Ty, student, nie widziałeś gdzieś Kowala? pyta mnie jeden z chłopaków, z którymi – pod wpływem alkoholu – dotarłem nad zarośnięty sitowiem staw, a ja na to wzruszam ramionami, bo przecież nie wiem, który to Kowal. A, racja, ty przecież nie wiesz, który to Kowal, wypowiada moje myśli jeden z wiejskich osiłków, tak jakby je znał, tak jakby miał do nich dostęp, a przecież dzieli nas tak wiele, więc jakby mógł mieć? Wbrew temu, co nas różni, następuje jednak krótka chwila porozumienia, a kiedy się kończy, kolejny z miejscowych odkrzykuje, że chłop ma słabą pamięć, co znaczy oczywiście, że ja mam słabą pamięć, a jeszcze inny dopowiada, że to od wódki, nieprzyzwyczajony miastowy, kurwa jego mać, i rzeczywiście coś w tym jest, bo wódki wypiłem dzisiaj tyle, że nie do końca wiem, co się dzieje.

Znajdujemy się nad stawem, jestem cały spocony, marzec, kłuje mnie w klatce piersiowej, która jest niemal odkryta, bo w koszuli mam rozpięty zdecydowanie więcej niż jeden guzik, może dwa, może trzy, koszula niechlujnie wyłazi mi ze spodni, moje buty są całe ubłocone; w powietrzu daje się wyczuć fetor pobliskiej obory, gdzieś ryczy krowa, gdzieś szczekają psy. Rozglądam się po okolicy. Nad brzegiem stawu zataczają się chłopacy, wszyscy łysi, wszyscy barczyści, a tylko ja pośród nich cherlawy, z rozwichrzoną tłustą czupryną. Chciałbym umieć się zwrócić do każdego z nich po imieniu, ale to niemożliwe.

Uścisnąłem tego dnia ręce tak wielu ludziom w tak krótkim czasie, że nie dałbym rady powtórzyć ich przydomków, nie myląc przy tym osób, nie nazywając na przykład Kowala Suchym, albo odwrotnie, Suchego Kowalem. Niektórzy byli zresztą tego świadomi. Podając mi mocne, grube ręce i wypowiadając swoje ksywy, kwitowali moje starania, aby dotrzymać im kroku, deprymującym I tak nie zapamiętasz. Kiedy ściskali mi dłoń, miażdżyli ją niemal, przypomniałem sobie dobrze to uczucie, co tu dużo mówić, strachu, strachu przed innymi, przed grupą wielu osób, które towarzyszyło mi, kiedy przyjeżdżałem tu jako dzieciak na każde wakacje. Wtedy to uczucie, w miarę jak zaznajamiałem się z chłopakami, słabło, a nawet zmieniało się w rodzaj szczególnej więzi, ale teraz nie słabnie, tylko cały czas się wzmaga. Dlatego bez przerwy palę papierosy, kończę jednego, zapalam następnego, serce kłuje, kaszel bierze, ale dzięki temu przynajmniej jestem w stanie nie dygotać ze strachu, ze strachu przed wiejską społecznością, która każdego, kto nie wykaże wymaganej twardości i nieustępliwości, zgniecie na miazgę, zakłuje widłami, przejedzie żarnami.

Mam wrażenie, że z niektórymi z tych chłopaków mogłem grać w piłkę kilkanaście lat temu, ale teraz ich nie poznaję. Pamiętam wszystko, co się wtedy działo, ale pamiętam to nie jako własne przeżycia, lecz jako przeżycia jakiejś obcej osoby, nawet nie swojego poprzedniego wcielenia, tylko całkiem odrębnej istoty, z którą, z jakiegoś powodu, wiąże mnie psychiczny system naczyń połączonych.

Pamiętam, jak biegali po boisku niemal do utraty przytomności, tak, że skóra pękała im na czołach, a przez otwarte rany słońce zaczynało wysysać swoimi promieniami krew, stając się tym samym najpierw różową, a potem czerwoną gwiazdą. Czekali, aż nadejście zmierzchu wyzwoli ich od nieznośnego skwaru. Kiedy dzień chylił się już ku końcowi, zaprzestawali gry w piłkę i wpatrywali się w dal, od której odgradzały ich tylko żerdzie drewnianego płotu. Wokół cykały świerszcze, a nad krowimi plackami, nadającymi całej okolicy charakterystyczny, swojski smród, latały muchy. Kiedy gasili światło, tonęli w całkowitych ciemnościach. Nocami było tak cicho, że słyszeli samochody przejeżdżające w sporych odstępach po oddalonej o kilometr drodze. Czasami budziły ich syreny strażackie, które, szczególnie w sierpniu, biły na alarm. Nazajutrz rano cała ulica mówiła o tym, gdzie znowu zapalił się las.

