile sam byłeś tym wiatrem. Byłeś, jesteś malutką cząstką frontu atmosferycznego, który przepływa w tą i we w tę korytarzami Europy, wdziera się na dworce i do katedr. Może właśnie to było, jest i będzie twoje sedno, twój rdzeń? To, że jesteś pyłkiem, pyłeczkiem, drobinką. Nie takie to złe. Skoro jest się tu w zasadzie niepotrzebnym, nadmiernym, można sobie odpuścić i żyć na uboczu. No tak, ale temu pyłkowi, jak się orientujesz, kończą się pieniądze i w kieszeni oprócz ostatnich paru euro znajduje się nic innego, jak właśnie paprochy i pyłki. To oznacza, że trzeba wracać do domu, trzeba jakoś złapać tego stopa i dostać się do Polski, wtedy będzie już łatwiej. Idziesz wzdłuż trasy, nad którą wiszą ciężkie chmury, co sprawia wrażenie, jakbyś wcale nie znajdował się na otwartej przestrzeni, tylko w ciemnym korytarzu, przyciśniętym od góry nisko zawieszonym stropem. Od czasu do czasu tunel ten jest oświetlany rzutem światła, które jednak tylko mija cię, nie zwracając na twoją osobę najmniejszej uwagi. Czasami, kiedy z jednej i z drugiej strony nadjeżdżają samochody, masz wrażenie, jakbyś był kompletnie nieistotną cząstką materii, która zaplątała się przypadkowo do Wielkiego Zderzacza Hadronów, gdzie przeprowadzany jest akurat zupełnie bezcelowy eksperyment. Wszystkie cząsteczki przyspieszają, a ty wleczesz jedną otartą, zmęczoną nogę za drugą poobcieraną, zmęczoną nogą.

Dotychczas jeździłeś autobusami i pociągami. Teraz jednak nie masz już na to wystarczająco dużo pieniędzy. Musisz skorzystać z autostopu i liczyć na to, że będzie to autostop darmowy. Zza twoich pleców nadjeżdża kolejny samochód, ale nawet się nie obracasz, żeby pomachać ręką, tyle ich już przejechało. Jednak światło na twoich plecach, zamiast błysnąć i zaraz cię minąć, robi się intensywniejsze, aż w końcu oślepia cię, mimo że stoisz do niego tyłem. Odwracasz się i przystajesz. Zaraz za tobą zatrzymał się samochód, jednak ani jego marki, ani kierowcy nie widzisz, bo światło zasłania ci obraz. Podchodzisz więc bliżej.

– Guten Abend! – rzucasz w pustą przestrzeń, licząc, że ktoś ci odpowie, mimo że nikogo nie widzisz, i są to pierwsze słowa, jakie wypowiadasz od kilku dni, od czasu, kiedy kupowałeś w Dreźnie bratwursta.
– Guten Abend – odpowiada ci dojrzały kobiecy głos, po czym dodaje po niemiecku resztę, której już nie rozumiesz, więc stoisz głupio na linii, która oddziela pas awaryjny od właściwego pasa jazdy.

Kobieta, widząc, że nie masz pojęcia, co do ciebie mówi, co zresztą kwitujesz zdaniem wytrychem – ich verstehe nicht– wskazuje ci tylne siedzenie. Początkowo jednak stoisz w miejscu odrętwiały i dopiero kiedy kobieta wypowiada kolejny szorstki ciąg słów, który interpretujesz zupełnie dowolnie jako zaproszenie do pojazdu, otwierasz tylne drzwiczki i wsiadasz do samochodu, którego tapicerka nasączona jest tym charakterystycznym zapachem, jaki wydobywa się z zielonej, dyndającej na lusterku choinki; zapachem, którym, będąc dzieckiem, zawsze ukradkiem się zaciągałeś. Zapach tej choinki i zapach benzyny, chyba tylko po to opłacałoby ci się robić prawo jazdy. Po to, i po to jeszcze, żeby słuchać w aucie muzyki. Ale jak na razie to nie wystarczyło. Może jak wrócisz, kto wie… Ale chyba i tak nic z tego nie wyjdzie. Wystarczająco działało na twoje nerwy poruszanie się między samochodami na pieszo, a co dopiero byłoby, gdybyś miał siedzieć w jednym z nich. Przechodzisz sobie przez przejście dla pieszych, a koleś, który stoi na samym skraju pasów, grzeje silnik i pogania cię tym niewidocznym batem klaksonu, żebyś przechodził przez ulicę najszybciej, jak umiesz. Już, już, przechodzę, zaraz będziesz miał mnie z głowy i ja ciebie też… Teraz jednak jesteś nie na pasach, a w środku samochodu i to w dodatku na tylnym siedzeniu. Dociera do ciebie muzyka, na którą wcześniej, przyciszoną, nie zwróciłeś uwagi. Dopiero teraz, kiedy Niemka manipuluje pokrętłem, rejestrujesz rytmiczne dźwięki. Słyszysz powtarzany cały czas zwrot I’m just a lonely and a lonesome traveller, który napędzają zapętlone uderzenia w gitarę nadające tempo utworowi. Śpiewa biały, tak, raczej biały, ma barwę głosu zbyt jasną jak na czarnoskórego bluesmana, zresztą bardziej przypomina to folk niż bluesa, coś spod znaku Dylana, ale to przecież nie Dylan, poznałbyś wszędzie jego zawodzenie, które tyle razy, sączące się z nadpsutych słuchawek, pozwalało ci przetrwać bezsenne noce w domu.

