Fazy rozwoju insektów od zawsze fascynowały ludzi, stając się podstawą do metaforycznego zrozumienia ich własnych przemian. Nie można więc mieć młodemu entomologowi za złe, że porzuca postawę naukową i w swych obserwacjach koncentruje się na sobie, rezygnując z poznania świata. Zresztą od samego początku był on adeptem entomologii raczej z patologicznej fiksacji na punkcie symboliki przepoczwarzania niż z naukowej ciekawości i teraz, kiedy pozostaje wreszcie sam na sam z przedmiotem swych studiów, zamiast rozważać fizjologię poczwarki, daje się uwieść wisielczej fantazji, zasugerowanej mu przez obraz kokonu zawieszonego kilka centymetrów nad powierzchnią błotnistego stawu.

Obserwacja tego procesu kieruje tok jego myśli w niebezpieczne rewiry. Ryzykując niewybaczalny antropomorfizm – a on znajduje się w stanie ducha, w którym gotów jest podjąć to ryzyko – można zinterpretować zaobserwowane „powieszenie się” poczwarki jako efekt głębokiej depresji, w jakiej znalazła się larwa. Choć nie ma ona żadnego lustra do dyspozycji, kiedy pełza po liściach i źdźbłach trawy, i bez tego musi odczuwać oślizgłą fakturę swojego jestestwa. Perspektywy na przyszłość wcale nie są bardziej obiecujące. Nieubłagany proces wymaga zamknięcia się w kokonie: może i przytulnym, może i ciepłym, może i bezpiecznym, może… niezniszczalnym. Daleko w przyszłości los przewiduje, co prawda, stanie się motylem, albo jednym z tych tęczowych żuków, jednak ten cel pozostaje poza zasięgiem prymitywnej świadomości. Istnieje szansa, że podobna nieświadomość dotyczy również osobnika dorosłego, który żyje w pełnej ignorancji względem swej nieszczęsnej gąsieniczej przeszłości. Wniosek ten wydaje się nieunikniony, jeśli weźmiemy pod uwagę niemal całkowity rozkład poprzedniego stadium, do którego dochodzi w kokonie. To radykalne przemienienie napawa go nadzieją, ukazując, że jednocześnie możliwa jest kontynuacja jednostkowego istnienia i całkowite oderwanie się od swej przeszłości.

Postanawia więc przetestować tę metaforę w praktyce. Wymaga to przede wszystkim zidentyfikowania jakiejś formy przepoczwarzenia człowieka. Szukając natchnienia, studiuje sposoby przeobrażania się owadów. Niezawodnie – bo tanatyczne tendencje wciąż trzymają go mocno w swoim mroźnym uścisku – jego uwagę przykuwa właśnie ten, w którym gąsienica opuszcza się na jedwabnej nici z liścia i w zawieszeniu przechodzi proces przemiany. Na nieszczęście, translacja przez analogię prowadzi go do zupełnie prymitywnego ludzkiego odpowiednika – tego wymagającego powrozu, pętli i poziomej płaszczyzny oferującej solidny punkt zawieszenia. Jednak nie możemy mieć mu tego za złe. Jest prostym naukowcem. Niuanse metafor nie są jego mocną stroną. Jak każdy początkujący tłumacz zbyt kurczowo trzyma się oryginału; boi się, że zabawa konwencją zbytnio oddali go od oryginalnego znaczenia. Powodują nim też na wpół już zapomniane wierzenia z dzieciństwa – w jakąś tam formę istnienia po śmierci. Problem kontynuacji świadomości pomiędzy poczwarką a żuczkiem ukazuje się tu w świetle problemu teologicznego. Kwestia tego, czy jako członek zastępów niebiańskich, śpiewający przez wieczność „hosanna-i-alleluja” ku chwale najwyższego, będzie jeszcze pamiętał doświadczenia zagubionego nastolatka, jest problemem czysto empirycznym, wymagającym potwierdzenia bądź obalenia eksperymentalnego.