Pamiętam to, ale nie jak swoje przeżycia, tylko innej osoby. Wtedy ta osoba, ten dzieciak, nie potrzebował sobie zadawać pytania, czy jest stąd. Po dostatecznie długim pobycie wiedział to instynktownie, niezależnie od tego, czy mu się tu podobało, czy też nie. Teraz wiem, że nie jestem stąd. Nie jestem jednym z tych chłopaków o twarzach jak z filmów Bruna Dumonta. Jestem mieszczuchem, który nie umie nikogo opisać, nie posiłkując się odwołaniem do nowohoryzontowego reżysera. 

Jak wielki istnieje rozziew pomiędzy tym, co zastałem tutaj, i tym, co zostawiłem w mieście moich studiów, myślę. Tu chłopaki w podziurawionych spodniach, tam dziewczyna w futrze, która, kiedy czyta na zajęciach pod ławką Manifest komunistyczny, robi sobie przerwy w lekturze, przeglądając na tablecie katalog modowy. Też chciałabym mieć taką bransoletę, mówi do siedzącej obok niej koleżanki.

Przyjechałem tu na jakieś wesele, chrzciny, komunię, pogrzeb, sam już nie wiem. Teraz wiem tylko tyle, że porwany przez chłopaków, oddaliłem się od restauracji, w której miała i pewnie dalej ma miejsce jakaś uroczystość, wyszedłem poza teren wsi i włóczę się nad stawem. 

Marzena! słyszę nagle wołanie jednego z osiłków. Rzeczywiście, oprócz tego, że nad staw ruszyła zgraja wyrostków, są z nami też jakieś dziewczyny i pewnie jest wśród nich jakaś Marzena, nie wiem, nie znam ich, nie rozpoznaję ich, nie witałem się z nimi, tutaj nie wita się dziewczyn, nie zaznajamia się z nimi uściskiem, jak w mieście, tu każdy z miejscowych pilnie strzeże swojej własności, więc jedynym, co pozostaje, jest przyglądanie się tym Marzenom i Paulinom.

W rysach tych dziewczyn, mimo ich młodego wieku, kryły się już zaczątki rozkładu. Nie wiem, czemu miałem tak, że czasami, kiedy patrzyłem na nienaruszonych przez upływ czasu ludzi, to nagle, w jakimś ułamku sekundy, w jakimś szczególnym ułożeniu, w jakimś szczególnym świetle, nagle widziałem starców. Moja wyobraźnia nanosiła na młode twarze siatkę zmarszczek i rozluźniała więzy trzymające jędrną cerę tak, że ta zaczynała się zwijać w pomarszczone fałdy starczego naskórka. Częściej u kobiet niż u mężczyzn. Może to dlatego, że niektórzy z moich kolegów już w wieku dwudziestu pięciu lat wyłysieli i wyglądali staro. Nie wiem natomiast, czy te wiejskie dziewczyny tylko w mojej wyobraźni, czy także w rzeczywistości miały podkrążone oczy i zachrypnięte głosy, po których dało się poznać kilogramy wypalonych papierosów. Zapewne w dresach, z dziećmi pałętającymi się pod nogami, przesiadywały całe dnie na gankach, wpatrując się w bezkresną równinę, na której gdzieś w dali majaczyły samochody i tiry przejeżdżające autostradą.

Marzena, mówi mi jeden chłopak, ma zrytą banię, kiedyś w szkole za bardzo zawadzała jednemu nauczycielowi, za bardzo mu się stawiała, to ten wziął, jednego dnia ją skrępował, związał, rozumiesz, wrzucił do bagażnika i wywiózł ją do lasu, i tam jej kazał kopać grób, skurwysyn. Oczywiście to było tylko na pokaz, żeby ją przestraszyć, a nie na serio, ale od tej pory jest jakaś taka inna. Wcześniej to, kurwa, wesoła taka była, pamiętam, jak my biegali razem po polu. No, a od tamtej pory, a to już dawno temu było, to jakaś taka markotna się zrobiła. Z domu mało wychodzi, a jak wychodzi, to smętna siedzi. Chłopa niby ma, ale dla niej ostał się najgorszy, Kowal, to pewnie ją leje.