Kobieta rusza.

– Wohin? – pyta się ciebie, po czym, dla pewności, że ją zrozumiesz, dodaje – Where?
– Nach Polen – odpowiadasz.
– Na ja, Polen. Gut, das passt.

Pasuje. Ale nie wiesz, czy to znaczy, że ona też jedzie do Polski, czy może jedzie tylko w tą samą stronę, więc będzie musiała wysadzić cię wcześniej, zanim dotrzecie do granicy. A może jest taką samą jak ty, błąkającą się osobą, która po dwudziestu paru latach ponownie powtarza podróż sprzed połowy swojego życia, kiedy to pierwszy raz mogła swobodnie przejechać się z Bonn do Lipska albo odwrotnie, z Lipska do Bonn.

Na dworze jest już całkiem ciemno. Z tyłu, z przodu, z lewa, z prawa (wolisz się posługiwać takimi kategoriami niż wschód, zachód, północ, południe, bo nie masz w swoim poślinionym palcu róży wiatrów, a mech na drzewach nie jest w stanie niczego cię nauczyć, podobnie jak Sokratesa) rozpościerają się szerokie, nizinne przestrzenie, które z ociąganiem przyjmują na siebie ciężar nocy.

Niemka zapala papierosa i częstuje nim także ciebie. Nie palisz, ale bierzesz od niej fajkę. Wolałbyś, żeby zaproponowała ci coś do jedzenia, bo chyba z dobę już nic nie miałeś w ustach. Ani nic nie piłeś. Ale dostajesz papierosa. No trudno, niech będzie, może ssanie filtra pomoże chociaż trochę zaspokoić dojmujące uczucie głodu, może przyniesie zastępcze nasycenie. Chyba zaraz zaśniesz, nie pamiętasz już, kiedy ostatni raz miałeś wyłączoną świadomość. Twarz Niemki widzisz od tyłu, widzisz jej czarne, na pewno koloryzowane, krótko cięte włosy. I słyszysz jej głos, dojrzały, trochę zachrypnięty. Jak pasuje jej jechać do Polski, niech jedzie, ty w tym czasie się prześpisz, będziesz śnił jeden z tych snów, w których wszystko się miesza, w których jesteś wszędzie i nigdzie, zmieniasz swobodnie wiek, miejsce położenia, upodobania. Wszelkie wysiłki, które prowadzą do tego, żeby w ciągu dnia budować w miarę spójny obraz świata, w twoich snach rozsypują się w proch i pył. Ale tak być musi. Starania muszą spełznąć na niczym po to, żeby następnego dnia budować dalej i znów jechać w tę przestrzeń, która otwiera się ciągle, a i tak nic nie przynosi, nic nie przychodzi z naprzeciwka poza snem, a więc śnisz po raz kolejny o tym, że ukryte korytarze w miastach, które właśnie zwiedziłeś, pozwalają na to, aby momentalnie przejść z jednego rynku do drugiego, przeskoczyć z jednej ulicy na drugą, podczas gdy obok ciebie przemieszczają się ludzie o wyblakłych, bezbarwnych, niemal przezroczystych obliczach, którzy milczą ci prosto w twarz, którzy śmieją się między sobą w małych grupkach, ale kiedy przechodzisz koło nich, ściszają głos i mierzą cię badawczym spojrzeniem, jakby wiedzieli dobrze, że nie jesteś stąd, że skoro jesteś tu tylko przejazdem, to najlepiej, żebyś wyjechał z tego miasta tak samo szybko, jak tu przybyłeś.

