Michalczyk_Pawłowski

Proza

MICHAŁ PAWŁOWSKI

Numer 1/2018
Początek
Ilustracja: Julia Michalczyk

Świąteczna dorosłość

 

Przesuwający się dźwięcznie ciąg znaków, cyfr. Cyfry za pomocą znaków układają się w liczby, te natomiast tworzą szerokie ławy równań. O, popatrz, tamta to chyba ja, a ty jesteś tą. Szum radiowego głośnika wpada w tę ciszę liczb i z przyjemnością ją pożera. Jest tak bardzo zadowolony.

A nade mną stoi matka, czyli mamusia. Dziś znowu się ładnie ubrała – w zasadzie tak samo jak wczoraj, przedwczoraj, tydzień temu i jak zawsze, od kiedy pamiętam. Tym razem jednak pod niebieską sukienkę przykrytą fartuchem (jak zwykle – ze świeżymi śladami mąki!) założyła smutek. Cholera – myślę, uśmiechając się do niej przyjaźnie – nie pomyślałbym nigdy o trzymaniu pod dwiema czy trzema warstwami bawełny, co kto woli, jak komu tam ciepło, jeszcze dodatkowo smutku. To jest fantazja.

No więc matka stoi, ja w zasadzie również już stoję, czyli, można powiedzieć – stoimy. Ciekawa rzecz, to stanie. Sam bym stał, a gdy matka stoi, ja już nie stoję. Stoimy razem. Czy w naszym staniu razem wespół, solidarnie i jednomyślnie, jest coś szczególnego? Czy ono odmienia moje stanie, czy dodaje do niego coś nowego, a może zupełnie je niszczy i na jego miejsca wstawia nowo powstały produkt stania? To są bzdurne rozważania, koło kupy atomów stanęła druga, ale przecież w takim razie jedna z nich zajęła miejsce, które inaczej zdobyłyby sobie inne partykuły, jak choćby te grudki tlenu na moim ramieniu. A więc, globalnie, coś to stanie odmieniło. Matka mówi: nie myśl tak o moim staniu, bo już robiłeś to sto razy, z tego nic nie wyjdzie, ja to bardzo dobrze wiem, zrobiłbyś coś pożytecznego lepiej.

Znowu. Trochę się tego wstydzę, bo za każdym razem mnie przyłapuje. To nie jest tak, że odgrywamy każdego ranka ten sam teatr, po prostu mnie naprawdę frapuje to stanie, więc zaczynam od nowa. A ona, jakby czytając w moich myślach, za każdym razem mnie na tym złapie. Gdy kiedyś przezornie próbowałem o tym pomyśleć, kiedy nie było jej w okolicy, to akurat zadzwoniła.

Matka wychodzi, czyli już nie stoi. Ja w zasadzie nie wiem po co mam stać, bo i samemu jakoś tak głupio trochę. Poleżę więc. Leżę.

A może myślałeś kiedyś o czymś takim: była sobie młoda dziewczyna, co bardzo lubiła jeździć konno. Każdego ranka wychodziła z domu i na rowerze jechała do stadniny oddalonej zaledwie o kilkaset metrów! I tam, bo jej ojciec był bardzo bogaty, wsiadała na swojego dzielnego konika i jeździła tu i tam. Była to bardzo odważna dziewczyna.

I tak dalej, i tak dalej. Nie myślałem o tym nigdy i w zasadzie nawet teraz, gdy mi to opowiedziałeś, to nie myślę o tym.

Doskonale, staraj się o tym nie myśleć. Takie młode panny na konikach to najgorszy wykwit świadomości, unikaj tego jak tylko możesz. Raz pomyślisz ją, i trach.

Tak właśnie zabawiałem się kiedyś, podobnie zabawiam się i dziś. Wymyślam sobie różne historyjki, a następnie opowiadam je na głos. Wtedy dobrze widać pustość i bezzasadność tej paplaniny. No i można sobie wyobrazić, że jest fajnie i jest z kim pogadać. Tak sobie gadam.

Chodź, przejdźmy się po ulicy. To idziemy. Mijamy jeden budynek, drugi budynek, trzeci. Czasem dla odmiany park i dużo ludzi. Wszyscy oni są bardzo rozbawieni. Jedni zmęczeni idą do pracy, inni zabici wracają po imprezie, ten idzie na pogrzeb, tamten na proces. Łączy ich to, że wszyscy się śmieją. To jest piękne. To jest piękne dlatego, że mi mówili, że nie można się zawsze śmiać. Najwyraźniej jednak można. Spójrz na tę płytę. Otaczają ją inne płyty, ale tylko na tę warto patrzeć.