Patrzę na Marzenę, która w końcu się znalazła. Wychodzi z pobliskich krzaków, otrzepując kurtkę. Jej postać chwieje mi się w oczach. Dziewczyna spogląda na mnie, ale jej spojrzenie bynajmniej nie jest przyjazne. Jej spojrzenie jest pełne pogardy dlatego, że jestem słaby, że dałem się spić, że na pewno nie dałbym rady pracować tak ciężko jak tutejsi mężczyźni. A jednocześnie widzę, jakie spojrzenia Marzena kieruje w stronę pozostałych chłopaków, w tych spojrzeniach jest z kolei nienawiść. A więc pogarda dla słabości i nienawiść wobec nieokrzesanej siły, zestaw sprzecznych uczuć od niepamiętnych czasów towarzyszących człowiekowi, prawdziwy niezbędnik surwiwalowy.

No i chuj, gdzie jest Kowal? krzyczy ktoś znowu. Zataczające się nad brzegiem stawu chłopaki poszukują swojego kolegi. Nagle ktoś woła O kurwa, Kowal się utopił! Wszyscy spoglądają w jego stronę, w stronę tego chłystka, który, stojąc po kolana w wodzie, trzyma w drżących rękach przemoczone ciało. Wszyscy biegną w jego stronę i tylko ja zostaję z boku, jestem zbyt pijany, nie mam sił tam biec, zostaję z boku razem z Marzeną. Marzena patrzy na mnie, patrzy na chłopaków i patrzy na ciało Kowala, które ktoś rozbiera, które ktoś próbuje reanimować, ale to nic nie daje. Kowal nie żyje, a Marzena patrzy na jego ciało z pogardą, nienawiścią i strachem jednocześnie i nic nie mówi, a chłopaki ryczą, krzyczą jak stado dzikich osłów. I wtedy uświadamiam sobie, że przecież Kowal to jest Marcin, że to z Marcinem kiedyś biegaliśmy po okolicznych łąkach, że to z nim kopałem piłkę, że to jego babka zapraszała do domu na ciasto, że to z nim objadałem się w sierpniowe wieczory czereśniami, że to on wysyłał mi piosenki przez Bluetootha, że to z nim kąpaliśmy się w stawie, nad którym właśnie jesteśmy…

***

Wracam całkiem pijany do domu dziadków, w którym miałem spać, ale w którym w końcu nie spałem. Świta, musiałem błąkać się po okolicy całą noc, choć tego nie pamiętam. Nie pamiętam, co i z kim robiłem. Otwieram furtkę, z naprzeciwka nadbiega suka. Szarpie moją nogawkę, odtrącam ją. Próbuję otworzyć drzwi, zamknięte. Podnoszę wycieraczkę, nie ma klucza. Wkładam rękę do stojącego u progu drzwi kalosza, nie ma klucza. Okrążam dom, w prawo, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Moje doszczętnie przemoczone buty ślizgają się po trawie zwilżonej rosą, nad ziemią unosi się lekka mgła. Przechodzę przez ogród, docieram do szopy, zaglądam do tej zarośniętej pajęczyną, zakurzonej budy, nikogo w niej nie ma, jest tylko siekiera wbita w pieniek, jest tylko porąbane drewno ułożone byle jak. Wracam przez ogród, w którym nic jeszcze nie kwitnie. Docieram z powrotem na przód domu. Próbuję wspiąć się na balkon, żeby zajrzeć przez okno do środka. Udaje mi się. Zerkam przez okno, nikogo nie ma, jest tylko telewizor grający całą dobę, są tylko zabawki rozrzucone na ziemi, zabawki pozostawione w nieładzie, w nieporządku, lalki z powyrywanymi głowami, niedokończone budowle z klocków, rozlatujące się bąki, które, mimo swojego opłakanego stanu, jakoś tam się kręcą. Nikogo nie ma, ale bąki się kręcą. Słyszę za sobą jakiś dźwięk, jakiś szmer, a potem jakiś stukot, więc odwracam się i zeskakuję z balkonu na rozmokły trawnik. Ktoś tu musi być, tylko gdzie? Jest jeszcze drugie okno, z drugiej strony. Znów cofam się na tyły domu, tym razem lewoskrętnie, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Staję na ogrodowym plastikowym stoliku i zaglądam przez okno do domu, a tam nikogo, jest tylko pozostawiony w nieładzie stół, na którym poplamiony obrus, nadgryzione ciasta i niedopite napoje. Schodzę ze stolika, o mały włos nie przewracając go. Gdzie teraz? Jest jeszcze piwnica. Muszę znowu okrążyć dom, muszę dotrzeć do piwnicznych drzwi i szarpnąć za klamkę, która przymocowana jest tak luźno, że o mały włos jej nie wyrywam. Drzwi jednak nie puszczają. Zaglądam do wewnątrz przez okno w drzwiach odrapanych z farby, które pod warstwą lakieru skrywają szare, wyblakłe drewno. Rękawem marynarki przecieram szybę, coś dostrzegam, dostrzegam zdezelowane rowery, ale nie widzę żadnego człowieka. Cofam się. Gdzie teraz? Został jeszcze chlew, to ostatnie miejsce, w którym mogę kogokolwiek znaleźć. Znów cofam się na tyły domu, znów przechodzę przez ogród, depczę nieżywe pędy roślin, w końcu dochodzę do chlewu, ale nie chcę tam wchodzić. Nie wiem, co się stało ze wszystkimi, nie wiem, gdzie są wszyscy, muszę im powiedzieć, muszę im powiedzieć, że Marcin się utopił, muszę im o tym powiedzieć, nikt już nic nie zrobi, ale muszę o tym powiedzieć, tylko że nikogo nie ma, tak jakby wszyscy pozostali też się potopili. Chlew zasłania mgła. Rosa, mokro w butach, pot i ciężki oddech…