Ze snu wyrywa cię nagłe szarpnięcie pojazdu. Otwierasz z trudem oczy i pośród ogólnej ciemności powoli rozpoznajesz kształty rysujące się za oknem. Jesteś chyba na przejściu granicznym, ale samochód wcale nie zmierza w stronę otwartej bramki, tylko zatrzymuje się przy restauracji. Niemka odwraca się do ciebie.

– Das ist Polen. Ich muss zurückkommen, aber ich wünsche Ihnen eine schöne Reise.

Nie rozumiesz jej słów, ale z tonu i z gestów wnioskujesz, że to koniec podwózki. Zastanawiasz się przez moment, czy nie poprosić kobiety o postawienie ci kolacji, ale to chyba byłoby zbyt dużo, przecież i tak zrobiła już wystarczająco. Pewnie dowiozła cię do tej granicy tylko dlatego, że nie miała nic lepszego do roboty. Prawdopodobnie tak samo jak ty błąkałeś się po miastach Europy, tak i ona jeździła sobie po Niemczech i wykonywała tę pracę, za którą nikt jej nie płacił, ale na którą czekało tylu ludzi podobnych tobie. Ludzie bez celu czekali na przewoźników bez celu, błąkających się po całym kraju jak po ogromnym mieście w poszukiwaniu taryfy, za którą nie dostaną nawet złamanego centa. Byle odeprzeć od siebie tę ponurą perspektywę braku jakiegokolwiek punktu dojścia.

Niemka odjeżdża w poszukiwaniu następnego pasażera.