*

Gąsienica dokonuje wyboru miejsca zawieszenia na podstawie jego właściwości materialnych – typu roślinności, nasłonecznienia, bliskości wody etc. On kierował się właściwościami estetycznymi i sentymentalnymi: pagórek, rozłożyste drzewo (mocne konary), piękny widok; nawet pora dnia nastraja lirycznie. Okolica wprost idealna na piknik. Istotnie, odbył już tu jedno spotkanie, z którym wiązał pewne romantyczne nadzieje. Niestety, ostatecznie stało się ono jedynie początkiem jego obecnej rozpaczy…

Trzeba mu oddać, że podczas wyboru tej konkretnej lokalizacji wykazał się głębszym zrozumieniem wymagań metaforyczności niż przy wyborze metody przepoczwarzenia. Popaść w rozpacz i zakończyć ją w tym samym miejscu – to piękne, romantyczne, znaczące, symboliczne – wszystko to zaś konstytuuje psychologicznie optymalne środowisko do przejścia przemiany.

*

Ku swojemu zdziwieniu odnajduje się na ziemi – potłuczony, lecz żywy. Leżąc na plecach, bojąc się podnieść, obawiając się możliwych złamań, wpatruje się w miarowe kołysanie pętli. Powoli i ostrożnie uruchamia kolejne partie ciała, lecz nie odczuwa większego bólu, który mógłby świadczyć o poważnych kontuzjach. Tylko skóra szyi i twarzy piecze nieznośnie. Co więc się stało?

Zachodzące promienie słońca ślizgają się tłusto po konopnych włóknach przypominających swym splotem i kolorem warkocz włosów. Dopiero bezpośrednie badanie pozwala odkryć naturę tej poświaty. Pętla pokryta jest łojem. Przeciągając dłonią po piekącej szyi i twarzy, zdaje sobie sprawę, że wszystkie wągry zostały otwarte, wyciśnięte i ostatecznie wyczyszczone przez chropowatą powierzchnię powrozu. Tak naoliwiony sznur z łatwością pozwolił mu prześlizgnąć się przez mordercze oczko. Choć próba wydaje się fiaskiem, nie może otrząsnąć się z uczucia, że jakaś forma transformacji istotnie miała tu miejsce. Zamiast jednak zgłębić tę intuicję i spróbować zrozumieć, jakie zmiany zaszły w krótkim momencie zawieszenia – nie ma wszak powodów, by nie uznać tego ułamka sekundy za zupełnie wystarczający na przeprowadzenie pełnej transformacji (po raz kolejny nie powinniśmy polegać na dosłownych przenośniach) – postanawia podjąć kolejną próbę.

Rozmyślając nad alternatywnymi formami stadium poczwarki, jakie mógłby zaadoptować, zwraca się wreszcie do sposobu być może mniej malowniczego, ale też i mniej ryzykownego. Chodzi oczywiście o zagrzebanie się w ziemi: pulchnej i pachnącej mokrą grzybnią. Przecież praktyka ta jest równie powszechna wśród insektów jak to nieszczęsne zawieszenie.

W czym by tu się jednak zagrzebać?

*

Leżąc późnym wieczorem w jej łóżku, czuje wreszcie, jak jego wiotka osobowość twardnieje. By przyspieszyć inkubację, zakopuje się głębiej pod kołdrę i poduszki, wchodząc w świat nieco wilgotnej miękkości o słodko-kwaśnym zapachu. Leżąc tam i cierpliwie pozwalając zmianom na ich pełne wyklarowanie, rozmyśla nad tym, dlaczego pozwoliła mu wejść w swą domenę i pełzać po jej mieszkaniu, pozostawiając lepki szlak politowania nad samym sobą. Czy jest możliwe, że dostrzega ona przyszłe możliwości skryte gdzieś w mlecznym wnętrzu jego wciąż półprzezroczystego ciała poczwarki? Musi tak być, skoro bez sprzeciwu pozwala mu na ten przedłużony okres inkubacji i z nieograniczoną cierpliwością oczekuje pierwszych oznak pojawienia się nasyconych kolorem płatków chityny na jego powoli twardniejącym ciele.



Mateusz Tokarski (ur. 1985) – kraj zamieszkania zmienia średnio co trzy lata. Studiował filmoznawstwo, teatrologię, semiotykę i ochronę środowiska. Doktor filozofii, a z tej racji również autor książki i kilku artykułów na temat konfliktów pomiędzy zwierzętami z gatunku Homo sapiens a resztą dzikiej fauny. Dla przyjemności prowadzi dział literacki w „Creatio Fantastica”. A że z czegoś trzeba żyć, redaguje teksty naukowe, przy okazji ze zdziwieniem odkrywając, że większość z nich to świetny materiał na opowiadania. Publikował w „Szortalu”, „Białym Kruku” i (niebawem) „Tlenie Literackim”.