I nagle krzyk, kołatanie serca, a potem dziki ryk, dzikie, przerażające kwiczenie, które rozlega się po całej działce, po wszystkich okolicznych polach, po całej wsi, i wypełnia pustkę rozciągającą się od ziemi do samego nieba. Piekielne kwiczenie, łomot, tupot, szamotanina, a ja ani nie zatykam uszu, ani nie kucam, tylko cały czas, osłupiały dźwiękiem tego przerażającego kwiku, mam wrażenie, że wszystko się trzęsie, że pękają ściany domu i trzęsą się jego fundamenty, mam wrażenie, jakby to biły dzwony pobliskiego kościoła, jakby dzwony kościoła zrezygnowały z metalicznego gongu na rzecz przeraźliwego kwiku, mam wrażenie, jakby to wieże kościołów, wieża kościoła tej wsi i wieże kościołów wsi sąsiednich, obwieszczały, że prawdziwą muzyką świata jest nieustępliwe kwiczenie, rżenie wypełniające cały świat, mam wrażenie, że cała ziemia kwiczy i ryczy, i rży, jak podczas nieprzerwanego świniobicia, a ten jej kwik i ryk, i rżenie wznoszą się ku górze, mam wrażenie, że wraz z tym kwikiem, z tym rykiem, z tym rżeniem w powietrzu unosi się odór krwi, a ja tylko stoję i ogarnia mnie przerażenie. Jestem pijany, Marcin nie żyje, Marcin się utopił! tłuką mi się po głowie, jak mantra, te słowa. I nagle oprócz kwiczenia słyszę skrzypienie, słyszę skrzypienie otwierających się drzwi, dostrzegam, jak z rozwierających się zbutwiałych drzwi bucha ostry zapach krwi, który miesza się z mgłą i z rosą, i który dusi mnie jak zmora. Po błocie zaczyna cieknąć strużka ciemnej posoki, a z chlewu wychodzi postać, która trzyma coś straszliwego w ręce, postać w samym podkoszulku, poplamionym krwią, spod którego wystają siwe, skłębione, słabe włosy. Twarz postaci staje się coraz wyraźniejsza, a kwiczenie nie ustaje, tylko trwa nadal, bo jest właściwym dźwiękiem ziemi, dźwiękiem życia, które zwija się w bólach i które tonie, zalewane wodą dostającą się do płuc, dostającą się do uszu. Tonie człowiek, tonie świat, on już utonął, utonął cały ten świat, ten świat już dawno został zatopiony i został zarżnięty, a dźwiękiem ziemi jest niemy krzyk topiącej się osoby i to piekielne kwiczenie, które nigdy nie ustaje. Jeśli planety rzeczywiście, poruszając się, wydają z siebie jakieś dźwięki, to ziemia, poruszając się, wydaje z siebie dźwięk okrutnego piekielnego kwiku, ryku i rżenia zarzynanych prosiąt.

Ten, co wyszedł z chlewa, wyprostowuje się i uśmiecha. Kur zapiał, będzie z tego dobre mięso, mówi dziadek, ocierając sobie rękawem koszuli czoło. W drżącej ręce, skąpanej w głębokiej czerwieni, trzyma świński ryj, z którego kapią krople krwi.



Mateusz Rosicki (ur. 1995) – studiował filozofię na UJ. Autor opowiadań, które publikował w „Helikopterze”, „Tlenie literackim” i „Wizjach”.