Przeliczasz swoje monety. Póki jesteś jeszcze po stronie niemieckiej, musisz je wykorzystać, bo przecież w kantorze bilonu ci nie wymienią. Czy za pięć euro kupisz coś w tej restauracji? Wchodzisz i spoglądasz na wywieszone nad barem menu. Zamawiasz Pommes frites. Czekasz na nie niecierpliwie, stukając palcem w blat i rozglądając się po restauracji, chociaż i tak nie masz się po czym rozglądać. Mijający czas odmierzają nie wskazówki zegara, tylko coraz głośniejsze i coraz częstsze skurcze w twoim żołądku. W końcu przynoszą ci zamówienie. Frytki są tłuste, rozmiękłe, smażone pewnie na starym tłuszczu, ale to nic zaskakującego, pora jest późna, aż dziw, że knajpa jeszcze otwarta. Nie ma tu pewnie zbyt wielu gości w ciągu dnia, a i sanepid nie zagląda tu za często. Nic nie szkodzi, byleby tylko czymś zapełnić żołądek. Zjadasz frytki do końca, wyrzucasz puste opakowanie do kosza i wychodzisz w noc przekroczyć granicę, bez grosza i centa w kieszeni. Tak więc znowu musisz liczyć na autostop. Kto będzie jednak tędy jechał w środku nocy i, zasadnicze pytanie, gdzie w ogóle jesteś? Rozglądasz się w poszukiwaniu tabliczki z nazwą miejscowości. Aha, to nie tak daleko od domu, czy też raczej miasta, z którego wyjechałeś. Lepiej by chyba było, gdybyś wybrał się na tą swoją wyprawę rowerem… Nie miałbyś takich problemów jak teraz, mógłbyś sobie włączyć dynamo i jechać spokojnie, nawet w środku nocy, przez wzniesienia Sudetów. Ale jak zszedłeś przed wyjazdem do piwnicy i zobaczyłeś, w jakim stanie jest twój rower i ile musiałbyś się namachać, żeby doprowadzić go do stanu używalności, stwierdziłeś, że już wolisz tułać się po Europie autobusami i pociągami. Czasami bez biletu, zwłaszcza w miastach. Przejeżdżałeś sobie po jednym przystanku, bacznie obserwując, czy razem z tobą nie czekają na przyjazd linii takiej a takiej podejrzanie wyglądający goście albo czy nie widać ich w środku pojazdu. I, fartem, nigdy cię nie złapali. Teraz jesteś jednak na otwartym terenie. Jeśli przejeżdżają tędy w ogóle jakieś autobusy, to zaczną się pojawiać dopiero za jakieś sześć godzin, o ile dobrze pamiętasz czas pokazany na zegarze w restauracji, ale przecież nie zatrzymasz ich machaniem ręki, żeby cię zabrali, nie masz na to pieniędzy. Poszukiwanie przystanków autobusowych na odludziu równa się poszukiwaniu zagubionych monet groszowych w odmętach twoich dziurawych kieszeni. Nieraz śniło ci się (tak, nie tylko to pamiętasz, ale w dodatku pamiętasz to nie jako jednorazowy sen, tylko jako sen seryjny, którzy przydarzał ci się regularnie), że jechałeś samochodem i nagle, nie wiedzieć czemu, zostawałeś z niego brutalnie wypchnięty przez kierowcę, po czym musiałeś błąkać się po niezabudowanych terenach w poszukiwaniu najbliższej miejscowości i najbliższego przystanku autobusowego, z którego, jeśli miało się szczęście, odjeżdżały dwa autobusy dziennie, jeden rano, drugi po południu. Teraz zostało jakieś sześć godzin do tego rannego i ponieważ nie masz pieniędzy na to, żeby zatrzymać się w hotelu nad restauracją, w której przed chwilą sprzedali ci frytki, to nie pozostaje ci nic innego, jak iść wzdłuż drogi w totalnej ciemności, która wydaje się teraz, kiedy ruszasz, nie mieć końca. To niby tylko sześć godzin do świtu, ale wydaje się to całą wiecznością, podczas której trzeba iść i iść, i iść, i nie pytać gdzie ani dlaczego, tylko po prostu iść i obrócić się, kiedy z tyłu będzie widać światło, i zamachać ręką, i liczyć na to, że znowu może ktoś cię podrzuci. Trzeba iść, żeby się nie telepać z zimna, stojąc w miejscu albo siedząc na schodach restauracji. Mogłeś tam zostać, ale przecież i tak ze świtem musiałeś wyruszyć, więc po co zwlekać? Idziesz, choć nic na ciebie nie czeka i nie dowiedziałeś się o sobie za wiele podczas tej podróży, nie byłeś też za bardzo zainteresowany tym, co widzisz dookoła. Gdybyś podróżował z kimś, i to nie byle kim, tylko z kimś, z kim chcesz podróżować, być może byłoby inaczej. W dwóch czy trzech autokarach, pociągach, którymi jechałeś, kiedy miałeś jeszcze pieniądze, na siedzeniach przed tobą rozłożone były pary, które kleiły się do siebie, wymieniały się bluzami, kładły sobie głowy na ramionach. Taka podróż to co innego, ale nie była przecież przeznaczona dla ciebie. Dla ciebie była tylko samotność, która rozpościerała się coraz bardziej z każdym dniem po to, żeby otaczać cię w końcu z każdej strony. Z twojej lewej piersi, z koniuszka serca, dzień po dniu sączy się toksyna, która zatruwa cały organizm. Odnalazłeś siebie – odkryłeś, że jesteś przede wszystkim głodem, niewyspaniem i tym beznadziejnym uczuciem, z którym mijałeś wszystkie kobiety w stolicach Mitteleuropy, wiedząc, że jest ich tak dużo, a i tak za mało, by chociaż jedna była skłonna obdarzyć cię uśmiechem. Pora więc wrócić tam, gdzie możesz przynajmniej najeść się i wyspać.

Zbaczasz nagle na pobocze, bo musisz przez chwilę odpocząć. Zatrzymujesz się pod jednym z rozłożystych drzew. Jest zimno. Chociaż masz już na sobie bluzę, wyciągasz z plecaka jeszcze jedną. Zimno jest ci przede wszystkim w pasie, bo koszule nosisz na wierzchu, zamiast wciągać je do spodni. Robisz się senny, masz nadzieję, że nie zaśniesz i nie przeoczysz ewentualnego samochodu, który jakimś cudem mógłby się o tej porze tu zabłąkać. Nagle dostrzegasz za sobą światło.

Czy możliwe jest, aby powtórzyć to, co zdarzyło się w Niemczech, czy teraz też podrzuci cię anonimowy pomocnik? Odwracasz się i zaczynasz machać ręką. Samochód nie hamuje z piskiem, tylko stopniowo zmniejsza swoją prędkość po to tylko, żeby zatrzymać swoją maskę tuż przy tobie, z idealnym wyczuciem. Tym razem to nie ty czekasz, aż ktoś się do ciebie odezwie, tylko sam podchodzisz, otwierasz drzwi i pytasz się kierowcy, czy nie mógłby cię podwieźć. A on nawet nie odwraca się do ciebie, tylko z wzrokiem wlepionym w przednią szybę mówi, żebyś wsiadał. Żadnego pytania gdzie chcesz jechać, bo obaj, wędrowcy nocy, wiecie, że nie macie tak naprawdę żadnego celu.