Klękam cicho nad tą płytą chodnikową, starym scyzorykiem harcerskim zaczynam ją podważać i próbować uwolnić od tych ją otaczających. No nie patrz na mnie jak na wariata, pomóż. Nie, naprawdę nie zwariowałem i nie wierzę w żadne bzdury o świadomości przedmiotów. To jest po prostu bardzo ładna płyta. Uff, na szczęście pomógł.

Ludzie się dziwnie patrzyli, ale co z tego. Jeden pan chciał dzwonić na policję, że wandale, że chodnik dewastują. Ale po prostu wytłumaczyliśmy mu o co chodzi i chyba zrozumiał. Mama patrzyła przez okno. Ja myślałem o tym, że stoi, a ona myślała o tym, że ja wiem. Bo ja rzeczywiście wiedziałem. Tym razem jednak była z nami jeszcze płyta (bo ty się nie liczysz, po prostu pomogłeś mi wyjąć płytę i tyle). Tego już moja mama nie mogła ani przewidzieć, ani zrozumieć. To mnie czyniło wielce radosnym.

Jeśli następny burmistrz nie weźmie się tęgo za tę dziurę, mogą z tego wyniknąć fantastycznie śmieszne rzeczy. Pomijając faktycznie nieprzyjemne zdarzenia, jak połamania nóg, wywrotki rowerzystów i upadające na ziemię lody dzieciaków, ma to potencjał. Mogą tu na przykład przyjechać archeolodzy i kopać. Mogą tu nakręcić film dokumentalny. Mogą zacząć wyciągać płyty w innych miejscach naszego pięknego kraju. Liczba możliwości jest nie-przedstawiona.

To jest taki mój mały początek. Początek kradzieży, początek tańca, początek choroby. To nie ja zacząłem! Gdy płyta znalazła się przecież na łące, ty już dawno mi nie pomagałeś. Niosłeś ją ze mną, owszem, śmialiśmy się, puszczaliśmy ją znienacka, by drugiego uderzyć w nogę. Ten drugi się oczywiście nie dawał takim zdradzieckim atakom, grunt jednak, że było miło. Dzisiaj jednak miło już nie jest. Niby wszystko bez zmian. Raz ty siedzisz na płycie i patrzysz, raz to ja siedzę na płycie i patrzę. Czasem wchłania cię ona tak głęboko, że zapominasz o sobie, ale potem szturcham cię w ramię i zmiana. Za to gdy mnie wciągnie płyta, ha, wtedy to ja przenoszę się zupełnie gdzie indziej. Na nic twoje szturchanie, w niczym niepodobne do mojego. Zatapiam się, znikam i chowam. Jestem wtedy w pełni. Tak, dobrze słyszysz. Gdy mrożę lub palę sobie pośladki na tym płaskim kawałku kamienia, wtedy jestem najbardziej.

Co więcej, to bycie nie jest wcale fikcją. Jest czystą realnością i obecnością. Przenoszę się tam, gdzie byłem wczoraj, a potem maszeruję prosto tam, gdzie będę jutro. Potem wracam tu i siedzę na zmęczonych pośladkach.

Ty, Kainie, zazdrościsz mi tego. Zazdrościsz mi, że kamień wziął mnie, ciebie zaś odrzucił. Jak długo będziesz siedział na płycie, ona i tak cię nie zechce. Możesz pytać dlaczego, możesz krzyczeć, tak to najlepsze co możesz zrobić, niech gniew rozsadza ci czaszkę. Rób to, rób, ale nie zrozumiesz, nasienie żmijowe, tajemnicy płyty.

Ogarnia cię tępa wściekłość, sucha zawiść. Chciałbyś być mną, nawiązywać tam kontakt, w zasadzie też chciałbyś być zmną, ze-mną, ze mną, zespolić się ze mną la la la la czy to jest kochanie la la la.

Tak, to jest miłość. Co z tego, że nie wiesz, co można z nią zrobić. Widzisz, bo mnie uczyli w szkole, że z miłością można robić wiele pożytecznych rzeczy. Można ukochanemu dać kwiaty, można pójść do kina, można się przytulić, można dać buziaczka-słodziaczka na dobranoc.

Mówiła mi tak szkoła, mówiła mi tak mama. Więc ja wiem, a ty nie.

Przechodziła koło nas pewna pani, patrzyła na moją nieobecność (bo moja najpełniejsza obecność stała się na moment nieobecnością) i patrzyła na twoją wściekłość. Ona tylko ziewnęła lekko i powiedziała, że jak to ślicznie, jak można się tak pięknie bawić. Uroczy chłopcy. No to bawiliśmy się dalej. Czasem moja mama przynosiła kanapki, czasem twoja. Gdy twoja szła, na moment odstępowałem ci płytę, żeby myślała, że tobie jest tak dobrze jak mi. Moja jednak wiedziała, że tak długo, jak będziemy się bawić, to tylko moja będzie płyta, bo jedynie ja potrafię z niej zrobić właściwy użytek.