Dlatego nie dziwisz się wcale, kiedy kierowca skręca nagle w jakąś leśną ścieżynę i samochód podskakuje na wertepach, nie dziwisz się wcale, kiedy kierowca wysiada i zapala papierosa, ale twoje drzwi pozostają zaryglowane, i nie, nie dziwię się wcale temu, że palę papierosa, że się tu zatrzymałem, nie dziwię się wcale temu, że wyciągam z kieszeni pistolet, nie dziwię się wcale temu, że podchodzę do jego drzwi, otwieram je agresywnie i bez zastanowienia strzelam, wykonuję na nim ten wyrok, który tyle razy wykonywałem w myślach na innych ludziach i na sobie, aż w końcu nie wytrzymałem; nie dziwię się wcale temu, że człowiek, którego obserwuję zza krzaków po tym, jak wykonał wyrok na swoim pasażerze, wykonał go także na sobie, przestrzelił sobie na wylot skronie, które tak go wcześniej uciskały, uwolnił się z tego uścisku, i leżą teraz dwa trupy przy otwartym samochodzie.

Nie dziwię się wcale temu, bo wiem, że równie dobrze tym chłopakiem mogłem być ja, że przecież idę przez ciemną noc, pośród której na światło trzeba czekać tak długo, aż wydaje się, że nigdy nie przyjdzie, i tylko łutem szczęścia, zamiast iść wzdłuż drogi, zboczyłem z trasy i usiadłem pod jakimś drzewem, bo już nie mogłem, nie mogłem dalej iść i nie wiem, czy będę mógł w ogóle jeszcze kiedykolwiek chodzić, nie wiem, czy się stąd kiedykolwiek ruszę; drżę cały, próbowałem uczepić się kory drzewa, ale nawet ona okazała się złudna. To wszystko zadziało się tak szybko, jakby w ogóle się nie wydarzyło. Równie dobrze mogłem w jednej chwili nie widzieć nic, mrugnąć, i obserwować już tylko krajobraz po zbrodni. A przecież to mogłeś być ty. Przecież to z tobą mógł tu przyjechać ten samochód, to ty mogłeś pomachać kierowcy, a nie zrobiłeś tego tylko dlatego, że przysnęło ci się na chwilę pod tym drzewem, pod którym chłodne powietrze nocy otaczało cię z każdej strony. Miałeś szczęście, że cię nie zauważył; miałeś szczęście, więc lepiej już nie machaj przypadkowym kierowcom, lepiej dowlecz się do domu na nogach, lepiej dojdź do jakiejś stacji kolejowej, wskocz na ostatnią chwilę do pociągu i wysiadaj podczas kolejnych postojów, żeby przesiadać się w kolejne ekspresy. Może w końcu wrócisz tam, skąd wyszedłeś, ale i tak nie da ci to spokoju, cały czas będziesz myślał o tych ciałach pozostawionych w lesie, które wybudziły cię ze śpiączki, i będziesz myślał o tym, że śmierć jest jak samochód zabierający z autostrady kolejnych podróżników, którzy oczekują na wyjazd bądź na powrót, i dokładnie to otrzymują, wyjazd stąd bądź powrót tam, skąd przyszli; będziesz o tym myślał, a kiedy dłużej już nie dasz rady znieść tej niekończącej się otwartości, która nic nie przynosi, zrobisz to samo, wyjdziesz na autostradę i poczekasz, aż podjedzie po ciebie furman śmierci, i jedynym, co cię będzie w stanie uratować, okazać się może to, że ktoś cię powstrzyma, ktoś powie – nie wychodź, nie jedź; ktoś cię zaczepi na ulicy i poprosi, żebyś wskazał mu drogę, a ty udasz, że ją znasz i podążycie razem w stronę tego miejsca, o którym jednak oboje nie będziecie mieli pojęcia. Ale na razie przecież nikogo nie ma, na razie tylko ta droga, która jest jak ocean przemierzany prymitywnym czółnem przez jednoosobową załogę, gdzie brzeg jest niemożliwy, a wody nieskończone. Idziesz cały czas, lecz nic nie nadchodzi z naprzeciwka. Brniesz w tą pustą przestrzeń, choć nic w niej na ciebie nie czeka.



Mateusz Rosicki - ur. 1995, studiował filozofię na UJ, publikował w „16mm”, „Metaforze” i „Helikopterze”.