Zabawa trwała, rozpoczynała się zawsze od nowa. Ciągle inna, ciągle taka sama. W pewnym momencie już nie chciałeś mi pomagać w przeciąganiu płyty na kolejnie punkty obserwacyjne. Czyli zostałem sam. Uciekłeś, Judaszu. Wcześniej wymiętoliłem ci policzki i zostałem sam z płytą. Wtedy okazało się, że straciła swoją moc.

Co można zrobić w takiej sytuacji? W zasadzie chyba nic, tylko sobie pójść. Tak też zrobiłem, a płyta jakoś tam zarosła mchem, potem jakoś się trochę ziemia na nią osunęła, wyrosła trawa. Ktoś tam raz, drugi się potknął jeszcze, ale, koniec końców, jej pogrzeb się ostatecznie dokonał.

Mały mit zastygł w formie i zaczął pełnić swoją funkcję. Jeszcze do dziś, gdy mijamy się gdzieś na skrzyżowaniu, to, przy jednoczesnym zachowaniu bezpiecznego dystansu, możesz zobaczyć w mojej ręce drobny kamyczek.

Mit rósł, obrastał mchem, toczył się leniwie. Próbowałem kiedyś raz jeszcze zacząć, wyciągnąć kamień z ziemi, ale, żal mówić, bez ciebie nie dałem sobie rady. Zamiast tego w domu zjawiały się powoli mikroskopijne kamyczki, jeden po drugim. Matka niestrudzenie zamiatała je swoją miotłą, ale pojawiały się kolejne. I tak raz po raz. Kiedyś myślałem sobie, czy możliwe jest, by kamienie przestały przychodzić, jeśli matka nie będzie z nimi walczyć. Ona spojrzała na mnie uważnie i tylko powiedziała, żebym może wrócił do stania. Jednak, i w tym był mój tryumf, zaryzykowała kamienną lawinę. Faktycznie, następnego dnia nie było kamieni, został tylko jeden w salonie, dosyć zgrabny narzutowiec średnich rozmiarów.

Smutek, trzymany pod sukienką, gdy już naprawdę przestała mieć co robić – bo ani zamiatać kamieni, ani lepić pierogów, bo skończyła się mąka, nudy, jak to mówią, na pudy - no to ten smutek co miał robić? No rósł no. Rósł tak, że w końcu zjadł matkę.

Od tego czasu każdego poranka budziła mnie nie moja mama ubrana w sukienkę i smutek, tylko smutek ubrany w sukienkę i mamę. Czasem, żeby sprawić mi nieco przyjemności i zrekompensować tę niekorzystną zamianę, przynosił mi kilka płytek, raz nawet wytłumaczył mi (gdy był już bardzo duży i przerażający) całą tajemnicę stania. Od tej pory byłem najmądrzejszy, zdecydowanie MĄDRZEJSZY NIŻ WY WSZYSCY. Ale co z tego? Mama była coraz mniej widoczna, smutek zaś rósł.

Dziś do ciebie telefonuję, bo, słuchaj, nieprzyjemnie z tym jakoś. Nie że ciężko, nie że źle. To nie tak, że to mój smutek, to matki smutek, ale jakoś dziwnie z tym wszystkim. Ja wiem, ja wiem, Kainie, że się nie lubimy, walnąłbyś mnie najchętniej tamtą płytą gdybym akurat na niej nie siedział, ale czy warto? Tamtego nie zmienimy. Nie chcę być sentymentalny, żadna tragedia mnie nie spotkała, troszeczkę smutku i tyle. Ty, Judaszu, nie raz go przeżywałeś, pewnie bardziej ode mnie.

Tu nie chodzi o nic. Tu po prostu chodzi o nic.


Michał A. Pawłowski (ur. 1996) – wilanowianin. Współpracownik internetowego magazynu „Teatralia”, członek redakcji studenckiego pisma naukowego „Mishellanea”. W ostatnim czasie oddany ekonomii instytucjonalnej, filozofii kultury, metafizyce Wittgensteina. Student ekonomii i filozofii w Kolegium MISH UW, aktywny członek samorządu studenckiego.

 

Więcej tekstów w kategorii „Proza”:

BARTOSZ POPADIAK

STANISŁAW BUTOWSKI

ERNEST MAŁKIEWICZ